piątek, 12 sierpnia 2022

Piękno natury i dziewczęcej duszy

 

W oczach dziewczyny o pięknej duszy

świat tonie w barwach, pulsuje życiem.

Natura ma moc — czaruje, wzrusza...

Jej serce wtóruje radosnym biciem.


Piękno natury współgra z jej duszą,

rozbudza wiarę w dobrą przyszłość,

w barwne życie — mądre, ciekawe,

w moc przyjaźni i... wielką miłość.

 

 


Pola makami się czerwienią

Maki to kwiaty romantyków. Swą czerwienią uwodzą ich od wieków. Są bardzo delikatne, ale mają wielką magiczną moc. Zwane są roślinami "życia i śmierci", gdyż zarówno leczą, jak i zabijają. Mają moc łagodzenia wzburzonych emocji. Pomagają także zrozumieć siebie i sens życia.

Te przepiękne kwiaty można podziwiać na polach, łąkach i przydrożach. W lecie kwitną masowo, tworząc bajeczne krajobrazy.

Maki wprawdzie uznawane są za chwasty, ale tak jak i większość chwastów posiadają właściwości lecznicze. W tradycyjnej medycynie ludowej stosowane są od dawien dawna. Z ich płatków można przygotowywać napar m.in. na bezsenność, kaszel, biegunkę, bolesne miesiączki. Można je stosować również zewnętrznie np. do płukania jamy ustnej, czy też przemywania spojówek oczu.

A nade wszystko, można się rozkoszować ich pięknem i napawać oczy... Póki czas, wszak kwitną tylko do końca sierpnia.



Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"

 

sobota, 6 sierpnia 2022

Wierzysz w Boga, wierz mądrze. List do Marty, byłej narkomanki

Droga Marto, oczywiście, że każdemu człowiekowi zdarza się „grzeszyć”... ale ja bym nazwała to raczej: — „popełniać błędy”. Taka jest już natura człowieka. Najważniejsze jednak jest to, by każdy z tych swoich błędów umiał wyciągać wnioski i starał się ich więcej nie popełniać. Żeby nauczył się też kochać siebie i wierzyć w siebie. Tylko ten człowiek, który potrafi kochać samego siebie, może pokochać innych. Może być dobrym człowiekiem.

Człowiek ma w sobie wielką moc — ROZUM. Powinien uczyć się odpowiednio go w życiu wykorzystywać. Powinien nauczyć się także liczyć przede wszystkim na siebie. A nie biadolić, załamywać ręce pod obrazem, błagając o pomoc. Działać najpierw samemu. Będzie to z pożytkiem dla niego i innych. Stanie się silnym i wartościowym człowiekiem.

Kiedy zauważyłam, że jesteś tak młodą osobą, aż się przeraziłam, że tyle już przeszłaś w tym swoim krótkim życiu. To smutne! Po tych wszystkich traumatycznych chwilach, związanych z uzależnieniem od narkotyków, nagle zaczęłaś gorąco wierzyć w Boga. Bardzo dobrze! Pochwalam! Obawiam się jednak, po przeczytaniu niektórych tekstów na Twoim blogu, że popadasz ze skrajności w skrajność. A to już nie jest dobrze.

Bardzo cenię ludzi głęboko wierzących, ale tych skromnych, dobrych. A takich niestety jest niewielu. Większość to „krzykacze”, którzy w „imię Boga” nienawidzą ludzi innych religii (innowierców) i niewierzących. A musisz wiedzieć, że od głębokiej wiary do fanatyzmu — droga niedaleka. Smutne to, ale niestety prawdziwe, bo najwięcej krzywdy światu wyrządziły — właśnie religie. Kiedyś krzyżowcy w imię Chrystusa dziesiątkowali narody, dzisiaj czynią to fundamentaliści islamscy — w imię Allacha. O innych pogromach na tle religii już nawet nie wspomnę.

Uważam, iż wiara powinna być intymną rzeczą każdego człowieka... Gdyby każdy człowiek swoją wiarę nosił w sercu, a nie obnosił się nią jak jakąś szatą, najpiękniejszą, najprawdziwszą — wg jego mniemania — to więcej dobra byłoby na świecie.

Niestety, ludzi prawdziwie wierzących — i dobrych jednocześnie — nie ma wielu na świecie. O, chociażby w Polsce, ponoć 95% obywateli to ludzie wierzący, katolicy... Akurat! To gdzie oni są?! Gdzie ta dobroć wypływająca z ich wiary? Większość pędzi do kościoła albo dla tradycji, albo z tchórzostwa, ze strachu o własną d... (interpretacja dowolna), bo jak widać, ich życie codzienne niewiele ma wspólnego z wiarą w Boga i przestrzeganiem dekalogu.

A jeśli zaś chodzi o ateistów, to musisz wiedzieć, że prawdziwi ateiści nigdy się nie nawracają. Nie z lenistwa, czy też z tych powodów, które wymieniłaś, a z rozsądku właśnie (krótko rzecz ujmując) nie wierzą w Boga. I jak Ci już pisałam, w wielu przypadkach są lepszymi, wartościowszymi ludźmi niż ci wierzący.

Nawracają się tylko ci, którzy tak do końca prawdziwymi ateistami nigdy nie byli. W obliczu jakiś swoich dramatów osobistych natomiast, do których ktoś ich doprowadził, albo sami się doprowadzili, np. popadając w alkoholizm, czy też narkomanię, nagle przypominają sobie o Bogu. To i dobrze!

Lecz zdarza się niestety i tak, że wtedy popadają ze skrajności w skrajność i stają się wręcz fanatykami wiary. A fanatyzm, jakby nie patrzeć, jest zjawiskiem bardzo negatywnym. Fanatycy religijny stają się uciążliwi i często niebezpieczni dla innych. W najlepszym przypadku popadają w dewocję, zachowują się wobec innych ludzi jak nawiedzeni, wystawiając się tym samym na śmieszność, a nawet pogardę. Czytając Twoje teksty, coś mi się wydaje, że Ty jesteś już na dobrej drodze, by wpaść w głębokie koleiny dewocji.

Jesteś jeszcze taka młoda, z pewnością nie raz przyjdzie Ci weryfikować własne poglądy na życie. Ale pamiętaj, moc leży przede wszystkim w Tobie, nie ulegaj wpływom innych. Myśl samodzielnie. Jeśli oczywiście pragniesz być dobrym człowiekiem dla siebie i innych. I wierz przede wszystkim w siebie. To TY JESTEŚ NAJWAŻNIEJSZA!... Twoja psychika. To od niej zależy jakość Twojego życia i Twoich bliskich. I jeszcze jedno zapamiętaj: jeśli chcesz czuć się kochaną, pokochaj najpierw siebie.

Ależ się rozpisałam, ale gdy przeczytałam ten Twój tekst o egzorcyzmach, aż mną potelepało. Rany, jaki szatan, jaki diabeł? To psychika człowieka, słaba psychika słabego człowieka — po jakiś traumatycznych przeżyciach — może tak szaleć. Także chora psychika.

By nad nią zapanować, takiemu człowiekowi, i owszem, ktoś musi pomóc, ktoś dobry i mądry, jeśli — na już — on sam nie jest w stanie sobie z nią poradzić. W rezultacie to i tak on sam leczy się ze swoich słabości, lęków, upiorów. Wystarczy, że poczuje, iż znalazł się ktoś, kto się nim zajął, ktoś, kto pracuje nad jego psychiką. Chociaż tego drugiego akurat w początkowej fazie tego tzw. „opętania” nie jest jednak świadomy. Niektórzy nawet do końca nie będą tego świadomi. Tak może być i w Twoim przypadku. Tobie się wydaje, że to Bóg Ci pomógł, wyprowadzając Cię z opętania, a to Ty sama, a dokładniej Twój mózg.

To Twoje wielkie pragnienie, by przestać się bać, a przede wszystkim wiara w to, że czyjaś pomoc zadziała — wzmocniły Twoją psychikę. Przestałaś więc odczuwać lęk. To nie żadne potwory, to nie żadne duchy i upiory Cię prześladowały, to Twoja psychika — zniszczona traumatycznymi przeżyciami, narkotykami, lekami tworzyła w Twojej skołatanej, chorej wyobraźni takie koszmarne obrazy. Wielu młodych tak ma w okresie dojrzewania, gdy wpadną tak wcześnie jak Ty w szpony nałogu.

Zauważam, że nie masz pojęcia, jakie możliwości ma mózg człowieka. Kiedy się czegoś gorąco pragnie, jeśli się o to modli (wszystko jedno jak i do kogo) mózg zaczyna pracować w tym kierunku, by to pragnienie się spełniło (Paulo Coelho mówi w tym przypadku o Wszechświecie).

Zarozumialstwem jest myśleć w taki właśnie sposób, jak opisałaś, że Bóg raczył zająć się akurat Tobą, kiedy tyle dzieci na świecie umiera z głodu, albo z rąk oprawców. Czy Ty myślisz, że te dzieci były gorsze, że się nie modliły (albo ich matki) o ratunek do Boga? A w czasie II wojny światowej chociażby, myślisz, że te miliony ludzi umierających w męczarniach w obozach koncentracyjnych Boga nie błagały? I co, ich Bóg nie chciał wysłuchać? Zapomniał o nich? O wszystkich? A może wybył w tym czasie na dłuższy urlop? Akurat Twojej modlitwy wysłuchał, a tysiącami dzieci umierającymi na przykład w Syrii, czy teraz w Ukrainie — pogardził? Egoizm i pycha przez Ciebie przemawia? Zastanów się nad tym.

Ty oczywiście możesz w to wszystko głęboko wierzyć, ale… ale kiedy zamiast nosić tę wiarę w sercu, piszesz o niej w taki fanatyczny sposób w Internecie, musisz się liczyć z tym, że niewielu ludzi podzieli Twoje, jakże osobiste zdanie.

Nie wiem, czy zrozumiesz to, co napisałam, ale mam taką nadzieję, że choć trochę. Jak nie teraz, to może jak już będziesz starsza.

Młodzi ludzie szukają autorytetów, często po omacku… Życzę Ci więc, aby wokół Ciebie było jak najwięcej dobrych i mądrych ludzi. Ze złymi zaś, żebyś nauczyła się sama sobie radzić. I wierz mądrze, nie magicznie:

Jeśli wierzysz w Boga, wierz tylko mądrze,

nie ulegając wszystkim — co noszą komże.
 

Nie warto jednak tyle rygorów sobie w życiu narzucać. Nie uczynią Cię szczęśliwszą. Warto natomiast pracować nad sobą, nad swoją psychiką, wzmacniać ją poprzez kontakt z dobrymi ludźmi, a także z potrzebującymi pomocy. Poczujesz się wtedy potrzebna, a w rezultacie, silna i wolna… i pójdziesz przez życie w poczuciu szczęścia i radości. Tego Ci życzę z całego serca, Martyna

PS

Jeszcze jedna rada: Zanim powiesz nie, zastanów się, co byś zyskała, mówiąc tak... I na odwrót, w niektórych sytuacjach. Rozważ bardzo dokładnie. A dopiero potem podejmij decyzję... Będąc świadomą jej konsekwencji.

 

Z cyklu: „Teksty epistolarne”


czwartek, 4 sierpnia 2022

Lato z książką w ręku

 

Warto znaleźć trochę cienia,

gdzieś nad wodą — optymalnie,

by zagłębić się w lekturze,

zwłaszcza wtedy, gdy upalnie.


Z przyjemnością tak się czyta,

upał wtedy mniej doskwiera,

wrzask dzieciaków nie przeszkadza,

więc nie bierze nas cholera.


Książka zawsze uspokaja —

kto ją kocha, rację przyzna,

wszak zasiewa ziarna wiedzy,

w takiej duszy, co jest żyzna.



 

środa, 3 sierpnia 2022

Upał jak cholera! Każdy szuka cienia

Tego lata upałów Pan Bozia nam nie szczędzi. Oj, nie! Zwierzęta też to czują. Są przesadne, jak na nasz klimat.

Krowy, które spotkałam po drodze, będąc na wycieczce rowerowej, zachwyciły mnie swoją zaradnością. Widać, że to mądre zwierzęta i szybko się odnajdują w tak piekielnie upalnej rzeczywistości.

Dwie z nich, wygodnie leżące w cieniu drzew, coś do mnie po krowiemu wołały (czyt. ryczały), ale nie zrozumiałam co. Może zapraszały mnie do siebie? A może z powodu upału mój organizm ześwirował i tak mi się tylko wydawało? Mogło tak być. Wszak reakcje organizmu na upał bywają różne.

Na wszelki wypadek nie przedłużałam tête-à-tête z nimi i ruszyłam w poszukiwaniu cienia dla siebie odpowiedniego. Znalazłam... w głębi lasu.



Krowia oaza

w czasie upału
to super baza,
by ulżyć ciału.

Tworzą ją drzewa

wśród traw polany.
Tam cisza śpiewa,
tam chód kochany. 
 

Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


niedziela, 31 lipca 2022

Czy los można przechytrzyć? Wspomnienia i teraźniejszość

Dawno, dawno temu… (zaczynam jak w bajce, ale to nie bajka, zaręczam), los rzucił mnie wraz z dziećmi do Niemiec. Przewrotny los. Bo gdyby mi ktoś wcześniej powiedział, choćby dwa lata, albo i nawet rok, że wylądujemy w Niemczech, to bym go śmiechem zabiła, mówiąc metaforycznie. Niemcy (z wiadomych dla każdego Polaka względów) były dla mnie ostatnim miejscem na Ziemi, gdzie chciałabym zamieszkać.

Stało się! Och, ten przewrotny los. A w tamtym czasie, niestety, przeciwstawić się mu z kilku bardzo ważnych powodów nie byłam w stanie, a co dopiero go przechytrzyć (nie będę jednak o tym wspominać)... No i znaleźliśmy się w Niemczech.

Na początku miałam nadzieję, ba, byłam wręcz pewna, że to tylko kraj przejściowy, że niebawem ruszymy w dalszą drogę, do mojej cioci do Kanady. Niestety, wszystkie plany, marzenia, spaliły na panewce. Z Niemiec nie mogliśmy się wydostać, a to, co tu przeżyliśmy, tylko my wiemy… no i może sam Pan Bóg. Pominę to jednak milczeniem. Zaznaczę tylko, że żadnej krzywdy od Niemców nie zaznaliśmy. Zgrzeszyłabym, gdybym powiedziała, że było inaczej.

Na szczęście mam taką naturę, że w końcu wszędzie potrafię się jakoś zaaklimatyzować. Nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach. Moja córka i syn mają to po mnie. A że wtedy byli jeszcze dziećmi, tym szybciej i tym łatwiej się aklimatyzowali. Potem były szkoły, jedna po drugiej, masa koleżanek, kolegów, no i nowe życie w Niemczech moim dzieciom się bardzo spodobało. Nie chciały się już nigdzie przeprowadzać. Za żadne skarby.

Szczęściem w nieszczęściu granica polsko-niemiecka w 1991 roku została otwarta i można było już bez wiz swobodnie jeździć do Polski i odwiedzać rodzinkę. Miałam też w Polsce swoje mieszkanie. Trzymałam je w odwodzie przez wiele lat. Nie byłam pewna, czy kiedyś nie wrócę z dziećmi na stare śmieci. Już mogłam. Długie lata trwałam w przekonaniu, że w Niemczech na zawsze nie zostanę... O nie!

Z takimi myślami żyłam, a lata leciały rok po roku jak szalone. Przez cały ten czas, kiedy było mi ciężko, źle, kurczowo trzymałam się myśli, że przecież po każdej ciemnej nocy przychodzi jasny dzień. Bo musi. Siłą rzeczy. To oczywiste też być musi, że i dla mnie zaświeci słoneczko. No bo jakżeby inaczej? Ciągle sobie powtarzałam, że wytrzymam, że dam radę. I dawałam. Nawet ze słabości swej ciągnęłam siłę. Musiałam. Dla moich dzieci. Dla nich byłam przecież i matką, i ojcem, i babcią, i dziadkiem, i ciocią, i wujkiem... Całą rodziną.

Na początku wiele niepomyślnych rzeczy mi się tutaj przytrafiało. Nigdzie nas tak od razu z otwartymi ramionami nie przyjmowano. Jednak z każdej porażki, potrafiłam się szybko otrząsnąć, wyciągnąć odpowiednie wnioski, a niekiedy zmienić ją nawet w zwycięstwo. Bo jakoś tak mam, że żadne niepomyślne rzeczy mnie do końca nie załamują. Owszem, przeżywam je, nieraz nawet bardzo, ale złamać się im nie daję. Co to, to nie! Zawsze uważam, iż nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I jakoś na szczęście tak u mnie jest, że po każdym niepowodzeniu, czy nawet porażce, nagle znajduję nowe rozwiązania, o których by mi wcześniej do głowy nawet nie przyszło. Bo przecież chcę, by było dobrze i robię wszystko, co tylko w mojej mocy, co nakazuje mi sumienie, aby tak właśnie było. Wiele razy przekonywałam się też, że najpierw musi być bardzo źle, żeby później było dobrze. Żyłam w tym przeświadczeniu i nie poddawałam się nawet wtedy, kiedy bardzo źle było. Czekałam, wierząc, że ten dobry czas wkrótce nastąpi… Jednak nigdy biernie. Co tylko mogłam robiłam, aby choć w jakiejś mierze przeciwstawić się przeciwnościom losu.





***

Minęło ponad dwadzieścia lat, a my dalej żyjemy w Niemczech. I muszę przyznać, że chyba już tu zostaniemy na zawsze. Życie poszło do przodu. Moje dzieci pozakładały rodziny i mają już swoje dzieci. Żyje im się szczęśliwie i dostatnio. Jestem szczęśliwa razem z nimi. Nie wyobrażam sobie życia z dala od dzieci i wnuków.

Czy żałuję, że nie żyję w Polsce? Nie, już nie, i to z różnych powodów. Pewnie, że nadal tęsknię za Ojczyzną, ale już spokojniej, nie tak rozpaczliwie jak na początku. Inaczej. Tęsknię przede wszystkim jako za miejscem mojego radosnego dzieciństwa, wspaniałej młodości.

A czy za dzisiejszą Polską tęsknię? Hmm… sama już nie wiem. W każdym razie już nie tak. W Polsce te dwadzieścia ostatnich lat to czas transformacji, największych przemian. Wiele się zmieniło. Nie mówię, że na złe, wręcz przeciwnie, ale ludzie niestety w wielu przypadkach zmienili się na gorsze.

Przez wszystkie lata, kiedy odwiedzałam Polskę, nieraz ciężko mi było się odnaleźć w jej nowej rzeczywistości. Wiele mnie też różnych przykrości w czasie mojego pobytu spotykało. Między innymi wielokrotnie byłam okradana, i to kilka razy przez sąsiadów. Nie będę jednak o tym szerzej wspominać, bo to bardzo przykre. Na szczęście — dla higieny własnej psychiki — potrafię szybko zapominać o złych rzeczach a tylko te dobre pamiętać.

Teraz, kiedy z perspektywy czasu patrzę na koleje mojego życia poza krajem, śmiało mogę powiedzieć, że jednak udało mi się stworzyć swój mały świat na obczyźnie. Szczęśliwy świat. Pewnie, że ciągle pamiętam o swojej Ojczyźnie i na swój sposób tęsknię za nią nadal. I zawsze będę. Ale wiem już na pewno, że mam też i drugą Ojczyznę… tu, gdzie mój dom. Szczęśliwy dom.

Niemcy, maj 2010

***

Czy po kolejnych dwunastu latach, coś bym jednak zmieniła w tym swoim wspomnieniu? Nie, nic. Dodałabym tylko coś. Co? A to, że od siedmiu niemalże lat, za przyczyną Kaczyńskiego, jestem zniesmaczona sytuacją w kraju. Za jego despotycznych rządów — z tylnego siedzenia — Polska zmieniła się nie do poznania. Oczywiście na gorsze w moich oczach. Tak jak i w oczach większości Polaków. A tylko dlatego, jak swojego czasu pisał New York Times, że: „znajduje się w szponach bólu, zemsty i paranoi"? Na to wygląda. Trudno się z tym pogodzić, że z powodu widzimisię jednego człowieka cały naród musi znów cierpieć.

Bo jakże to tak? Przez kilkadziesiąt lat Polacy obalali reżim komunistyczny po to tylko, żeby teraz dać się zniewolić temu oderwanemu od rzeczywistości człowiekowi — spychającemu Polskę w odmęty zacofania? Po to, żeby wraz z rozpasanymi purpuratami władającymi kościołami mógł z buciorami włazić w osobiste życie Polaków?... Toż to się w głowie nie mieści.

Jeszcze jedno bym dodała. A mianowicie to, że bardzo zawiodłam się na opozycji. Generalnie jest do bani. Nad czym bardzo ubolewam.

No dobra, muszę jednak przyznać, że od czasu powrotu Donalda Tuska do krajowej polityki zaczęła się jawić nadzieja, że w najbliższym czasie opozycja weźmie się wreszcie porządnie w karby i się zjednoczy, i że wreszcie odsunie od rządzenia tego nienawistnego, małego (nie tylko wzrostem) człowieka.

Pamiętam dokładnie, jakie zdanie o swoich synach-bliźniakach miał ich ojciec. Otóż Rajmund Kaczyński wielokrotnie przestrzegał przed oddaniem władzy Lechowi i Jarosławowi:

— „Boże, uchroń Polskę przed moimi synami narwańcami”.

Niejednokrotnie też powtarzał:

— „Moim dzieciom nie wolno dawać władzy. Zniszczą każdego, kto jest od nich lepszy, bo są złośliwi”.

Skoro tak, trudno nie zadać sobie pytania. Zresztą, ono samo się nasuwa:

Czy ojciec może się mylić w opinii o własnych dzieciach?

Ostatnio, despota Jarosław Kaczyński, jako niedoszły „emerytowany zbawiciel narodu” (to jego marzenie, o którym nieraz mówił) sam się opozycji boleśnie podkłada, wszak wyraźnie traci grunt pod nogami i nie potrafi opanować wrzenia w swojej niby to zjednoczonej prawicy.

Nadzieja rośnie więc z dnia na dzień. Jeszcze trochę, a Polska znów się podniesie. Polakom będzie się żyło znów normalnie i z czasem coraz dostatniej, dzięki swojej pracy i Unii Europejskiej. A Kaczyński pójdzie wreszcie na emeryturę i wraz ze swoją świtą zostanie sprawiedliwie rozliczony: za zawłaszczenie TV publicznej; za zakłamywanie historii; za zawłaszczanie kościołów; za korupcje; za nepotyzm; za przekręty... i wreszcie — za wszystkie afery, których się dopuścił wraz z innymi członkami PiS. A jest już ich, jak wypunktowali dziennikarze — ponad siedemset.

Mam głęboką nadzieję, że mu się nie uda przechytrzyć losu i przed odpowiedzialnością zwiać na Węgry wraz ze swoimi wybrańcami, gdzie, jak twierdzą niektórzy dziennikarze, nad Balatonem szykują sobie rezydencję, po to też, aby po utracie władzy — wpływać stamtąd na losy Polski... No nie daj Bóg!


sobota, 30 lipca 2022

Uf, jak gorąco!... Jak żyć?


Ech, te letnie upały…

W kość nam straszliwie dały.
Marzy nam się chłodny cień
Albo jeden mroźny dzień. 
 

 


Europę zalewa rekordowa fala upałów. Ludzie radzą sobie na różne sposoby, aby je jakoś przeżyć. Szczęśliwi ci, którzy mogą je przeżyć przyjemnie. Na przykład: będąc nad wodą i zażywając kąpieli. Albo... o, chociażby zwiedzając jaskinie.

Są też i inne sposoby na przyjemne „wypnięcie” się na upały. Trzeba tylko pogłówkować i na swoją miarę je znaleźć.

Szybkość, wiatr we włosach, też jest dobrym sposobem. Kogo stać i umie, a przede wszystkim ma prawo jazdy, może ruszyć przed siebie kabrioletem, motocyklem, albo i quadem.

Jest też i tańszy sposób na szybkość i wiatr we włosach. Rower. Tyle że pedałując, człowiek się bardziej poci... Ale, co zaręczam swoim słowem, bo jestem doświadczoną rowerzystką, że w krótkich spodenkach, T-shircie, przewiewnym kasku, gorąca się aż tak nie czuje. Jedyne co, to w stopy może być gorąco. Jeśli oczywiście mamy na nich założone typowe buty sportowe. A ja w takich właśnie w te upały jeździłam. Ale do czasu. Bo przypomniałam sobie, że dwa lata temu u swojego lekarza homeopaty kupiłam wspaniałe obuwie, w których można się czuć jakby się było na bosaka (natürlich, barfuß "Leguano"), a które przeznaczone są nie tylko do spacerowania i biegania, ale także na rower. Teraz tylko w nich jeżdżę. Stopy się w nich ani nie przegrzewają, ani nie pocą. 

 


I luz blues... W takich butkach człowiek czuje się bardzo komfortowo i bezpiecznie, gdyż mają one specjalne podeszwy, które doskonale zabezpieczają przed urazami, w przypadku nadepnięcia na coś ostrego.

No tak, rozpędziłam się z tą szybkością i wiatrem we włosach, a tak na poważnie, to wiadomo, że w taki sposób mogą sobie radzić jednak tylko młode osoby, albo w pełni sił. A co ze starszymi? A co z niepełnosprawnymi? Tym osobom zaleca się, aby, jak nie muszą opuszczać domu, lepiej w nim pozostały. Najlepiej przy zamkniętych i zasłoniętych oknach. I tak aż do nocy, kiedy powietrze rześkości nieco nabierze, wtedy wszystkie okna powinno się pootwierać i przewietrzyć całe mieszkanie. Zaś rano, kiedy temperatura powietrza znów zacznie się podnosić, wszystkie okna na powrót pozamykać i pozasłaniać.

Jedno jest jednak wspólne dla wszystkich. I najważniejsze. W czasie tak wielkich upałów wszyscy powinniśmy pić dużo wody, koniecznie niegazowanej (broń Boże ognistej! Ani jej odpowiedników).