wtorek, 12 stycznia 2021

Dyplomatyczna perswazja (ciąg dalszy)

Następnego dnia przyczaiłam się na małolata przy otwartym oknie. Wiedziałam, o której mniej więcej godzinie wraca ze szkoły. Długo nie musiałam czekać. Wnet się pojawił. Oczywiście na tym swoim motorku i tuż pod moim oknem zabrał się jak zwykle za codzienny rytuał grzebania przy nim. A jakże, przy dźwiękach hip-hopu i ryczącej co rusz rury wydechowej z efektem zapachowym włącznie.

Przez okno rozmawiać z nim nie chciałam. Poszłam więc do niego. Poprosiłam o wyłączenie wszystkiego i krótką rozmowę. Nie było mu to w nos, ale posłuchał. Nabrałam powietrza i zagaiłam rozmowę:

— Fajny masz ten motorek, chociaż już dość stary. Ale... A co, psuje ci się ciągle, że tak dziennie przy nim grzebiesz?

— Nie… No, może trochę, ale ja go ciągle też ulepszam — odezwał się zaskoczony moim pytaniem.

— Aha. A wiesz, jak byłam w twoim wieku to też na motorowerze jeździłam. A w wieku 18 lat miałam już prawdziwy, duży motor. Tysiące kilometrów na nim zrobiłam. Uwielbiam motory.

— Naprawdę? — zrobił ogromne oczy i jakoś tak dziwnie na mnie popatrzył.

— Naprawdę. Mój syn odziedziczył po mnie zamiłowanie do motorów i też dużo jeździ. I tak jak ty, zawsze sam wszystko robi przy swoim rumaku… w swoim garażu. Szkoda, że ty nie masz garażu i tylko tutaj grzebiesz… No bo wiesz, właśnie chcę cię prosić, abyś przestał to robić pod moim oknem.

— A gdzie ma to robić? — obruszył się. — Tu jest najlepiej.

— No tak, dla ciebie z pewnością, bo daleko od ulicy, ale dla mnie niestety nie jest. Wszystkie spaliny mam w mieszkaniu. Co chwilę muszę otwierać okna na przestrzał i robić przeciąg, by się ich pozbyć. I co z tego, jak ty po chwili znów zrobisz przegazówkę i… po moim wietrzeniu. A chyba uczono was przed egzaminami na prawo jazdy, że żadnych pojazdów mechanicznych nie można naprawiać pod domem, ani też zostawiać ich z zapalonym silnikiem…

— Nic takiego nas nie uczono — przerwał mi obcesowo.

— No to pewnie akurat tę lekcję opuściłeś, kiedy uczono — zaśmiałam się i ciągnęłam dalej. — Bo wiesz, gdyby cię policja przyłapała, że gazujesz motorem pod domem, bez gadania wlepiłaby ci mandat. Pojazdy mechaniczne pod domem powinno się tylko odpalać i odjeżdżać. Nic poza tym. A wiesz, ja znam takie miejsce, gdzie możesz z kumplami bez obaw takie rzeczy robić i nawet całymi dniami tam przesiadywać. Możecie tam muzyki posłuchać, a nawet grilla sobie zrobić. Nikt was się tam nie będzie czepiał. Bo wiesz, ja mam już naprawdę dość tego, co wy tu wyczyniacie... No, tych waszych głośnych spotkań pod moim oknem i proszę cię, abyście z tym skończyli. Myślę, że lepiej będzie dla nas wszystkich, abyśmy jednak w zgodzie żyli. Bo chyba nie chciałbyś, abym weszła z wami na ścieżkę wojenną i zgodnie z prawem porządku i spokoju zaczęła się domagać. Wy mi dacie spokój, to i ja wam dam. Więcej… Mogę ci nawet obiecać, że jak będziemy w zgodzie żyli, to kiedy będziesz miał jakieś poważniejsze problemy z motorem, to mój syn z chęcią ci pomoże. Motory to jego pasja i dosłownie wszystko przy motorach wszelkiej maści potrafi sam zrobić. Więc jak? Będziemy żyli w zgodzie?

— Naprawdę? — znów pytaniem na pytanie odpowiedział małolat z rozjechaną w uśmiechu buzią.

— Co naprawdę?

— No, z tym pani synem…

— Ach to... No jasne jak słońce… że jasne — zaśmiałam się.

— To zgoda jak nic… że zgoda! — zawołał uszczęśliwiony.

No i małolat przyrzekł mi solennie, że od dziś żadnego grzebania przy motorze pod moim oknem nie będzie. Żadnego też głośnego przesiadywania. Rozstaliśmy się w wyśmienitych nastrojach.

Czy dotrzyma słowa? Mam nadzieję. Ba, nawet wiary zaczęłam nabierać, i to już po godzinie, kiedy jego kumple się zjechali. Przez otwarte okno słyszałam jak on ich wszystkich z powrotem na ulicę przepędzał, każąc natychmiast wyłączyć silniki i ściszyć muzykę.

Przez resztę dnia, ku mojej ogromnej radości, słyszałam jedynie przepiękne świergolenie ptaszków i wdychałam cudowny zapach lata.

2009

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


Prawdziwa miłość góry przenosi

Gdziekolwiek, jakkolwiek, byle razem. W miłości. Żaden problem wtedy nie będzie straszny. Żadna ciemność przerażająca. Żadna jasność oślepiająca... Na horyzoncie świetlana przyszłość jawić się będzie... Byle razem, byle w miłości.

 


Z cyklu: „Przemyślenia z życia wzięte”

  

niedziela, 10 stycznia 2021

Żywe witraże

Fotografować owady to wielka frajda. Bardzo to lubię. Szczególnie te, które lądują na szybach moich okien. Mam duży ogród to też często różne owady na nich lądują i siłą rzeczy je widzę. Robię im wtedy zdjęcia, albo po wewnętrznej stronie szyby, albo po zewnętrznej. A one najczęściej wdzięcznie mi pozują.

Gdy później oglądam je na monitorze komputera, zawsze kojarzą mi się z witrażami. Na własny użytek nazwałam je "żywymi witrażami" i kompletuję w specjalnym albumie.  

 


Z cyklu: "Fotofantasmagorie"


Dyplomatyczna perswazja

Kończy się ten wspaniały dla mnie dzień. Szkoda, bo wiele w nim dobrego doświadczyłam. Aż chciałoby się, by jeszcze choć parę godzin dłużej potrwał. Trudno! Doby niestety nie da się naciągnąć.

Był wspaniały, bo oprócz kilku dobrych rzeczy dotyczących mnie osobiście, osiągnęłam też mały sukcesik pedagogiczny. Mianowicie udało mi się wpłynąć na nastoletniego syna sąsiadów. Mam nadzieję, że ten mój wpływ będzie w nim owocował długi czas.

Trudno to sobie wyobrazić, że z tak spokojnego dziecka można się nagle stać pustogłowym nastolatkiem. A tak się niestety z tym chłopakiem stało, od momentu, kiedy zrobił prawko i matka mu kupiła motorower. Zaczął wtedy szaleć jak, nie przymierzając, pijany zając w kapuście.

Mało tego, od tamtej też pory zaczęli przyjeżdżać do niego kumple na swoich maszynach. Czasami stało ich pod domem dziesięciu, a i parę dziewczyn mieli zawsze ze sobą. Nie mam nic przeciwko młodzieży, wręcz przeciwnie, bardzo młodych lubię i jak do tej pory zawsze miałam z nimi dobry kontakt. Wszędzie.

Aż tu nagle, niemalże z dnia na dzień, ta akurat młodzież, koczująca pod moim domem, przeszła jakąś metamorfozę. Z jednego stadium ewolucji w szybkim tempie przeszła do następnego. I, nie ma co ukrywać, to następne jakoś pofyrtanie im się zaczęło.

Dość powiedzieć, że codziennie uskuteczniali niemiłosierne piłowanie silników swoich motorowerów i skuterów i że smród spalin wdzierał mi się do mieszkania. Ni jak okna otworzyć nie mogłam. I do tego wszystkiego jeszcze ta głośna muzyka hip-hop, jaką się delektowali. Rany, ależ ta kakofonia nieznośnie świdrowała moje bębenki... Bo też akurat pod moim oknem kuchennym wybrali sobie miejsce do „biwakowania”. Z jednej strony im się nie dziwię, bo miejsce super. Oddalone od ulicy i osłonięte żywopłotem od spojrzeń ewentualnych przechodniów. Czyste, zadbane, przyjemne.

I tak przesiadują mi pod oknami już dobre trzy tygodnie, i to po parę godzin dziennie. Przy dźwiękach hip-hopu jedzą pizzę, słodycze, piją browarek, palą papierosy, rechoczą na całe gardło, niekiedy kopią piłkę.

Parę razy, już wcześniej, prosiłam ich o ściszenie muzyki i odpalanie swoich „rumaków” na ulicy, a nie pod moim oknem, przy wejściu do domu. Skutkowało, ale tylko na chwilę.

Po takich ich biesiadowaniach zostawały odpadki po jedzeniu, papierki po słodyczach, niedopałki, kapsle, ba, nawet butelki i puszki po piwie powtykane w żywopłot. Choć pojemnik na śmieci jest pięć metrów dalej. Prosiłam, żeby to pozbierali. Owszem, na początku zbierali, może nie do końca, ale jednak coś tam za sobą sprzątali. Z czasem jednak przestali.

Miałam już tego dość. Postanowiłam zrobić z nimi porządek i zacząć od syna sąsiadki, bo też to do niego cała ta ferajna się zjeżdżała. Nie chciałam iść do matki na skargi, chciałam najpierw z nim porozmawiać. Raz, że nie lubię skarżyć, a drugi raz, że zdążyłam już wyczuć, iż jej najwyraźniej jest obojętne, co syn robi.

Zanim jednak swoje postanowienie wprowadziłam w czyn, poszłam do mojego syna po poradę. Przez telefon nie chciałam z nim o tym rozmawiać, bo zależało mi na naocznej obserwacji jego reakcji na problem, jako tego niedawnego nastolatka. No i miałam też nadzieję, że skoro to było niedawno, to z pewnością pamięta, jaką metodą najszybciej do takich żółtodziobów dotrzeć, aby poskutkowała. Ale żeby ich też nie zrazić do siebie i nie wyjść na jakąś jędzę. Albo, co nie daj Bóg, żeby ich nie sprowokować do jakiś złośliwości czy brutalności. Bo też nigdy nie wiadomo, co takim niewyżytym małolatom do głowy może strzelić. Chciałam po prostu załatwić sprawę polubownie.

I co mój syn na to?:

— Mamuś, naprawdę nie wiem, co ci mam powiedzieć. Sam jestem tym zaskoczony, że nie wiem. Pamiętam, że nieraz mieliśmy z kolegami różne potyczki z sąsiadami, ale takich rzeczy na pewno nie robiliśmy. Pewnie to zależy od wychowania wyniesionego z domu. Od kultury osobistej… Ale pamiętaj, jak tylko będziesz miała ich dość, dzwoń do mnie o każdej porze dnia i nocy, a ja zaraz się zjawię i zrobię z nimi porządek.

Wróciłam do domu z postanowieniem, że biorę sprawę w swoje ręce. Od już. Bez zbędnej zwłoki. Na początek pozbierałam wszystkie ich śmieci z minionego biesiadowania i zrobiłam zgrabną kupeczkę pod małolata motorkiem. Podziałało. Prawie natychmiast. Wprawdzie nie na małolata a na jego matkę, bo to ona wyrzuciła je do śmietnika, ale to był dobry początek.



Pod wieczór zamierzałam przeprowadzić rozmowę z jej synem. Niestety, jak się po chwili okazało, realizację tego zamiaru zmuszona zostałam odsunąć na następny dzień... Bo taka się u nas burza rozszalała, że coś strasznego. A to kotlina. Pioruny waliły aż dudniło. Niebo było całe w ogniu. Istny diabelski kocioł.

2009

Ciąg dalszy nastąpi...


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


piątek, 8 stycznia 2021

Który sort jest gorszy?

My możemy sobie kulturalnie, według zasad demokracji protestować do woli, a samozwańczy naczelnik wraz ze swoimi poplecznikami i tak mają nas tam — gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę... I nadal nachalnie, po chamsku, w imię źle pojętej demokracji robią swoje — na zgubę narodu i ośmieszając Polskę w oczach całego świata.

Najbliższa przyszłość pokaże, który „sort” był/jest lepszy.

 


Właśnie jedna źle pojęta demokracja pada, obrzydzona i ośmieszona na arenie międzynarodowej. Teraz pewnie pójdą za nią następne... źle pojęte demokracje.


Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


Posteryzacja

A cóż to takiego ta posteryzacja? Według Wikipedii to: – zjawisko występowania niewystarczającej liczby kolorów dostępnych w obrazie grafiki komputerowej, które uniemożliwia zachowanie ciągłości tonalnej. W efekcie może to prowadzić do zjawiska bandingu, czyli utraty płynnych przejść tonalnych i powstania fałszywych konturów.

Mówiąc bardziej zrozumiałym językiem, to takie przekształcenie zdjęcia lub grafiki, redukujące liczbę występujących na zdjęciu barw poprzez zastąpienie wybranych barwnych zakresów jedną barwą z tegoż zakresu.

Dzięki zwiększaniu kontrastu pomiędzy poszczególnymi barwami uzyskuje się efekt zbliżony często do rysunków z komiksów czy też z plakatów.

Jednym słowem, posteryzacja jest doskonałym narzędziem do uzyskiwania efektów specjalnych... I co tu dużo mówić, super zabawą.

 



Z cyklu: "Fotofantasmagorie"



środa, 6 stycznia 2021

Smutna legenda skalnego kościoła (Felsenkirche) w Idar-Oberstein

Idar-Oberstein to niewielkie miasto w kraju związkowym Nadrenia-Palatynat. Znane jest jako miasto klejnotów. Już ponad 500 lat temu wydobywano tu szlachetne kamienie. Do dziś można tu zwiedzać jedyną w Europie kopalnię kamieni szlachetnych. Inną atrakcją jest skalny kościół wybudowany w XV wieku wewnątrz wysokiej skały.  

 

Kościół ten jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych budowli w mieście, widoczną niemal z każdego punktu miasta. Według legendy, do budowy tego niezwykłego kościoła miało dojść po ogromnej tragedii, która tu się rozegrała. Otóż dwaj bracia Wyrich i Emich von Oberstein, mieszkający w zamku Bosselstein na szczycie skały, kochali się w tej samej dziewczynie, Bercie von Lichtenburg. Kiedy Wyrich dowiedział się o zaręczynach swojego młodszego brata z Bertą, z zazdrości wyrzucił go z okna zamku. Po tym potwornym czynie, wyrzuty sumienie nie dawały mu spokojnie żyć. Z grzechu wyspowiadał się przed opatem. A ten, jako pokutę, nakazał mu własnymi rękami zbudować kaplicę w miejscu gdzie umarł jego brat. Kiedy kaplica została ukończona, w trakcie jej poświęcenia przez opata, Wyrich poprosił Boga o znak przebaczenia. Wtedy ze skały, tuż obok ołtarza, wytrysnęło źródło. I to wprost na niego. Było tak obfite, że Wyrich utopił się w nim. Źródło to tryska do dziś.

Przedziwny to widok, taka wysoko wznosząca się skała między domami z ruinami zamku warownego na szczycie. Jeszcze większe wrażenie robi widok wtopionego w nią kościoła.

No i ten Lidl na tle starożytności... To dopiero dziwny widok. Nie podoba mi się. Ale z tego miejsca, tuż obok Galerii Kamieni Szlachetnych, mogłam przyjrzeć się, choć z daleka, to jednak dzięki aparatowi fotograficznemu, tak jakby z bliska, też i drugiemu Zamkowi Bosselstein położonemu w sąsiedztwie starego zamku (z XII w.), a właściwie jego ruin.

Zamek ten również robi duże wrażenie. Choć zbudowany został dużo później od pierwszego (ca. 300 lat), to jednak oba jednocześnie były zamieszkałe aż do roku 1600. Dziś tylko ten drugi zamek jest używany. Niektóre jego pokoje zostały stylowo odrestaurowane i są wynajmowane na różnego rodzaju imprezy, uroczystości i seminaria.