środa, 6 stycznia 2021

Na tle nieba

Każdy lubi spoglądać w niebo. Tak myślę. Choć pewnie każdy z różnych powodów. Ja też lubię, i robię to bardzo często. Czego na nim wypatruję? Sama tak do końca nie wiem. Ale na pewno niczego złego. Wypatruję czegoś ciekawego, czegoś, co pobudzi moją wyobraźnię.

Pewnego lata wypatrzyłam coś naprawdę szczególnego. Otóż któreś pięknej, gwiaździstej nocy byłam u córki, „pracowałam” jako babysitter (starszyzna poszła na koncert), no i kiedy tak ciężko „pracując”, leżałam sobie na leżaku w ogrodzie, na niebie zobaczyłam nagle... UFO. Tak, tak, UFO. Mknęło jak szalone po niebie od zachodu na wschód. Było kształtu dość dużej kuli i miało bardzo intensywne żółte światło. Nagrać go niestety nie zdążyłam, bo zanim złapałam za komórkę, znikło za horyzontem. Miało tak zawrotną szybkość.

Przez moment myślałam nawet, że to może Międzynarodowa Stacja Kosmiczna (ISS), bo ta też jest szybka, że ło matko!, ale nie. Jestem pewna, że nie, bo od niemalże dwóch dekad miałam już nie raz okazję ją podziwiać pędzącą po niebie z szybkością prawie 28 tys. km/h.

Kiedy córka z zięciem wrócili do domu i im o tym opowiedziałam, śmiali się ze mnie, nie dając wiary moim obserwacjom. Nie przejęłam się jednak ich podśmiechujkami, bo też samej było mi trudno uwierzyć w to, co zobaczyłam. Jednak na drugi dzień w Radio ZET usłyszałam, że w nocy nad Polską zaobserwowano dziwne zjawisko, jakiś świetlisty obiekt poruszający się po niebie z ogromną szybkością. Ha, no to już zaczęłam wierzyć, że moje oczy mnie nie zawiodły. Przecież widziałam wyraźnie, że to „coś” gnało na wschód.

Dzisiaj przeglądałam zdjęcia w swoich przyrodniczych albumach i stwierdziłam, że mam ich bardzo dużo właśnie — na tle nieba. 

 

Nie robię ich specjalnie, jakoś same mi tak zawsze wychodzą. Pewnie dlatego, że lubię niebo i już nawet podświadomie ustawiam się w kierunku nieba. Jak roślina... A może tylko swój aparat tak ustawiam?

Tak czy siak jednego jestem pewna, kocham przyrodę, kocham niebo, kocham bezmiar Wszechświata.

 

poniedziałek, 4 stycznia 2021

W oczach zamarzniętej kałuży

Jest zima. Śnieg jest, albo go nie ma. Ale niemal zawsze są nocne przymrozki. Wtedy wszystko wokoło cichutko i niezauważalnie zamarza. Zamarzają szyby w autach, niekiedy w domach, zamarza Matka Natura.

W parku i w lesie istne królestwo na człowieka czeka. Drzewa pokryte są szronem lub szadzią i cichym szmerem wprawiają w bajeczny nastrój. Zamarznięty i oszroniony świat zachwyca, można poczuć się jak w bajce, doznać oczarowania.

Gdzieniegdzie widać zamarznięte kałuże, które patrzą hipnotyzującym wzrokiem. Jest w nich coś niezwykle tajemniczego. Wpatrując się w nie, z ogromnym zaskoczeniem zauważa się, jak zmieniają barwy i stają się w końcu niebiesko-czarne. Wszystko dookoła staje się niebiesko-czarne. Słychać w oddali narastający szelest i dźwięk cichutkich dzwoneczków.

 


 

Z cyklu: "Fotofantasmagorie"

 

Listy przyjaciółek, Maryni & Nastki (4). Pół żartem, pół serio

 


No, no, no, moja kochana Nastusiu,

dobra jesteś w te dedukcyjne klocki. Tak, kupiłam sobie złotą rybkę, a nawet trzy. I urządziłam sobie… to znaczy im, piękne akwarium. A nie, jednak też i sobie, bo musisz wiedzieć, że tak bardzo jestem zachwycona tym moim akwenem domowym, że często siadam sobie naprzeciwko i wlepiam wzrok w niego, jak w ekran telewizora. Z tą tylko różnicą, że to, co tam widzę, mnie uspakaja. I bardzo dobrze, bo ostatnio w pracy mam trochę nerwówki. Jedna z moich pielęgniarek nie wróciła z urlopu i nie wiem, co się z nią dzieje. Nie dość, że się o nią martwię, to jeszcze roboty mam o wiele więcej. No bo wiesz, jedna pielęgniarka nie jest w stanie wszystkich pacjentów w rejestracji obsłużyć. No nic, dam radę, moje rybeńki złociste pozwalają mi się odprężyć i nabrać sił.

A, i jeszcze coś… Moja muza. A wiesz, kochana, że też tak myślę, iż kulinarna ona, bo ciągle mnie coś na gotowanie bierze. I to z dobrym skutkiem. Sama z siebie się śmieję, bo gdyby mnie przy tym gotowaniu mój Bron zobaczył, toby mu oczęta z orbit wyszły… Hihihi! Przecież chłopina wie, że w kuchni to ja nieporadna jak słonica w składzie porcelany… A tu nagle, ni stąd, ni zowąd, gotuję. Pewnie dla mnie samej by się nie chciało, a gdzież tam, ale tyle pochwał zebrałam za ten bigosik od mojej sąsiadki z przeciwka i jej gości, że ciągle mi się chce gotować. Wyobrażasz to sobie? Ja i gotowanie? A jednak! Sama zobacz, co przedwczoraj po pracy nagotowałam, a właściwie upiekłam. Czyż nie arcydzieło kulinarne?

 



Wczoraj nakarmiłam nim moją wiecznie głodną pielęgniarkę i mojego rzemieślnika, a całą resztę wieczorem zaniosłam dla sąsiadki z przeciwka. Jej mąż na pniu zjadł, a właściwie pochłonął, prawie wszystkie sam. Mówił, że nic poradzić nie może, bo: „wieczorem gołąbki lecą same do gąbki”.

Oj, biedny ten mój Bron, tak sobie teraz myślę, tyle lat przeżyliśmy razem, a gołąbki nigdy mu nie leciały same do gąbki. Bo też mu nigdy ich nie zrobiłam. Ot, taka ze mnie nieużyta żona… była. No ale teraz, pod działaniem muzy, obiecałam sobie, że kiedy z Afganistanu wróci, przywitam go gołąbkami.

Cholewcia, że też mu się zachciało na stare lata odgrywać rolę żołnierza w tak niebezpiecznym kraju. Czasami wydaje mi się, że on nigdy nie wyrósł z krótkich spodenek, kiedy to całymi dniami bawił się ołowianymi żołnierzykami. Ha, dlatego też poszedł na Wojskową Akademię Medyczną w Łodzi, a nie tak jak normalny człowiek, czyli ja… hihihi! na Uniwersytet Medyczny. Pamiętam, jak od dziecka mi powtarzał: — „Nomen oblige! A jam Bronisław”. — No i co z takim zrobić? Nic, trzeba się pogodzić z jego światopoglądem i to jego „obligo” zaakceptować.

Tak sobie żartuję, ale tak po prawdzie, to bardzo się martwię o niego. Staram się jednak jak najmniej myśleć o niebezpieczeństwie, jakie tam mu grozi, bo boję się, że zwariuję.

Ale niestety moja sąsiadka z boku mi wczoraj w bardzo brzydki sposób o tym przypomniała. Widząc, że między mną i sąsiadką z przeciwka, Urszulą, nawiązuje się bliższa znajomość, z jakiś znanych jej tylko pobudek pobiegła do niej i naopowiadała o mnie niestworzonych rzeczy. To jednak mnie aż tak nie zabolało, wszak znam już ją trochę i wiem, co z niej za gatunek, zabolało mnie jedynie to, że powiedziała, iż mój mąż, nie bacząc na niebezpieczeństwo, uciekł do Afganistanu ode mnie. Wiesz, aż się poryczałam, tak mnie to dotknęło. I co myślisz, Nastusiu kochana, powinnam z nią porozmawiać, by takich rzeczy nie opowiadała?

No dobra, zmieniam szybciutko temat, bo nie lubię się smucić. Chcę Ci podziękować za wzruszającą fotkę. Rzeczywiście ten Twój piesio wspaniały był. Ba, to prawie cielaczek, taki ogromniasty. A wiesz, ja też psiaki kocham. I co do piesków solidaryzuję się z Tobą. Powiem Ci, że kiedy moja córcia Pola poszła na swoje, to wtedy długo się nad tym zastanawiałam, czy sobie pieska nie kupić, no ale potem wpadłam w wir pracy, bo zakładałam akurat swoją prywatną praktykę i jakoś myśleć przestałam. Może teraz znów trzeba by mi było pomyśleć… Bo chyba teraz, od kiedy jestem całkiem sama, szczególnie przydałby mi się jakiś bodyguard… Hihihi! Niechby mnie bronił przed złem tego świata. Muszę znów podumać. Tymczasem pozdrawiam Cię i ślę buziaczki! Maryna

***

A nie, kochana Maryniu,

nie zaprzątuj sobie nawet głowy taką osobą. Niewarta tego. Toż to prostactwo najniższej próby. Od takich osób lepiej trzymać się z daleka, gdyż prędzej czy później przysłowiowa słoma i tak z butów im wylezie. Mówię Ci. Posłuchaj mojej dobrej rady.

A wiesz, niedawno też miałam niezbyt miłą sytuację z taką jedną osobą, która najpierw sama ze mną postąpiła bardzo nieładnie, a gdy ja się jej po czasie (licząc na jej refleksje) pięknym za nadobne odpłaciłam, wskazując nietakt, jaki popełniła w stosunku do mnie, to wyobraź sobie, wtedy ją to bardzo zabolało. Ale ni jak do niej nie dotarło jednak, że to ona sama takim właśnie swoim zachowaniem zmusiła mnie, bym tak postąpiła jak postąpiłam. A może nawet i wiedziała, tylko nie chciała się do tego przyznać. Ja się przyznałam dlaczego tak postąpiłam, bo to wbrew mojej naturze, i za to ją przeprosiłam, i to kilkukrotnie.

Wierz mi Maryniu, z bólem serca to wszystko przeżyłam, tym bardziej, że wcześniej ją bardzo lubiłam. No ale wiesz, choć sama bardzo źle się z tym czułam, wiedziałam, że tak właśnie postąpić powinnam. A chciałam się też przekonać, jak ona zachowa się po tym wszystkim. Od tego uzależniałam naszą dalszą znajomość. Gdyby była wystarczająco kulturalną, podjęłaby ze mną dialog. Usilnie o to zabiegałam. Powiedziałybyśmy sobie wówczas szczerze, co nam na sercu leży, przeprosiłybyśmy się nawzajem... i wtedy dopiero byłaby szansa naszą znajomość budować dalej. Mądrzej.

Znasz mnie, Maryniu, to wiesz, że pamiętliwa nie jestem i że nikt mojego zaufania nie traci bezpowrotnie. Że każdemu daję szansę je odzyskać, choćby nie wiem jakiego kalibru błąd popełnił… Lecz sam musi się o to postarać. Ale ona nie. Albo milczała, albo jak już się odezwać musiała, to oschle i lekceważąco.

Ubawiłam się w końcu tym jej zachowaniem, bo to takie niskie, prymitywne, że aż śmieszne. A wiesz, co mi powiedziała, kiedy spytałam dlaczego tak się zachowuje? Otóż powiedziała, że tak ogólnie to ona wybaczać może, zapomnieć jest jej trudniej, ale o zaufaniu nie ma już mowy. Wyobrażasz sobie? Ani na moment na myśl jej nie przyszło, że to właśnie ja pierwsza miałam powód stracić zaufanie do niej… Co za zarozumialstwo! Tylko się śmiać. To najlepsze wyjście.

A jako ciekawostkę powiem Ci, że słowa te padły z ust psychologa. Wyobrażasz to sobie? Akurat psychologa, który z racji zawodu winien swoich podopiecznych wszystkich tych zasad w kontaktach międzyludzkich uczyć jako podstawowe. No i jak nauczy, skoro sam nie umie stosować ich w życiu? Powiem Ci, Maryniu, że kiedy już całkowicie do mnie dotarło, co to za osoba, to mi ulżyło, bo już zupełnie nabrałam pewności, że czas zakończyć tę niezdrową znajomość.

Tak że wiesz, moja Droga, bierz przykład ze starszej przyjaciółki. Takie znajomości trzeba plenić w zarodku, aby więcej nieprzyjemnych sytuacji nie przeżywać. Bo też z czasem mogłyby się stać jeszcze bardziej nieprzyjemne, albo wręcz bolesne.

Nawet nie próbuj z tą wredną sąsiadką rozmawiać. Z uśmiechem na twarzy witaj ją zawsze i po prostu idź dalej. Babsztyl da Ci w końcu spokój.

No to tyle o niesympatycznych rzeczach, a właściwie osobach… Bo też Maryniu szkoda naszego czasu, by zajmować się takimi, którzy kierują się w życiu niskimi pobudkami i kultury za grosz nie mają. Koniec, kropka, toczka, finito, schluss… amen!

Cieszę się z Twojej psiej solidarności, bo też psiaki dla człowieka są stworzone. Z kotami jest na odwrót. Pies rzeczywiście potrafi obronić człowieka. Mój Joker, jak Ci już wspominałam, był moim ogromnym bodyguardem. Super z nim miałam. Nikogo obcego do mnie nie dopuścił. Zwłaszcza miał uraz na zawianych facetów. Na odległość takiego delikwenta wyczuwał… I warczał, i szczekał, jak wściekły, a mnie łbem odpychał jak najdalej od tych alkoholowych wyziewów. A jak jechaliśmy do kraju, i kiedy jeszcze były kontrole na granicy, to dopiero miałam wspaniale. Mój Joker był postrachem wszystkich celników i wopistów. Niechby no tylko któremuś przyszła ochota skontrolować moje auto, ha, szybko tego pożałował. Bo kiedy tylko jeden z drugim otworzył klapę bagażnika, na widok mojego Jokera, spietrały cały jeszcze szybciej ją zamykał. No popatrz sama, czy nie wyglądał groźnie? 

 


Ależ miałam fajowo. Od razu ręką dawali mi znak, że mam jechać dalej, czyli przekraczać granicę. No i co, czy to nie dosadny przykład, że pies człowiekowi służy? Co za pożytek miałabyś z kota w podobnej sytuacji? Żadnego!

A tą złotą rybką zaraziłaś mnie kochana, i to tak bardzo, że zaraz na drugi dzień pobiegłam do sklepu zoologicznego i popatrz, jaką śliczność złociutką sobie kupiłam.

 

 

Mało tego, na poczekaniu nawet wierszyk dla dzieci mi się o niej wymyślił, ale wymaga jeszcze korekty.

No to bywaj, Maryniu! A Twoje złote rybki niechaj spełniają Twoje życzenia, jedno po drugim.

Pozdrowienia ślę, buziaczki dołączam! Nastka

PS

Zapomniałam Cię pochwalić za Twoje arcydzieło gołąbkowe. Gołąbki wyglądają pysznie. Pysznie pewne też smakowały. Niech Cię ta muza ma w swojej opiece na zawsze. To się Bron będzie cieszył. A co! Wszak personel i sąsiedzi już się cieszą. Ja także... bo mam co oglądać.

2009

 Z cyklu: „Teksty epistolarne”

 

sobota, 2 stycznia 2021

Jak postępować z toksyczną osobą?

Osobę toksyczną najlepiej unikać jak ognia. Jeśli się nie da, obchodzić szerokim łukiem. Jeśli się i tego nie da, traktować jak powietrze... A jeśliby się jednak i tego nie dało, powiedzieć jej prosto w twarz: — Spadaj na drzewo dokończyć ewolucję.

 


Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”

 

Zima przekroczyła opłotki

U nas w samą Wigilię. Tym razem zdążyła i bardzo się postarała. Boże Narodzenie 2020 było w śniegu. I to mnie bardzo cieszyło. W Sylwestra białego puchu dopadało i pięknie jest dookoła. 

Dzieciaki mają frajdę, ale także i dorośli. Na wszystkich górkach i pagórkach rojno. Zewsząd słychać radosne nawoływania i śmiechy. Mimo ciągle trwającej pandemii ludzie potrafią się jednak bawić... I to mnie też bardzo cieszy.


 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


piątek, 1 stycznia 2021

Na pierwszej stronie kalendarza

Największe przyjemności mamy już niestety za sobą. Święta Bożego Narodzenia minęły. Minął też i Sylwester. Mamy Nowy Rok. Ale zostało jeszcze Święto Trzech Króli. W Niemczech jest ono dniem wolnym od pracy od kiedy pamiętam. Mimo że to kraj miszmaszu religijnego, to jednak każdy obywatel, czy to katolik, czy ewangelik, czy buddysta, czy hinduista, czy muzułmanin, jak jeden mąż w Święto Trzech Króli świętuje.

Natomiast w Polsce, mimo że 95% obywateli (ponoć) to katolicy, długo wolnym dniem nie było. Ale po długiej przerwie, od 2011 roku znów jest. Wcześniej, w latach 1952-1960 też było, ale później czerwona zaraza zlikwidowała.

W styczniu, jak pamiętam, to w Polsce jeszcze i 17-go było święto: Rocznica Wyzwolenia Warszawy. No tak, ale to święto nie jest już aż tak uroczyście świętowane — ze względu na prawdę historyczną, która dopiero w wolnej Polsce mogła wyjść na jaw. Bo jakiego to też „wyzwolenia” naszej stolicy dokonała Armia Czerwona, kiedy już jej same tylko ruiny i zgliszcza zostały? Skubany Stalin wiedział, co robi. Przez całe Powstanie Warszawskie w swoim parszywym interesie czekał aż stolica się wykrwawi… i klęknie na kolana. Czy to było więc wyzwolenie?

Za to u mnie, w rodzinie — dzień 17 stycznia jest wielkim świętem od wielu lat. Otóż w tym dniu, po wielu koszmarnych, wcześniejszych turbulencjach i bardzo ciężkim w rezultacie porodzie, w 8 miesiącu ciąży urodziłam swoją pierworodną córeczkę. Jej narodziny, siłą narzuconej przez komuchów historii, w tamtych latach kojarzyły mi się zawsze z „wyzwoleniem”, teraz już nie bardzo.

Ale jako ciekawostkę dodam, bo to bardzo znamienne, że obecny Prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski, też urodził się w dniu 17 stycznia.

Wcześniej, bo 13 stycznia, świętować będziemy urodziny mojego pierworodnego wnuka, który urodził się w dniu urodzin mojego od 48 lat nieżyjącego Ojca. A jeszcze wcześniej, bo dzisiaj, radośnie świętujemy urodziny mojego najmłodszego wnuka, bo też akurat 1 stycznia, i do tego w niedzielę, zapragnęło mu się przyjść na świat. Że w niedzielę, to na pewno po babci. Jest nas w rodzince teraz dwoje — w niedzielę urodzonych. Ale w Nowy Rok to mój wnuczek urodził się jako jedyny.

Rany, jak sobie przypomnę, co to było za zamieszanie w szpitalu w tym dniu. Dziennikarze już grubo przed północą czekali w korytarzu porodówki. Każdy chciał jako pierwszy zrobić zdjęcie pierwszemu w Nowy Rok urodzonemu obywatelowi naszego miasta i powiatu, a także, by móc przeprowadzić wywiad ze szczęśliwymi rodzicami.

OK., tyle na temat moich styczniowych świętowań, bo jeszcze do Sylwestra wrócić chciałam. Nie, nie chciałam się chwalić, jak to niby ja w tym dniu balowałam. Nie! Bo tak po prawdzie, w Sylwestra to już nie baluję aż tak, jak za dawnych lat. W Polsce, jak pamiętam, balowało się zawsze do białego rana. Sama nawet kilka takich balów organizowałam w swojej szkole. W Niemczech to już nie to. Raz, że był to okres naszej wieloletniej aklimatyzacji. A dwa, że mało się tutaj aż tak balowo świętuje, że się tak wyrażę. Raczej na tak zwanych domówkach, albo na wyjazdach.

To ewidentnie moja strata, wiem, bo ja wprost uwielbiam tańczyć. Ale że do tanga trzeba dwojga, przeto nie tańcuję… i nie baluję. Przyznam szczerze, że z tego akurat powodu odczuwam brak partnera. Zaraz… a może przy okazji, w tym miejscu, strzelę króciutki anonsik w tej sprawie? Czemu nie? A co mi to szkodzi? Przecież to mój kawałek podłogi, i mogę tu wszystko... No to anonsuję!

A więc tak:

Gdyby jakiś elegancki, szarmancki Pan, z dużą dawką poczucia humoru, i choć trochę szalony, miałby potrzebę tańcowania, podobnie jak ja, a brak by mu było partnerki, proszę się do mnie odezwać. A nuż będziemy mogli sobie gdzieś niezobowiązująco potańcować? 

 

O, właśnie tak! Albo i jeszcze ładniej…

Koniec anonsu! ;D


No masz, i znowu poszłam w tany nie z tym tematem, co chciałam. A chciałam z tematem wariactw sylwestrowych zatańczyć o pardon… zacząć pisać. No dobra, zaczynam więc i jak rzep psiego ogona trzymać się go już będę do końca. 

Nie wiem, jak komu, ale mi się nie podoba ta strzelanina, te huki, świsty, grzmoty, wybuchy… dookoła w noc sylwestrową. Same efekty wizualne na niebie robią wrażenie, to fakt, ale ta kanonada? Okropność! No i do tego ten wszechobecny smród, wciskający się do domu, że przez wiele godzin okna otworzyć nie można. To przecież też okropność. A przede wszystkim, żal mi zwierząt, i tych domowych, i tych leśnych. Każdy, kto ma zwierzę w domu z pewnością wie, jaki szok przeżywają. Nawet duże i odważne psy są potwornie wystraszone. Wiem, co mówię, bo miałam Doga Arlekina, a on tak bardzo bał się tych huków za oknami, że ze strachu, jak malutkie dziecko, wciskał mi się na kolana, drżąc na całym swym ogromnym pieskim ciele. O proszę, oto i on pewnego Sylwestra.



Ta fotka zrobiona jest jakieś cztery godziny przed godziną „O”, kiedy tylko pojedyncze wystrzały zniecierpliwionych sylwestrowiczów dochodziły z zewnątrz. Jednak mój Joker, był już wtedy bardzo przerażony. Nie odstępował mnie ani na krok… Bidulka.

Gdybym była burmistrzem, zabroniłabym sprzedaży tych wszystkich rakiet, petard, sztucznych ogni, a w noc sylwestrową — w odpowiednim miejscu i na koszt miasta oczywiście — zorganizowałabym dla wszystkich obywateli przepiękny pokaz fajerwerków. Dzięki temu zwierzętom oszczędziłoby się kilkugodzinnego szoku, a co niektórym sylwestrowiczom, zwłaszcza tym zapijaczonym, ostałyby się palce, dłonie, nietknięte twarze... Ba, niektórzy by nawet i przy życiu pozostali. No i wreszcie, dzięki temu, nie byłoby potem tyle śmieci do sprzątania.

I pomyśleć tylko, ile to pieniędzy ludzie do luftu puszczają? Czy nie lepiej byłoby te pieniądze przeznaczyć na bardziej szczytne cele? O, chociażby na pomoc dla biednych? Niechby tylko każdy ewentualny amator „wystrzałowego” Sylwestra jeden procencik tego, co wydaje na zakup tych wszystkich pirotechnicznych różności, wrzucił do skarbonki przygotowanej np. przez Caritas czy też Czerwony Krzyż… to ilu to biednych ludzi można by było nakarmić? Ilu schorowanym uratować życie? 


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


Życzenia na Nowy Rok 2021


Szczęścia, zdrowia, pomyślności, 

Niech nam w sercu radość gości.

Niech marzenia się spełniają.

Niech w miłości bliscy trwają.

Niech nas zdrowie nie opuszcza.

Niech zła passa nas nie rusza...

 

Bądźmy pogodni zawsze i wszędzie.

Wierzmy w życzenia... a tak będzie.

  


Poza pojedynczymi wystrzałami sztucznych ogni (pochodzących zapewne z zeszłorocznych zapasów) spokojnie było w Noc Sylwestrową w naszym mieście. Z pewnością spokojniej było też i na całym świecie. Owszem, były zorganizowane pokazy fajerwerków, ale nie było żadnych większych wariacji z ulicznymi, gdzie popadnie odpalanymi wyrobami pirotechnicznymi wszelkiej maści. I to mnie bardzo cieszy, bo tym samym nie było niepotrzebnie wypuszczonych w luft pieniędzy, kiedy tyle ludzi umiera z głodu na świecie.

Zwierzęta też odsapnęły. Za ten spokój będą się nam odwdzięczać przez cały rok. Czym?... Nietrudno się domyślić... Zdrowia w Nowym Roku!