Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygody z psem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygody z psem. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 października 2021

Niemiecki Dog Arlekin — pies obronny i wspaniały towarzysz

Niedawno na ulicy zobaczyłam psa tej rasy i od razu przypomniał mi się mój Jocker. Mój bodyguard. Trochę powspominam o nim, ale zanim zacznę, króciutko nakreślę, co to za rasa.

Otóż Niemiecki Dog Arlekin, jak sama nazwa wskazuje, został wyhodowany w Niemczech (w 1880 r.). Początkowo był hodowany jako pies bojowy i do polowania. Obecnie hodowany jest jako pies obronny oraz pies-towarzysz. Są to bardzo przyjazne psy i mocno przywiązane do właściciela. Lubią dzieci. Szkoda tylko, że tak krótko żyją.

Jako ciekawostkę dodam, że w tamtym czasie wielkim miłośnikiem tej rasy był kanclerz niemiecki Otto von Bismarck. Do Polski psy te także z czasem dotarły. Eugeniusz Bodo — znany polski aktor przedwojenny — był również zafascynowany tą rasą i był właścicielem jednego z nich (zdjęcie na końcu).

 


Mój Dog Arlekin, jak już wspomniałam, wabił się Jocker. Był moim najmądrzejszym i najukochańszym psem ze wszystkich, jakie miałam. Był moim prawdziwym bodyguardem. Nikogo obcego do mnie nie dopuścił. Zwłaszcza miał uraz do zawianych facetów. Na odległość takiego delikwenta wyczuwał... i warczał, i szczekał, jak wściekły. A mnie łbem odpychał jak najdalej od tych alkoholowych wyziewów.

Gdy jechaliśmy do kraju, kiedy jeszcze były kontrole na granicy, to dopiero fantastycznie z nim miałam. Był postrachem wszystkich celników i wopistów. Niechby no tylko któremuś przyszła ochota skontrolować moje auto, to szybko tego pożałował. Bo kiedy tylko jeden z drugim otworzył klapę bagażnika, na widok mojego Jockera, spietrały cały, jeszcze szybciej ją zamykał. A ja, chichocząc, siedziałam sobie wygodnie za kierownicą i czekałam na znak, że mogę jechać dalej… Eee tam, że mogę, że muszę, i to natychmiast! Tak to odczytywałam po nerwowym machaniu rękami niedoszłego kontrolera.

Ależ miałam fajowo z Jockerem przy przekraczaniu granicy, i to za każdym razem. Łypiąc swoimi ogromnymi ślepiami z bagażnika, musiał rzeczywiście bardzo groźnie wyglądać. 

 


Bardzo lubił być w Polsce. Pewnie dlatego, że czuł, iż cała moja rodzinka za nim przepadała. Lubił też, ba, wręcz uwielbiał — babcine pierogi, którymi wszyscy go raczyli. Pochłaniał każdą ich ilość… Robił tylko — kłap, i pieróg za pierogiem znikał w jego potężnej paszczy.

 


Codziennie wędrówki z nim po górach i lasach były fantastyczne. Wszędzie mnie pilnował. Z nim nigdy niczego nie musiałam się bać. A wędrować, podobnie jak ja, to on wręcz uwielbiał, i to bez względu na porę roku, czy też pogodę. Cośmy się razem nawędrowali, to nasze.

 

— Pani poszła... siusiu. Trzeba mieć ją na oku. ;)


Jedyne czego nie lubił, to wodyStarał się trzymać od niej z daleka. Nigdy nie pływał, a kiedy ja szłam pływać, był bardzo niezadowolony. Stał wtedy podenerwowany na brzegu i nie spuszczał mnie z oka. A kiedy tylko pozwoliłam sobie oddalić się od brzegu, ujadał wniebogłosy.
 

Był bardzo spokojnym i cierpliwym psem. Lubił się z nami bawić. Lubił też przebieranki. Spokojnie siedział na kanapie, albo na kolanach (co wręcz uwielbiał) i czekał aż się go w coś ubierze... Mój kochany Gawrosz. :D

 


Na poniższym zdjęciu jedne z odwiedzin w naszym mieszkaniu w Polsce. Córce się wówczas przypomniało, że w 1981 r., jako małe dzieci, przez pewnego smutnego pana nie mogły oglądnąć Teleranka. Stąd ten jej kolaż... O, w opisie strzeliła byka, ale niech tam...

 


A oto i Arlekin Eugeniusza Boda. Wabił się Sambo. Ponoć szybko zaczął być tak samo rozpoznawalny jak jego pan. Miał wstęp do wszystkich restauracji i kawiarni razem z panem. Wtedy jeszcze psy tej rasy miały obcinane uszy i ogon. Na szczęście zrezygnowano z tej okrutnej praktyki już lata temu.

 

 
Zdjęcie z Internetu.

 

Teraz mi pozostały tylko wspomnienia po moim kochanym Jockerze. A wspominam go zawsze z wielkim rozrzewnieniem. I kiedy tylko gdzieś zobaczę psa tej rasy, reaguję z zachwytem. Nawet koło rzeźby nie mogę przejść obojętnie.



środa, 22 stycznia 2020

Na pomoc piesku!

W ostatnią niedzielę moje dzieciaki pojechały do Austrii na narty. Ja zostałam w domu z Aramisem, z naszym rodzinnym psem rasy Labradoodle. Bardzo lubię kiedy to nasze kochane psisko jest u mnie. Uwielbiam wyprowadzać go na wybieg do lasu. To taki mądry pies. Mój ostatni osobisty pies, Dog Arlekin, też był bardzo mądry. To był mój prawdziwy bodyguard. Jednak Aramis jest jeszcze mądrzejszy. Czasami wydaje mi się, że on rozumie dosłownie wszystko, co się do niego mówi, i to w dwóch językach: polskim i niemieckim.

Wracam do minionej niedzieli. Było grubo po południu, byliśmy już na drugim spacerze. Pogoda była niezbyt ładna. Już drugi dzień z rzędu w ciągu dnia była plusowa temperatura. Śnieg się topił. A że niemalże nieustannie siąpił deszczyk i w nocy chwytał przymrozek, na dróżkach i ścieżkach leśnych było strasznie ślisko. Główne drogi służby leśne posypywały żwirem, boczne nie. Na nich trzeba było naprawdę bardzo uważać, żeby nie wywinąć orła, albo, w najlepszym razie, nie rozjechać się w efektownym szpagacie. Na wąskich ścieżynkach w głębi lasu było jeszcze gorzej. A ja właśnie lubię wędrować z psem wąskimi ścieżynkami. Tam można sobie swobodnie iść i iść i nie trzeba się martwić, że spotka się jakiegoś ostrego psa, albo, co gorsza, „psiego strachoputa”. Na dwóch nogach zwłaszcza. Tacy są o wiele większymi cykorami niż te na czterech. Czasami się ich tam spotyka, ale na szczęście rzadko.

Zeszliśmy z głównej drogi i powędrowaliśmy w głąb lasu, omijając szerokim łukiem te miejsca, gdzie ścieżynki były zbyt zlodowaciałe. I kiedy tak sobie spokojnie i radośnie przez las wędrowaliśmy, zabawiając się co rusz w aportowanie, nagle naszła mnie ochota na sprawdzenie Aramisa umiejętności opiekuńczych. Bo przecież to pies opiekuńczy, musi wiedzieć jak ma pomagać i ratować w razie potrzeby.
Najpierw, pozwalając mu się oddalić od siebie, chowałam się za krzakami albo drzewami i nawoływałam go lub gwizdałam na palcach. Kochany opiekun znajdował mnie za każdym razem w mig. A jak się przy tym cieszył. Skakał z radości i lizał mnie gdzie popadnie. Musiałam uważać, żeby z tego jego szczęścia w poślizg gdzieś nie wpaść.

Potem przyszła kolej na trudniejsze zadanie. Konkretną pomoc. Zawsze się z niej wywiązywał znakomicie. Chciałam jednak sprawdzić, czy i tym razem się wywiąże.
Już dawno temu spostrzegłam, kiedy Aramis miał zaledwie parę miesięcy, że on sam z siebie umie pomagać. Pamiętam, że pewnego razu, będąc z nim na spacerze w lesie, potknęłam się na wystających korzeniach drzew i wyrżnęłam na kolano... Zabolało, więc krzyknęłam: „ałaaa!”. Aramis, biegając sobie dobry kawałek przede mną, gdy tylko usłyszał mój okrzyk bólu, podskoczył jak piorunem rażony, w powietrzu zrobił natychmiastowy zwrot i w te pędy ruszył w moim kierunku. A jak zasuwał, rany! Jakby go wataha wilków goniła. Z uszyskami furkoczącymi, niczym chorągiewki na wietrze, dobiegł do mnie klęczącej na ziemi i od razu przystąpił do ratowania. Zaparł się tylnymi łapami i łbem zaczął mnie popychać ku górze, usilnie próbując postawić mnie do pionu. No bo przecież swoją Wicepańcię (córka jest Pańcią) zawsze widzi na dwóch łapach.
Widząc... i mocno czując, jak mnie zapamiętale ratuje, w końcu nie wytrzymałam i buchnęłam śmiechem. Kochane psisko, wpatrując mi się w oczy, zdębiało, ale tylko na moment, bo wnet na powrót zaczęło mnie łbem popychać. Wreszcie ja, jego Wicepańcia, poszłam po rozum do głowy i chwyciłam go za obrożę. Wtedy Aramis zaparł się łapami jeszcze mocniej, tym razem czterema, i zaczął mnie mocno ciągnąć. Od razu stanęłam na ła... na nogi. Ależ było radości. Obopólnej, ma się rozumieć.

Od tamtej pory często go sprawdzałam, chciałam wiedzieć, czy za każdym razem będzie w podobny sposób reagował i ratował. Naumyślnie padałam na ziemię i wydawałam z siebie sprawdzony już okrzyk bólu. Kochany pies, gdziekolwiek by nie był, czymkolwiek by nie był akurat zajęty (jak to w lesie) reagował natychmiast… Akcja, reakcja!
W dzisiejszym dniu zachciało mi się sprawdzian jego umiejętności nieco utrudnić. Poczekałam aż będzie zajęty sobą i oddali się. Sama zaś, by zwiększyć odległość między nami jeszcze bardziej, zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. Biegłam poboczem. Ścieżynka była zbyt zlodowaciała i spadzista w dodatku. Znajdowaliśmy się akurat na wysokim leśnym pagórku. Kiedy zobaczyłam, że jestem już wystarczająco daleko, za trzema zakrętami ścieżynki, usiadłam na mchu obok ścieżynki i wrzasnęłam swoje: „ałaaa!”.
Rety, co się potem działo! Zobaczyłam jak Aramis w tempie iście kosmicznym pokonuje zakręt za zakrętem. Widoczność miałam w miarę dobrą, bo rosnące przy ścieżynce krzewy, jak to w zimie, były bezlistne. Gdy pokonał zakręty i wyszedł na prostą, miał już szybkość niemalże ponaddźwiękową. Pewnie to ta zlodowaciała nawierzchnia ścieżynki pomogła mu ją osiągnąć. Ależ mi się śmiać chciało, widząc go tak pędzącego z rozwianymi uszami i ledwie wyrabiającego zakręty. Ale powstrzymywałam się, i siedząc cichutko, czekałam na jego „pomoc”.

Kiedy zaczął się do mnie zbliżać, przez głowę przeleciała mi myśl, że może jednak siedzę zbyt blisko ścieżynki i on, przy takiej szybkości, może mieć problemy z wyhamowaniem przede mną. Niestety, myśl ta okazała się być trafną. Po paru sekundach się o tym przekonałam. Aramis także. Kochany mój opiekun i ratownik w jednej psiej skórze, próbując hamować, wpadł w tak ostry poślizg na lodzie, że nie wyhamował, rzecz jasna, i z całym impetem swojego 30 kilogramowego cielska wpadł na mnie… No i co to znaczy brak wyobraźni! Zaraz, ale ja przecież mam wyobraźnię, i to ponoć bogatą… Pewnie chwilowo ją zaćmiło. A może zamuliło?

Co się później działo, trudno opisać bez kolejnego ataku śmiechu. Naprawdę. Choć wówczas nie od razu do śmiechu mi było. No bo jakże mogło być, skoro z pozycji siedzącej z nagła znalazłam się w leżącej i z Aramisem na mym osobistym brzuchu zasuwałam na łeb na szyję po zlodowaciałej ścieżynce w dół. Przepraszam, zasuwaliśmy!... A że miałam na sobie kurtkę z ortalionu ocieplaną puchem gęsim, to zasuwało nam się z górki jak bobslejem. Tyle że bez hamulca. Dobrze przynajmniej, że wcześniej, jakby mnie przeczucie tchnęło, naciągnęłam na głowę kaptur. Tak że nic mi się nie stało. Aramisowi też nic. Na moim brzuchu miał miękko. Za to minę w czasie tej szaleńczej jazdy miał wystraszoną bardzo. A kiedy już wyhamowaliśmy, tzn. moja puchowa kurtka wyhamowała, mina jego natychmiast zrobiła się smutna. Bardzo smutna. Aż się wystraszyłam. Ale po chwili pękałam już ze śmiechu, bo zrozumiałam, że ta jego smętna mina to pewnie z powodu rozczarowania, że ratował mnie nie tak jak trzeba. Aramis, widząc że się śmieję, w końcu sam zaczął się śmiać. Po swojemu. A to potrafi wspaniale. Ha, jeszcze jak!

Wracając autem do domu, co rusz buchałam śmiechem. Oczami wyobraźni widziałam nas pędzących ścieżynką leśną na złamanie karku w pozycji… e tam, pal sześć pozycję, ważne że było i jest się z czego śmiać. Aramis, słysząc jak się śmieję, podnosił się ze swojego legowiska w bagażniku, i patrząc na mnie w lusterku wstecznym, uśmiechał się. Kochane, mądre psisko!


***

O psach to ja mogłabym pisać i pisać. Miałam ich wiele, każdy był innej rasy, wiele było nierasowych. Każdy był jednak wspaniałym psem i bardzo kochanym członkiem rodziny... Był Husky; był Owczarek Nizinny; był Basset; był Niemiecki Dog Arlekin; teraz jest Labradoodle. O niektórych pisałam tu w opowieściach z cyklu: „Świat przygód” pt. „Miłość do psów” i „Pieskieżycie Malwiny i moje z nią”.


niedziela, 16 czerwca 2019

Miłość do psów

W moim życiu psy były zawsze. Bo psy, to moje najukochańsze zwierzątka. Pierwszym psem, jakiego z wczesnego dzieciństwa pamiętam, był duży, rudy kundelek, który wabił się Łajka. Moja Mama tak go nazwała, ponieważ Łajki były wówczas w modzie. Wiadomo, Łajka, to pierwszy pies, który został wystrzelony na orbitę okołoziemską w 1957 roku w radzieckim satelicie Sputnik 2. Nasza Łajka różniła się kolorem sierści od radzieckiej Łajki, a i większa była, ale też tak samo wcześnie zginęła. Wprawdzie nie na orbicie okołoziemskiej, jak kosmonautka-Łajka, a pod kołami samochodu, ale, jakby nie patrzeć, też tragicznie.

Później był czarny pies z białymi łatami, tak samo mieszaniec, ale jeszcze większy, podobny do husky. Moja Mama nazwała go Kazan. To po „Szarej Wilczycy” Jamesa Olivera Curwooda. Mama uważała, że nasz nowy piesek jest bardzo podobny do partnera Szarej Wilczycy, ba, że nawet ma w sobie coś z husky i wilka. Nie była tylko pewna, czy w takim samym procencie. Z czasem, jak nasz psiunio dorastał, Mama nabrała wręcz przekonania, że nasz Kazan jest, wypisz wymaluj, Kazan Curwooda… I już! No to my, trójeczka jej kochanych córeczek, nabrałyśmy przekonania razem z nią i mocno w to wierzyłyśmy. Nawet tatulko uwierzył. Ale też z czasem. Nieco dłuższym. Pamiętam, jaka dumna byłam z naszego Kazana. Wtedy jeszcze nie słyszałam, aby ktoś miał psa o takim imieniu. Nasz Kazan był kochanym, mądrym i bardzo opiekuńczym psem. Przeżył z nami siedemnaście lat, aż do mojej dorosłości.

Kiedy miałam już swoją rodzinkę, psy, siłą rzeczy, u mnie w domu być musiały. Tyle, że nie tak od razu. Cały czas marzyłam o psie, ale że mieszkaliśmy wówczas w bloku, nie było to takie proste. Czekałam też aż moje dzieciątka podrosną na tyle, aby same mogły wychodzić z psem na dwór. Ale już wcześniej u nas w domu była za to cała menażeria innych zwierzątek, takich jak: chomiki, świnki morskie, białe myszki, rybki akwariowe. Moje dzieci bardzo kochały zwierzątka. I muszę przyznać, że nie miałam z tym problemu, aby im te zwierzątka kupować. Były odpowiedzialne i same wszystko (no, prawie wszystko) koło zwierzątek robiły. Psa obiecałam im kupić, jak córka pójdzie do pierwszej klasy. Stało się jednak inaczej i dużo wcześniej pierwszy pis znalazł się u nas domu. Oczywiście ku przeogromnej radości moich dzieci. A stało się tak tylko dlatego, że dyrektor mojej szkoły, gdzie pracowałam, miał trzyletniego psa, owczarka nizinnego, którego zamierzał uśpić, ponieważ na wsi, gdzie mieszkał, pies przetrzebił wszystkie kurniki sąsiedzkie, i ponoć nie było na niego rady. Filut, bo tak się wabił owczarek dyrektora, był pięknym psem o filuternym spojrzeniu. Biedulka nie wiedział, co go czeka. Jak go zobaczyłam w samochodzie dyrektora, w ostatniej jego drodze — do weterynarza, myślałam że mi serce pęknie. Nie mogłam do tego dopuścić, wszak byłam matką malutkich dzieci. No i Filut trafił do naszego domu, uratowany od niechybnej śmierci.

Dzieciątka mojej były przeszczęśliwe, mąż mój niestety mniej. Filut bardzo szybko się u nas zadomowił i mocno przylgnął do dzieci, a zwłaszcza do mnie. Pewnie swoim psim instynktem wyczuwał, że zawdzięcza mi życie. Jednak z czasem zauważyłam, że się męczy. Przyzwyczajony był do luźnego biegania po podwórku, a i też z pewnością po podwórkach sąsiadów. U nas niestety musiał siedzieć w domu zamknięty podczas naszej nieobecności. Widać było, że źle znosi taką bądź co bądź niewolę. Kiedy wychodziłam do pracy, a dzieci do przedszkola, był bardzo niespokojny i skomlał cichutko. Chociaż przed wyjściem do pracy zawsze biegałam z nim po pobliskim parku. Po pracy i wieczorem również.

Raz, kiedy jechałam z rodzinką na dwa dni do znajomych na ich imprezę rodzinną, zmuszona byłam znaleźć na ten czas opiekuna do Filuta. Mój braciszek, który pomieszkiwał u mnie, od kiedy chodził w moim mieście do Liceum, zorganizował opiekę w postaci siostry kolegi z klasy. Kiedy wróciłam z rodzinką do domu, okazało się, że nie ma ani psa, ani opiekunki. Dziewczyna pojechała z Filutem do siebie na wieś. Wróciła wieczorem i błagała mnie wręcz, abym jej dała Filuta, bo ona tak bardzo go pokochała. Przyznam, że choć żal mi było rozstawać się z Filutem, to jednak kamień z serca mi spadł. Zdawałam sobie przecież sprawę, że Filuta miejsce jest na wsi, a że jeszcze tak wspaniała pańcia się mu kroi, tym bardziej to do mnie przemawiało i uspokajało. Przecież to szczęście dla nich obojga. Dzieci trochę popłakały, ale szybko zrozumiały, że Filutowi na wsi będzie lepiej. Potem często jeździliśmy na wieś na spotkanie z Filutem i jego szczęśliwą pańcią. Filut już nie atakował kur. Pobyt u nas, w bloku, oduczył go tego barbarzyństwa.

Filut był u nas prawie rok. Miałam więc okazję przekonać się, że moje dzieci są za małe, że tak naprawdę, to jeszcze za wcześnie dla nich na psa, ponieważ cały ciężar obowiązków z nim związanych spadał na mnie. Obiecałam jednak dzieciom psa i chciałam słowa dotrzymać, ale dopiero za następne dwa lata. Ale koniecznie chciałam kupić boksera, bo z psem tej rasy byłam związana od dawna. Moja ciocia miała boksera i często z nim wraz z dziećmi przebywałam.

Kora, bo tak się wabiła suczka rasy bokser, była wspaniałą opiekunką dla dzieci. Można było ją samą z dziećmi spokojnie nawet nad wodą zostawić. Kiedy byliśmy razem na urlopie na Mazurach, mój syneczek miał dopiero dwa latka, a córeczka cztery. Pamiętam, że wystarczyło Korze rzucić komendę: — „Kora pilnuj dzieci!”, i Kora od razu koncentrowała swoją psią uwagę na dzieciach. A tak bardzo była wtedy przejęta swoją rolą, że niechby no które spróbowało zbliżyć się do wody, momentalnie startowała z miejsca i głową odpychała je na brzeg. Raz nawet mojego szesnastoletniego wówczas braciszka ratowała, kiedy on spokojnie sobie pływał po jeziorze. Hihihi!...to była moja robota, oczywiście dla żartów (chociaż nie tylko), widząc go tak rozkosznie pływającego, krzyknęłam:

Kora, ratuj Wojtka! Wojtek się topi!

Kora jak szalona zerwała się z koca, wskoczyła na pomost, przeleciała po nim jak strzała, na końcu pomostu zrobiła potężne odbicie i długim susem skoczyła do wody. W mig dopłynęła do „topielca”, i chwytając go zębami za ramię, próbowała odholować do brzegu.

Mój braciszek, „niedoszły topielec”, w pierwszej chwili oniemiał z wrażenia, ale kiedy mnie zobaczył na brzegu pękającą ze śmiechu, pomiarkował w czym rzecz i zaczął wrzeszczeć, jakby go kto ze skóry obdzierał:

Siostra, odwołaj komendę! Słyszysz! Rany, ona mi całą skórę z pleców zedrze! Słyszysz, odwołaj tą szponiastą diablicę! A niech to szlag, ona mnie utopi!

Mój braciszek wcześniej sceptycznie podchodził do umiejętności Kory, po tym zabawnym poniekąd wydarzeniu, przekonał się, że się mylił i nabrał do Kory szacunku… i bardzo ją polubił.

Kiedy nadszedł czas dotrzymania danej dzieciom obietnicy, liczyłam na to, że Kora urodzi nam jakiegoś szczeniaczka. Niestety, Kora się uparła zostać dziewicą do końca swoich dni. I rzeczywiście została. Zaczęłam więc czytać już ogłoszenia o sprzedaży bokserów. Ale pewnego dnia, moja córeczka przybiegła rozpromieniona ze szkoły i ogłosiła, że ma dla nas pieska. Rodzice jej kolegi z klasy sprzedają śliczne szczeniaczki, że już, że natychmiast musimy do nich jechać, żeby ktoś nas nie uprzedził. No to pojechaliśmy, no i kupiliśmy… Nie, nie boksera, półroczną suczkę rasy basset. Nazwaliśmy ją Malwiną. W skrócie: Malwą. To był pies! Książkę można by było o nim napisać.



Nic dziwnego, że nawet i na Dalekim Wschodzie Malwa była znana.



Obrazek ten to oczywiście żart… Jednak nie do końca. Ponieważ prawdą jest, że gdziekolwiek się z Malwą pokazaliśmy, ludzie się zatrzymywali i ubawieni obserwowali ją w akcji... Tak, w akcji, bo Malwy życie, pieskie życie, to jedna wielka akcja.

Kilka akcji Malwiny opisałam we wspomnieniach pt. „Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (1 i 2 cz.)” oraz „Basset... nasz uparciuch i złodziej” (linki poniżej).

Malwina była naszym ostatnim psem w Polsce. Potem, po paru latach, już w Niemczech, kupiłam Niemieckiego Doga Arlekina. To był mój najmądrzejszy, najwierniejszy i najukochańszy pies. Był moim oddanym bodyguardem.

Opisałam go pokrótce we wspomnieniu pt. „Niemiecki Dog Arlekin — pies obronny i wspaniały towarzysz” (link poniżej), w którym wspomniałam także o Arlekinie Sambo przedwojennego aktora Eugeniusza Bodo.

 

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 1)

* Pieskie życie Malwiny… i moje z nią (część 2)

* Basset... nasz uparciuch i złodziej

* Niemiecki Dog Arlekin — pies obronny i wspaniały towarzysz