Między górami a lasem znajduje się zakątek mojego świata. Tu bije moje serce. Tekst w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Deszcz. Dla jednych tylko opad — chłodne krople spadające z ciężkich chmur. Dla innych — cichy spektakl natury.
Dla tych, którzy potrafią patrzeć sercem, deszcz jest bajecznie pięknym zjawiskiem. Orzeźwia powietrze, koi rozgrzaną ziemię i otula świat migotliwą zasłoną kropel. Na liściach, trawach i płatkach kwiatów lśnią maleńkie brylanciki, jakby przyroda przystroiła się w najsubtelniejszą biżuterię.
Ma w sobie urok, którego nie sposób podrobić — delikatny szmer, zapach mokrej ziemi, miękkie światło odbite w kroplach. Jego piękno można podziwiać wiosną, latem i jesienią, a ostatnio — czasem nawet zimą, gdy świat na chwilę zapomina o mrozie.
Przyroda jest artystą doskonałym. Maluje bez pośpiechu, z czułością i rozmachem zarazem. Trzeba tylko zatrzymać się na moment, spojrzeć uważniej, pozwolić oczom i sercu dostrzec to, co zwykle umyka. Choćby na zdjęciach — gdy za oknem wciąż jeszcze trwa zima.
W kroplach
deszczu świat pięknieje
Tej zimy tutejsze lasy śpiewają ciszej niż zwykle, jakby szeptem przekazywały sobie dawne zaklęcia. Śniegu było niewiele — tylko cienka zasłona bieli, która nie zdołała okryć ich snem.
Zima przyszła i odeszła jak niepewna czarodziejka, zostawiając po sobie chłodny oddech i niedopowiedzianą pieśń.
A jednak las śpiewa. Minorowo, w tonacji ukrytej między korą a korzeniem.
Drzewa stoją jak strażnicy pradawnej tajemnicy — wysmukłe, zamyślone, spowite w szarobure płaszcze. Ich gałęzie splatają się wysoko nad ziemią, jakby snuły opowieść o zielonym królestwie, które dopiero ma się przebudzić.
Czas w lesie zwolnił. Zatrzymał się między jednym uderzeniem serca a drugim.
I tylko wiatr, wędrowny bard, przemyka między pniami, niosąc obietnicę. Że pod chłodną korą drzemie już iskra. Że w ciemnej ziemi pulsuje ciche światło. Że wiosna nadchodzi — nieśmiało, na palcach — z koszem pełnym zielonych cudów.
Rano wydarzył się upadek. Dosłowny. Spektakularny. Z gatunku tych, które zapisują się w pamięci mięśni na kilka dni.
Chciałam tylko wyjechać autem. Zwyczajna czynność. Zima jak zima — osłona przeciwszronowa przywarła do szyby z uporem godnym lepszej sprawy. Szarpanina, zwycięstwo, triumfalny krok w stronę bagażnika.
I wtedy ziemia — a właściwie lód — postanowił przypomnieć mi o swojej obecności.
Nogi rozjechały się szeroko, bez konsultacji, bez ostrzeżenia. Ruch płynny, niemal baletowy. Tyle że balet bez muzyki i bez widowni. Szpagat? Nie do końca. Ambitna próba? Owszem. Występ solowy na tafli lodu pod własnym domem.
Lata już nie te — ciało pamięta, że kiedyś było giętkie i skłonne do popisów. Teraz reaguje bardziej stanowczo. Człowiek chciał być lekki jak płatek śniegu, a został sprowadzony do parteru jednym ślizgiem.
Świat miejski bywa bezlitosny. Ulice odgarnięte, chodniki posypane. Ale wokół samochodów — królestwo lodu. Surowe, obojętne, chłodne. Luty. „Podkuj buty” — mówi przysłowie. A ja w sportowych, ufnych w dobrą wolę poranka.
Upadek był szybki. Ziemski. Twardy. A potem był las. I to właśnie tam zaczyna się prawdziwa opowieść. Bo:
W lesie najpiękniej o brzasku…
Tak, w lesie o brzasku wszystko ma inny wymiar. Tam nawet ból cichnie, jakby nie śmiał zakłócać porannej ciszy.
Miasto zrzuca człowieka na lód. Las podnosi go światłem. Promienie słońca przeciskają się między drzewami z łagodnością, której próżno szukać na oblodzonym podjeździe. Śnieg nie jest tu wrogiem — jest tłem. Czystym płótnem dla zieleni igliwia i czerwieni owoców, które jarzą się jak drobne ogniki w chłodnym powietrzu.
Tam, gdzie przed chwilą było rozjechanie i napięcie, tu jest pion. Smukłe pnie wznoszą się ku niebu z pewnością, której można im tylko pozazdrościć. Nic się nie ślizga. Nic nie ucieka spod stóp. Nawet cisza stoi prosto.
Patrzę więc na to poranne misterium i myślę: jak niewiele trzeba, by człowiek stracił równowagę. I jak wiele daje natura, by ją odzyskać.
Las spogląda
swoim spokojnym okiem. Jakby mówił:
— Upadłaś? To wstań.
Zobacz, świat wciąż jest piękny.
No to ja mu — łyp! zachwyconym okiem. A potem — klik! zimnym okiem obiektywu. I w duchu obietnica: wrócę. Nawet jeśli wcześniej zaliczę kolejny niekontrolowany poślizg. Bo przyroda to mój żywioł. A żywioły, jak wiadomo, są nie do zatrzymania.
Cykl: "Opowiadania o relacji człowieka z naturą"