niedziela, 31 lipca 2022

Czy los można przechytrzyć? Wspomnienia i teraźniejszość

Dawno, dawno temu… (zaczynam jak w bajce, ale to nie bajka, zaręczam), los rzucił mnie wraz z dziećmi do Niemiec. Przewrotny los. Bo gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, choćby dwa lata, albo i nawet rok, że wylądujemy w Niemczech, to bym go śmiechem zabiła, mówiąc metaforycznie. Niemcy (z wiadomych dla każdego Polaka względów) były dla mnie ostatnim miejscem na Ziemi, gdzie chciałabym zamieszkać.

Stało się! Och, ten przewrotny los. A w tamtym czasie, niestety, przeciwstawić się mu z kilku bardzo ważnych powodów nie byłam w stanie, a co dopiero go przechytrzyć (nie będę jednak o tym wspominać)... No i znaleźliśmy się w Niemczech.

Na początku miałam nadzieję, ba, byłam wręcz pewna, że to tylko kraj przejściowy, że niebawem ruszymy w dalszą drogę, do mojej cioci do Kanady. Niestety, wszystkie plany, marzenia, spaliły na panewce. Z Niemiec nie mogliśmy się wydostać, a to, co tu przeżyliśmy, tylko my wiemy… no i może sam Pan Bóg. Pominę to jednak milczeniem. Zaznaczę tylko, że żadnej krzywdy od Niemców nie zaznaliśmy. Zgrzeszyłabym, gdybym powiedziała, że było inaczej.

Na szczęście mam taką naturę, że w końcu wszędzie potrafię się jakoś zaaklimatyzować. Nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Moja córka i syn mają to po mnie. A że wtedy byli jeszcze dziećmi, tym szybciej i tym łatwiej się aklimatyzowali. Potem były szkoły, jedna po drugiej, masa koleżanek, kolegów, no i nowe życie w Niemczech moim dzieciom się bardzo spodobało. Nie chciały się już nigdzie przeprowadzać. Za żadne skarby.

Szczęściem w nieszczęściu granica polsko-niemiecka w 1991 roku została otwarta i można było już bez wiz swobodnie jeździć do Polski i odwiedzać rodzinkę. Miałam też w Polsce swoje mieszkanie. Trzymałam je w odwodzie przez wiele lat. Nie byłam pewna, czy kiedyś nie wrócę z dziećmi na stare śmieci. Już mogłam. Długie lata trwałam w przekonaniu, że w Niemczech na zawsze nie zostanę... O nie!

Z takimi myślami żyłam, a lata leciały rok po roku jak szalone. Przez cały ten czas, kiedy było mi ciężko, źle, kurczowo trzymałam się myśli, że przecież po każdej ciemnej nocy przychodzi jasny dzień. Bo musi. Siłą rzeczy. To oczywiste też być musi, że i dla mnie zaświeci słoneczko. No bo jakżeby inaczej? Ciągle sobie powtarzałam, że wytrzymam, że dam radę. I dawałam. Nawet ze słabości swej ciągnęłam siłę. Musiałam. Dla moich dzieci. Dla nich byłam przecież i matką, i ojcem, i babcią, i dziadkiem, i ciocią, i wujkiem... Całą rodziną.

Na początku wiele niepomyślnych rzeczy mi się tutaj przytrafiało. Nigdzie nas tak od razu z otwartymi ramionami nie przyjmowano. Jednak z każdej porażki, potrafiłam się szybko otrząsnąć, wyciągnąć odpowiednie wnioski, a niekiedy zmienić ją nawet w zwycięstwo. Bo jakoś tak mam, że żadne niepomyślne rzeczy mnie do końca nie załamują. Owszem, przeżywam je, nieraz nawet bardzo, ale złamać się im nie daję. Co to, to nie! Zawsze uważam, iż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I jakoś na szczęście tak u mnie jest, że po każdym niepowodzeniu, czy nawet porażce, nagle znajduję nowe rozwiązania, o których by mi wcześniej do głowy nawet nie przyszło. Bo przecież chcę, by było dobrze i robię wszystko, co tylko w mojej mocy, co nakazuje mi sumienie, aby tak właśnie było. Wiele razy przekonywałam się też, że najpierw musi być bardzo źle, żeby później było dobrze. Żyłam w tym przeświadczeniu i nie poddawałam się nawet wtedy, kiedy bardzo źle było. Czekałam, wierząc, że ten dobry czas wkrótce nastąpi… Jednak nigdy biernie. Co tylko mogłam robiłam, aby choć w jakiejś mierze przeciwstawić się przeciwnościom losu.





***

Minęło ponad dwadzieścia lat, a my dalej żyjemy w Niemczech. I muszę przyznać, że chyba już tu zostaniemy na zawsze. Życie poszło do przodu. Moje dzieci pozakładały rodziny i mają już swoje dzieci. Żyje im się szczęśliwie i dostatnio. Jestem szczęśliwa razem z nimi. Nie wyobrażam sobie życia z dala od dzieci i wnuków.

Czy żałuję, że nie żyję w Polsce? Nie, już nie, i to z różnych powodów. Pewnie, że nadal tęsknię za Ojczyzną, ale już spokojniej, nie tak rozpaczliwie jak na początku. Inaczej. Tęsknię przede wszystkim jako za miejscem mojego radosnego dzieciństwa, wspaniałej młodości.

A czy za dzisiejszą Polską tęsknię? Hmm… sama już nie wiem. W każdym razie już nie tak. W Polsce te dwadzieścia ostatnich lat to czas transformacji, największych przemian. Wiele się zmieniło. Nie mówię, że na złe, wręcz przeciwnie, ale ludzie niestety w wielu przypadkach zmienili się na gorsze.

Przez wszystkie lata, kiedy odwiedzałam Polskę, nieraz ciężko mi było się odnaleźć w jej nowej rzeczywistości. Wiele mnie też różnych przykrości w czasie mojego pobytu spotykało. Między innymi wielokrotnie byłam okradana, i to kilka razy przez sąsiadów. Nie będę jednak o tym szerzej wspominać, bo to bardzo przykre. Na szczęście — dla higieny własnej psychiki — potrafię szybko zapominać o złych rzeczach a tylko te dobre pamiętać.

Teraz, kiedy z perspektywy czasu patrzę na koleje mojego życia poza krajem, śmiało mogę powiedzieć, że jednak udało mi się stworzyć swój mały świat na obczyźnie. Szczęśliwy świat. Pewnie, że ciągle pamiętam o swojej Ojczyźnie i na swój sposób tęsknię za nią nadal. I zawsze będę. Ale wiem już na pewno, że mam też i drugą Ojczyznę… tu, gdzie mój dom. Szczęśliwy dom.

Niemcy, maj 2010

***

Czy po kolejnych dwunastu latach, coś bym jednak zmieniła w tym swoim wspomnieniu? Nie, nic. Dodałabym tylko coś. Co? A to, że od siedmiu niemalże lat, za przyczyną Kaczyńskiego, jestem zniesmaczona sytuacją w kraju. Za jego despotycznych rządów — z tylnego siedzenia — Polska zmieniła się nie do poznania. Oczywiście na gorsze w moich oczach. Tak jak i w oczach większości Polaków. A tylko dlatego, jak swojego czasu pisał New York Times, że: „znajduje się w szponach bólu, zemsty i paranoi"? Na to wygląda. Trudno się z tym pogodzić, że z powodu widzimisię jednego człowieka cały naród musi znów cierpieć.

Bo jakże to tak? Przez kilkadziesiąt lat Polacy obalali reżim komunistyczny po to tylko, żeby teraz dać się zniewolić temu oderwanemu od rzeczywistości człowiekowi — spychającemu Polskę w odmęty zacofania? Po to, żeby wraz z rozpasanymi purpuratami władającymi kościołami mógł z buciorami włazić w osobiste życie Polaków?... Toż to się w głowie nie mieści.

Jeszcze jedno bym dodała. A mianowicie to, że bardzo zawiodłam się na opozycji. Generalnie jest do bani. Nad czym bardzo ubolewam.

No dobra, muszę jednak przyznać, że od czasu powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki zaczęła się jawić nadzieja, że w najbliższym czasie opozycja weźmie się wreszcie porządnie w karby i się zjednoczy, i że wreszcie odsunie od rządzenia tego nienawistnego, małego (nie tylko wzrostem) człowieka.

Pamiętam dokładnie, jakie zdanie o swoich synach-bliźniakach miał ich ojciec. Otóż Rajmund Kaczyński wielokrotnie przestrzegał przed oddaniem władzy Lechowi i Jarosławowi:

— „Boże, uchroń Polskę przed moimi synami narwańcami”.

Niejednokrotnie też powtarzał:

— „Moim dzieciom nie wolno dawać władzy. Zniszczą każdego, kto jest od nich lepszy, bo są złośliwi”.

Skoro tak, trudno nie zadać sobie pytania. Zresztą, ono samo się nasuwa:

— Czy ojciec może się mylić w opinii o własnych dzieciach?

Ostatnio, despota Jarosław Kaczyński, jako niedoszły „emerytowany zbawiciel narodu” (to jego marzenie, o którym nieraz mówił) sam się opozycji boleśnie podkłada, wszak wyraźnie traci grunt pod nogami i nie potrafi opanować wrzenia w swojej niby to zjednoczonej prawicy.

Nadzieja rośnie więc z dnia na dzień. Jeszcze trochę, a Polska znów się podniesie. Polakom będzie się żyło znów normalnie i z czasem coraz dostatniej, dzięki swojej pracy i Unii Europejskiej. A Kaczyński pójdzie wreszcie na emeryturę i wraz ze swoją świtą zostanie sprawiedliwie rozliczony: za zawłaszczenie TV publicznej; za zakłamywanie historii; za zawłaszczanie kościołów; za korupcje; za nepotyzm; za przekręty... i wreszcie — za wszystkie afery, których się dopuścił wraz z innymi członkami PiS. A jest już ich, jak wypunktowali dziennikarze — ponad siedemset.

Mam głęboką nadzieję, że mu się nie uda przechytrzyć losu i przed odpowiedzialnością zwiać na Węgry wraz ze swoimi wybrańcami, gdzie, jak twierdzą niektórzy dziennikarze, nad Balatonem szykują sobie rezydencję, po to też, aby po utracie władzy — wpływać stamtąd na losy Polski... No nie daj Bóg!


sobota, 30 lipca 2022

Uf, jak gorąco!... Jak żyć?


Ech, te letnie upały…

W kość nam straszliwie dały.
Marzy nam się chłodny cień
Albo jeden mroźny dzień. 
 

 


Europę zalewa rekordowa fala upałów. Ludzie radzą sobie na różne sposoby, aby je jakoś przeżyć. Szczęśliwi ci, którzy mogą je przeżyć przyjemnie. Na przykład: będąc nad wodą i zażywając kąpieli. Albo... o, chociażby zwiedzając jaskinie.

Są też i inne sposoby na przyjemne „wypnięcie” się na upały. Trzeba tylko pogłówkować i na swoją miarę je znaleźć.

Szybkość, wiatr we włosach, też jest dobrym sposobem. Kogo stać i umie, a przede wszystkim ma prawo jazdy, może ruszyć przed siebie kabrioletem, motocyklem, albo i quadem.

Jest też i tańszy sposób na szybkość i wiatr we włosach. Rower. Tyle że pedałując, człowiek się bardziej poci... Ale, co zaręczam swoim słowem, bo jestem doświadczoną rowerzystką, że w krótkich spodenkach, T-shircie, przewiewnym kasku, gorąca się aż tak nie czuje. Jedyne co, to w stopy może być gorąco. Jeśli oczywiście mamy na nich założone typowe buty sportowe. A ja w takich właśnie w te upały jeździłam. Ale do czasu. Bo przypomniałam sobie, że dwa lata temu u swojego lekarza homeopaty kupiłam wspaniałe obuwie, w których można się czuć jakby się było na bosaka (natürlich, barfuß "Leguano"), a które przeznaczone są nie tylko do spacerowania i biegania, ale także na rower. Teraz tylko w nich jeżdżę. Stopy się w nich ani nie przegrzewają, ani nie pocą. 

 


I luz blues... W takich butkach człowiek czuje się bardzo komfortowo i bezpiecznie, gdyż mają one specjalne podeszwy, które doskonale zabezpieczają przed urazami, w przypadku nadepnięcia na coś ostrego.

No tak, rozpędziłam się z tą szybkością i wiatrem we włosach, a tak na poważnie, to wiadomo, że w taki sposób mogą sobie radzić jednak tylko młode osoby, albo w pełni sił. A co ze starszymi? A co z niepełnosprawnymi? Tym osobom zaleca się, aby, jak nie muszą opuszczać domu, lepiej w nim pozostały. Najlepiej przy zamkniętych i zasłoniętych oknach. I tak aż do nocy, kiedy powietrze rześkości nieco nabierze, wtedy wszystkie okna powinno się pootwierać i przewietrzyć całe mieszkanie. Zaś rano, kiedy temperatura powietrza znów zacznie się podnosić, wszystkie okna na powrót pozamykać i pozasłaniać.

Jedno jest jednak wspólne dla wszystkich. I najważniejsze. W czasie tak wielkich upałów wszyscy powinniśmy pić dużo wody, koniecznie niegazowanej (broń Boże ognistej! Ani jej odpowiedników).



Lipiec się kończy, dojrzewanie roślin trwa

Z końcem lipca świat nabiera barw i zapachów. Wszystkie rośliny pięknie dojrzewają. Kwiaty pysznią się pięknymi kolorami; owoce coraz bardziej smakują; zboża powoli szykują się do żniw.

 


Ten powojnik dopiero od kilku lat pnie się po drzewach u mnie w ogrodzie. Nie wiem, skąd się wziął. Ja go nie sadziłam. Najwyraźniej jakiś samorodek, ale bardzo ładny... i jeszcze bardziej tajemniczy. 

 


Moja imienniczka w tym roku szczególnie pięknie obrodziła. Aż dziw bierze. Taka susza, a ona się czerwieni... Może ze złości?



Jabłka też powoli dojrzewają. Wprawdzie do października mają jeszcze czas, ale czy długotrwała susza je nie wykończy? Mam nadzieję, że jednak nie.

 


Zboża pięknieją,

Ich źdźbła tężeją,
Ziarna pęcznieją.

Natura tkliwa,

Wiatr łanem kiwa...
Wnet przyjdą żniwa.


W tym roku wszystkie rośliny w procesie dojrzewania mają o wiele trudniej niż chociażby w poprzednim roku, wszak deszczu było bardzo mało już w czasie wiosny i teraz susza daje im się we znaki podwójnie.

Widać jednak, że dzielnie walczą z niedogodnościami i mimo to dojrzewają... dla nas, dla naszego dobra. 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


środa, 27 lipca 2022

Półkolonijny Teatrzyk Dziecięcy zaprasza do świata bajek. Opowiastka Mexa

Nie wiem, jak wy, dzieci, ale ja bardzo lubię wakacyjne półkolonie. U nas co roku zaczynają się w sierpniu, bo my też dopiero na koniec lipca rozpoczynamy wakacje. Nie tak jak w Polsce pod koniec czerwca, jak mówi moja babcia. A babcia wie, bo w Polsce w szkole pracowała.

Z wielkim wytęsknieniem czekam już na te nasze półkolonie. Na nich jest zawsze mnóstwo dzieci w różnym wieku. Wszyscy jesteśmy podzieleni na grupy i mamy swoich wychowawców. A mieści się ona w takim dużym drewnianym domu położonym w pięknym, zalesionym miejscu na szczycie góry. Tam jemy drugie śniadanie, obiad i podwieczorek. Codziennie mamy dużo różnych atrakcji. Gramy w różne gry, uczymy się śpiewać, jeździmy na wycieczki. Mamy też różne pogawędki z policjantami, strażakami, lekarzami, sportowcami, a nawet aktorami. Fajnie jest na tej naszej półkolonii, mówię wam.

Na zakończenie turnusu urządzamy zawsze przedstawienie dla naszych rodziców, dziadków, ale też i dla innych gości. W tym roku z pewnością będzie podobnie. Póki co, opowiem wam o przedstawieniu z poprzedniego roku:

Pogoda w tym ważnym dla nas półkolonistów dniu była deszczowa i deszcz co rusz popadywał, ale to nie przeszkadzało ani nam aktorom, ani widzom. Bo też wśród aktorów i publiczności atmosfera była gorąca. Przedstawienie odbyło się na dworze, na specjalnie zmontowanej scenie. Do świetlicy wszyscy przenieśliśmy się później, na dalszą część imprezy.

Swoje role z różnych bajek odgrywaliśmy z wielkim przejęciem. Była i mała trema, ale gromkie brawa widzów dodawały nam odwagi i przedstawienie szło jak… z płatka, jak to babcia nieraz mówi.

Wszyscy byliśmy pięknie ucharakteryzowani. Wyglądaliśmy jak prawdziwe postacie z bajek. A scenografia? Ha, ta to była dopiero wspaniała. Jak na teatr przystało, wymagała też trochę wyobraźni, ale przecież o to chodzi, aby każdy z widzów swoją wyobraźnię przyjemnie wytężał. Dzieciaki same scenerię przygotowały, rekwizyty także. Najwięcej dziewczynki ze starszych grup.

 

 

Kiedy graliśmy na scenie, niektórzy aktorzy po wypowiedzeniu swoich pierwszych kwestii, rozglądali się po widowni, szukając wzrokiem swoich bliskich. Ten, który kogoś ze swojej rodzinki wypatrzył, uradowany szybciutko się uśmiechnął, kiwnął rączką… i dalej grał swoją rolę. Jednak zdarzało się i tak, że nie każdy od razu potrafił się przestawić na granie i sufler musiał niektórym z nas tekst podpowiadać. Mnie też raz musiał. Wtedy, gdy rozproszyło mnie szczęknięcie naszego psa Aramisa i na chwilkę się zawiesiłem. Bo moją mamę, tatę, babcię i starszą siostrę to ja już wcześniej widziałem, gdy tylko w roli małpki dumnie wchodziłem na scenę. Wszyscy razem siedzieli uśmiechnięci w drugim rzędzie. Aramis też.

Tak że sufler miał co robić... Tak, tak, jak na szanujący się teatrzyk przystało, mieliśmy też i suflera. Nawet dwóch. Obaj dzielnie trwali w ukryciu, jeden z prawej strony sceny, drugi z lewej i co rusz nam podpowiadali, jak zaszła taka potrzeba.

Po odegraniu wszystkich przygotowanych przez nas inscenizacji, przyszedł czas na tańce i śpiewy. No, to wtedy już było superowo, bo i reszta dzieci, a także widzowie się dołączyli i śpiewali razem z nami, klaszcząc przy tym do rytmu. Och, jakże głośno i wesoło było na scenie i na widowni. Pewnie aż cały las tętnił naszym radosnym śpiewem, a pracowite jak zawsze echo niosło te dźwięki jeszcze dalej.

Na koniec, kiedy już śpiewać przestaliśmy, podziękowaliśmy wszystkim naszym wychowawcom za wspaniały wspólnie spędzony czas i paniom kucharkom za pyszne jedzenie, a także gościom za tak liczne przybycie... i roześmiani zeszliśmy ze sceny. Wszak czekał na nas jeszcze pyszny poczęstunek i wiele innych atrakcji, jak na przykład uwielbiana przez nas loteria fantowa.

W międzyczasie, my, aktorzy teatrzyku, i pozostałe dzieciaki, chętnie pozowaliśmy do zdjęć... I słusznie! Tak myślę, bo był to nasz wielki i radosny dzień. A że widzów, uśmiechów i braw było sporo, to i zdjęć było sporo.

Przed rozejściem się do domów, jak co roku, wszystkie dzieciaki na szybko ustawiły się w dwuszeregu i zawołały chórem:

— Do następnego roku! Zapraszamy wszystkich!

— Do następnego! Dziękujemy za zaproszenie! Będziemy na pewno! — też chórem odpowiedzieli goście.


niedziela, 24 lipca 2022

Już niedługo, prezesie Kaczyński


 
(Fot. Piotr BlawickiEast News)


Od siedmiu niemalże lat, za przyczyną Kaczyńskiego, jestem zniesmaczona sytuacją w kraju. Za jego despotycznych rządów — z tylnego siedzenia — Polska zmieniła się nie do poznania. Oczywiście na gorsze w moich oczach. Tak jak i w oczach większości Polaków. A tylko dlatego, jak swojego czasu pisał New York Times, że: „znajduje się w szponach bólu, zemsty i paranoi"? Na to wygląda. Trudno się z tym pogodzić, że z powodu widzimisię jednego człowieka cały naród musi znów cierpieć.

Bo jakże to tak? Przez kilkadziesiąt lat Polacy obalali reżim komunistyczny po to tylko, żeby teraz dać się zniewolić temu oderwanemu od rzeczywistości człowiekowi — spychającemu Polskę w odmęty zacofania? Po to, żeby wraz z rozpasanymi purpuratami władającymi kościołami mógł włazić z buciorami w osobiste życie Polaków?... Toż to się w głowie nie mieści.

Bardzo zawiodłam się też na opozycji. Generalnie jest do bani. Nad czym bardzo ubolewam. No dobra, muszę jednak przyznać, że od czasu powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki zaczęła się jawić nadzieja, że w najbliższym czasie opozycja weźmie się wreszcie porządnie w karby i się zjednoczy, i że wreszcie odsunie od rządzenia tego nienawistnego, małego (nie tylko wzrostem) człowieka.

Warto w tym miejscu też przypomnieć, jakie zdanie o swoich synach miał ich ojciec. Otóż Rajmund Kaczyński wielokrotnie przestrzegał przed oddaniem władzy Lechowi i Jarosławowi:

— „Boże, uchroń Polskę przed moimi synami narwańcami”.

Niejednokrotnie też powtarzał:

— „Moim dzieciom nie wolno dawać władzy. Zniszczą każdego, kto jest od nich lepszy, bo są złośliwi”.

Pytanie nasuwa się więc samo: — Czy ojciec może się mylić w opinii o własnych dzieciach?

Ostatnio despota Kaczyński, jako niedoszły „emerytowany zbawiciel narodu” (to jego marzenie, o którym nieraz mówił), sam się opozycji boleśnie podkłada, wszak wyraźnie traci grunt pod nogami i nie potrafi opanować wrzenia w swojej niby to zjednoczonej prawicy.

Nadzieja rośnie więc z dnia na dzień. Jeszcze trochę, a Polska znów się podniesie. Polakom będzie się żyło znów normalnie i z czasem coraz dostatniej, dzięki swojej pracy i Unii Europejskiej. A Kaczyński pójdzie wreszcie na emeryturę i wraz ze swoją świtą zostanie sprawiedliwie rozliczony: za zawłaszczenie TV publicznej; za zakłamywanie historii; za zawłaszczanie kościołów; za korupcje; za nepotyzm; za przekręty... i wreszcie — za wszystkie afery, których się dopuścił wraz z innymi członkami PiS. A jest już ich, jak wypunktowali dziennikarze — ponad siedemset.

Mam głęboką nadzieję, że mu się nie uda przechytrzyć losu i przed odpowiedzialnością zwiać na Węgry wraz ze swoimi wybrańcami, gdzie, jak twierdzą niektórzy dziennikarze, nad Balatonem szykują sobie rezydencję, po to też, aby po utracie władzy — wpływać stamtąd na losy Polski... No nie daj Bóg!