Trzeci dziurawiec.
Opowieści Mintka — część XXIV — Tym razem będzie
o wakacyjnym opalaniu na ropę, traktorowej dętce i spływie, który
miał być niewinną zabawą, a omal nie skończył się tragicznie.
Będzie rwąca rzeka, szalone wiry, chłopcy wystrzeleni z koła jak
z katapulty i ja, kiedy to kurczowo trzymając się wentyla,
walczyłam o życie. A na koniec? Krzyki nad brzegiem, wielka ulga i
śmiech, bo przecież Mintkowi nawet najgorsza przygoda prędzej czy
później musi zamienić się w opowieść!
Po dwóch
deszczowych dniach, podczas których na prośbę cioci sprzątaliśmy
z Ryśkiem ogromny strych i dwie spiżarnie, nastał w końcu piękny,
słoneczny dzień.
Postanowiliśmy
go wykorzystać na opalanie na brzegu rzeki Białej, płynącej
wartkim nurtem tuż pod wzgórzem, na którym stał ogromny dom
wujostwa.
To ten
pierwszy dom od prawej. Skorzystałam ze zdjęcia znalezionego w
sieci.
Wtedy
nawet na myśl mi nie przyszło, że to będzie niesamowity dzień,
że przeżyję w nim najbardziej niebezpieczną przygodę ze
wszystkich, jakie przydarzyły mi się podczas wakacji u wujostwa,
czyli niekontrolowany spływ Białą Lądecką... Ale po kolei.
Aby
znaleźć się na brzegu rzeki, wystarczyło zbiec w dół jakieś
pięćdziesiąt metrów i już można się było rozkoszować jej
chłodem. I tak jak z Ryśkiem postanowiliśmy, tak zrobiliśmy.
Zaraz po śniadaniu dołączył do nas kumpel Franek i we trójkę, z
odpowiednim ekwipunkiem, pobiegliśmy nad rzekę.
Rozłożyliśmy
koce i po uprzednim nasmarowaniu się ropą spuszczoną przez Franka
wprost z silnika traktora poddaliśmy się działaniu promieni
słonecznych.
Z tą
ropą to był mój pomysł, bo gdzieś słyszałam, że dzięki niej
szybciej i bardziej na brązowo się opala. Wprawdzie chodziło mi o
czystą ropę, kupioną w aptece, ale że na bezrybiu i rak ryba,
zadowoliłam się taką, jaką Franek przytargał.
To nic,
że śmierdzieliśmy jak traktorzyści. Ważne, że opaliliśmy się
faktycznie bardzo szybko. To znaczy, ja się opaliłam, bo mam ciemną
karnację i po kilku godzinach byłam „czarna” jak Murzyniątko.
Ryśka jakoś słońce mało co chwyciło, a Franek spiekł się na
raka.
Koniec
końców, po dwóch godzinach leżenia plackiem na brzegu Białej
zrobiło nam się bardzo gorąco. No i wtedy zakuta pała Franek,
jako że odczuwał największe pieczenie ciała, wpadł na pomysł,
by się schłodzić i przy okazji popływać sobie na dętce od
traktora, którą wraz z ropą przyturlał od gospodarza z
sąsiedztwa.
Długo
mnie nie musiał namawiać, bo też już odczuwałam potrzebę
ochłodzenia się. Franek pokatulał dętkę do rzeki i we trójkę
się na nią wgramoliliśmy.
Na
początku wcale łatwo nam to nie szło, gdyż nasze ciała były
okropnie tłuste od ropy i co rusz ześlizgiwaliśmy się po mokrej
gumie. Tym większe utrudnienie sprawiała nam rwąca woda. Ale jakoś
wreszcie udało nam się przygotować do spływu i zasiąść na
naszym kole. Ja pośrodku, chłopcy po bokach. Podnieśliśmy nogi…
i popłynęliśmy w szalonym tempie wodami Białej.
Śmiechu
i pisku było przy tym co niemiara, bo gdy kołem zarzucało na tych
bardziej rwących odcinkach, trudno nam było się na nim utrzymać.
Ależ mieliśmy ubaw! Po pachy.
W tym
miejscu przypomnę, że wieś Pilcz leży w pięknym otoczeniu, u
zbiegu dwóch rzek: Białej Lądeckiej i Nysy Kłodzkiej. Obie te
rzeki łączą się tuż za wsią i płyną dalej jednym wspólnym
korytem.
Na tym
zdjęciu, też znalezionym sici, również widać dom wujostwa.
A w tej
jedności koryto się poszerza, a ich wody tworzą coraz większe
rzeczne rozlewisko. Nurt staje się coraz bardziej leniwy i powolny.
Aż wreszcie rzeka, nosząca już tylko jedno imię — Nysa Kłodzka
— snuje swe wody dostojnie, tworząc na swojej drodze wiele
przepięknych meandrów.
Cudowne
to miejsce. A jak bardzo „cudowne”, przyszło mi się przekonać
właśnie tego dnia.
Płynęliśmy
dalej i dalej, aż w końcu, kiedy chcieliśmy już zakończyć nasz
spływ, zdając sobie sprawę, że na dalszym odcinku rzeki woda
staje się wręcz niebezpiecznie rwąca, tym bardziej po dwudniowych
ulewach, okazało się, że nie mamy już żadnego wpływu na
przebieg naszej wyprawy.
Woda
niosła nas coraz dalej i coraz szybciej zbliżaliśmy się do
miejsca, gdzie Biała łączy się z Nysą. A to miejsce jest
straszne. Rozszalałe wody obu rzek wpadają na siebie z ogromną
siłą i szybkością, tworząc całą masę niebezpiecznych wirów.
Rysiek wrzeszczał, Franek przeklinał, a ja widziałam już śmierć
w oczach.
W pewnym
momencie, kiedy koło wpadło na wystający z dna głaz, tak nim
potężnie zarzuciło, że chłopcy, nie mogąc się już utrzymać,
wylecieli w powietrze, jakby ich ktoś z katapulty wystrzelił.
Mnie się
jednak udało na nim utrzymać. Nie wiem jakim cudem… Może
dlatego, że zdałam sobie sprawę, że jest ono moją ostatnią
deską ratunku?
W
utrzymaniu się na nim pomógł mi też długi wentyl, który
sterczał między moimi nogami. Wprawdzie wcześniej sterczał w
innym miejscu, bo przecież na wentyl bym chyba nie usiadła. Ale
wtedy byłam zadowolona, że mam go akurat między nogami. A to, że
co rusz drapał moje uda aż do krwi, wcale mi nie przeszkadzało. Bo
cóż znaczą zadrapania w obliczu śmierci?
Woda
niosła mnie coraz dalej. Byłam przerażona. Bałam się też o
chłopców. Ale kiedy po chwili zobaczyłam, że jednak wyłonili się
z wody i próbują dostać się na brzeg, nieco się uspokoiłam.
Gorączkowo
zaczęłam myśleć, co ja mam ze sobą zrobić, wszak do miejsca
połączenia rzek już niedaleko. Nic jednak nie wymyśliłam, bo też
żywioł natury nie dawał mi żadnych szans. Miejsce połączenia
rzek zbliżało się coraz bardziej.
Chwyciłam
mocno za zbawienny wentyl i przywarłam do koła. Zamknęłam oczy,
wstrzymałam oddech… i czekałam najgorszego. Nie pamiętam, jak
wpadłam z wodami Białej do Nysy. Kompletnie nic. Biała plama.
Najwyraźniej z przerażenia straciłam przytomność.
Kiedy się
w końcu ocknęłam, było zupełnie cicho. Żadnego szumu oszalałej
wody, żadnego szarpania moim ciałem, żadnego podrzucania.
W
pierwszej chwili myślałam, że już nie żyję. Bałam się
otworzyć oczy. Ale że do tchórzy nie należę, zebrałam się w
sobie i powoli zaczęłam je otwierać.
I co się
okazało? Otóż okazało się, że płynę sobie spokojnie leniwymi
wodami Nysy i nic więcej się nie dzieje… Cisza dookoła.
Po chwili
z tej błogiej ciszy zostałam jednak wyrwana. Wrzaskiem chłopaków.
Biegli we dwójkę prawym brzegiem rzeki i darli się jak opętani:
— Halszka,
żyjesz?! Halszka, żyjesz?!...
— No i
czego się drzecie?! — też się wydarłam w odpowiedzi.
Uszczęśliwieni
chłopcy w taki oto sposób upewnili się, że żyję i dalej jestem
tą samą Halszką.
W mig
dobiegli do miejsca, gdzie leniwe wody Nysy niosły mnie na kole, i z
okrzykiem radości — z rozpędu wskoczyli do wody tuż obok mnie.
Mało mnie z koła nie wychlapali.
No a
potem, kiedy już razem wygramoliliśmy się na brzeg i emocje
opadły, był już tylko śmiech i głośne opowiadanie sobie
nawzajem wrażeń z tego niesamowitego spływu na dziko. A że każdy
z nas siłą rzeczy miał nieco inne, było co opowiadać i z czego
się śmiać... Toteż rechotaliśmy jak wariaty.
Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”
Poprzednie odcinki:
Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie
To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.
Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.
1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem
2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf
3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje
4. Błysk, dym i rak z charakterem
5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?
6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach
7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem
8. Komunia, kot i brak świętej Haliny
9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta
10. Muńka, telewizor i sprawa "dziurawca"
11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy
12. Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś
13. Braciszek, radio i rzepakowe szalestwo
14. Czarna owca i kolonie grozy
15. Dzwony dla papieża, harcerstwo i Dziad Mróz do poprawki
16. Gwizd, Franek i sprawy dziewczyńskie
17. Czerwony nos i poważne sprawy
18. Jak połknęłam kijankę i uciekłam przed krową
19. Spałam kiedy ratowali świat
20. Rok, w którym prawie się poddałam
21. Pszczoła, Krasula i ja — czyli początek szalonych wakacji
22. Gnojownik, rój pszczół i zakazane jabłka
23. Kasztanka most i nocne przygody
Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.