sobota, 21 marca 2026

Wiosna przywitana… z częściowym morsowaniem

Pierwszy dzień wiosny postanowiłam uczcić godnie — czyli w lesie i w towarzystwie mojej najmłodszej wnuczki. Przy okazji chciałam ją uświadomić kulturowo i opowiedzieć, jak to dzieci w Polsce witają wiosnę. No bo przecież nie może dorastać w takiej niewiedzy.

Ruszyłyśmy zaraz po śniadaniu. Najpierw elegancko — dróżkami i ścieżkami. Ale jak wiadomo, prawdziwa przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się ścieżka, więc szybko przeszłyśmy na tryb „na przełaj”.

Drzewa sprawdzone — pierwsze pączki są. Wiosna działa. Można uznać za oficjalnie rozpoczętą.

Po drodze opowiadałam wnuczce o wiosennych zwyczajach w Polsce — o Marzannie, o Dniu Wagarowicza. Słuchała z zaciekawieniem, a pytań miała tyle, że nie sposób było zostawić któregokolwiek bez odpowiedzi. Szczególnie ta druga tradycja przypadła jej do gustu… dziwne, prawda?

No to w skrócie opowiedziałam jej jeszcze o zabawnych przygodach bohaterów mojej książki pt. „Wagarowicze mimo woli”*, którą napisałam wiele lat temu.

W końcu zaschło mi w ustach od tej edukacji, postanowiłam więc wyjść na skraj lasu i pójść do Fräuleins Brünnele (studzienka panienki, rocznik 1909).



Plan był prosty: napić się wody, zapalić tradycyjnie świeczki na skałkach i wrócić do domu jako porządne, kulturalne osoby. Z wykonaniem, jak się okazało, wyszło nieco gorzej.

Miałyśmy dwie świeczki. Jedna… postanowiła zamieszkać w studzience, wypadając wnuczce z ręki. Oczywiście przypadkiem. Wnuczka posmutniała, więc babcia — bohaterka — ruszyła na ratunek.

Nachylam się, oceniam sytuację, wszystko pod kontrolą… i nagle: chlup!

Pomiar głębokości wykonany. Ręką. Po samą pachę. Bo zostałam delikatnie (bardzo delikatnie!) potrącona. Oczywiście niechcący. Jak zawsze.

Wnuczka się wystraszyła i w końcu się rozpłakała. Mnie też niezbyt miło się zrobiło, bo woda była lodowata. Ale od tego się przecież nie umiera.

Zdzierżyłam to niemiłe uczucie i zajęłam się uspokajaniem wnuczki. Powiedziałam, że nic mi się nie stało i że świeczkę i tak muszę wyciągnąć, żeby nikt sobie nie pomyślał, że zaśmiecamy studzienkę.

No i skoro głębokość studzienki (niespodziewanie) już poznałam, zanurkowałam ręką raz jeszcze i... świeczkę wyciągnęłam. Sukces!



Efekt uboczny: rękaw mokry, ręka zmarznięta, ogólne poczucie, że jednak wiosna jeszcze się z nami nie do końca zgadza.

— Biegiem do auta! — zarządziłam strategicznie.

I tak oto, śmiejąc się po drodze (głównie wnuczka), zakończyłyśmy powitanie wiosny w stylu: edukacja + przygoda + morsowanie w wersji light.

A żeby tradycji stało się zadość, opowiedziałam jej jeszcze historię z mojego dzieciństwa o pewnej niespodziewanej kąpieli*… choć w wersji nieco ocenzurowanej. W końcu babcia też musi mieć autorytet.


* Zabawnym przygodom wagarowiczy mimo woli nie było końca, ale były też i dramatyczne: "Wagarowicze mimo woli".

* Rzeczywiście niespodziewana to kąpiel była. Oj, bardzo: Niespodziewana kąpiel”.


Co czeka naszą generację?...

 


Świat pełen niepewności. Między strachem a nadzieją. Nasza generacja wobec współczesnych kryzysów. Największe wyzwania XXI wieku. Refleksje o losach naszej generacji w obrazie.


piątek, 20 marca 2026

No i mamy wiosnę 2026! Moje wiosenne życzenia

Od dziś, od godziny 10:46, wiosna rozgości się w pełni – czas cieszyć się jej światłem, zapachem i energią.

Pozdrawiam wiosennie wszystkich moich Czytelników i dziękuję z całego serca, że jesteście ze mną, że od lat trwacie przy moich słowach i myślach.

W podziękowaniu przesyłam Wam żonkila z mojego ogrodu – odważnego, pełnego życia i mocy. Niech jego blask i odwaga ogrzeją Wasze dni i napełnią je wiosenną radością.



Lasy we mgle witają wiosnę 2026

 Mgła oplata las jak oddech — cichy, wilgotny, nieuchwytny. Świat zwalnia, mięknie, rozpływa się w półtonach. Przez chwilę wszystko zdaje się zawieszone między snem a przebudzeniem.

A jednak cisza nie trwa długo. Pęka nagle — ptasim krzykiem, ostrym, natarczywym, pełnym życia. Skrzydlate głosy przecinają mleczną zasłonę, jakby chciały przywołać świat z powrotem do istnienia. Wiosna przyszła. Nieśmiało, lecz nieodwołalnie.

Stoję w tym rozedrganym bezruchu i słucham. I we mnie także coś się budzi — nie tylko radość, lecz przede wszystkim uparta, cicha nadzieja. Że wraz z pierwszą zielenią odrodzi się rozsądek. Że świat otrząśnie się z własnego zamętu i przejrzy choć na moment.

Bo mgła nie tylko otula — ona także zasłania. A kiedy w końcu opadnie, odsłoni wszystko to, co próbowano ukryć.

Może wtedy spojrzymy wreszcie prosto. Bez ucieczki. Bez złudzeń. I ci, którzy karmią się chaosem, znikną — rozwiani jak cień, gdy światło odważy się zostać.



Międzynarodowy Dzień Szczęścia... International Day of Happiness

 


Międzynarodowy Dzień Szczęścia — to radosne i uduchowione święto... Bądźmy więc szczęśliwi zawsze i wszędzie. Tekst w obrazie


środa, 18 marca 2026

Mintek, pieprz w pupie i fotograf

(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część II)


Nie poddaję się i rosnę dalej. Mam już cztery latka i żadnego warkocza, jak moje siostry. Sama już nie wiem dlaczego. Czy dlatego, że mamusia nie miała już siły czesać mozolnie trzeciej córeczki, czy może dlatego, że sama nie chciałam długich włosów?

Całkiem możliwe, że to drugie. Wszak długie włosy przeszkadzałyby mi w łażeniu po drzewach w ogrodzie i po dachach na podwórku. Nawet kokarda na czubku mojej głowy nieraz mnie denerwowała, bo zdarzało mi się na niej zawisnąć na gałęzi… A to bolało.

Ale do robionych nam czasem rodzinnych zdjęć umiem pozować spokojnie. Mamusia zawsze prosi i mówi, że są potrzebne na pamiątkę. Że kiedy będę już duża i będę miała swoje dzieci, będę mogła im pokazać, jak sama wyglądałam, gdy byłam malutka.

Stoję więc grzecznie i patrzę moim dzieciom prosto w oczy. Niech zobaczą, że ładna ze mnie mama w dzieciństwie była. Nie rozumiem tylko, dlaczego moje siostrzyczki nie patrzą na swoje dzieci… Czyżby nie chciały ich mieć, kiedy będą duże?

No dobrze, przyznam szczerze, że mnie też nie całkiem wychodziło z tym patrzeniem na moje dzieci. Bardziej interesował mnie buchający ogień na kiju od miotły, który tatuś sam zapalał. Że się nie bał?!

Dziwne. Może czuł, że to taki jego obowiązek wobec jego „dziurawców”, jak nas czasem nazywał. Pan fotograf mówił bowiem, że dzięki temu błyskowi ognia lepsze zdjęcia mu wyjdą. A tatuś na pewno chciał, żebyśmy ładnie na nich wyglądały.



Do drugiego zdjęcia mamusia znów nas ustawiła i prosiła, żebyśmy się nie ruszały. Nie rozumiem tylko, dlaczego kazała mi stać. W końcu to ja jestem najmłodsza i to ja powinnam siedzieć. Czy coś jest ze mną nie tak?

No chyba tylko to, że — jak mamusia nieraz mówi — ja nigdy nie usiedzę spokojnie, bo mam pieprz w pupie. Hmm… może to i prawda.

Tak czy inaczej, skoro już go mam, to przecież sama sobie go tam nie wsadziłam. Chyba mamusia już taką mnie „popieprzoną” urodziła.

Ale to prawda — nie lubię siedzieć. Zawsze sterczę jak… jak jakiś wyrzut sumienia co najmniej. Tak nieraz mówi tatuś.

Eee tam. Nie wiem, co to właściwie jest wyrzut sumienia, ale z wyrzutem czy bez jednak wolę sobie posterczeć. A nuż będę bardziej zauważalna?

Do drugiego zdjęcia zebrałam się w sobie i patrzę już prosto w obiektyw aparatu pana fotografa, bo powiedział, że zaraz wyskoczy z niego ptaszek.




Patrzę więc uważnie w ten aparat… czekam… czekam jeszcze chwilę… A ptaszek jak nie wyskoczył, tak nie wyskoczył. No i wkurzył mnie strasznie.

Na kolejne zdjęcia nie dałam się już namówić, bo nie znoszę, kiedy ktoś mnie okłamuje. Przecież już umiem dobrze patrzeć i tak samo czuć.

Pan Tabisz, nasz sąsiad, ciągle powtarza, że Halintek-Mintek, czyli ja, to bardzo mądre dziecko. A on jest już stary i chyba wie, co mówi… No!

Nie mogłam się więc nie wkurzyć na pana fotografa za to jego oszukaństwo. Fuknęłam coś pod nosem (ale nie powiem co), odwróciłam się na pięcie i poszłam do ogrodu się bawić — z mocnym postanowieniem, że jeśli znowu przyjdzie do naszego domu robić zdjęcia, to się przed nim schowam.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Zaczarowane niebo nad moją małą ojczyzną…

 


Czary na niebie? Refleksyjny zmierzch na przedwiośniu. Tekst w obrazie.


wtorek, 17 marca 2026

Śmiej się, człowieku!... Śmiech wydłuża życie

Wprawdzie Światowy Dzień Śmiechu (ang. World Laughter Day) obchodzimy dopiero w pierwszą niedzielę maja, ale warto „ćwiczyć” śmiech każdego dnia. Śmiech bowiem — jak potwierdzają badania — naprawdę wydłuża życie.


Śmiej się, człowieku, 
w każdym swym wieku,
wszak śmiech to zdrowie —
każdy ci powie.

Kto śmiać się lubi,
formy nie gubi,
rzadko też tyje...
i dłużej żyje.


Śmiech ma niezwykłą moc. Rozjaśnia dzień, dodaje otuchy i pomaga spojrzeć na własne troski z dystansem. Najszczęśliwsi są ci, którzy potrafią śmiać się także z samych siebie... To wielka zaleta w dzisiejszym nienawistnym świecie:


Sztuką jest śmiać się
z samego siebie.
Kto to potrafi,
jest w siódmym niebie.

Chichocze nawet
z własnego pecha,
bo śmiać się lubi —
to jego cecha.

Najbardziej jednak
ze swego wyglądu,
mimo krytycznego
innych osądu.

Uśmiech rozdaje
tym, których spotyka,
bo w jego sercu
radość pomyka.

Śmiać się potrafi
z własnej słabości —
w tym właśnie tkwi
siła ludzkości.

Śmiech daje odpór
złośliwym językom,
wytrąca też „broń”
krzywdzącym rękom.

***

Kto lubi się śmiać,
nie czeka powodu —
śmieje się nawet
z własnego zawodu.

Gdy w coś uwierzył,
co nie istnieje,
z własnej głupoty
wtedy się śmieje.

Najbardziej jednak
śmieszy go wygląd,
własny, rzecz jasna...
w lustrze ma podgląd.


Te dwie fotki bardzo mnie śmieszą: Muammar Kaddafi? Albert Einstein? 

Hmm... jakoś tak dziwnie wyszły, że takie głupie skojarzenia mnie naszły. 😂


Światowy Dzień Śmiechu został zainicjowany w 1998 roku przez dr. Madana Katarię, twórcę jogi śmiechu. Ideą tego święta jest przypominanie, że śmiech może łączyć ludzi i budować między nimi życzliwość.

Nie należy jednak mylić go ze Światowym Dniem Uśmiechu, obchodzonym w pierwszy piątek października. Pomysłodawcą tego święta był Harvey Ball — twórca słynnej uśmiechniętej buźki.

A więc śmiejmy się jak najczęściej — z życia, z pecha, z własnych potknięć. Bo kto potrafi się śmiać — ten nosi w sobie najprostszą receptę na pogodę ducha.


Czarny łabędź — piękno z antypodów

Czarny łabędź to ptak, który zdaje się wymykać oczywistościom. Pochodzi z odległych krain — Australii, Nowej Zelandii i Tasmanii — a do Europy Zachodniej trafił dopiero na przełomie XVIII i XIX wieku. Od tamtej pory bywa hodowany jako ptak ozdobny, a szczególnie często można go spotkać w Wielkiej Brytanii.

Mnie jednak los pozwolił zobaczyć go w Schwarzwaldzie — nomen omen — w niewielkiej miejscowości Fischerbach w Badenii-Wirtembergii.

Na zdjęciu widać go tylko z daleka. A jednak tamta chwila wciąż pozostaje dla mnie wyjątkowa. Byłam zachwycona — i jestem do dziś. Bo jak dotąd jest to jedyny czarny łabędź, jaki zamieszkał w moim albumie przyrodniczym.



Ten niezwykły ptak ma upierzenie niemal całkowicie czarne, jakby utkane z cienia. Dopiero w locie odsłania pas białych lotek na krawędzi skrzydeł — nagły błysk jasności wśród ciemnych piór. Jego sylwetkę dopełnia długa, elegancko wygięta szyja oraz jaskrawoczerwony dziób zakończony białą plamką. Nogi są ciemnoszare, a młode osobniki przez pewien czas noszą jeszcze brązowawe upierzenie, zanim przybiorą swoją charakterystyczną barwę.

Samce są nieco większe od samic i mają dłuższy, prostszy dziób. W okresie pierzenia dorosłe ptaki tracą wszystkie lotki naraz i przez około pięć tygodni pozostają uwięzione na wodzie, niezdolne do lotu.

Czarny łabędź od dawna jest także symbolem. Uosabia rzadkość i zdarzenia, których nikt się nie spodziewa — takie, które potrafią odmienić nasze spojrzenie na świat.

W przeciwieństwie do białego łabędzia, od wieków kojarzonego z czystością i niewinnością, czarny łabędź symbolizuje pasję, instynkt oraz ten nieoczywisty „cień” obecny w ludzkiej naturze.

Może właśnie dlatego bywa też znakiem ludzi, którzy nie mieszczą się w schematach — tych, którzy idą własną drogą.

W jednych kulturach przynosi szczęście i dobrobyt. W innych uchodzi za zwiastuna pecha. Ja jednak zdecydowanie wolę tę pierwszą opowieść. Ponuractwo nigdy nie było mi szczególnie bliskie.


Z cyklu: Opowiadania o relacji człowieka z naturą


niedziela, 15 marca 2026

Czas stanąć przeciw tyranii kilku szaleńców...

 


Gdy milczenie przestaje być możliwe. Czas sprzeciwu. Dość tyranii. Nie milczmy. Głos ulicy. Wiersz w obrazie. 


Każde dziecko ma swój szczyt do zdobycia

„Tylko ci, którzy mają odwagę pójść zbyt daleko, mogą odkryć, jak daleko naprawdę można dojść”. — T. S. Eliot.*

Wychowanie to sztuka pomagania dziecku odkrywać własną drogę i odważnie podążać ku marzeniom.

Każdy rodzic nosi w sercu ciche pragnienie, aby jego dzieci wyrosły na ludzi odważnych, ambitnych i spełnionych – takich, którzy w dorosłym życiu potrafią sięgać po swoje marzenia i z wytrwałością realizować wyznaczone cele.

Uczmy je więc „zdobywać góry”. Niech nie lękają się wysiłku ani wysokości, lecz z nadzieją i determinacją wspinają się ku temu, co dziś wydaje się jeszcze odległe.

Właśnie w takich chwilach rodzi się siła charakteru, która prowadzi człowieka przez całe życie.



Niech ambicja, wsparta mądrymi autorytetami i dobrym przykładem dorosłych, stanie się dla młodych serc drogowskazem. To ona pomaga odnaleźć właściwą drogę, dodaje odwagi w chwilach zwątpienia i prowadzi ku przyszłości.

Bo w życiu każdego człowieka jest jakiś szczyt, który czeka, by go zdobyć.



* „Tylko ci, którzy mają odwagę pójść zbyt daleko, mogą odkryć, jak daleko naprawdę można dojść”. Oryginalny cytat: „Only those who will risk going too far can possibly find out how far one can go”. — T.S. Eliot amerykańsko-brytyjski poeta,laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.


sobota, 14 marca 2026

Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

(Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część I)




No proszę — jakie ładne zdjęcie. A mnie na nim nie ma. Chyba rzeczywiście rodzice nie byli zbyt uradowani moim przyjściem na świat, skoro mnie do rodzinnego zdjęcia nie wzięli.

Kiedy po latach pytałam mamusię, dlaczego mnie razem ze sobą nie uwiecznili, odpowiadała, że już nie pamięta… I tyle! Och, ja nieszczęsna!… A może dopiero rosłam w maminym brzuszku, a mamusi po prostu wyleciało to z głowy? Kto wie…

Po kolejnych latach metodą dedukcji doszłam do wniosku, że faktycznie tak musiało być. Skoro moja najstarsza siostrzyczka jest cztery lata starsza ode mnie, a średnia o trzynaście miesięcy, to sądząc po jej bobasowym wyglądzie, ja musiałam wtedy dopiero nabierać ciałka u mamusi pod sercem. O — i ta myśl mnie uspokoiła.

Bo to by oznaczało, że zdjęcie zostało zrobione wczesną wiosną 1951 roku. Siłą rzeczy więc mnie na nim nie widać. Ale zapewne już jestem i, kręcąc się w ciasnocie maminego brzuszka, rosnę na przekór wszystkim i wszystkiemu.

Dlaczego na przekór? Ano dlatego, że chyba nikomu wielkiej radości nie sprawiało moje „pchanie się” na świat. To były ciężkie czasy — zaledwie pięć lat po wojnie, moje obydwie siostrzyczki jeszcze malutkie… A tu już trzecie dziecko? Czy można się było cieszyć?

Mnie to jednak chyba niewiele obchodziło. Wyrzutów sumienia nie miałam, bo trzymałam się mocno… i rosłam.

Bo jakżeby inaczej? Nie prosiłam się na ten dziwny świat — to jakoś tak samo wyszło. Jednak na wszelki wypadek poprzez pępowinę chłonęłam jak najwięcej testosteronu, ponieważ podsłuchałam, że rodzice bardzo liczą na syneczka.

No i proszę — stało się.

1 lipca 1951 roku pojawiłam się na świecie, oznajmiając swoje przybycie wrzaskiem tak donośnym, że zapewne pół położniczego oddziału postawiłam na nogi.

Niestety — zamiast wyczekiwanego chłopczyka pojawił się trzeci dziurawiec, jak z rozbrajającą szczerością mawiał później tatuś.

No ale cóż… stało się. Jestem. I już. Ku chwale swojej i swojej rodzinki. Takie postanowienie podjęłam jeszcze w maminym brzuszku… i trzymam się go do dziś.



Zdjęcie niezbyt wyraźne, ale dla mnie ma wielką wartość. A tak swoją drogą, to musiało mi być gorąco w tym pierzastym beciku. Przecież to lato. Ale w proteście pewnie nie wrzeszczałam. Mamusia zawsze mówiła, że byłam spokojnym niemowlakiem.

Hmm… Pewnie dlatego, że od narodzin miałam zakodowane, iż lepiej mamusi nie denerwować swoją nieoczekiwaną osóbką. A nuż zechce się mnie pozbyć… Albo co?

Podskórnie czułam jednak, że muszę jakoś odkupić swoje dziewczęce wtargnięcie na świat i zasłużyć sobie na dobre imię — w ogólności, bo imię do nazwiska dostałam od razu. A właściwie samo się do mnie przykleiło.

Rodzice, jako że czekali na chłopczyka, mieli przygotowane tylko męskie imię. Niewiele się więc zastanawiając, zapisali mnie w USC z takim imieniem, jakie akurat widniało w kalendarzu 1 lipca.

Z tego też powodu w późniejszych latach w dniu swoich urodzin byłam na rodziców trochę wkurzona, że moje siostrzyczki obchodzą swoje święta dwa razy w roku, a ja tylko raz.

Przecież to takie niesprawiedliwe! No niech mi kto powie, że tak nie jest! To… to… to się z nim nie zgodzę.

No dobrze. Już jestem i rosnę nad wyraz zdrowo. Czas leci szybko i już jest wiosna. Piękna pora. Wszystko budzi się do życia i kwitnie. To ja też.

Mam już dziesięć miesięcy i potrafię nawet sama stawać na nóżki. Robię to często, bo wszystko dookoła mnie bardzo interesuje.

Chyba fajny jest ten świat! A pewnie, że tak. Coraz bardziej się cieszę, że już na nim jestem.

To nic, że czasami słyszę te niezbyt miłe słowa: „trzeci dziurawiec”. Ważniejsze jest to, że na mnie nie krzyczą. Spać dają. Jeść dają.

Zwłaszcza to mleczko z cycuszków mamusi bardzo mi smakuje. A i rosnę po nim jak na drożdżach.



Lubię też być zabierana na dwór. Wszystko mnie ciekawi. Rozglądam się zawsze dookoła, aż nieraz szyjka boli mnie od tego kręcenia główką.

Na zdjęciu widać, że jesteśmy akurat na spacerku. Ja — wiadomo — na mamusi rękach, a moja o rok starsza siostrzyczka na rękach tatusia. Najstarszej siostrzyczki nie ma. Nie wiem, gdzie ją wcięło.

Jest też z nami mamusi koleżanka z harcerstwa — pani Grekowa — ze swoim syneczkiem, a moim o miesiąc starszym kolegą.

Lata pędzą jak szalone i nie sposób ich zatrzymać. Mam już trzy latka i bardzo lubię bawić się w ogrodzie. Kwiatki sięgają mi do kolan. Uwielbiam je zrywać i przystrajać nimi moją lalę.



Wszystkie trzy dziewczynki — albo jak kto woli dziurawce — miałyśmy naprawdę radosne dzieciństwo. Rosłyśmy zdrowo i zawsze byłyśmy pięknie wystrojone przez mamusię. Wszystkie nasze ubranka mamusia szyła sama. Ba — nawet dla siebie i tatusia.

Pamiętam, że maszyna do szycia często wieczorami turkotała. Miała kogo obszywać. Siedziałyśmy wtedy gdzieś obok, bawiąc się na podłodze albo przysypiając ze zmęczenia, a mamusia pochylona nad materiałem przesuwała go cierpliwie pod igłą.

Po wojnie trudno było cokolwiek kupić, a co dopiero ładne ubranka. Dlatego nasze stroje powstawały właśnie przy tym wieczornym turkotaniu maszyny.



Czasami, kiedy mamusia była zajęta, opiekowała się nami ciocia Józia — kuzynka tatusia. Bardzo ją lubiłam. W niej też spora dawka testosteronu buzowała. I nigdy — co było dla mnie bardzo ważne — nie wypominała mi mojego psocenia.



Powoli wszyscy zaczęli zapominać, że jestem trzecim dziurawcem. Zresztą ja też im w tym zapominaniu intensywnie pomagałam.

Nie na darmo w mamusinym brzuszku z całych sił chłonęłam testosteron. Z roku na rok coraz bardziej stawałam się chłopczycą. Czasami tak dawałam rodzicom psoceniem popalić, że wystarczałam im za dwóch synów.

Tak przynajmniej zgodnie mówili. W końcu wszyscy zaczęli wołać na mnie MintekTo tatuś wymyślił mi takie imię. Zapewne nie bez kozery. A dlaczego akurat takie?

To proste. Bo tak mu wyszło po zamianie mojego imienia na formę męską: Halintek — Mintek.

I powiem szczerze — bardzo byłam dumna z tego imienia. Też nie bez kozery... Ha, i nadal jestem, bo moje kochane siostrzyczki do dziś mnie tak nieraz nazywają.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Grunt to solidna podstawa...

 


Rodzice, warto dbać o należytą podstawę dzieci — dla nich samych i dla siebie. Tekst w obrazie.


piątek, 13 marca 2026

Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie


PROLOG

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

Jeśli więc czasem zajrzy tu Mintek — nie zdziwcie się.
On po prostu ma jeszcze sporo do opowiedzenia.


***

Śmiałym szczęście sprzyja. Tak twierdził już Terencjusz (195–159 p.n.e.), zapisując słowa: „Fortes fortuna adiuvat”.

Nasze rodzime powiedzenie „Do odważnych świat należy” jest właściwie tylko inną wersją tej samej myśli.

I jedno, i drugie sprawdza się w życiu. Ludzie odważni mają w nim znacznie łatwiej. Nie zamartwiają się na zapas, nie trwonią sił na niepotrzebne lęki. Gdy los okazuje się nieprzychylny, przyjmują jego ciosy na klatę i — nie zwlekając zbyt długo z decyzją — po prostu działają. A potem żyją. Naprawdę — pełnią życia.

Wiem o tym coś, bo sama należę raczej do osób odważnych. Moja mama już w dzieciństwie powtarzała, że „odwaga” to moje drugie imię.

Ukłuła nawet powiedzenie: „Gdzie diabeł nie może, tam Mintka pośle”.

Mintek — tak mnie w domu nazywano. Od Halintek–Mintek. Rodzice marzyli o synu, a ja — trzecia córka — potrafiłam dać im popalić jak kilku chłopczurów naraz.
I tak zostałam Mintekiem. Męska końcówka w przezwisku pasowała więc do mnie jak ulał.

Coś w tym powiedzeniu chyba jest, bo nieraz w życiu byłam właśnie tak „posyłana”. I muszę przyznać, że zawsze to lubiłam. Ba — lubię do dziś. Za każdym razem staram się stawać na wysokości zadania.

A co najważniejsze — szczęście mi sprzyja. Przynajmniej jak dotąd. Zwłaszcza to szczególne szczęście, które pojawia się wtedy, gdy los próbuje nas doświadczyć. To ono pozwala wstać, otrzepać kurz i iść przed siebie.

I może właśnie na tym polega prawdziwe szczęście odważnych. W końcu — jak zauważył dawno temu Terencjusz — śmiałym szczęście sprzyja: „Fortes fortuna adiuvat”.



Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Tylko przyroda zna prawdę...

 



Metafora o papierze. Czy papier zniesie wszystko? Tylko przyroda zna prawdę. Tekst w obrazie.


czwartek, 12 marca 2026

By zdążyć przed ptakami

Zawsze coś mnie ściska w środku, kiedy widzę ścinane drzewa. Rozumiem przecież, że tak już jest na świecie — ludzie potrzebują drewna. A jednak żal nie chce ustąpić. Bo drzewa, choć milczą, zdają się mieć w sobie jakąś cichą duszę. Stoją cierpliwie latami, czują wiatr, deszcz i słońce. Smutny jest więc ich los.

O tej porze roku niemal w każdym lesie rozlega się warkot spalinowych pił. Drwale pracują szybko, niemal w gorączce, jakby czas nagle przyspieszył. Muszą zdążyć przed ptakami. Bo już wkrótce, jak co roku, z początkiem kwietnia wrócą i zaczną na gałęziach splatać swoje małe, kruche światy.

Drwale już mnie znają. Wiedzą, że każde ścięte drzewo trochę mnie boli. Czasem więc zamienimy kilka słów — gdy mogę podejść do nich bezpiecznie albo kiedy mają krótką przerwę. Dzisiaj też chwilę rozmawialiśmy.

Kiedy odchodziłam, jeden z nich podszedł do świeżo ściętego pnia i narysował na nim uśmiech. Taki prosty, dziecięcy.

No dobrze… niech wam będzie — roześmiałam się. I poszłam dalej leśną ścieżką, między drzewami, które jeszcze stały.



O zapędzonym w kozi róg...





Nie każdego udaje się zapędzić w kozi róg. Spryt i odwaga potrafią zrobić miejsce dla tego, kto go tam zapędził. Tekst w obrazie.


środa, 11 marca 2026

Pokolenie w cieniu globalnych zagrożeń

Przyszło nam żyć w niebezpiecznych czasach — w czasach wszechobecnego terroryzmu, wojen hybrydowych, kataklizmów i pandemii. Już zawsze z tyłu głowy musimy mieć myśl o niebezpieczeństwie, które może czyhać na nas na każdym kroku. Świat, który jeszcze niedawno wydawał się stabilny i przewidywalny, dziś coraz częściej zaskakuje nas nowymi kryzysami i wyzwaniami.

Jednym z największych problemów współczesności są konflikty zbrojne. Choć wielu ludzi miało nadzieję, że w XXI wieku wojny staną się rzadkością, rzeczywistość pokazuje coś zupełnie innego.

W różnych częściach świata nadal dochodzi do walk, które przynoszą cierpienie milionom ludzi. Wojny nie dotyczą już tylko frontów i armii — coraz częściej przybierają formę konfliktów informacyjnych, cyberataków czy działań hybrydowych. Oznacza to, że zagrożenie może dotknąć także zwykłych obywateli, nawet tych żyjących daleko od miejsc bezpośrednich starć.



Kolejnym wyzwaniem są globalne kryzysy zdrowotne. Pandemia pokazała, jak bardzo współczesny świat jest ze sobą powiązany. Choroba, która pojawia się w jednym miejscu, w krótkim czasie może rozprzestrzenić się na cały świat.

Jednocześnie pandemia uświadomiła nam, jak ważna jest współpraca międzynarodowa, rozwój nauki oraz odpowiedzialność społeczna.

Nie można również zapominać o zagrożeniach związanych z naturą. Zmiany klimatyczne powodują coraz częstsze susze, powodzie, huragany czy pożary lasów.

Katastrofy naturalne wpływają na życie milionów ludzi, zmuszając ich do opuszczania swoich domów i szukania bezpieczniejszego miejsca do życia.

Nasza generacja będzie musiała zmierzyć się z konsekwencjami wieloletniego niszczenia środowiska oraz podjąć działania, które pozwolą ograniczyć te negatywne zjawiska.

Mimo wszystkich tych zagrożeń przyszłość nie musi być wyłącznie pesymistyczna. Każde pokolenie staje przed własnymi wyzwaniami, ale ma też możliwość wprowadzania zmian.

Rozwój technologii, nauki oraz coraz większa świadomość społeczna dają nadzieję, że wiele problemów można rozwiązać. Nasza generacja może odegrać ważną rolę w budowaniu świata bardziej bezpiecznego, solidarnego i odpowiedzialnego.

To, co czeka naszą generację, zależy więc nie tylko od okoliczności, ale także od naszych decyzji. Od tego, czy będziemy potrafili współpracować, dbać o środowisko i przeciwstawiać się zagrożeniom. Przyszłość nie jest z góry przesądzona — to my w dużej mierze ją tworzymy.


***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.

Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:

https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Nić połączenia człowieka z wiosenną naturą...

 


Między człowiekiem a naturą, istnieje nić, nawet gdy jej nie widzimy. Opis w obrazie.


wtorek, 10 marca 2026

Nienawistnikowi Czarnkowi ku refleksji... i nie tylko

 


Proszę Państwa — oto profesor katolickiego uniwersytetu. Tak, właśnie tak: profesor. I to KUL-u (sic!).

Paradoks? Owszem, i to nie byle jaki. W powszechnej opinii uchodzi bowiem za jednego z najbardziej jadowitych uczestników polskiego życia publicznego — człowieka, który swoją pozycję wykorzystuje nie tyle do budowania autorytetu, ile do agresywnego i pogardliwego traktowania innych. Szczególnie kobiet oraz osób LGBT.

Powstaje z tego osobliwy dysonans poznawczy. Tytuł profesora kojarzy się przecież — przynajmniej w teorii — z autorytetem, wiedzą, kulturą osobistą i pewną klasą.

Gdy jednak zestawić te wyobrażenia z osobą nieokrzesaną, arogancką, momentami wręcz prymitywną w języku i gestach, pojawia się uczucie trudne do zignorowania: najpierw zdumienie, potem smutek, a czasem zwyczajny gniew.

Bo jakże to tak? Profesor. Katolik. I… takie coś?

Dziś, jako świeżo ogłoszony kandydat PiS na premiera, znajduje się w samym centrum debaty publicznej. Jego przeciwnicy polityczni nie przebierają w słowach i często określają go właśnie tak: „cham” i „prostak”. Uzasadniają to prostym argumentem — styl jego wypowiedzi i retoryka zupełnie nie przystają do godności tytułu naukowego.

Muszę przyznać, że trudno mi się z tym nie zgodzić. I mówię to nie od dziś, lecz od momentu, gdy tylko stał się jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy PiS.

A kiedy przypomnę sobie, że ktoś o takim temperamencie i takim języku był ministrem edukacji i nauki — naprawdę zaczynają mnie boleć zęby.


Tabula rasa i pierwsze doświadczenia

Dzieci broją od zawsze. Psocą, śmieją się głośno i czasem – niechcący – psują i przewracają świat do góry nogami. Taka jest ich natura. Ich wyobraźnia kwitnie jak dziki ogród, w którym każdy kamyk, każdy cień i każdy szept staje się przygodą. W głowach rodzą się pomysły dziwne, szalone, niepojęte dla dorosłych – a jednak pełne życia i sensu.

Dorośli nie powinni gasić tego ognia. Ich zadaniem jest raczej delikatnie prowadzić, wyznaczać ramy, które pozwolą odkrywcom wyruszyć bezpiecznie w świat pełen cudów i niespodzianek. Bo każde dziecko jest podróżnikiem, który pragnie dotknąć tego, co nieznane, i nazwać to własnym słowem.

Umysł dziecka – tabula rasa – pozostaje czystą kartą, na której zapisują się pierwsze doświadczenia. Jak pisał XVII-wieczny filozof John Locke, te ślady kształtują człowieka, nadają sens jego drodze. A dorośli są strażnikami tych zapisów – odpowiedzialnymi za to, by były prawdziwe, pełne piękna i mądrości.



Zanim kalendarz ogłosi wiosnę...

 


Delikatne szepty wiosny wzmacniane śpiewem ptaków. Opis w obrazie.