Jak
wspomnę moje dzieciństwo i młodość, przypominam sobie, iż
zawsze najchętniej bawiłam się z chłopakami. Zwłaszcza w
aktywnych zabawach na powietrzu. Z dziewczynami jakoś nie bardzo mi
zabawy wychodziły. Bo też dziewczyny denerwowały mnie czasami
niesamowicie. Wystraszone to to jakieś. Powolne. Nieużyte, jedna z
drugą. Tego się boi, to ją przeraża, tego się brzydzi, to dla
niej za trudne, to niemożliwe… itd… itp. A już najbardziej
wnerwiały mnie takie, które się myszy albo pająków bały. O
rany, jak można się bać takich małych stworzonek? Do dziś tego
pojąć nie mogę. Jedynie z Jolką miałyśmy wspólny język, choć
nie w każdej sprawie, ale jednak najbardziej żeśmy się
dogadywały.

Nie
wiem, czemu tak ze mną było, że bardziej chłopięca byłam w
zabawach i czasem nawet i w zachowaniu. Chociaż co do ubrań, to już
dziewczęca byłam, że ho ho! Mama, jako że sama szyła mi i moim
dwóm starszym siostrzycom większość ubrań (zwłaszcza sukienki)
miała czasem nie lada kłopot, aby mi dogodzić. Byłam wymyślata
okropnie. Pamiętam, że nie lubiłam zbyt dużo jakichś tam
falbanek, falbaneczek, ani żabotów.
A może
dlatego, taki dziwoląg był ze mnie, bo miałam urodzić się
chłopcem? Wszak moi rodzice bardzo marzyli o synu. Dwie córeczki
już mieli. Pewnie to ich ogromne marzenie miało taką moc
oddziaływania, że choć zrobiłam im psikusa i się dziewczynką
urodziłam, to jednak urodziłam się z wyższą dawką testosteronu
niż normalnej dziewczynce przynależna.
Nieraz mi
to wypominali, że miałam się chłopcem urodzić, bo i tak dawałam
im „popalić” jak nie jeden, a kilku chłopców naraz. Pewnie tak
było, że słysząc ich ciągłe gadki o syneczku, już jako embrion
w łonie matki nachapałam się testosteronu ponad miarę. Tak na
wszelki wypadek. Bo skąd mogłam wiedzieć przez te nudne dziewięć
miesięcy w okropnej ciasnocie, że żaden ogonek mi nie rośnie? I
że mnie jednak dziewczynką spłodzili. A sama przecież nie miałam
wpływu na swoją płeć.
Przyszłam
więc sobie na świat dziewczynką, ale z chłopięcą dawką
testosteronu. Bo jeśliby wierzyć naukowcom z University of
Liverpool, to chyba tak było. A oni właśnie dowiedli, że u osób
płci obojga, będących posiadaczami palca serdecznego dłuższego
od palca wskazującego, jak nic, wskaźnik stężenia testosteronu we
krwi jest wyższy, niż norma przewiduje.
A ja
akurat jestem posiadaczką takowego serdecznego paluszka… Ba, nawet
dwóch. Naukowcy udowodnili też, że to właśnie testosteron w
życiu płodowym wpływa na proporcję palców. I im bardziej palec
serdeczny jest dłuższy od wskazującego, tym więcej testosteronu
działało na płód. Że to właśnie testosteron w życiu płodowym
wpływa na budowę mózgu i kształtuje zachowanie człowieka w
dorosłym życiu. Osoby z taką proporcją palców są odważne,
twarde, nieustępliwe, potrafią walczyć, ale są też mniej
egoistyczne. No i udowodnili właśnie jeszcze to, że dziewczynki z
takimi paluszkami wolą zabawy chłopięce i chłopców jako
uczestników wspólnych zabaw. Ha, no to wypisz, wymaluj — ja.
Zresztą,
pal sześć wszelkich naukowców, bo ja sama też wiem, że cosik mi
nieraz we krwi buzuje, i to jak oszalałe… Toż musi to być
testosteron. No bo co by innego?
Dobrze mi
się jednak żyje z takim buzowaniem… chociaż jestem przez to
większą ryzykantką w życiu niż większość istot rodzaju
żeńskiego, a w niektórych przypadkach i męskiego. Czasami aż tak
bardzo, iż sama siebie się boję. Bo nie wiem, jak daleko w tym
ryzykowaniu mogę się jeszcze posunąć. Ale że lubię się bać,
bo to jeszcze dodatkowo i adrenalinka buzuje mi we krwi, nieraz w
życiu balansuję nad przepaścią. W dosłownym i niedosłownym tego
słowa znaczeniu.
Na
szczęście, mam chyba szczęście, bo jak do tej pory, z każdej
ryzykownej sytuacji wychodziłam cało. Może też dlatego, żem w
niedzielę rodzoną? No, serio, akurat w niedzielę przyszłam sobie
na świat… A co?! Musiałam się postarać, aby moje przyjście
było bardziej spektakularne, skoro już po myśli rodziców nie
było.
Od
najmłodszych lat słyszałam: — "Gdzie diabeł nie może, tam
Mintka* pośle”. Czasem jeszcze i dziś słyszę. Ale lubię siebie
taką, bo też moje życie było i jest bogate w przygody. Ciągle
coś się dzieje. Nie znam słowa „nuda”.
Moja testosteronowa dziwolągowatość
nie tylko ryzykanctwem się objawia, ale też potrzebą niesienia
pomocy innym. Za wszelką cenę. Nigdy nie przeszłam obojętnie obok
człowieka potrzebującego pomocy. Ba, nawet do bójki potrafiłam
się wmieszać, kiedy widziałam, że biją słabszego. Nieraz przez
to zdarzało mi się z podbitym okiem chodzić. Nigdy jednak tego
nie żałowałam. W takiej sytuacji zawsze reaguję. Bez wahania. Już
tak mam. To jest silniejsze ode mnie.
I choć
lata mijają i cyferek nieubłaganie mi w dzień urodzin przybywa, to
jednak buzowanie testosteronu ciągle jeszcze czuję. Może już nie
jego nadmiar, ale wiem, że nadal wpływa na moje codzienne życie. Z
czego jestem bardzo zadowolona, bo starzeję
się wolniej, ale z godnością — na swą własną miarę...
I oby tak było do końca moich dni.
* Mintek
— tak w dzieciństwie nazwał mnie dziadziuś, żeby było bardziej
chłopięco — Halintek-Mintek.