Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny część 4. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny część 4. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 11 lutego 2024

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny (cz. 4)

Wczoraj znów byłam wkurzona na Ryśka i chociaż mu w końcu wybaczyłam, to i tak nie zapomnę mu już nigdy tej nocy u księdza na jabłkach. Zalazł mi wtedy za skórę, że ho, ho!

Fakt, że to głupie kraść u księdza jabłka, kiedy u wujostwa w sadzie jabłek od groma, ale trzeba mi było tego dnia jeszcze coś mocniejszego przeżyć, by ruszyć rozleniwioną pracą w polu adrenalinę.

Po powrocie do domu i kolacji zamarzyły mi się pieczone w ognisku jabłuszka. A zakazane owoce przecież lepiej smakują. Już nam nasza prarodzicielka Ewa dała tego przykład, no nie?

No dobra, nie będę owijać w bawełnę i przyznam się od razu, że to ja namówiłam kuzyna Ryśka na tę akcję z zakazanymi jabłkami w tle. I wszystko byłoby super, gdyby nie idiotyczny wyskok Ryśka i jego kumpla Franka.

Wprawdzie gdy zapadła noc wleźli do sadu księdza, a ja stałam na czatach, by w razie niebezpieczeństwa gwizdem dać im znać, ale co z tego, jak Rysiek sam sprowokował niebezpieczeństwo.

Siedząc na jabłoni, zaczął rzucać jabłkami w moim kierunku, a ja nie mając pojęcia, że to jego robota, pomyślałam, że to ktoś rzuca we mnie kamieniami. Chciałam sprawdzić kto to i skąd rzuca. W prawie zupełnych ciemnościach poleciałam w kierunku pobliskiej drogi, by w przydrożnym rowie zaczaić się na delikwenta i w razie potrzeby, spłoszyć go, udając warczenie psa.

Niestety ani jedno, ani drugie nie doszło do skutku, bo nagle zza krzewów wyłoniła się jakaś postać z psem. Wpadłam w panikę, bo pomyślałam, że to z pewnością jest ksiądz. Niewiele myśląc, padłam na ziemię, i czołgając się, zawróciłam z powrotem pod sad, by jakoś ostrzec chłopaków. Gwizdać przecież nie mogłam.

Kiedy zbliżałam się do celu, zauważyłam nagle, jak chłopcy kawałek dalej przeskakują ogrodzenie i biegną w tym kierunku akurat, gdzie widziałam rzekomego księdza z psem.

Spanikowałam jeszcze bardziej, bo nie wiedziałam, co to ma znaczyć i przed kim oni w ogóle uciekają. Zerwałam się na równe nogi i chyłkiem pobiegłam za nimi. Niestety, chłopcy jak gdyby rozpłynęli się w powietrzu i nigdzie ich nie było już widać. Gdy już dobiegłam do drogi, zobaczyłam w oddali, na tle wiejskich latarni, iż ta postać z psem idzie dalej w kierunku wsi. Uspokoiłam się nieco, bo to by oznaczało, że to jednak nie był ksiądz.

Przez moment się zastanawiałam, co mam dalej począć. Chłopców ani widu, ani słychu, a ja sama pośród ciemności. Odczekałam jeszcze chwilkę i wreszcie głośnym i przeciągłym gwizdem na czterech palcach dałam wyraz swojej dezaprobacie.

Jakie było moje przerażenie, kiedy nagle usłyszałam przytłumiony krzyk Ryśka:

Halszka, uciekaj!

Jak piorunem rażona zerwałam się natychmiast do ucieczki. Na łeb na szyję gnałam przed siebie, nie wiedząc zupełnie, gdzie gnam. A że w gnanie włożyłam całą swoją energię, to też gnałam jak szalona. Zaczęłam się kierować w stronę pierwszych zabudowań gospodarskich. Myślałam, że tam poczuję się bezpieczniej. I kiedy biegłam już opłotkami i coraz bardziej się uspokajam, nagle w pewnym momencie ziemia uciekła mi spod nóg i… wylądowałam po pas w jakiejś wodzie.

Z przerażenia krew mi się w żyłach zmroziła. Z zimnej wody zapewne też. A gdy po chwili do moich nozdrzy doleciała woń tej wody, myślałam, że jak nic, z obrzydzenia padnę tam zaraz trupem.

Okazało się, że wpadłam do najnormalniejszego w świecie gnojownika. A co gorsza, nie mogłam się z niego wydostać, bo dno było muliste i śliskie. Szamotałam się tam jak szalona, i już myślałam, że przyjdzie mi tam rzeczywiście pozostać na wieki, kiedy nagle nad głową zobaczyłam dwie postacie.

Rysiek, Franek, tu jestem! — krzyknęłam przytłumionym głosem.

Ależ mnie uszczęśliwił ich widok. Kiedy mnie chłopcy wyciągnęli z tego cuchnącego gnojownika, zaczęli się nagle tarzać ze śmiechu po ziemi.

Wpadłam w konsternację. Bo jakże to tak, ja tu mało się nie utopiłam w gnojówce, a oni się śmieją? W końcu wydukałam:

No, teraz można się śmiać, ale było gorąco — i puściłam się biegiem w kierunku rzeki Białej, by zmyć z siebie to śmierdzielstwo.

Chłopcy ze śmiechem ruszyli za mną. Biegnąc za moimi plecami, Rysiek, ciągle rechocząc, wysapał:

Chciałaś adrenaliny, to ją masz, i to wszystko dzięki nam.

Okazało się, że to Rysiek już wcześniej cichcem zaaranżował cały ten spektakl, i kiedy wlazł wraz z Frankiem do sadu, bez przerwy miał mnie na oku. A potem, razem udali ucieczkę przed „niebezpieczeństwem” i z ukrycia obserwowali moje poczynania.

No nie, trzymajcie mnie ludziska! Żeby mnie aż tak zrobić w bambuko?! Ależ byłam wściekła na nich, kiedy mi to ubawieni po pachy zakomunikowali.

Pół nocy przesiedziałam w rzece i z wściekłości nie odzywałam się do nich. Ale kiedy mnie w końcu zaczęli przepraszać i przyznawać, że to jednak był rzeczywiście idiotyczny żart z ich strony, moja wściekłość zaczęła mnie powoli opuszczać. Tym bardziej że było mi coraz zimniej. No a kiedy Rysiek przyniósł mi z domu mój płaszcz kąpielowy i sukienkę, powoli zaczęłam już nawet draniom wybaczać. A o świcie wybaczyłam całkowicie, kiedy siedziałam już na brzegu otulona moim cieplunim płaszczem i rzucałam w nurt rzeki wszystkie moje zapaskudzone ciuchy.

Wtedy się już też zaczęłam głośno śmiać, bo w końcu musiałam Ryśkowi przyznać rację. Rzeczywiście, tej nocy adrenalina buzowała mi we krwi jak szalona… A że była też i trochę zbrukana i śmierdząca, to nic! Szkoda mi było jedynie mojego ulubionego dresu płynącego do morza.

cdn.

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 1

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 2

Szalone wakacje za czasów głębokiej komuny — część 3