sobota, 10 września 2022

Tajemna moc słońca

W słońcu magia;

w słońcu siła;

w słońcu miłość

się rozwija.

 


Słońce to artyzm, liryzm i tajemniczość... Kierujmy się ku słońcu. Zawsze i wszędzie. To nasze zdrowie, nasze dobre samopoczucie. Korzystajmy z promieni słonecznych najczęściej jak się da i ładujmy swoje wewnętrzne baterie.

Słońce to życie. Bez niego świat by nie istniał... my też nie.


Z cyklu: „Przemyślenia z życia wzięte”

  

Słońce sprzyja miłości


Kto pragnie miłości,

kto kochać potrafi,

temu słońce sprzyja,

by na nią natrafił.

 


 

czwartek, 8 września 2022

Buty prezesa Kaczyńskiego mają tajemną moc?

Czy nie ma w otoczeniu prezesa jakiegoś odważnego pisowca, który zwróciłby uwagę na jego wygląd? Wygląda na to, że nie... Zaraz, ale ktoś mu jego willę chyba sprząta, jakaś pani sprzątaczka, o przepraszam, konserwatorka powierzchni płaskich, to... E nie, kobiety to on by chyba we własnym domu nie zniósł. No to może jakiś facet od konserwacji. Bo nie podejrzewam, żeby prezes sam własne śmieci sprzątał. Tak czy siak, kogoś z pewnością prezes musi mieć. To czy ten ktoś nie powinien zająć się też i jego garderobą, a już zwłaszcza butami? Wyczyścić je, ułożyć parami, zdeptane oddać do szewca. Wszak to wstyd na cały świat, że ten wielki prezes (choć mały wzrostem) co rusz błaźni się, już nie tylko tym, co mówi (zwłaszcza ostatnio), ale też i swoim penerskim wyglądem.

W ostatnią środę prezes zawitał w Karpaczu, uczestniczył tam w XXXI Forum Ekonomicznym. A w jakich butach uczestniczył wszyscy widzieli. Rany, albo dwa różne, albo rozwalone! Co za obciach! Aż mi się samej wstyd zrobiło.

No cóż, najwyraźniej prezes zdeptał swoje buty na drodze do dyktatury, którą idzie i idzie od tylu już lat. Hmm... może tak być.

Nie zmienia to jednak faktu, że na jego widok jednym ślina się w ustach zbiera; inni patrzą na niego z politowaniem; a jeszcze inni do serca by go przytulili, że biedulka nie ma ani żony, ani dzieci, ani żadnej bliskiej osoby, która by się nim na co dzień zajęła i z miłości zadbała.

Skoro jednak na drodze do dyktatury prezes pogardził miliardami z Unii Europejskiej, mając potrzeby Polaków tam gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę, to może Unia z dobroci serca kupiłaby mu kilka nowych par? Wszak czeka go jeszcze bardzo daleka droga, a na jej końcu wypada mieć jednak nowe buty... i miałby je jak znalazł.

Zaraz, zaraz! Jeszcze coś mi przyszło do głowy. A może rzeczywiście buty prezesa mają jakąś tajemną moc, o której tylko on wie... no i może jeszcze Suski i Błaszczak? Jak tak, to przepraszam. Tajemna moc jest zawsze bardzo intrygująca, wzbudza chęć poznania jej efektów. Trzeba nam się cieszyć, że będziemy mieli taką możliwość. I to aż przez ponad rok trwającej kampanii wyborczej. Ależ będzie co oglądać i co słuchać. Efekt końcowy tej „tajemnej mocy” z pewnością będzie bardzo spektakularny.



Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


środa, 7 września 2022

Czy przysłowia zawsze są mądrością?

 

Gorylek Perfidek

ma dziwne humory,

choć kocha swą mamę,

słuchać jej nieskory.


Kto nie słucha mamy,

ten słucha psiej skóry!

Powtarza mu mama...

Wszak nie są to bzdury.


Kto nie słucha mamy,

ten słucha psiej* skóry?

A któż to wymyślił?

Ręka do góry!

 



* biedne pieski... Niektóre przysłowia są co najmniej niemądre.

 

Z cyklu: „Zoologia stosowana”


wtorek, 6 września 2022

Marsjańskie krajobrazy Lanzarote


Krajobrazy tej wulkanicznej wyspy bardzo przypominają marsjańskie krajobrazy. Takie właśnie wrażenie można odnieść, oglądając zdjęcia przesyłane przez kolejne łaziki wędrujące po Marsie. A było ich do tej pory już sześć, licząc od 1971 roku. W 2020 roku NASA planowała wysłać kolejnego, ale pandemia koronowirusa pokrzyżowała jej plany. Start przełożono więc na wiosnę 2022 roku, ale i te plany zostały niestety zniweczone przez jeszcze gorszą zarazę — Putina.

Lanzarote jest jedną z siedmiu głównych wysp wchodzących w skład archipelagu Wysp Kanaryjskich. Należy do Hiszpanii. Leży na Oceanie Atlantyckim w odległości ok. 125 km od wybrzeży Maroka i 1000 km od Półwyspu Iberyjskiego.

 


Jak już wspominałam, jest to wyspa pochodzenia wulkanicznego. Jej powierzchnia w większości utworzona jest przez lawę. Ze względu na ponad trzysta wulkanicznych stożków nazywana jest często „Wyspą Wulkanów”. Trwające sześć lat wybuchy wulkanów (1730-1736) zmieniły jej urodzajne równiny w zastygłe morze czarnej lawy, szarego tufu i piasku wulkanicznego w kolorze miedzi. Ostatnia erupcja miała miejsce w 1824 roku. 

 


Wyspa Lanzarote jest czwartą co do wielkości wyspą w Archipelagu. Nie jest jednak duża. Ma ok. 60 km długości i zaledwie 21 km szerokości, i to w najszerszym jej miejscu. Jej nazwa pochodzi od genueńskiego żeglarza, który jako pierwszy przypłynął na wyspę przed rokiem 1339.


Na Lanzarote panuje bardzo łagodny klimat, określany mianem „wiecznej wiosny” — ze średnimi temperaturami w granicach 28 st. C. Nawet w lecie.


Błękitny ocean, plaża u stóp wulkanu i te bajeczne, marsjańskie krajobrazy… Wszystko to — zachwyca ogromnie.

 


Stolicą wyspy jest Arrecife. 5 km od niej — w małym miasteczku Casas de Guasimeta — znajduje się jedyny port lotniczy na Lanzarote.

 


Lanzarote ma powierzchnię 845,9 km², zamieszkuje ją niewiele ponad 142 tys. ludzi, z tego połowa, to ludność największego miasta Arrecife.

 


Był jednak taki czas, kiedy wyspa była niemal całkowicie wyludniona. Spowodowały to częste najazdy piratów, a także wielokrotne okresy suszy oraz katastrofalne erupcje wulkanów.

 


Na Lanzarote deszcze prawie nie padają. Niegdyś były problemy ze słodką wodą, dowożono ją z Gran Canarii i Teneryfy. W 1964 roku uruchomiono tam pierwszą destylarnię słonej wody. Od tego czasu każda większa miejscowość posiada taką destylarnię i brak słodkiej wody nie ogranicza już rozwoju turystyki.

 


Wyspa oprócz wypoczynku, zażywania kąpieli w Oceanie Atlantyckim, oferuje jeszcze wiele innych atrakcji, wiele ciekawych miejsc do zwiedzania, wiele zabytków, dzieł przyrody i człowieka.

Charakterystyczną cechą Lanzarote jest całkowity brak przemysłu. Dzięki temu — stan pierwotnej przyrody jest tam doskonały. Zostało to docenione i w 1993 roku UNESCO uznało wyspę w całości za Rezerwat Biosfery.

Unikalne krajobrazy, umiarkowana temperatura, spokojna, pozbawiona wielkich kurortów atmosfera wyspy przyciąga ludzi wrażliwych na piękno naturalnej przyrody i ciekawych przyrodniczych wrażeń, ale ceniących sobie jednocześnie ciszę i spokój.


Zwiedzać i podziwiać tam można wulkaniczny Park Narodowy Timanfaya, głębokie jezioro Charco de los Clicos powstałe w kraterze wulkanu, kaktusowy ogród botaniczny, La Geria — region uprawy winorośli, sztuczna grota — dzieło Cesara Manrique, a także inne dzieła tego artysty, który swoją pracą i oddaniem w głównej mierze przyczynił się do zachowania niepowtarzalnego charakteru tej malowniczej wyspy… I wiele jeszcze innych atrakcji. Aby z nich wszystkich skorzystać, najlepiej wypożyczyć sobie tam samochód i objeździć nim całą wyspę, w końcu duża nie jest, to zaledwie 60/21 km.


Cudowne są te krajobrazy Lanzarote. Jak nic — rodem z Marsa. I to wiele z nich. Przynajmniej ja je tak odbieram. Są nieziemsko piękne… E tam, nieziemsko… marsjańsko.


piątek, 2 września 2022

Wspomnienia z wczasów w komunistycznej Polsce

Moje wspomnienia z corocznych wakacji w Polsce są wspaniałe. Że za komuny, pal sześć! Takie wtedy były czasy, ale wczasy zawsze były bardzo udane.

Do tej pory mam mnóstwo zdjęć w albumach i nieraz do nich zaglądam. Wszystkie są czarno-białe i niezbyt dobrej jakości, ale dla mnie są piękne i kolorowe. Bardzo kolorowe! Poniższy akurat kolaż wykonała moja córka jak uczęszczała jeszcze do szkoły. Cóż powiedzieć? Młoda generacja nie kuma sentymentów wapniaków. Za czasów jej dzieciństwa było szaleństwo zdjęć kolorowych, to pewnie dlatego musiała choć trochę maznąć kolorem. 

 

 To były wczasy! Z prawej: na Obozie Harcerskim w Gąskach. Z lewej (rok później): nad jeziorem Otmuchowskim.

W Gąskach na obozie byliśmy parokrotnie. Wiele przygód i różnych atrakcji tam przeżyliśmy. Dzieci zapamiętały zwłaszcza chrzest, bo był bardzo spektakularny. Córka robiła na nim za nimfę morską. 

 


Doskonale też zapamiętały widok z latarni morskiej w Gąskach, wszak było co podziwiać. Nie tylko na morzu, ale i na lądzie. A także zjeść pod nią pyszne naleśniki w nagrodę za wspięcie się na nią bez marudzenia.

 


Kiedy dzieci były jeszcze małe, częściej jeździliśmy na Mazury. Zwłaszcza nad jezioro Jeziorak. Mieszkaliśmy tam w domku campingowym będącym własnością mojej cioci z Chorzowa. Dzieci tam miały naprawdę wielką frajdę. Od samego rana po późny wieczór przeróżne zabawy. Miały też dużo kolegów i koleżanek. Nie tylko z kraju, ale i z zagranicy. Najwięcej z Czechosłowacji. Wszystkie dzieciaki wspaniale się dogadywały. My, starszyzna, jakimś cudem też.

 


Moje kochane i ciągle uśmiechnięte synczysko co rusz prało siatkę na ryby... Bo, jak wszystkich głośno przekonywało:

— Jowić jibki będzi z ujkiem Ontusiem!

Wszystkie szkraby były bardzo towarzyskie... Nawet zjeść śniadania spokojnie przy stole nie można było, bo wszystkie zbierały się akurat u nas, pod naszym domkiem i czekały na wspólny wymarsz nad jezioro.

Nie było wyjścia, śniadanie kończyło się więc już nad wodą. Po kanapeczce do rączki, parę łyków herbatki z butli po mleku, i śniadanko z głowy... I jazda do zabawy!



Mój synuś na wczasach, kiedy nie wchodził do wody, najlepiej czuł się w spódniczce siostrzyczki. Ciągle się jej domagał. Pewnie dlatego, że w upalne dni majteczek nie trzeba było ubierać, a i przy siusianiu wygodniej było. Koniecznie musiała być jednak tylko ta jedna jedyna — w kolorze brąz. Swoją drogą, ślicznie w niej wyglądał. Bo, jako że ma po mnie ciemną karnację, szybko się opalał na czekoladowy brąz, a jego złote loczki na główce pięknie kontrastowały z jego opalenizną.

Pamiętam jak raz, z tak nim ubranym, poszliśmy wszyscy do restauracji. Przy stoliku obok siedziały dwie parki młodych ludzi. Nagle słyszę jak jedna dziewczyna, wskazując na mojego syneczka, zawołała:

— Popatrzcie, jaka śliczna dziewczynka!

No to ja na to:

— Przemek, podnieś spódniczkę! — co mój posłuszny synuś natychmiast zrobił... Ależ było śmiechu, i to nie tylko przy dwóch stolikach.

Nieraz dojeżdżało do nas nasze kuzynostwo z Chorzowa ze swoim psem Korą (rasy bokser). To był mądry i bardzo opiekuńczy pies. Kora pilnowała nie tylko moje szkraby, ale i obce, te, co się z nimi bawiły. Żadnemu nie pozwalała oddalać się od brzegu, natychmiast doskakiwała... i głową odpychała z powrotem na brzeg.

Mój synuś miał (i ma do tej pory) talent do zawierania znajomości. Zawsze i wszędzie przysparzał nam nowych znajomych, i to w różnym wieku. Dzięki niemu właśnie poznaliśmy starsze małżeństwo z Warszawy. Och, cóż to byli za wspaniali, radośni ludzie! Tak bardzo polubili mojego przylepę-syneczka, że codziennie rano przynosili nam ze stołówki (byli na zorganizowanych wczasach z wyżywieniem) całą aluminiową bańkę owsianki na śniadanie, i nie tylko. Przychodzili pod nasz domek, i tłukąc łyżką w bańkę, wołali:

— Wstawać Przemki, śniadanie na stole!

I tak codziennie robili nam pobudkę. Potem jeszcze przez parę ładnych lat z Warszawy przysyłali moim dzieciom paczuszki z zabawkami i słodyczami.

 



W kolejnym roku — znów Mazury nad Jeziorakiem w campingu cioci. A po Mazurach przyszła kolej na jezioro Otmuchowskie. Tym razem pod namiotami. I znów z braciszkiem i wujaszkiem Ontusiem w jednej osobie, ale tym razem nie z jego kumplem, a ówczesną dziewczyną.

Ten mój braciszek na każdym prawie zdjęciu z papierosem. No cóż, wtedy była moda na palenie. Nie to co dzisiaj. Dzisiaj palenie papierosów jest napiętnowane. Dziś jest moda na niepalenie. Palącym trzeba się wstydzić i kryć się z dymkiem... I bardzo dobrze! Mniej wypalą.

Moje dzieciaczki wręcz uwielbiały wczasy... bo i woda, i słońce... i luz-blues od rana po noc.

 

Nad Bałtyk też nas ciągnęło. W późniejszych latach bywaliśmy w Międzyzdrojach, już z naszym bassetem Malwiną. Wynajmowałam tam domek campingowy tuż przy plaży. Dzieciom humor dopisywał... Malwinie mniej, bo często trzeba było myć jej zębiska, gdy się czegoś cuchnącego na wydmach nażarła. Mieliśmy z nią dużo problemów, bo na tych pierwszych z nią wczasach była akurat po kuracji opiumowej, po której sfiksowała z kretesem i ciągle wyczyniała jakieś idiotyzmy. Kradła też na potęgę, a ja musiałam co rusz ponosić za nią koszty.

Z czasem te wszystkie przygody z nią przeżyte urosły do rangi wesołych anegdot rodzinnych, a nazbierało się ich mnóstwo, dlatego też poświęciłam jej osobne wspomnienie pt. „Pieskie życie Malwiny... i moje z nią”.

Na jednych naszych tam wczasach przyjechał odwiedzić nas mój braciszek, ale tym razem już ze swoją rodzinką. Byli wtedy na zakładowych wczasach w Kołobrzegu.



Później był jeszcze Obóz Sportowy w Wiśle. Wszyscy byli zadowoleni, oprócz Malwiny... bo do wody było daleko. Co rusz trzeba było biegać z tym wodolubnym psem do źródła Wisły... ale w sumie fajnie było, bo i my wodolubni jesteśmy.

W kolejnym roku znów Międzyzdroje. Tym razem nie mieliśmy ładnej pogody, ale i tak codziennie kąpaliśmy się w morzu... jak morsy. Pamiętam, że ludzie w grubych kurtkach snuli się po plaży, a my w wodzie... oprócz Malwy tym razem. Dla niej woda była jednak zbyt zimna. Melepeta, a nie mors!

 


Rok później urządziliśmy sobie wczasy wędrowne po Mazurach. Trzy rodzinki. Trzy samochody. Niemalże codziennie nocowaliśmy pod namiotami w innym miejscu. Szybko przygotowywaliśmy śniadanie dla całej naszej ferajny... i dalej w drogę!

Moim drugim samochodem, a pierwszym „Fiacikiem” objeździliśmy niemalże całe Mazury. Pierwszym była „Syrenka”, ale nią na wczasy nie jeździliśmy. Po tym jak w drodze do mojej mamy jej lewe przednie koło wyprzedziło ją samą i mnie z dziećmi oraz psem w środku, nie miałam odwagi ruszać nią gdzieś w dalszą drogę.


To były czasy! Czasem było straszno, czasem śmieszno, ale częściej śmieszno... i radośnie.


Ostatnie momenty lata 2022

Na to wygląda. Trochę smutno zaczyna się robić... Ale co zrobić? Taka jest kolej rzeczy. Warto teraz jak najczęściej wybywać na łono natury, aby nacieszyć wszystkie zmysły. I to tak mocno, coby do wiosny wystarczyło.

Jakie było lato tego roku? (O przepraszam, ciągle jest). Pewnie wielu z nas powie, że zbyt upalne, zbyt wietrzne i zbyt suche. Tak je też podsumowują służby meteorologiczne. Ponoć jest najsłoneczniejsze od 1951 roku. Straszą nas jednocześnie, że takie lato może stać się wkrótce normą. O rany, nie daj Boże! Osobiście nie znoszę upałów.

Zostało nam jeszcze trzy tygodnie lata kalendarzowego, ale w lesie czuć już zbliżającą się jesień. Korzystajmy więc z ostatnich tchnień lata ile się tylko da i ładujmy swoje akumulatory witalne, aby wystarczyło w nich energii aż do wiosny. Gdzie? Oczywiście na łonie natury. Z pewnością każdy z nas ma swoje ulubione miejsce, w którym lubi przebywać... i przede wszystkim ma taką możliwość. I tak: jedni lubią przebywać w parku, inni w lesie, na polu, w ogrodzie, nad rzeką, nad jeziorem, nad morzem, czy też w górach. Moim ulubionym miejscem jest las, ale też i góry. Mam to szczęście, że w takim właśnie miejscu mieszkam... i podziwiam nieustannie.

 


Po długotrwałych, rekordowych upałach w lesie pełno jest już suszek. Trochę to smutnawy taki ich widok, ale piękna jednak nie można im odmówić.

Udało mi się mimo wszystko znaleźć też i wiele bardzo radosnych, ciągle letnich obrazków. A to moje ulubione. Jeden inspirujący, drugi energetyzujący:




Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"