niedziela, 18 stycznia 2026

Na pierwszej stronie kalendarza. Kilka słów o styczniowych wyzwoleniach

Siedemnasty stycznia za komuny był dniem świętym, niemalże sakralnym. Oficjalnie obchodzono Rocznicę Wyzwolenia Warszawy i nie było zmiłuj — wyzwolona była wszędzie i od wszystkiego. Dziś już tak hucznie się nie świętuje, bo i prawda historyczna, kiedy wreszcie wyszła z szafy, skutecznie popsuła dawną imprezę.

Bo jakiego to wyzwolenia dokonała Armia Czerwona, skoro Warszawa wyglądała wtedy jak po spotkaniu z walcem drogowym o wyjątkowo złych zamiarach? Ruiny, zgliszcza i echo własnych kroków — oto cały „dar”.

Stalin, stary cwaniak z wąsem, doskonale wiedział, co robi. Przez całe Powstanie Warszawskie siedział i czekał, aż stolica sama się wykrwawi, a potem — grzecznie i bez marudzenia — uklęknie. Wyzwolenie? Owszem. Ale raczej z kategorii tych bardzo specyficznych.

U mnie jednak w rodzinie siedemnasty stycznia ma zupełnie inne, zdecydowanie bardziej prywatne znaczenie. Od 1974 roku jest to dzień wielkiego święta — a przynajmniej wielkiej ulgi. Wtedy to, po całej serii koszmarnych turbulencji i w rezultacie porodzie, który do dziś wspominam z nabożnym drżeniem, w ósmym miesiącu ciąży urodziłam swoją pierworodną córeczkę. Jej narodziny zawsze kojarzyły mi się z wyzwoleniem. Bo wreszcie… przestało boleć. I to naprawdę było święto.

Jako ciekawostkę kalendarzową dodam, że obecny prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski, również urodził się siedemnastego stycznia. Co prawda dwa lata wcześniej, ale nie czepiajmy się szczegółów — data to data.

Trzynastego stycznia świętujemy urodziny mojego pierworodnego wnuka. Los, jak się okazuje, ma poczucie humoru nie gorsze od mojego, bo sprawił, że wnuk przyszedł na świat dokładnie w dniu urodzin mojego ojca — nieżyjącego od czterdziestu ośmiu lat, ale najwyraźniej wciąż czuwającego nad kalendarzem.

A pierwszego stycznia? Proszę bardzo — najmłodszy wnuk. Nowy Rok, niedziela i fajerwerki w pakiecie. Że niedziela, to na pewno po babci. W rodzinie jest nas teraz dwoje urodzonych w ten dzień tygodnia. I do tego pierwszego dnia miesiąca, tyle że ja w lipcu. Ale urodzić się w Nowy Rok to już wyższa szkoła jazdy.

Zamieszanie w szpitalu pamiętam do dziś. Dziennikarze koczowali pod porodówką jeszcze przed północą, jakby miało się tam za chwilę wydarzyć coś absolutnie historycznego. Każdy chciał pierwszy sfotografować pierwszego noworocznego obywatela miasta i powiatu, a przy okazji przeprowadzić wywiad ze szczęśliwymi — i kompletnie zaskoczonymi — rodzicami.



Z ciekawością odwracam kolejną kartkę kalendarza, bo luty zapowiada się równie obiecująco. Urodziny mojego jedenaście lat młodszego brata, zięcia oraz najmłodszej wnuczki, która — nie bez romantycznej kokieterii — wybrała sobie Walentynki, święto zakochanych, na moment swojego wejścia na scenę świata. Trzeba przyznać: dziewczynka od początku wiedziała, jak zrobić efektowne wejście.


Samotne drzewo na tle czterech pór roku...

 



Drzewaanteny energii Wszechświata i wielu tajemnic. Zwłaszcza te samotne kryją w sobie tajemne moce i opowieści. Opis w obrazku.

sobota, 17 stycznia 2026

Dyplom nie czyni dżentelmena. O kulturze osobistej, której nie da się zaliczyć na egzaminie

O kulturze mówi się często i chętnie. To temat nośny, a jednocześnie trudny, bo pojęcie kultury jest niejednoznaczne. Najbliższa codziennemu doświadczeniu wydaje się jednak kultura osobista — ta, która ujawnia się w najprostszych sytuacjach: w rozmowie, w sposobie bycia, w reakcji na drugiego człowieka. I właśnie ona w dużej mierze decyduje o tym, kim jesteśmy w oczach innych.

Kultura osobista to nie tylko zestaw dobrych manier. To wewnętrzny kompas, który podpowiada, gdzie kończy się wolność jednostki, a zaczyna szacunek dla drugiego człowieka. To umiejętność zachowania się z klasą — również wtedy, gdy nikt nie patrzy. Wciąż aktualne pozostaje stare powiedzenie: „Jak cię widzą, tak cię piszą”.

Pierwsze wrażenie, sposób mówienia czy wygląd często decydują o tym, czy zostaniemy wysłuchani i potraktowani poważnie.

Zbyt często kulturę osobistą sprowadza się wyłącznie do wyglądu i form grzecznościowych. Tymczasem to pojęcie znacznie szersze. Obejmuje poziom ogólnej wiedzy, umiejętność logicznego myślenia, dbałość o zdrowie i higienę, troskę o otoczenie, a także przestrzeganie zasad współżycia społecznego. Kultura osobista porządkuje codzienność i sprawia, że życie wśród innych staje się po prostu łatwiejsze.

Wielu z nas stara się prezentować wysoki poziom kultury osobistej. Nie wszystkim jednak się to udaje. Jednych określa się mianem ludzi z klasą, innych — bez ogródek — prostakami czy chamami. Co ciekawe, granica ta wcale nie przebiega wzdłuż linii wykształcenia.

Wbrew obiegowym opiniom dyplom uczelni nie jest gwarancją kultury osobistej. Można posiadać tytuły, wiedzę i elokwencję, a jednocześnie razić arogancją, pogardą czy agresją słowną. Chamstwo, brak empatii i nienawiść skutecznie dyskwalifikują nawet najbardziej wykształconych. Życie wielokrotnie pokazuje, że wykształcenie i kultura osobista nie zawsze idą w parze.

Są ludzie, którzy jakby naturalnie potrafią zachować takt, szacunek i umiar. Są też tacy, którzy — niezależnie od wykształcenia — nie potrafią ukryć braku kultury.

Dotyczy to również osób, które zamiast dzielić się wiedzą, używają jej jako narzędzia wywyższania się. Trudno korzystać z mądrości kogoś, kogo zachowanie odpycha.

Zdarza się również, że nadmierne starania przynoszą odwrotny skutek. Przesadna uprzejmość, nieszczere komplementy i sztuczne gesty szybko zostają rozpoznane.

Kultura osobista nie znosi fałszu — wymaga autentyczności. Bez niej nie da się zbudować prawdziwego szacunku ani sympatii.

Wniosek nasuwa się sam: to nie tytuły przed nazwiskiem świadczą o klasie człowieka. Żaden dyplom nie zastąpi empatii, szacunku i elementarnej kultury. A ich braku nie zamaskuje nawet najwyższe wykształcenie.

Pozostaje więc pytanie najważniejsze — skierowane nie do innych, lecz do nas samych: jak wygląda nasza kultura osobista? Czy naprawdę mamy klasę?




***

Piszę z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie symbolicznie,
możesz to zrobić tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych

Samo czytanie już jest dla mnie darem.

Dziękuję 💓Halszka


Zatrzymana chwila na brzegu dnia...

 


To jedna z tych chwil, które nie potrzebują komentarza. Opis bajecznego zachodu słońca znajduje się w treści grafiki.


piątek, 16 stycznia 2026

Terapia krzykiem, wersja mobilna

Nie wiem, jak jest u innych, ale ja kocham auta. A właściwie jedno. Moje. Bo moje auto nie jest zwykłym środkiem transportu. Ono jest czymś znacznie więcej — moim drugim domem, azylem, miejscem wypoczynku i świątynią świętego spokoju.

Kiedyś, dawno temu, w czasach, gdy nerwy miałam cieńsze, a ludzie skuteczniej potrafili mnie doprowadzić do stanu wrzenia, robiłam zawsze to samo: chwytałam kluczyki, wskakiwałam do auta... i w rytmie głośnej muzyki techno ruszałam przed siebie.

Dokądkolwiek. Byle jechać. Z wiekiem nauczyłam się większego opanowania, ale magia jazdy pozostała.

Do dziś samochód działa na mnie jak najlepszy środek uspokajający. Uspokaja, relaksuje, poprawia nastrój — zwłaszcza w te dni, które najwyraźniej od rana miały wobec mnie złe zamiary.

Auto to mój przyjaciel. Szczególny. Rozmawiam z nim, głaszczę deskę rozdzielczą, czasem czule poklepię drzwi przy wsiadaniu. On to znosi. A nawet, śmiem twierdzić, odwzajemnia sympatię — przynajmniej jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Choć bywa, że w trakcie jazdy nagle zacznie mu coś dolegać, to do domu dowozi mnie zawsze. A potem pałeczkę przejmuje mój kochany syn — złota rączka od wszystkiego — który z równą czułością się nim zajmuje.

Samochód jest też jedynym miejscem, w którym człowiek może bezkarnie pofantazjować i — co ważniejsze — wykrzyczeć się do woli. Tak porządnie. Z rozmachem. Aż struny głosowe przypominają sobie, do czego zostały stworzone.

Psychologowie twierdzą, że krzyk pomaga w rozładowywaniu stresu. Mają do tego specjalne, dźwiękoszczelne gabinety. Ja postawiłam na wersję mobilną. Bez rejestracji, bez kolejek i bez faktury.

Po co płacić komuś za to, co mogę zrobić sama? Jestem dla siebie psychologiem, terapeutą, a w nagłych przypadkach nawet psychiatrą. I doskonale wiem, kiedy nadchodzi ten moment, w którym trzeba wrzasnąć na całe zło tego świata i sporą część ludzkości.

Wrzeszczę więc. Bez świadków. Wyłącznie w czasie jazdy — nigdy na postoju. Na postoju to już nie wypada. Poza tym istnieje realne ryzyko, że ktoś uznałby mnie za osobę wymagającą natychmiastowej interwencji służb, najlepiej z numerem 112 w roli głównej. A wizja wyciągania mnie siłą z mojego ukochanego auta jest absolutnie nie do zniesienia.

Dziś znów nadszedł ten dzień. Listonosz przyniósł pismo z policji, a wraz z nim mandat w wysokości stu euro, jeden punkt karny i fotografię, której nie powstydziłby się żaden list gończy. Przekroczenie prędkości? Trudno. Punkt karny? Przeżyję. Ale ta fotka… Czy naprawdę nie dało się uchwycić mnie w lepszym świetle?

No i jak tu nie krzyczeć? Krzyczałam. Długo i głośno, oczywiście w rytm muzyki techno. Pomogło natychmiast.



Iskra uwięziona w kamieniu...

 


Kiedy iskra milknie.... Co zostaje, gdy nie czuję? Skamieniałe serce? Odpowiedź w obrazie.