czwartek, 8 lipca 2021

Pijani kierowcy ciągle jeżdżą po polskich drogach

Trudno zrozumieć, czym się kierują kierowcy, siadając za kierownicą na podwójnym gazie. O kolejnych tragediach na drogach spowodowanych przez pijanych kierowców słyszy się niemalże codziennie, czy to w TV, czy w Internecie. Czy są to jeszcze ludzie, czy już potwory?!

Parę dni temu wstrząsnęła mną informacja o wypadku na drodze pod Stalową Wolą, w którym zginęło małżeństwo, osierocając trójkę małych dzieci. Do tej tragedii doprowadził 37-letni kierowca pod wpływem alkoholu. Wariat pędził na złamanie karku, wyprzedzając auta na podwójnej ciągłej, i w rezultacie tej szalonej jazdy doszło do czołowego zderzenia z prawidłowo jadącym autem, w którym znajdowali się rodzice z 3-letnim synkiem. Nie mieli szans, zginęli na miejscu. Dziecko cudem ocalało, ale jest ranne. To, że grozi mu za ten czyn do 12 lat więzienia, niczym nie umniejsza tragedii sierot i rodziny zamordowanych przez niego osób.

Uważam, że w Polsce zbyt pobłażliwie podchodzi się do pijanych kierowców. Ciągle istnieje tak jakby społeczne przyzwolenie na picie i siadanie pod wpływem alkoholu za kierownicą. Niby odpowiednie przepisy już są. Można by je wreszcie kategorycznie wprowadzić w życie. Widać jednak, niestety, że wciąż zbyt mało rygorystycznie są stosowane. Tak sądzę, skoro słyszy się stale o tak dużej liczbie zatrzymywanych kierowców jadących sobie beztrosko na podwójnym gazie. Aż strach pomyśleć, ilu ich w sumie jeździ po polskich drogach, bo przecież policji nie wszystkich udaje się zatrzymać.

Jest lato. Nastał czas urlopów i pewnie znów na polskich drogach policja zatrzyma rekordową liczbę zapijaczonych urlopowiczów (i nie tylko). Ilu niewinnych ludzi tacy kretyni bez wyobraźni pozbawią życia? Ilu ich samych zginie?

Na ten temat pisałam przed laty parokrotnie (w Wiadomościach24), ale jak widać, temat jest ciągle aktualny. A znając lubość Polaków do wódy i ich ułańską fantazję po niej — pewnie jeszcze długo aktualny będzie... Chyba że stróże prawa w końcu na poważnie wezmą się za tych wszystkich potencjalnych morderców.

Zdyscyplinowanie — to jedyna skuteczna metoda na zapijaczonych polskich kierowców. O tym, że na nich działa — widać chociażby na zagranicznych drogach. Wszak po nich polscy kierowcy w większości jeżdżą prawidłowo. Są potulni jak baranki i trzeźwi jak przysłowiowe świnie.

 


Czy polskie drogi za parę lat będą puste? To pytanie nasuwa się samo, zważywszy na fakt, że w Polsce dzień w dzień tylu kierowców traci prawo jazdy.

Statystyki policyjne są zatrważające. Niemalże każdego dnia policja zatrzymuje od 200 do 500 pijanych kierowców. Zaś w weekendy i święta zdarza się, że grubo ponad tysiąc.

Nie na wiele przydają się apele policji do kierowców o zachowanie trzeźwości na drogach, nie na wiele nawoływania księży w kościołach, Polacy poczuli wolność i wielu z nich na żadne zakazy i nakazy reagować nie ma ochoty. Ułańska natura każe im łamać przepisy, więc po drogach jeżdżą pijani, chodzą pijani, i giną… nie tylko pijani.

Niestety, nietrzeźwi kierowcy są plagą na polskich drogach. Wystarczy prześledzić policyjne statystyki, aby mieć obraz jak ogromna ona jest.

W 2020 roku z powodu pandemii koronawirusa na drogach ruch był nieco mniejszy, toteż wypadków było trochę mniej w porównaniu do lat ubiegłych. Ale wzrosła niestety liczba wypadków (2.540) z udziałem nietrzeźwych kierowców i były bardziej tragiczne w skutkach.

Spadek ogólnej liczby wypadków przy jednoczesnym wzroście liczby ofiar pijanych kierowców (o 12%) nie napawa optymizmem. Można dojść do wniosku, że zmniejszony ruch na polskich drogach w czasie pandemii, a i rzadsze patrole policji sprawiły, że kierowcy częściej dopuszczali się brawurowej jazdy po alkoholu... A jak! Hulaj duszo, póki bata nie ma.

 


Czytałam kiedyś o badaniach przeprowadzonych przez TNS OBOP wśród kierowców. Wyniki są przerażające. Tłumaczą dlaczego w naszym kraju mamy jeden z najwyższych wskaźników śmiertelności w wypadkach drogowych w Unii Europejskiej. Do prowadzenia pod wpływem alkoholu (przynajmniej od czasu do czasu) przyznało się aż 7 proc. kierowców. No to jeśli przyjąć, że w Polsce jest około dwadzieścia milionów kierowców, daje to zatrważającą liczbę prawie półtora miliona osób, którym zdarza się kierować pojazdem po spożyciu alkoholu. Aż strach włączyć się do ruchu na polskiej drodze. Nie wspominając już o pieszych przechodzących przez jezdnię.

Jak to możliwe, że w tak cywilizowanym kraju, jakim jest Polska, jest tylu głupich obywateli? Tak, głupich! Bo czy można nazwać ich inaczej, skoro siadają za kierownicę po spożyciu napojów wyskokowych i z ułańską fantazją jeżdżą po drogach na podwójnym gazie? A co powiedzieć o tych Polakach, którzy choć są trzeźwi, dają przyzwolenie na to swoim bliskim lub znajomym?

Pijanych kierowców z pewnością byłoby o wiele mniej, gdyby mieli świadomość, że dla ich postępowania nie ma przyzwolenia. Absolutnie!


Lipcowe kwiecie

W lipcu, w pełni lata, jest ich mnóstwo. Są bardzo kolorowe i pachnące. Najpiękniejsze są chyba te polne, gdyż są naturalne i bardzo delikatne. Przez co też nietrwałe po zerwaniu. Dlatego rzadko je zrywam. Choć bywają szczególne wyjątki. Najczęściej jednak tylko je podziwiam w ich naturalnym środowisku i uwieczniam na zdjęciach.

  

 

 

Z cyklu: "Fotofantasmagorie"


niedziela, 4 lipca 2021

O prawym guru i jego powracającej fobii

  

Strachem powiało wśród pisowskiej ferajny...

Guru w mig zarządził briefing bardzo tajny:

— Tusk jednak wraca, to dramat nader wielki!

Chwyćcie więc za szable, odstawcie butelki! —

Natychmiast wszem nakazał mocno przejęty,

Bowiem do Donalda nigdy nie czuł mięty.

— Wytoczcie wszystkie działa, zwłaszcza z przeszłości.

Celujcie trafnie, pogruchoczcie mu kości.

Nie miejcie skrupułów, o nas myślcie wreszcie,

Inaczej się wszyscy spotkamy w areszcie.



Zabawa z dmuchawcami

Dmuchawce zawsze przyciągają mój wzrok. Mam do nich sentyment. Są moim miłym wspomnieniem z dzieciństwa. I nie tylko.

Pewnie każdy z nas pamięta wesołą zabawę z tą roślinką w roli głównej. Ależ się dmuchało fajnie, co nie?... A biały puch fruwał dookoła niczym płatki śniegu. Pełno go było na ubraniach, we włosach, czasem nawet w buzi i w nosie. Śmiechu przy tym było co niemiara. 

 


I nadal jest, wszak zabawa z dmuchawcami nie straciła na popularności. Dalej chętnie w nie dmuchamy. Najczęściej ze swoimi dziećmi, albo z wnukami. Choć niekoniecznie, bo dorośli z poczuciem humoru też ciągle mają frajdę z takiej zabawy.

 



 

Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


piątek, 2 lipca 2021

Imieniny w dniu urodzin... albo na odwrót

Nieczęsto się zdarza, aby otrzymać od rodziców imię z dnia swoich narodzin. Ja otrzymałam. I muszę się przyznać, że tak po prawdzie, to nie lubię tego swojego podwójnego święta. Tak mi się przynajmniej wydaje, kiedy ono się zbliża. Ale jak już ten dzień nastąpi, to lubię. Nawet bardzo. Skąd więc ten mój ambiwalentny stosunek do własnego święta. Już wyjaśniam.

A więc tak: lubię dzień moich urodzin i imienin dlatego, ponieważ cieszy mnie, że tyle osób o mnie pamięta i zewsząd śle życzenia. Bo to przecież bardzo, ale to bardzo miłe.

Nie lubię zaś dlatego, bo... ha!... no właśnie... Nie, nie dlatego, że mi przypomina ileż to mam już lat i że czas nieubłaganie szybko leci. Nie! Od przekroczenia pewnego wieku to nawet zapominam, ile mam lat. Ot, taka to szczególna amnezja na własny użytek. Z tego też względu staram się nie zaglądać do osobistego dowodu tożsamości, bo a nuż wzrok mi się omsknie i niechcący zerknę na to miejsce, gdzie ta nieszczęsna data urodzenia stoi. Przez ostatnie lata mojego życia nauczyłam się w tym temacie być bardzo ostrożną. Po co sobie niepotrzebnie psuć humor jakąś tam mało istotną datą?

Dlaczego więc swojego podwójnego święta nie lubię? Otóż swojego podwójnego święta nie lubię... już od dzieciństwa. Dziwne, nie? Dla mnie jednak nie. A to dlatego, że swoim przyjściem na świat zburzyłam porządek w mojej kochanej rodzince, bo przyszłam sobie jako trzecia z rzędu dziewczynka, nie bacząc na to, że moi rodzice tak bardzo pragnęli mieć chłopczyka. Dla dziewczynki nawet imienia nie mieli wybranego. Byli pewni, że będzie chłopczyk. Nawet to, że postarałam się zrobić im ogromną niespodziankę i zameldowałam się na świecie w niedzielę, nie zdołało ich w tym dniu uszczęśliwić i załagodzić rozczarowanie moją odmienną płcią.

Rodzice czuli się tak bardzo zawiedzeni, że nie zadając sobie trudu, dali mi takie imię, jakie sobie przyniosłam, czyli takie, jakie stało w kalendarzu w dniu moich narodzin. No a potem, kiedy latek parę mi przybyło i już rozumiałam, co trzeba, to już zawsze musiałam być zazdrosna o swoje starsze siostrzyczki, że one dwa razy w roku obchodziły swoje święta, a ja tylko raz. A co gorsza, dwa razy w roku otrzymywały prezenty. A to dla mnie, jako dziecka, nie mogło być przecież miłe. Bo czymże ja zawiniłam, że tylko w jednym dniu święto miałam? Że podwójne, tym gorzej.

No i co? Czy nie mogłam nabawić się urazu do tego swojego podwójnego święta przez te wszystkie lata dzieciństwa? Ano mogłam… i się nabawiłam. I to paskudztwo w pewnym sensie trzyma mnie do dziś.

Jednak samą datę 1 lipca przyszło mi w przyszłości z pewnego cudownego względu bardzo, ale to bardzo polubić. Ponieważ, będąc w słusznym już wieku, w dniu tym urodziłam ukochanego syneczka. Szczęściara ze mnie, nie? To pewnie dlatego, że się w niedzielę urodziłam. Nie, nie dałam mu na imię Marian. Był wyczekiwanym chłopczykiem. Dziewczynkę już miałam. Trzy lata starszą.

 


No trudno, trzeba się z tymi cyferkami pogodzić... i dalej żyć radośnie. ;)


czwartek, 1 lipca 2021

Piłka nożna jest okrągła... toczy się dalej

Nie udało się. Euro 2020 już bez polskiej drużyny. Pękł balon napompowany do granic możliwości przez kibiców, media i różnej maści ekspertów. Przed mistrzostwami przerażało mnie jego nadmierne, bezrefleksyjne pompowanie. Teraz, po przegranej, przeraża mnie jego eksplozja. Była potworna i ciągle jeszcze rozsiewa po kraju jad chamstwa i nienawiści.

Czy jestem zawiedziona porażką biało-czerwonych? Tak. Ale nie na tyle, żeby wieszać przysłowiowe psy na naszych piłkarzach. Zrobili, co mogli. Grali, jak mogli. Lepiej nie mogli. I już! Trzeba się z tym pogodzić... i czekać na lepsze czasy.

Jasne, że każdy z nas liczył na więcej. Stąd zawód, stąd żal. Ale to jest sport, powinien bawić, a nie doprowadzać do wściekłości, do nienawiści, do zmasowanego wylewania pomyj na piłkarzy i trenera.

To, co zawiedzeni kibice wypisują w Internecie, to ostania nikczemność. Prawdziwy kibic tak nie postępuje. Tak postępuje tylko skończony cham i obleśnie nadymany bufon.

Jest mi żal naszych piłkarzy, trenera Sousa również. Tak po ludzku. Przecież celowo nie przegrali. Chcieli wygrać. Nie wyszło. Im też jest bardzo smutno.

Czas, by polscy kibice, ci chamscy, ci nienawistni, zrozumieli, że piłka nożna to sport, nie wojna z groźnym wrogiem. Euro 2020 trwa dalej... Bawmy się.

 

Leśne śniadanko? Czemu nie

 

Kto ma bliski kontakt z leśną naturą,

głodu żadnego z pewnością nie zazna.

Bo żołądek nasycić w lesie można,

poprawić zdrowie... i olśnienia doznać.

 

 

 

Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”