Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż autostopem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż autostopem. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 września 2026

Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XXI — Tym razem będzie o szalonych wakacjach, podróży autostopem w tajemnicy przed rodzicami, ukochanym wiejskim klimacie, starych rowerach i kuzynach gotowych zapewnić dużo wrażeń i to z nawiązką. Będzie też o pewnej wyjątkowo złośliwej pszczole, spuchniętym oku, Krasuli, która postanowiła posmakować sąsiedzkich buraków, oraz o genialnej radzie Ryśka, której z pewnością nikt by nie chciał przeżyć.


Przeleciał kolejny rok i mam już szesnaście lat. Żadnego zdjęcia z tego okresu jednak nie mam. Nie wiem, czemu. Czyżby nic takiego szczególnego się w tym czasie nie działo, coby warte było uwiecznienia? E tam, działo się, tyle że chyba jakoś nikt nie pomyślał, aby łazić z aparatem fotograficznym.

Ja też nie łaziłam z aparatem, jak zawsze wcześniej. Dlaczego? Z prostej przyczyny — mój kochany braciszek pewnego dnia rozłożył go na czynniki pierwsze. I potem nikt nie umiał go złożyć, jak trzeba. Zawsze zostawały jakieś części, z którymi nie wiadomo było, co zrobić.

Jeszcze przed końcem roku szkolnego postanowiłam, że jak zaczną się wakacje, pójdę na drogę zarobić sobie trochę grosza... Ojej, ależ to głupio zabrzmiało... Pójdę na drogę „czereśniarza”, zrywać czereśnie... i za zarobione pieniądze oddam aparat do naprawy specjaliście. Czyli naszemu od lat znajomemu fotografowi. I tak zrobiłam.

Pan fotograf spojrzał na mojego mocno zdezelowanego Фэд-2 krytycznym wzrokiem i rzekł jakoś tak z francuska:

Marne szanse! Wygląda tak, jakby czołg po nim przejechał... — i po krótkim namyśle dodał: — No dobra, postaram się coś z nim zrobić, bo cię lubię, ale potrzebuję dużo czasu. Przyjdź po wakacjach.

Szkoda, że dopiero po wakacjach, bo akurat wybieramy się z siostrzyczką Terenią pierwszy raz razem do naszego ukochanego wujostwa, do Pilcza koło Kłodzka, i do trzech fajnych kuzynów.

No i ruszyłyśmy. W pierwszych dniach wakacji. Ale w tajemnicy przed rodzicami — nie pociągiem, a... stopem. Postanowiłyśmy zaoszczędzić pieniądze, które dostałyśmy od nich na bilet PKP, by podwyższyć nasze kieszonkowe.

Jechało nam się w miarę dobrze i nawet miło, gdyż kierowcy ciężarówek chętnie się zatrzymywali i podwozili nas.

Raz tylko było mniej miło, gdyż jednego kierowcę musiałam spamiętać siarczystym policzkiem. Dlaczego? Ano dlatego, że w pewnym momencie trzymał kierownicę tylko jedną ręką, bo drugą zaczął nagle błądzić po moich plecach. Nie oddał mi, ale wkurzony natychmiast się zatrzymał i wyrzucił nas z szoferki... I dobrze! Z chamami nie będziemy jeździć. No!

W końcu udało nam się szczęśliwie dotrzeć na miejsce i potem już nasze wakacje były wspaniałe. A co też ważne, miałyśmy trochę więcej grosza przy duszy. Nikt jednak o naszym autostopie wiedzieć nie mógł.




Na miejscu tak jakoś wyszło, że się od razu rozdzieliłyśmy. No bo Terenia to już taka panienka i towarzystwo starszych chłopców jej w głowie. Ze mnie zaś dalej podstrzelony chłopczur i wolę towarzystwo chłopaków do szalonych zabaw, nie do kokietowania.

Moi kuzyni — Rysiek, Zbyszek i Franek — czuli się powołani przez samą Opatrzność do zapewniania mi wrażeń. I zapewniali. Z nawiązką.

Jednak na jedno zdjęcie „ze starszyzną” dałam się namówić, ale po chwili pożałowałam tego. Bo dla mnie ci znajomi Tereni byli starymi facetami.

Wkurzyłam się zwłaszcza na tego za mną, bo... kurczę, co robi jego łapa na moim ramieniu... się pytam?! Później obu facetów ze zdjęcia wycięłam... i nieco mi ulżyło.



Ale potem to już był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam i już pewnie do końca swoich dni wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da.

Były szalone, czasem niebezpieczne, ale przede wszystkim bardzo zabawne, niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutka dziewczyna, która kochała wieś, a tylko w wakacje mogła się nią rozkoszować.

Każdego ranka budziłam się skoro świt i siadałam na parapecie okiennym w swoim pokoju na pierwszym piętrze. Uwielbiałam wdychać to cudownie rześkie powietrze. A też i wsłuchiwać się w szum wartkiej górskiej rzeki Białej Lądeckiej, płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał jedyny ogromny poniemiecki dom wujostwa.

Wielką przyjemność sprawiało mi też dobiegające z podwórza gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Czułam wtedy, że żyję!

Mogłabym tak siedzieć i siedzieć, rozkoszując się gwarem wsi. Jednak zbyt długo nie było mi dane, bo mój kuzyn Rysiek każdego ranka uparcie przywoływał mnie do porządku, wrzeszcząc z dołu:

Halszka, no co z tobą, do diaska?! Wyłazisz w końcu?! Śniadanie na stole!

Muszę przyznać, że pyszne były te wiejskie śniadania. I to w bardzo niezwykłej kuchni, zwanej kuchnią na dni powszednie. Aby do niej wejść, trzeba było przejść przez stajnię, gdzie rezydowały dwie krowy i jeden koń, a dokładniej klacz Kasztanka.

W stajni, jak to w stajni, zapach jest zawsze, no, powiedzmy… taki sam, ale on mi wcale nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, uważam nawet, że miał swój urok. Coś w tym było, bo do dziś dnia pamiętam tę specyficzną woń. Pewnie dlatego, że to woń moich wspaniałych młodzieńczych wakacji.

A śniadanie? Pierwsza klasa! Typowo wiejskie i bardzo zdrowe. Uwielbiałam zwłaszcza cioci domowy chleb z masłem jej wyrobu i do tego pachnący miód z pasieki wujka, składającej się z dziesięciu uli i znajdującej się w ogrodzie tuż przy oknach kuchni.

Po śniadaniu zaś hulaj dusza! Po łąkach, po pastwiskach, po lasach, po dwóch rzekach: Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, a potem już tylko po Nysie, bo w Pilczu właśnie Biała wpada do Nysy. Cudowne to miejsce. Czysta, niczym niezmącona natura.

Często też wybywaliśmy z domu z kuzynem, niekiedy i z jego kumplami, starymi, przedwojennymi rowerami. Kuzyn specjalnie dla mnie taki jeden z męską ramą zmontował, dodając części z dwóch zdezelowanych damek. I takimi poniemieckimi wehikułami pędziliśmy przez wieś w poszukiwaniu przygód.



Wszyscy się za nami oglądali, bo nasze rowery strasznie skrzypiały... Ale co tam! Pedałowaliśmy szczęśliwi, jak nie wiem co.

Mieliśmy czas tylko do południa, bo potem, po pysznym obiedzie (najbardziej smakował mi cioci rosół z kaczki opalanej słomą), zawsze musieliśmy wujostwu trochę pomóc na polu, tak że nic dziwnego, że pędziliśmy jak szaleni. Chcieliśmy zdążyć się pobawić i choć trochę wrażeń nachapać.

Pewnego poranka, przed wyruszeniem rowerami, gdzie nas oczy poniosą, w czasie śniadania, kiedy jak co dzień rozkoszowałam się kromką chleba z masłem i przepysznym miodem, do kuchni wpadła jakaś niewyżyta pszczoła i użądliła mnie w brew nad prawym okiem.

Oko mi spuchło w momencie i zupełnie straciłam możliwość widzenia nim, mimo okładów z zimnych noży, które mi ciocia przykładała. Wujek też się starał ulżyć mi w cierpieniu i trzymał mnie za rękę, psiocząc przy tym na swoją głupią pszczołę, a i jej towarzyszki, które całym rojem o świcie uciekły z ula.

Nie powiem, komfortowo się nie czułam z tym moim okiem, no ale z tego też powodu nie zamierzałam siedzieć w domu i rozpaczać. Nie chciałam przede wszystkim przed Ryśkiem wyglądać na mięczaka. Tym bardziej że Rysiek, na widok mojej twarzyczki przybierającej wygląd twarzy Quasimodo, aż tarzał się po podłodze ze śmiechu.

Wprawdzie oberwał od cioci jakąś ścierką po plecach na spamiętanie, ale to niewiele pomogło. Ciągle rechotał się choby głupi.

W końcu z bólem, bo z bólem, ale postanowiłam, ku radości Ryśka, wybrać się z nim na rowerze na pastwisko, aby złapać Krasulę, która, jak ciocia dowiedziała się od listonosza, zerwała się z łańcucha i wlazła w szkodę na przylegające do pastwiska pole sąsiada.

Niezdyscyplinowaną krowę od razu udało nam się złapać, ale co z tego, jak za moment, zanim Rysiek uziemił ją kołkiem, znów podjęła próbę ucieczki i, zadzierając ogon, wyrwała z kopyta ponownie w stronę pola sąsiada, na którym rosły buraki cukrowe. Pewnie bardzo jej posmakowały.

Wkurzyłam się na Krasulę okropnie, bo chciałam jak najszybciej wskoczyć do rzeki, by ochłodzić się nieco, zwłaszcza moją opuchniętą fizjonomię. Dlatego też, nie czekając na Ryśka, pierwsza puściłam się biegiem za tą szkodnicą.

Rysiek z zadowoleniem obserwował moją pogoń i, kiedy zobaczył, że ja już Krasulę doganiam, zaczął wrzeszczeć:

Za ogon ją! Złap ją za ogon!

No to ja posłusznie, z wyskoku, rzuciłam się na ogon Krasuli i złapałam z całych sił. Krasula jednak nie odpuszczała i dalej pruła do przodu, ciągnąc mnie za sobą jak upierdliwy rzep. Nie muszę chyba opowiadać, jak wyglądałam po tym jej sponiewieraniu mojej (przyczepionej) cielesności.

Przeciągnęła mnie i po burakach, i po drodze, i kiedy już łaskawie raczyła skierować swoje kopyta na pastwisko, to i po trawie, a co gorsza, po swoich zapewne i koleżanek z obory... plackach.

Wściekłam się nie na żarty, ale nawet nie tyle na Krasulę, bo to przecież tylko głupie bydlę (choć pewna nie byłam, czy aż takie znów głupie), ile na Ryśka za tę jego idiotyczną poradę.

Tak że kiedy wreszcie Krasula dała za wygraną i stanęła w miejscu, a Rysiek już na fest kołkiem do ziemi ją przyszpilił, poszłam obrażona przez pastwisko w kierunku rzeki. Wtedy to już podwójnie potrzebowałam wody.

Wnet się jednak okazało, że limit przygód przewidziany na tamten dzień nie do końca jeszcze został przeze mnie wykorzystany... Ale o tym w następnym odcinku.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo

14. Czarna owca i kolonie grozy

15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki

16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie

17. Czerwony nos i poważne sprawy

18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową

19. Spałam kiedy ratowali świat

20. Rok, w którym prawie się poddałam


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.