Mówi się z pustymi ustami, czy się mylę? Tekst w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
W zimowym, białym przebraniu drzewa stają się strażnikami zaczarowanego lasu — dostojne i milczące, jakby czuwały nad snem ziemi. O każdej porze dnia i przy każdej pogodzie emanują spokojną magią, która zatrzymuje wędrowca i każe mu patrzeć dłużej. Wyglądają jak z kart dawnej baśni, gotowe, by ożyć, gdy nikt nie patrzy.
Uśpione pod śnieżnym całunem trwają w bezruchu, strzegąc tajemnic ukrytych głęboko pod korzeniami. Kryształki śniegu skrzą się na gałęziach niczym rozsypane diamenty, a wschodzące słońce — ostrożne i ciche — sączy zza smukłych sylwetek ciepłą, złocistą poświatę. Światło osiada na konarach, jakby chciało objąć drzewa i zatrzymać tę ulotną chwilę na zawsze.
Niech mi tylko ktoś powie, że biała zima w lesie nie jest piękna… To… to… to po prostu nie uwierzę. Bo tam, wśród strażników białego lasu, magia wciąż trwa — a ja właśnie mam ją przed oczami.
------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💗 Halszka
Trafia cię szlag? Nie wściekaj się — działaj. Na katharsis są pewne sposoby. Jeden z nich opisany w obrazie.
Zima przyszła cicho, choć nikt nie miał wątpliwości, że nadejdzie. Pewnego poranka świat obudził się przykryty białą kołdrą, a powietrze skrzyło się chłodem i ciszą. Jedni narzekali, inni milczeli z zachwytem — bo zima zawsze wybiera sobie serca, które chce zaczarować.
Tego dnia ruszyłam w drogę. Zaśnieżone ulice poprowadziły mnie jak ślady w bajce, aż do lasu, który stał nieruchomo, jakby wstrzymał oddech. Drzewa ubrane w białe płaszcze szeptały między sobą tajemnice, a mróz szczypał policzki, przypominając, że znalazłam się w jego królestwie.
Śnieg skrzypiał pod stopami niczym cicha melodia, a słońce — złote i nieśmiałe — zaglądało spomiędzy gałęzi tylko na chwilę, jakby bało się zakłócić czar. Czas zwolnił. Każdy krok był zaproszeniem, by iść dalej, głębiej, bez pośpiechu.
Gdy wracałam, wiedziałam już, że zima nie przyszła po to, by utrudniać życie. Przyszła, by na moment zatrzymać świat — i tych, którzy potrafią słuchać jej cichej opowieści.
Drżyjcie przed demonem, wy, co niesiecie zło w dłoniach, bo każdy wasz czyn podły odciśnie ślad na skroniach. Tekst w obrazie.
Gdy nadchodzi godzina zmierzchu w zimowym lesie, słońce, gasnąc powoli, rozlewa po nim bajkowo złocistą poświatę. Tekst w obrazie.
Jest coś niezwykle fascynującego w tym, z jaką konsekwencją ludzkość od lat czepia się blondynek. Można by wręcz odnieść wrażenie, że to narodowy sport. Albo międzynarodowy — bo dowcipy o blondynkach nie znają granic. Prawdy również.
Bo przecież według dowcipów blondynka to istota wyjątkowa: głupiutka, naiwna, niezaradna i lekko nieobecna. Ciekawe tylko, dlaczego akurat te cechy przypisano jednemu kolorowi włosów. Czy ktoś kiedyś zrobił na ten temat badania? Ankiety? Analizy statystyczne? Oczywiście nie. Ale dowcip musi się zgadzać.
A przecież, gdyby się tak uprzeć, te same przywary można by z powodzeniem rozparcelować między brunetki, szatynki i rude. Ale nie — blondynka jest wdzięcznym celem. Jasna, widoczna, łatwa do trafienia. Dowcipnisie od siedmiu boleści uwielbiają takie cele.
Pozwolę sobie jednak wtrącić, jako blondynka z urodzenia — z bogatym doświadczeniem życiowym nabytym z wiekiem, że wcale nie czuję się ani wyjątkowo głupia, ani chronicznie naiwna, ani życiowo nieporadna. Nie gubię się codziennie w drodze do domu, potrafię liczyć do dziesięciu bez pomocy kalkulatora i — uwaga — ogarniam rzeczywistość. No dobrze, bywam roztrzepana. Ale roztrzepanie to nie brak rozumu. To nadmiar myśli.
Dlatego apeluję: nie obrażajmy blondynek. Zwłaszcza że blondynki mają w sobie moc bomby. I nie chodzi tu wcale o blond pasemka. Chodzi o tę bombę, która wpada w oko, rani serce, dziurawi kieszeń i wychodzi bokiem. Cicha, skuteczna i absolutnie legalna.
Oczywiście lubię dowcipy o blondynkach. Naprawdę. Pod warunkiem że są choć odrobinę inteligentne i nie opierają się wyłącznie na założeniu, że kolor włosów zastępuje mózg. Lubię się śmiać. Śmiech to zdrowie. Głupie dowcipy — już niekoniecznie.
Zresztą, jak głosi znana zasada: „Nieważne, jak o tobie mówią — ważne, żeby mówili”. Patrząc na liczbę dowcipów o blondynkach, można by wręcz uznać, że świat myśli o nas bez przerwy. O innych jakoś rzadziej. Ale nie będę wymieniać, bo jeszcze ktoś poczuje się pominięty.
A że mężczyźni kochają blondynki? To niemal pewnik. W końcu to oni najczęściej produkują dowcipy na nasz temat. Miłość bywa różnie okazywana.
A tak zupełnie serio — my, blondynki, doskonale wiemy, że „blondynka” w dowcipach nie oznacza koloru włosów. To raczej pewien specyficzny stan umysłu. Tych, którzy je opowiadają.
Na koniec klasyk:
Brunetka, ruda i blondynka założyły się, że przepłyną 20 kilometrów z wyspy na ląd. Brunetka przepłynęła 5 km, straciła siły i utonęła. Ruda przepłynęła 10 km, straciła siły i utonęła. Blondynka przepłynęła 19,5 km, po czym uznała, że nie ma już siły płynąć dalej — więc wróciła na wyspę.
------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💗 Halszka
Człowiek śpi nocą, a Matka Natura cicho, cierpliwie, z niewidzialną gracją, tworzy swoje dzieła. W mroźny, mglisty poranek las budzi się w srebrzystym blasku – gałęzie przybrane w lód, konary utkane z kryształowego pyłu, każdy zeschy listek lśni jak maleńkie lustro. Mgła wije się między drzewami, tańczy w powietrzu, spotyka mróz i w tej magicznej chwili powstaje szadź. Szadź, która wszystko odmienia, wszystko czyni ciche, wszystko czyni święte.
Aż dech zapiera. Aż serce bije mocniej. Drzewa stają się strażnikami zimy, majestatycznymi, dostojnymi, nieruchomymi, a jednak pełnymi życia. Cisza poranka wypełnia każdy zakamarek lasu, każdy krok wśród szeleszczących liści staje się świętem, staje się modlitwą. Nie sposób przejść obok nich obojętnie – nie sposób nie patrzeć, nie słuchać, nie czuć.
Wyglądają jak z bajki. Wyglądają, jakby ktoś obsypał świat kryształami, jakby ktoś zatrzymał czas. Gałęzie szeptają, mgła szepcze, lód migocze: „Uwiecznij mnie. Uwiecznij mnie, nim zniknę. Uwiecznij mnie, nim magia przeminie”.
I wtedy człowiek, choć śpiący, staje się częścią tej baśni, choć milczy, słyszy, choć nie rusza się, czuje.
Dziecięce serce długo nie rozumie słowa „żegnaj”, ale pamięta je na zawsze. Kiedy dziecku umiera ukochane zwierzątko, ogarnia je prawdziwa rozpacz. Śmierć tak bliskiej istoty jest dla dziecka doświadczeniem boleśnie trudnym — często pierwszym spotkaniem z utratą. Nie ma w tym nic dziwnego. Dziecko nie widzi w swoim zwierzątku „tylko zwierzęcia”, lecz przyjaciela, towarzysza codziennych radości, a nierzadko pełnoprawnego członka rodziny. Dlatego my, dorośli, nie powinniśmy tej rozpaczy lekceważyć ani umniejszać jej słowami.
Przed laty, gdy mojej wnuczce umarła świnka morska, miałam okazję przekonać się, jak głęboko dziecko potrafi przeżywać stratę ukochanego zwierzęcego przyjaciela.
Był to dzień, w którym wróciła z rodzicami i młodszym braciszkiem z wycieczki. Jak zawsze, zaraz po wejściu do domu dzieci pobiegły do pokoju świnek, by je nakarmić i chwilę się z nimi pobawić.
Zamiast radosnego pisku powitała je cisza. Świnka wnuczki, Lucy, leżała nieruchomo, a świnka wnuczka, Mercy, stała nad nią w bezruchu, jakby czuwała. Chwila wystarczyła, by dzieci zrozumiały, co się stało. Rozpłakały się głośno, bezradnie.
Moja córka, usłyszawszy przejmujący płacz, natychmiast zbiegła do pokoju. Gdy zobaczyła martwe zwierzątko i zapłakane dzieci, sama nie potrafiła powstrzymać łez.
Wkrótce zadzwonił telefon.
— Babciu… moja świnka nie żyje — usłyszałam drżący głos wnuczki.
— Och, jaka to straszna wiadomość — powiedziałam cicho, poruszona jej płaczem. — To bardzo boli, wiem… Ale wiesz, moja kochana, tak już jest w życiu, że wszystkie istoty kiedyś odchodzą. One odchodzą tylko ciałem. W pamięci i w sercu zostają z nami tak długo, jak długo o nich myślimy i je kochamy.
Rozmawiałyśmy chwilę. Opowiedziałam jej o moich zwierzątkach z dzieciństwa i o tych, które miała kiedyś jej mama. Powoli głos wnuczki stawał się spokojniejszy.
Było mi jej ogromnie żal — i jej młodszego braciszka również. Jak dobrze, że już wcześniej, kierowana przeczuciem, kupiłam im pluszowe świnki morskie, łudząco podobne do Lucy i Mercy. Od tamtej pory dzieci spały z nimi każdej nocy. Każde ze swoją. Wtedy te miękkie przytulanki okazały się bezcenne.
Żywe świnki moja córka kupiła dzieciom ponad dwa lata wcześniej. W jednym z wolnych pokoi urządziła im prawdziwy raj: dwie duże klatki połączyła w jedną przestrzeń — w jednej była jadalnia i sypialnia, w drugiej wybieg z rozmaitymi zabawkami.
Pokój ozdobiła obrazkami zwierząt i kwiatami, a naprzeciw klatek ustawiła mały kącik dla dzieci ze stolikiem i krzesełkami. Było to miejsce ciepłe, przyjazne i pełne życia.
Gdy wnuczka się uspokoiła, obiecałam jej, że przeczytam jeszcze raz moją bajkę „Przygoda świnek nie z tej planety”, napisaną dawno temu, a zilustrowaną później przez nią samą, gdy miała siedem lat. Co prawda bohaterkami tej opowieści nie były świnki morskie, lecz kosmiczne, ale dla wnuczki nie miało to znaczenia — ważne, że były świnkami.
Później porozmawiałam z córką. Postanowiłyśmy pochować Lucy w ogrodzie, obok złotej rybki, która odeszła rok wcześniej. Gdy wnuczka to usłyszała, znów rozpłakała się, lecz po chwili zgodziła się na ten pomysł.
Nazajutrz poprosiła mamę o nową świnkę morską. Smutnym głosem powiedziała, że Lucy będzie kochać zawsze i nigdy o niej nie zapomni, ale martwi się o Mercy — że gdy zostanie sama, może umrzeć z tęsknoty.
Córka, chcąc ulżyć dziecku w cierpieniu, postanowiła spełnić tę prośbę. Po lekcjach całą trójką objechali wszystkie sklepy zoologiczne w mieście. Bez skutku. Dopiero w miejscowości oddalonej o pięćdziesiąt kilometrów udało się znaleźć świnkę — maleńką i, niestety, znacznie droższą.
Wszyscy bardzo kochaliśmy te zwierzątka. Często siadałam na małym krzesełku i przyglądałam się ich harcom. Świnka wnuczki była żywsza i szybko podporządkowała sobie spokojniejszą towarzyszkę.
Latem, a czasem także zimą, gdy rodzina wyjeżdżała na urlop, codziennie zaglądałam do ich domu, by nakarmić świnki i rybki akwariowe. Lubiłam te chwile. W ciepłe dni świnki przebywały w ogrodzie, w specjalnej drewnianej budce — podobnej do króliczej, tylko mniejszej.
Wystarczyło, że przekroczyłam furtkę, a już słyszałam ich radosne popiskiwanie. Jeszcze mnie nie widziały, a już wiedziały, że przyszłam.
Ta historia przywołała we mnie własne dziecięce wspomnienie. Miałam siedem lat, gdy mój ukochany piesek Mikuś zginął pod kołami pędzącego samochodu. Niosłam go do domu, płacząc, nie zwracając uwagi na brudne od jego krwi i odchodów białe rajtuzki.
A przecież byłam wtedy straszną pedantką. Mamusia zawsze żartowała, że najmniejsze zabrudzenie wystarczało, bym biegła się przebrać. Tym razem jednak nie miało to żadnego znaczenia. Liczył się tylko Mikuś i ból po jego stracie.
Pochowałam go w ogrodzie. Zrobiłam mały grób, posadziłam stokrotki i postawiłam figurkę aniołka. Codziennie przychodziłam tam z nim rozmawiać.
Było to przeżycie tak bolesne, że pamiętam je do dziś — wyraźnie, jakby wydarzyło się wczoraj.
Pewnie dlatego, że dziecięce serce, choć nigdy do końca nie rozumie pożegnań, potrafi przechować je w sobie — cicho i na zawsze.
Czasami naprawdę warto patrzeć na życie z przymrużeniem oka. Nie dlatego, że wszystko jest śmieszne — ale dlatego, że nadmiar powagi bywa zwyczajnie męczący. A są ludzie, którzy powagę traktują jak życiowy obowiązek.
Z humorem żyje się lżej. Wiedzą o tym ci, którzy potrafią w każdej sytuacji znaleźć coś, co da się obrócić w żart, ironię albo przynajmniej anegdotę. Taki drobiazg potrafi uratować dzień. Albo przynajmniej rozmowę.
Czy poprawiają tym humor innym? To już kwestia bardziej złożona. Wszystko zależy od odbiorcy. Jedni śmieją się chętnie, dorzucając coś od siebie. Inni natomiast natychmiast prostują plecy i marszczą brwi, jakby żart był sygnałem alarmowym.
Poważni ludzie nie lubią żartów. Traktują je podejrzliwie, ironię odbierają jak osobisty przytyk, a dystans mylą z brakiem odpowiedzialności. Wszystko biorą na serio. Bardzo serio. Czasem aż do przesady.
I może właśnie dlatego są potrzebni. Bo tam, gdzie jedni widzą powód do śmiechu, oni widzą materiał do refleksji. To, z czego jedni żartują, dla drugich staje się tematem do namysłu. W ten sposób wszyscy jakoś się uzupełniają — nawet jeśli jedni wolą komedię, a drudzy dramat.
Zima — milcząca czarodziejka krajobrazu — jednych przyciąga krystalicznym pięknem, innych odpycha lodowatym oddechem. Tekst w obrazie.
Zima objęła świat władzą ciszy, jakby chciała sprawdzić, kto odważy się przez nią przejść. Jednych odstraszała chłodem, innych wabiła obietnicą ukrytego piękna.
Tego dnia przez las szedł wędrowiec — samotny, lecz uważny, stawiający kroki ostrożnie, jakby bał się zbudzić śpiącą magię.
Śnieg skrzypiał pod jego stopami niczym cichy znak, że las go dostrzega. Drzewa pochylały się nad ścieżką jak strażnicy dawnej baśni, a między ich nagimi ramionami przesączało się światło zachodzącego słońca.
Złote promienie oplatały wędrowca, barwiąc biel na miód i bursztyn, jakby chciały wskazać mu drogę albo zatrzymać go w tej chwili na zawsze.
Wędrowiec przystanął. Wiedział, że nie każdemu dane jest zobaczyć las w takiej odsłonie — gdy świat milknie, a rzeczywistość na krótką chwilę staje się opowieścią.
Zima trwa już ponad miesiąc. Śnieżna, mroźna, nieustępliwa. W wielu krajach świata zapanowała na dobre, szczególnie w Polsce.
U nas, na południu Niemiec, jest łaskawa. Mimo że to pasmo górskie. Prawdziwie śnieżna i mroźna, ale bez przesady, trwała zaledwie dwa tygodnie. Obecnie śnieg pojawia się rzadko, najczęściej ledwie muska ziemię drobnymi płatkami. Ostre mrozy nie zaglądają do naszych domów — nocą temperatura spada tylko do –2, czasem –4 stopni, a w ciągu dnia słońce unosi temperaturę ponad zero, jakby chciało powiedzieć: „Nie martwcie się, dam wam chwilę wytchnienia”.
A jednak, mimo że śnieg nie zalega w zaspach, a mróz nie ścina szyb okiennych, zima wciąż daje o sobie znać. Hu, hu, ha — wciąż trwa. A gdzieniegdzie, złośliwa i nieokiełznana, zdaje się wręcz terroryzować świat:
„Szczypie w nosy,
szczypie w uszy,
mroźnym śniegiem w oczy prószy,
wichrem po
polach gna!
Nasza zima zła!”
Każdy jej podmuch jest przypomnieniem, że choć czasem przychodzi łagodnie, jej prawdziwa siła kryje się w drobnych, przenikliwych szczegółach — w lodowatym dotyku na policzkach, w milczeniu zasypanych pól, w uważnym wsłuchaniu się w wiatr, który zawsze wie, dokąd zmierza.
Bo zima nie pyta, nie prosi. Po prostu jest. I jeśli wsłuchasz się uważnie, możesz usłyszeć jej oddech — głęboki, lodowaty, nieokiełznany, a mimo to pełen dziwnej, surowej piękności.
Czy świat już całkiem schamiał? Nie, jeszcze nie całkiem. Ale jeśli ktoś szuka na to dowodów, to w kościołach raczej ich nie znajdzie. Niestety. Znajdzie je za to w lasach — tam, gdzie nikt nie wygłasza kazań, nie poucza i nie sprawdza poprawności poglądów, a mimo to ludzie potrafią zachowywać się przyzwoicie.
W niemieckich lasach, przez cały rok, krążą ludzie różnych narodowości. Jedni pedałują na rowerach, inni biegają, maszerują z kijkami albo po prostu idą przed siebie. I — uwaga, rzecz niemal sensacyjna — uśmiechają się do obcych.
Mijając się na leśnej ścieżce, pozdrawiają się słowami: „Grüß Gott!” (Szczęść Boże). Bez ankiety światopoglądowej. Bez deklaracji wiary. Bez konieczności ustalania, czy Bóg jest jeden, jedyny i właściwy. Nikt nie pyta, czy rozmówca wierzy w Boga, w Boga innego, czy może tylko w dobrą pogodę.
Bo każdy ma jakiegoś swojego Boga. A niektórzy są święcie przekonani, że tylko ich Bóg jest prawdziwy (sic!). Co ciekawe — ta pewność wcale nie gwarantuje ani kultury osobistej, ani życzliwości wobec bliźniego.
I może właśnie w tym tkwi paradoks: tam, gdzie najwięcej mówi się o wartościach, często najmniej się je praktykuje. Za to w lesie — bez kazań, bez ambon i bez moralnych manifestów — ludzie potrafią być dla siebie mili, tolerancyjni i zwyczajnie ludzcy... Bez względu na wiarę. Albo jej brak.
------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💗 Halszka
Nie potrafię inaczej patrzeć na myślistwo niż jako na zabijanie zwierząt dla przyjemności. Dla mnie jest to moralnie nie do zaakceptowania — zwierzęta czują, cierpią i chcą żyć tak samo jak ludzie. Dlatego trudno mi zrozumieć, jak ktoś może czerpać satysfakcję z polowań.
Osobiście nie akceptuję myślistwa i nie ukrywam, że budzi ono we mnie sprzeciw. Nie chodzi wyłącznie o los zwierząt, ale także o realne zagrożenia, jakie niosą polowania — wypadki z udziałem ludzi postronnych, o których co jakiś czas informują media.
Nie twierdzę, że każdy myśliwy jest taki sam ani że wszyscy ponoszą zbiorową winę. Piszę wyłącznie z perspektywy własnego systemu wartości i wrażliwości. Dla mnie akceptacja przemocy wobec bezbronnych istot jest granicą, której nie potrafię przekroczyć.
Uważam, że człowiek, ingerując w świat natury dla rozrywki, bierze na siebie odpowiedzialność za konsekwencje takich działań. Natura rządzi się własnymi prawami i nie potrzebuje ludzkiej „regulacji” opartej na cierpieniu.
Ja wybieram stanie po stronie tych, którzy nie mają głosu i nie mogą się bronić.
------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie, możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💗 Halszka
Na betonie kwiaty nie rosną, ale na kamieniu — tak. Życie nie potrzebuje idealnych powierzchni. Potrzebuje pęknięć. Opis w obrazie.
Stone balancing, czyli równoważenie kamieni, to praktyka znana od wieków, choć dziś coraz częściej odkrywana na nowo. Dla jednych jest formą sztuki, dla innych sposobem na spędzanie wolnego czasu, a dla jeszcze innych — chwilą wyciszenia w świecie pełnym pośpiechu. Polega na układaniu kamieni jeden na drugim bez użycia zaprawy, kleju czy wsporników, tworząc pozornie niemożliwe do utrzymania konstrukcje.
Wędrując po górach, lasach czy nadmorskich szlakach, nietrudno natknąć się na kamienne kopczyki i wieże. Czasem są to ślady dawnych czasów — pozostałości po punktach orientacyjnych, które niegdyś pomagały wędrowcom odnaleźć właściwą drogę. Dziś, w erze GPS-ów i map w smartfonach, kamienne stosy straciły swoje praktyczne znaczenie, ale zyskały nowe — symboliczne. Stały się cichymi świadkami obecności człowieka w naturze.
Dla wielu osób układanie kamieni to sposób na zatrzymanie się i skupienie na „tu i teraz”. Powolne dobieranie kolejnych elementów, poszukiwanie punktu równowagi i akceptowanie niepowodzeń przypomina medytację.
Nic dziwnego, że stone balancing bywa porównywany do praktyk zen — nie chodzi w nim wyłącznie o efekt końcowy, lecz o sam proces i uważność, jakiej wymaga.
Są też tacy, którzy traktują równoważenie kamieni jako formę sztuki współczesnej. Ich konstrukcje zachwycają lekkością, dynamiką i nowoczesną estetyką, a często istnieją tylko przez krótką chwilę, zanim rozpadną się pod wpływem wiatru lub czasu. Ta ulotność sprawia, że stone balancing staje się swoistym dialogiem z naturą — przypomnieniem, że nic nie jest trwałe.
Niezależnie od tego, czy patrzymy na kamienne wieże jak na dzieła sztuki, formę relaksu czy ciekawostkę spotkaną na szlaku, jedno jest pewne: równoważenie kamieni wciąż fascynuje. Być może dlatego, że w swojej prostocie pozwala nam na moment odzyskać równowagę — nie tylko tę fizyczną, ale i wewnętrzną.
Co się dzieje w zimowym lesie? Bajka się dzieje. Wrót strzeże brodaty strażnik — z głową na kolanach. Nie wierzysz, zobacz. Tekst w obrazie.
Kiedy jestem w lesie — sama lub z kimś — niemal zawsze, przed powrotem do domu, kieruję kroki pod mój ulubiony stary dąb. To miejsce, do którego się wraca, nawet jeśli droga prowadzi gdzie indziej.
Pewnego letniego dnia zobaczyłam przywiązane do jego konarów tybetańskie flagi modlitewne. A właściwie — najpierw je usłyszałam. Furkotały cicho i radośnie na wietrze, jakby las nagle nauczył się szeptać w obcym języku.
Przez tyle lat wędrówek nigdy ich tu nie widziałam. Widocznie nie tylko ja uznałam to miejsce za swoje.
Od tamtej pory, ilekroć tu wracałam, zatrzymywałam się pod dębem na dłużej. Patrzyłam, jak kolorowe płótna poruszają się w rytmie powietrza. Pod koniec lata wiatr nadał im własną historię — postrzępił brzegi, osłabił sznur. Któregoś dnia zauważyłam, że z jednej strony się zerwał. Posztukowałam go jakoś i związałam na nowo, jakby chodziło o coś żywego.
Zimą rzadziej zapuszczałam się w tamtą stronę. Śnieg zmienił ścieżki w białe milczenie. Kiedy jednak pewnego dnia dotarłam pod dąb, widok był bolesny. Flagi leżały w śniegu — porwane, bezwładne. Podeszłam bliżej, odcięłam je scyzorykiem od drugiego drzewa i zwinęłam w rulon. Przypomniały mi się wtedy słowa mojej koleżanki, buddystki z Wietnamu: zniszczonych flag nie wolno wyrzucać. Trzeba je spalić.
Zabrałam je ze sobą. Na skraju lasu, w miejscu przeznaczonym na ogień, oddałam je płomieniom. Pomyślałam, że może ktoś — gdzieś — będzie mi za to wdzięczny. Może nawet ten, kto je tu zawiesił i nie zdążył się nimi zaopiekować.
Czym są te barwne skrawki materiału, które tak łatwo zapadają w pamięć? Historia tybetańskich flag modlitewnych sięga tysięcy lat wstecz. Dawniej uzdrowiciele układali kolorowe płótna w określonym porządku, wierząc, że w ten sposób przywracają ciału siły witalne.
Początkowo nie było na nich żadnych znaków. Pismo pojawiło się później. Kolory jednak — i ich kolejność — pozostały niezmienne. Symbolizują żywioły, z których utkany jest człowiek. Ich harmonia daje zdrowie ciału, spokój emocjom, jasność umysłowi i lekkość duchowi. Co symbolizują?
Żółty –
ziemię
Zielony — wodę
Czerwony — ogień
Biały —
powietrze, wiatr, chmury.
Niebieski — przestrzeń
Flagi zawiesza się na zewnątrz, by wiatr mógł wprawić je w ruch i nieść zapisane na nich mantry dalej — ponad lasami, domami i granicami.
Nie są prośbą ani błaganiem. Są obecnością. Uświęcają miejsce, w którym wiszą, a potem pozwalają wiatrowi robić to, co potrafi najlepiej — krążyć, oczyszczać i przekazywać dalej. Każde muśnięcie niesie błogosławieństwo tym, którzy znajdą się w zasięgu ich ruchu. A w końcu — całemu światu.
Z czasem kolory bledną, materiał się strzępi. Stare ustępuje nowemu. Tak jak wszystko. Koło życia nie zatrzymuje się ani na chwilę.
Buddyści zawieszają flagi w słoneczny poranek, wysoko — tam, gdzie przestrzeń jest najbardziej otwarta. Traktują je jak nośniki boskiej energii, z szacunkiem i uważnością. Gdy spełnią swoją rolę, wracają do ognia, by ich moc mogła przeniknąć wszystko i wszystkich dookoła.
------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne. Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💗 Halszka
Nie wszystko, co najważniejsze, domaga się uwagi głośnym wołaniem. Są pragnienia, które rodzą się w ciszy i właśnie w niej zostają usłyszane. Gdy umysł milknie, a intencja staje się czysta, Wszechświat zaczyna odpowiadać — powoli, subtelnie, poprzez porządek zdarzeń, który trudno dostrzec, lecz łatwo poczuć. Tekst w obrazie.
-----------------------------------------------------------------------------------
Jeśli ten obraz i słowa w nim zawarte przemawiają do Ciebie —
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Dziękuję 💗 Halszka
Piękny obrazek z ceremonii w ramce, a dusza pusta. Tak w wielu przypadkach wygląda „wiara” w Boga u katolików. Tekt w obrazie.
Kamienie były ze mną od zawsze. Zanim nauczyłam się nazywać świat, już czułam ich ciężar w dłoniach i chłód, który koił. Fascynują mnie wszystkie — te ogromne, stare jak czas, wykuwane cierpliwie przez Matkę Naturę, po których można iść, wspinać się, a czasem tylko trwać przy nich w milczeniu. I te mniejsze, którym człowiek nadał kształt, sens i pamięć, zamykając je w formie sztuki.
Najbliższe są mi jednak kamyczki maleńkie. Te, które mieszczą się w kieszeni, a niosą w sobie całe światy. Zbieram je bez planu i bez powodu — tam, gdzie akurat zatrzyma mnie los. Gładkie i szorstkie, jasne i ciemne, niepozorne. Najpiękniejsze są te, które pamiętają życie: odcisk muszli, ślad rośliny, echo istnienia sprzed tysięcy lat.
Już w dzieciństwie miały w moim domu własne miejsce — jakby od zawsze należały do mnie.
Każdy kamyk jest opowieścią. Nie tylko o sobie, lecz także o mnie. O drodze, którą wtedy szłam, o myślach, które mi towarzyszyły, o chwili, w której się spotkaliśmy.
Są jak ciche świadectwa czasu — drobne znaki pamięci, których nie sposób wyrzucić ani zapomnieć. Ich wartość żyje poza liczbami.
Także kamienie szlachetne przemawiają do mnie swoim językiem. Jestem kobietą — to naturalne. Lecz nie blask jest tu najważniejszy. Bardziej pociąga mnie to, czego nie widać: ukryta energia, wewnętrzne światło, tajemnica drzemiąca pod chłodną powierzchnią.
Wierzę, że każdy kamień, który narodził się z wnętrza ziemi, niesie w sobie własną moc. Od wieków towarzyszą człowiekowi w leczeniu, w pielęgnacji ciała i duszy, w cichych rytuałach. Odpowiednio dobrany potrafi ukoić, wzmocnić, ochronić — jakby rozumiał tych, którzy po niego sięgają.
Kamienie nie są przypadkowe. Każdy z nich działa inaczej, zgodnie ze swoją naturą i historią zapisaną w strukturze. Trzeba tylko zwolnić krok, otworzyć dłoń i nauczyć się słuchać tego, co mówią bez słów.
Zimowe marzenia o lecie. Choć biało za oknem, my już myślimy o lecie. O spacerach po plaży i o wspinacze. Tekst w obrazie.
Masz dość codziennych problemów, korków, powiadomień i pytania „co dziś na obiad”? Jest na to sprawdzony sposób — idź do lasu. A jeśli las masz daleko, park też da radę.
Badania naukowe nie kłamią: wśród drzew człowiek szybciej dochodzi do siebie niż pomiędzy betonem a klaksonami. Wniosek jest prosty — pakuj wygodne buty i… jazda w zieleń!
Las działa jak naturalny psychoterapeuta, tylko bez kolejki i rachunku. Już po pół godzinie spaceru stres zaczyna się pakować i wychodzi bez pożegnania. Złość topnieje, humor wraca, a organizm produkuje endorfiny — czyli hormony szczęścia, znane też jako „wewnętrzny uśmiech”.
Regularne spacery po lesie wzmacniają odporność. Natura uruchamia nasze naturalne siły obronne, które czuwają, żebyśmy mieli się dobrze i nie łapali wszystkiego jak leci. Krótko mówiąc: las dba o nas, zanim zdążymy zachorować.
Serce też jest zadowolone — ciśnienie spada, tętno zwalnia, a my przestajemy się spieszyć… nawet jeśli nie wiemy dokąd. Las uczy cierpliwości i przypomina, że nic nie musi dziać się „na już”.
Japończycy nazwali to „leśnymi kąpielami”. Spokojnie — nie trzeba stroju kąpielowego. Wystarczy oddychać, patrzeć i iść przed siebie. Przy okazji las filtruje powietrze, pochłania CO₂ i robi porządki, na które my nie mamy czasu.
Poranny spacer wśród mgły działa jak darmowa inhalacja premium. Oddychasz, relaksujesz się i nagle świat staje się całkiem znośny. A potem:
Poprawia nam się nastrój i samopoczucie,
Las jest dla każdego — młodych, starszych i tych „w sam raz”. Można spacerować, posiedzieć na pieńku, pogapić się w drzewa albo nawet przytulić się do któregoś z nich. Fani twierdzą, że drzewa oddają dobrą energię. Sceptycy też wychodzą z lasu w lepszym humorze — przypadek? Nie sądzę.
Jedyna uwaga: pamiętaj o kleszczach. Długie rękawy, nogawki i rozsądek to najlepsi towarzysze leśnych przygód. Reszta to już sama przyjemność.
Hej, do lasu! — Hej, per pedes!
Nie zastanawiajmy się więc zbyt długo: czy to wiosna, czy to lato, czy to jesień, czy to zima — do lasu marsz!
------------------------------------------------------------------
Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka