No, no,
no, moja kochana Nastusiu,
dobra jesteś
w te dedukcyjne klocki. Tak, kupiłam sobie złotą rybkę, a
nawet trzy. I urządziłam sobie… to znaczy im, piękne akwarium. A
nie, jednak też i sobie, bo musisz wiedzieć, że tak bardzo jestem
zachwycona tym moim akwenem domowym, że często siadam sobie
naprzeciwko i wlepiam wzrok w niego, jak w ekran telewizora. Z tą
tylko różnicą, że to, co tam widzę, mnie uspakaja. I bardzo
dobrze, bo ostatnio w pracy mam trochę nerwówki. Jedna z moich
pielęgniarek nie wróciła z urlopu i nie wiem, co się z nią
dzieje. Nie dość, że się o nią martwię, to jeszcze roboty mam o
wiele więcej. No bo wiesz, jedna pielęgniarka nie jest w stanie
wszystkich pacjentów w rejestracji obsłużyć. No nic, dam radę,
moje rybeńki złociste pozwalają mi się odprężyć i nabrać sił.
A, i jeszcze
coś… Moja muza. A wiesz, kochana, że też tak myślę, iż
kulinarna ona, bo ciągle mnie coś na gotowanie bierze. I to z
dobrym skutkiem. Sama z siebie się śmieję, bo gdyby mnie przy tym
gotowaniu mój Bron zobaczył, toby mu oczęta z orbit wyszły…
Hihihi! Przecież chłopina wie, że w kuchni to ja nieporadna jak
słonica w składzie porcelany… A tu nagle, ni stąd, ni zowąd,
gotuję. Pewnie dla mnie samej by się nie chciało, a gdzież tam,
ale tyle pochwał zebrałam za ten bigosik od mojej sąsiadki z
przeciwka i jej gości, że ciągle mi się chce gotować. Wyobrażasz
to sobie? Ja i gotowanie? A jednak! Sama zobacz, co przedwczoraj po
pracy nagotowałam, a właściwie upiekłam. Czyż nie arcydzieło
kulinarne?
Wczoraj
nakarmiłam nim moją wiecznie głodną pielęgniarkę i mojego
rzemieślnika, a całą resztę wieczorem zaniosłam dla sąsiadki z
przeciwka. Jej mąż na pniu zjadł, a właściwie pochłonął,
prawie wszystkie sam. Mówił, że nic poradzić nie może, bo:
„wieczorem gołąbki lecą same do gąbki”.
Oj, biedny
ten mój Bron, tak sobie teraz myślę, tyle lat przeżyliśmy
razem, a gołąbki nigdy mu nie leciały same do gąbki. Bo też mu
nigdy ich nie zrobiłam. Ot, taka ze mnie nieużyta żona… była.
No ale teraz, pod działaniem muzy, obiecałam sobie, że kiedy z
Afganistanu wróci, przywitam go gołąbkami.
Cholewcia,
że też mu się zachciało na stare lata odgrywać rolę żołnierza
w tak niebezpiecznym kraju. Czasami wydaje mi się, że on nigdy nie
wyrósł z krótkich spodenek, kiedy to całymi dniami bawił się
ołowianymi żołnierzykami. Ha, dlatego też poszedł na Wojskową
Akademię Medyczną w Łodzi, a nie tak jak normalny człowiek, czyli
ja… hihihi! na Uniwersytet Medyczny. Pamiętam, jak od dziecka mi
powtarzał: — „Nomen oblige! A jam Bronisław”. — No i co z
takim zrobić? Nic, trzeba się pogodzić z jego światopoglądem i
to jego „obligo” zaakceptować.
Tak sobie
żartuję, ale tak po prawdzie, to bardzo się martwię o niego.
Staram się jednak jak najmniej myśleć o niebezpieczeństwie, jakie
tam mu grozi, bo boję się, że zwariuję.
Ale niestety
moja sąsiadka z boku mi wczoraj w bardzo brzydki sposób o tym
przypomniała. Widząc, że między mną i sąsiadką z przeciwka,
Urszulą, nawiązuje się bliższa znajomość, z jakiś znanych jej
tylko pobudek pobiegła do niej i naopowiadała o mnie
niestworzonych rzeczy. To jednak mnie aż tak nie zabolało, wszak
znam już ją trochę i wiem, co z niej za gatunek, zabolało mnie
jedynie to, że powiedziała, iż mój mąż, nie bacząc na
niebezpieczeństwo, uciekł do Afganistanu ode mnie. Wiesz, aż się
poryczałam, tak mnie to dotknęło. I co myślisz, Nastusiu kochana,
powinnam z nią porozmawiać, by takich rzeczy nie opowiadała?
No dobra,
zmieniam szybciutko temat, bo nie lubię się smucić. Chcę Ci
podziękować za wzruszającą fotkę. Rzeczywiście ten Twój piesio
wspaniały był. Ba, to prawie cielaczek, taki ogromniasty. A
wiesz, ja też psiaki kocham. I co do piesków solidaryzuję się z
Tobą. Powiem Ci, że kiedy moja córcia Pola poszła na swoje, to
wtedy długo się nad tym zastanawiałam, czy sobie pieska nie kupić,
no ale potem wpadłam w wir pracy, bo zakładałam akurat swoją
prywatną praktykę i jakoś myśleć przestałam. Może teraz znów
trzeba by mi było pomyśleć… Bo chyba teraz, od kiedy jestem
całkiem sama, szczególnie przydałby mi się jakiś bodyguard…
Hihihi! Niechby mnie bronił przed złem tego świata. Muszę znów
podumać. Tymczasem pozdrawiam Cię i ślę buziaczki! Maryna
***
A nie,
kochana Maryniu,
nie
zaprzątuj sobie nawet głowy taką osobą. Niewarta tego. Toż to
prostactwo najniższej próby. Od takich osób lepiej trzymać się z
daleka, gdyż prędzej czy później przysłowiowa słoma i tak z
butów im wylezie. Mówię Ci. Posłuchaj mojej dobrej rady.
A wiesz,
niedawno też miałam niezbyt miłą sytuację z taką jedną osobą,
która najpierw sama ze mną postąpiła bardzo nieładnie, a gdy ja
się jej po czasie (licząc na jej refleksje) pięknym za nadobne
odpłaciłam, wskazując nietakt, jaki popełniła w stosunku do
mnie, to wyobraź sobie, wtedy ją to bardzo zabolało. Ale ni jak do
niej nie dotarło jednak, że to ona sama takim właśnie swoim
zachowaniem zmusiła mnie, bym tak postąpiła jak postąpiłam. A
może nawet i wiedziała, tylko nie chciała się do tego przyznać.
Ja się przyznałam dlaczego tak postąpiłam, bo to wbrew mojej
naturze, i za to ją przeprosiłam, i to kilkukrotnie.
Wierz mi
Maryniu, z bólem serca to wszystko przeżyłam, tym bardziej, że
wcześniej ją bardzo lubiłam. No ale wiesz, choć sama bardzo źle
się z tym czułam, wiedziałam, że tak właśnie postąpić
powinnam. A chciałam się też przekonać, jak ona zachowa się po
tym wszystkim. Od tego uzależniałam naszą dalszą znajomość.
Gdyby była wystarczająco kulturalną, podjęłaby ze mną dialog.
Usilnie o to zabiegałam. Powiedziałybyśmy sobie wówczas szczerze,
co nam na sercu leży, przeprosiłybyśmy się nawzajem... i wtedy
dopiero byłaby szansa naszą znajomość budować dalej. Mądrzej.
Znasz mnie,
Maryniu, to wiesz, że pamiętliwa nie jestem i że nikt mojego
zaufania nie traci bezpowrotnie. Że każdemu daję szansę je
odzyskać, choćby nie wiem jakiego kalibru błąd popełnił… Lecz
sam musi się o to postarać. Ale ona nie. Albo milczała, albo jak
już się odezwać musiała, to oschle i lekceważąco.
Ubawiłam
się w końcu tym jej zachowaniem, bo to takie niskie, prymitywne, że
aż śmieszne. A wiesz, co mi powiedziała, kiedy spytałam dlaczego
tak się zachowuje? Otóż powiedziała, że tak ogólnie to ona
wybaczać może, zapomnieć jest jej trudniej, ale o zaufaniu nie ma
już mowy. Wyobrażasz sobie? Ani na moment na myśl jej nie
przyszło, że to właśnie ja pierwsza miałam powód stracić
zaufanie do niej… Co za zarozumialstwo! Tylko się śmiać. To
najlepsze wyjście.
A jako
ciekawostkę powiem Ci, że słowa te padły z ust psychologa.
Wyobrażasz to sobie? Akurat psychologa, który z racji zawodu winien
swoich podopiecznych wszystkich tych zasad w kontaktach
międzyludzkich uczyć jako podstawowe. No i jak nauczy, skoro sam
nie umie stosować ich w życiu? Powiem Ci, Maryniu, że kiedy już
całkowicie do mnie dotarło, co to za osoba, to mi ulżyło, bo już
zupełnie nabrałam pewności, że czas zakończyć tę niezdrową
znajomość.
Tak że
wiesz, moja Droga, bierz przykład ze starszej przyjaciółki. Takie
znajomości trzeba plenić w zarodku, aby więcej nieprzyjemnych
sytuacji nie przeżywać. Bo też z czasem mogłyby się stać
jeszcze bardziej nieprzyjemne, albo wręcz bolesne.
Nawet nie
próbuj z tą wredną sąsiadką rozmawiać. Z uśmiechem na twarzy
witaj ją zawsze i po prostu idź dalej. Babsztyl da Ci w końcu
spokój.
No to tyle o
niesympatycznych rzeczach, a właściwie osobach… Bo też Maryniu
szkoda naszego czasu, by zajmować się takimi, którzy kierują się
w życiu niskimi pobudkami i kultury za grosz nie mają. Koniec,
kropka, toczka, finito, schluss… amen!
Cieszę się
z Twojej psiej solidarności, bo też psiaki dla człowieka są
stworzone. Z kotami jest na odwrót. Pies rzeczywiście potrafi
obronić człowieka. Mój Joker, jak Ci już wspominałam, był moim
ogromnym bodyguardem. Super z nim miałam. Nikogo obcego do mnie nie
dopuścił. Zwłaszcza miał uraz na zawianych facetów. Na odległość
takiego delikwenta wyczuwał… I warczał, i szczekał, jak
wściekły, a mnie łbem odpychał jak najdalej od tych alkoholowych
wyziewów. A jak jechaliśmy do kraju, i kiedy jeszcze były kontrole
na granicy, to dopiero miałam wspaniale. Mój Joker był postrachem
wszystkich celników i wopistów. Niechby no tylko któremuś
przyszła ochota skontrolować moje auto, ha, szybko tego pożałował.
Bo kiedy tylko jeden z drugim otworzył klapę bagażnika, na widok
mojego Jokera, spietrały cały jeszcze szybciej ją zamykał. No
popatrz sama, czy nie wyglądał groźnie?

Ależ miałam
fajowo. Od razu ręką dawali mi znak, że mam jechać dalej, czyli
przekraczać granicę. No i co, czy to nie dosadny przykład, że
pies człowiekowi służy? Co za pożytek miałabyś z kota w
podobnej sytuacji? Żadnego!
A tą złotą
rybką zaraziłaś mnie kochana, i to tak bardzo, że zaraz na drugi
dzień pobiegłam do sklepu zoologicznego i popatrz, jaką śliczność
złociutką sobie kupiłam.
Mało tego,
na poczekaniu nawet wierszyk dla dzieci mi się o niej wymyślił,
ale wymaga jeszcze korekty.
No to bywaj,
Maryniu! A Twoje złote rybki niechaj spełniają Twoje życzenia,
jedno po drugim.
Pozdrowienia
ślę, buziaczki dołączam! Nastka
PS
Zapomniałam
Cię pochwalić za Twoje arcydzieło gołąbkowe. Gołąbki wyglądają
pysznie. Pysznie pewne też smakowały. Niech Cię ta muza ma w
swojej opiece na zawsze. To się Bron będzie cieszył. A co! Wszak
personel i sąsiedzi już się cieszą. Ja także... bo mam co
oglądać.
2009
Z
cyklu: „Teksty epistolarne”