niedziela, 27 stycznia 2019

Na cześć Halinki

Stoi przy stacji 
lokomotywa.
Piękna, zielona,
i nic z niej nie spływa...
Żadna tłusta oliwa.


Prawdziwa jest jednak 
ta lokomotywa...
I jakże ładnie 
się nazywa.
Jak? Nikt pewnie
nie zgadnie...
Ano Halinka.
Prawda, że ładnie?

Jakby kto Halinkę
okiem tylko zmierzył
i w prawdziwość jej imienia 
nie chciał uwierzyć,
niechaj do ręki 
weźmie lupę
i niech ją zlustruje,
bez zaglądania... w pupę!

Buźkę ma Halinka 
jak się patrzy...
Wesołymi oczętami 
na przechodniów patrzy.
Chyba nikt nigdy 
nie zaprzeczy,
że ta Halinka 
całkiem do rzeczy?

Stoi Halinka
cichutko pod drzewem...
Dochodzącym z dworca
upaja się śpiewem.
A śpiew dla Halinki 
to turkot kół...
Kiedy go usłyszy,
 w duchu turkocze wespół.


sobota, 26 stycznia 2019

Szalone wakacje (II cz.)



Mira na początku z wiadomych względów czasowych sprzeciwiała się takiemu pomysłowi mamy, ale kiedy mama obiecała kupić jej jakiś T-shirt, zgodziła się natychmiast, złorzecząc sobie w duchu za swoją słabość. Jednak bez żadnego już ale popędziła wzdłuż straganów, strzelając oczami to na lewy rząd straganów to na prawy. I kiedy wypatrzyła dla siebie wspaniały, bo niesamowicie poszarpany i pognieciony trykot w kolorze khaki, to na moment zapomniała o wszystkich swoich problemach. Ba, nawet tak bardzo absorbująca ją sprawa pod kryptonimem „Zuza-komp” poszła w zapomnienie. Ogarnęła ją krótkotrwała amnezja. Dobrze że mama się zbyt długo nie opierała przed zapłaceniem za tę szmatkę (jak ją nazwała), bo Mirze groziłby zanik pamięci w dłuższym wymiarze czasowym.
Szczęśliwa i odziana w swój nowy odlot-ciuch wnet odzyskała pamięć i natychmiast pociągnęła mamę w stronę straganu z drewnianymi zabawkami. Odgadła dlaczego mama ociąga się z powrotem do domu. Dlatego po drodze oznajmiła jej, że za tak wspaniały zakup gotowa jest nawet do godziny dwunastej popracować za tatusia, gdyby ten nie był jeszcze gotowy ze sprzątaniem mieszkania. Na takie córki zapewnienie mama przestała się już ociągać i pomaszerowały równym krokiem do domu.
Pan Jerzy na widok swoich kochanych dziewczyn w progu uradował się bardzo, bo to oznaczało dla niego, i według niego oczywiście, że sprzątanie mieszkania może już zakończyć. Mimo że pokoju stołowego nie zdążył jeszcze odkurzyć. Ale to nic. Ważne, że czuł się już zwolniony z dalszej pracy.
Pan Jerzy sprzątanie mieszkania traktował zawsze jako zajęcie bardzo filozoficzne. A do wykonywania tego filozoficznego zajęcia potrzebny był mu spokój i odpowiednia muzyka. Jakiekolwiek zakłócenie tegoż odbierało mu ochotę do kontynuowania tego co zaczął.
Wejście żony i córki w progi domostwa ucieszyło pana Jerzego tym razem szczególnie. Przecież śpieszono mu było do swojego ukochanego Renusia. Czyli do samochodu, którego takim właśnie imieniem ochrzcił już przy jego zakupie. A był to francuski samochód marki „Renault-19”. Pan Jerzy wprost uwielbiał wszelkie prace związane z pielęgnacją Renusia. Z mechaniką było gorzej, ale od tego miał znajomego mechanika w pobliskim warsztacie samochodowym. I właśnie w samo południe miał odebrać z warsztatu swojego ulubieńca po najpotrzebniejszych reperacjach mechanicznych. A podreperowany stan Renusia wymagał przecież dalszej pielęgnacji i pieszczot. Dlatego pan Jerzy zamierzał oddać się tym zajęciom całym sobą.
Ha, no to rodzinka znów w komplecie! — zawołał z uśmiechem, wyłączając odkurzacz. — A wy co, wykupiłyście pół targu? Tyle tego macie, że na to wygląda. Dajcie te kosze, zaniosę je do kuchni.
Wszystko posprzątałeś tatusiu? — spytała Mira z nadzieją w głosie, podając ojcu kosz pełen warzyw.
Prawie wszystko, wyobraź sobie. Zasuwałem jak stary rokowiec na rockowisku w rytm muzyki Perfectu i sprzątanie szło mi rockowo. Ooo… słyszysz? „Chcemy być sobą, chcemy być sobą jeszcze. Chcemy być sobą, chcemy być sobą wreszcie…” Grzesiu Markowski przypomina mi w odpowiednim momencie, że czas już abym był sobą… Dzięki stary! No, to jestem już sobą i… znikam zająć się Renusiem. A wy, dziewczynki, skończcie sprzątanie. Zostało tylko odkurzenie pokoju stołowego.
A nie mówiłam?! — skomentowała pani Hania głosem zabarwionym znakiem zapytania i wymownie popatrzyła na Mirę.
A co mówiłaś żono? — dopytywał się pan Jerzy.
Nic nie mówiła, tylko myślała — odpowiedziała za mamę Mira. — Ale widać, że dobrze myślała.
A cóż wy się takie tajemnicze zrobiłyście po tym targu? — dalej dopytywał się pan Jerzy. — Czyżby was tam jakiś mag jarmarczny zaczarował? No jasne. Nie mylę się. Po tobie córciu widać to od razu… Sponiewierał cię tymi czarami okrutnie. Twoja poszarpana bluzka o tym świadczy. Ale… że nie ma niczego złego, co by na dobre nie wyszło, więc zdaje mi się, że w tej poszarpanej i potroczonej bluzce, powinno ci się wspaniale sprzątać w rytmie hip-hopu. A więc: hop… hop… hop… No, jazda hiphopowcu! Heya! Bum-cyk-cyk… bum-cyk-cyk… tra-la-la-la… Ole`! I takim to miłym akcentem, żegnam was, moje kochane panie. Do zobaczenia, i to nie szybciej jak za dwie godziny. Paaa! Paparapa-paparapa-paparapa-pa-pa…! Hop, hop, hop szklankę piwa…!
Pan Jerzy podszedł do garderoby tanecznym krokiem, złapał za swoją saszetkę i w rytm wymyślonej przez siebie i wyśpiewanej wiązanki wokalno-tanecznej opuścił mieszkanie.
Nic już nie mów mamusiu! — zawołała Mira, pękając ze śmiechu z ojca i z oniemiałej mamy. — Będzie tak, jak mówiłam. Za moją poszarpaną jarmarcznymi czarami bluzkę popracuję za tatusia. Słyszysz?! Halo, mamusiu, ocknij się wreszcie! Naszego rockowca już nie ma. Teraz przyszła pora na hip-hop. Za pół godziny odkurzanie zaliczę hiphopowo! Uwierz mi, „sponiewierana” córcia ci to mówi.
Ledwo wybiło południe, a Mira chowała już odkurzacz do schowka we wnęce przedpokoju. Sprzątanie było zakończone. Mira wyłączyła swój osobisty odtwarzacz CD i pobiegła do kuchni.
Pani mamusiu, melduję posłusznie, że zadanie zostało wykonane! — zameldowała spocona bardziej z pośpiechu niż z wysiłku. — A teraz pójdę już do babci. Przygotuj wszystko co mam jej zanieść i popakuj to tak, abym mogła za jednym razem zabrać się ze wszystkim. Aha, najlepiej rozdziel to wszystko na cztery siatki, bo Zuza chce mi pomóc i też idzie.
Przygotuj wszystko… ze wszystkim… to wszystko… Tak jest, zrozumiałam! — zameldowała tym razem mama i zasalutowała jak żołnierz. Po czym przyciągnęła do siebie Mirę i głośno cmoknęła ją w spocone czoło. — Idź do łazienki i przemyj twarz, bo pot ci kapie na tę twoją odlotowo-sponiewieraną szmatkę.
Masz rację mamusiu. Pędzę pochlapać się trochę wodą i potem zadzwonię do Zuzy… A właśnie, będziesz gotowa za piętnaście minut z pakowaniem babcinego towaru?
Będę, będę, co bym miała nie być — odpowiedziała mama z szerokim uśmiechem.
Mira pobiegła do łazienki. Nad umywalką przemyła twarz zimną wodą, przeczesała swój blond koński ogon i przesunęła go bardziej na czubek głowy. Potem owinęła go kilkoma frotkami w kolorze khaki i przypięła nad grzywką dwie różowe klamerki. Popatrzyła krytycznie na swoje odbicie w lustrze i stwierdziła zadowoleniem, iż wygląda całkiem uroczo. A to dzięki jej nowej wystrzałowo-odlotowej bluzce. Ta pochlebna ocena własnego wyglądu wprowadziła ją w jeszcze lepszy nastrój. Pomyślała, że w takim nastroju na pewno uda jej się tego dnia wiele zdziałać. Bo tylko dobry nastrój sprawia, że jest się pewniejszym siebie i odważniejszym. Tak, Mira wiedziała o tym doskonale. Jeszcze raz rzuciła lustrujące spojrzenie na uśmiechniętą Mirę w lustrze i głośno do niej powiedziała: — Masz kochaną mamę — i wyszła z łazienki.
Z łazienki Mira poszła prosto do swojego pokoju i zadzwoniła do Zuzy. Na szczęście Zuza była już gotowa i za pięć minut miała wspiąć się po schodach na drugie piętro. Mira była zadowolona. Jak na razie wszystko szło po jej myśli. Pobiegła do kuchni. Chciała sprawdzić czy mama spakowała już wszystko dla babci. W kuchni stwierdziła, że mama stanęła na wysokości zadania i cztery siatki pełne owoców i warzyw stoją przygotowane przy drzwiach.
Kochana jesteś, mamusiu! — zawołała i pocałowała mamę w policzek. — To za tę wspaniałą bluzkę.
Ile razy będziesz mi za nią dziękować? — zaśmiała się mama. — Ale muszę przyznać, że to miłe sprawić komuś przyjemność. Cieszę się więc razem z tobą, że to coś, co nazywasz bluzką, tak bardzo ci się podoba… O, ktoś dzwoni do drzwi. Otworzysz?
To z pewnością Zuzka — stwierdziła uradowana Mira i pobiegła otworzyć drzwi. — Witam moją Zuzulkę! Dobrze że już jesteś. Łapiemy się za siaty i pędzimy do babci Michaliny… A potem… a więc potem… urządzimy sobie miłe popołudnie…
Ty, Miruńka, ty mi tu nie zalewaj, tylko gadaj do rzeczy! — Zuza okręciła przyjaciółkę, aby dokładniej zobaczyć jej cud-bluzkę. — Skąd masz ten fajowy ciuch? No, gadaj!
A z targu! Mama mi go kupiła. Za moją dzisiejszą harówę od świtu. Bo wiesz, kto rano wstaje, temu pan Bóg daje… No nie? Odlot-bluzunia, nie? Widzę, że ci się też podoba, bo oczy ci wyszły z orbit.
No, no, no, pozazdrościć… i harówy i bluzuni.
Ty mi niczego nie musisz zazdrościć, bo to wszystko jest w zasięgu też i twoich możliwości. Trochę się tylko postaraj, a ja już zaprowadzę twoją mamę i ciebie tam gdzie trzeba. Bo takich bluzek było tam multum. Jedna fajniejsza od drugiej.
Mirunieczko kochana, a pomożesz mi moją mamę przekonać do takiego superowego ciucha? — skomlała Zuza z wypiekami na twarzy.
Zuzi tak bardzo spodobała się bluzka Miry, że nie mogła od niej oczu oderwać. Wreszcie sama zaczęła krążyć wokół Miry niczym jej satelita i z głośnym cmokaniem dotykać troków i frędzelków bluzki. Przy którymś już z rzędu okrążeniu kątem oka w drzwiach kuchennych zobaczyła głowę mamy Miry. Zawstydzona, zatrzymała się natychmiast i krzyknęła:
Dzień dobry, pani Haniu!
A witam cię, Zuziu! — odpowiedziała pani Hania i ze śmiechem podeszła do dziewczynek. — Widzę, że tobie też się spodobała ta nowa szmatka Miry. Nie martw się, jeśli twoja mama będzie chciała ci kupić nową bluzkę, to ja się wstawię za tobą, aby ci taką właśnie kupiła. Ale wiesz, musisz popracować nad tym, żeby w ogóle chciała.
Wiem, wiem, pani Haniu. Popracuję nad tym, i to ostro, bo bardzo bym chciała mieć taką samą bluzunię.
Ja ci pomogę, Zuzka. — Mira poklepała przyjaciółkę po ramieniu. — Wiesz, trzeba się śpieszyć, bo dziewczyny jak zwęszą te bluzki na targu, to może ich braknąć. Jak wrócimy od babci, to pójdziemy do ciebie i razem popracujemy, by na nią zarobić. W porzo, Zuza? No! A teraz chodźmy już.
Dziewczynki wyszły z mieszkania. I ledwie drzwi wyjściowe się za nimi zamknęły, Zuza napadła na Mirę, że już, że natychmiast, muszą iść na targ. Że muszą zaklepać przynajmniej taką jedną bluzkę do przyszłego wtorku, czyli do następnego dnia targowego. Że ona gotowa jest nawet rozwalić swoją świnkę, aby zapłacić zaliczkę dla pewności, iż tak wystrzałowy ciuch nie przejdzie jej koło nosa. Muszą więc najpierw iść do jej domu, a potem w te pędy na targ. Zuza uparła się i nie było wyjścia.
Mira nie była zadowolona z takiego obrotu sprawy, ale musiała się zgodzić. Obawiała się, że jeśli się nie zgodzi, to sprawa pod kryptonimem: „Zuza-komp” zejdzie na plan dalszy. Znała Zuzę i wiedziała, że kiedy ona ma jakieś problemy, to zawsze, tym bardziej zanurza się w komputer, by o problemach zapomnieć. Chcąc nie chcąc, postanowiła więc pomóc Zuzi pozbyć się jej nowego problemu. A kiedy przypomniała sobie jeszcze, że z tego wszystkiego nie zadzwoniła do babci Michaliny, aby ją powiadomić, że już do niej idzie, to już bez żadnego ale zgodziła się pójść do mieszkania Zuzy.
Rodziców Zuzy na szczęście nie było w domu. Udali się na większe zakupy. Zuza mogła więc spokojnie zająć się „szlachtowaniem” świnki, a Mira telefonowaniem do babci. Obie szybko i sprawnie załatwiły swoje sprawy i zadowolone wyszły z mieszkania, pozostawiając w nim towar dla babci w depozyt. Zuza z miną zdobywcy poklepywała się po kieszeni dżinsów, gdzie wcisnęła cały swój majątek z „wybebeszonej” świnki. A Mira rozkoszowała się dobrą wiadomością od babci Michaliny.
Dziewczynki pobiegły na targ w tempie iście olimpijskim. Każdej zależało na czasie. Chociaż każdej z innego powodu. Na targu bez problemu załatwiły sprawę. Zuza wręczyła pani ze straganu dwadzieścia złotych zaliczki i zaklepała sobie bluzkę. Taką samą naturalnie jaką miała Mira, tylko żeby jej nie dublować i nie wyglądać jak siostry syjamskie, wybrała bluzkę w kolorze antracytu. Przypilnowała, aby pani ze straganu zapakowała ją do osobnej torby plastikowej i włożyła karteczkę z jej nazwiskiem i kwotą zaliczki. Potem obie w pełni usatysfakcjonowane opuściły targ. Nie biegnąc już, ale szybkim krokiem poszły w kierunku ich wspólnego domu. Pod domem Mira dokładnie sprawdziła, czy w oknie nie widać jej mamy, a kiedy z zadowoleniem stwierdziła, że nie, sprintem pobiegły do mieszkania Zuzy. Po krótkiej chwili, obładowane siatkami z towarem dla babci, maszerowały już na ulicę Moniuszki, gdzie mieszkała babcia Michalina.
Mirka, tak się cieszę, że też będę miała taki super ciuch. — Zuza wkoło gadała o tym samym — Odwalę w domu najgorszą nawet pańszczyznę, byleby do wtorku wydębić od rodziców te nieszczęsne papierki na zapłacenie mojej kochanej bluzuni… Ty, czekaj, już chyba wiem co zrobię. Posprzątam piwnicę. Nieraz słyszałam jak mama narzekała na wielki bałagan w podziemiach naszej rudery... Dobra, dobra… nie rób takiej miny… w podziemiach naszej kochanej kamienicy. Pasuje? No… A więc myślę sobie, że po takiej kreciej harówce we wtorek zaprezentuję ci się antracytowo… Nie, nie z brudu. Ha, brudne to my obydwie będziemy, ale wcześniej. Bo ty, moja droga Mirabello, zadeklarowałaś swoją pomoc i to bez żadnego, o dziwo, przymusu. Chyba nie zapomniałaś już? No! Tak że wiesz, jak załatwimy twoją Michal… czewską babcię sportsmenkę, to bezapelacyjnie spuszczamy się do podziemia. W końcu to też i twoja piwnica.
Słowo się rzekło, kobyłka u płota. — Mira potwierdziła chęć pomocy. — Ja będę sprzątała przejścia piwniczne, a ty waszą prywatną piwnicę. Ale nie musimy się aż tak śpieszyć. Jak nie zdążymy dzisiaj się wysmarować brudem piwnicznym, to wysmarujemy się w poniedziałek. Nie zapomnij, że w poniedziałek mamy tylko trzy lekcje, więc zaraz po szkole możemy zasuwać w piwnicy. Tak byłoby nawet lepiej, bo rodzice będą w pracy i nie będą nam przeszkadzać w naszej pracy zarobkowej. A jak wrócą do domu, to im oko zbieleje od czystości piwnicznej. Tak że ciuch masz pewny… No, to dotarłyśmy wreszcie do Stasia od Halki. To dobrze, bo mi już ręce pomału odpadają. Co ta moja mama Haniutka tam do tych siat napchała?
Dziewczynki weszły na klatkę schodową starej kamienicy numer osiem, w której na pierwszym piętrze mieszkała babcia Michalina.
Babcia Michalina po śmierci dziadka Karola, czyli od kilkunastu już lat, sama mieszkała w tej starej przedwojennej kamienicy w trzypokojowym mieszkaniu. Była emerytowaną nauczycielką wychowania fizycznego. Na emeryturze była już od dwóch lat. I była bardzo szczęśliwa z tego powodu. Mogła wreszcie odpocząć i oddać się swojej pasji. A pasję miała wielką. Kochała konie. Prawie codziennie jeździła swoim małym autkiem VW Polo do podmiejskiej stadniny i zajmowała się końmi. Zajmowała się, bo nie tylko na koniach jeździła. Z wielką przyjemnością robiła przy koniach wszystko. Dosłownie wszystko. Od czyszczenia stajni, poprzez przywożenie i rozwożenie obroku dla koni, ujeżdżanie koni, do odbierania porodów i pielęgnacji źrebiąt włącznie. Skąd się na tym wszystkim znała? — „Z miłości do koni” — mówiła zawsze. Od roku miała też swojego własnego konia. Wykupiła go z transportu do rzeźni, ocalając mu tym samym życie. A potem długie tygodnie leczyła go i pielęgnowała. Przebywała wtedy całymi dniami w stadninie. Ze swojej skromnej emerytury wydała masę pieniędzy na lekarstwa oraz środki pielęgnacyjne. Ale się opłaciło. Jej kochany podopieczny wyzdrowiał i stał się na powrót pięknym i dobrze ułożonym koniem.
Mira jako pierwsza pokonywała schody. Zuza szła za nią. Mira co rusz podciągała nosem, bo już na klatce schodowej było czuć przepysznymi babcinymi naleśnikami. Była bardzo zadowolona. Co chwilę oglądała się za siebie i patrzyła na Zuzę. Chciała sprawdzić, czy ona też czuje ten wspaniały zapach. Mira wiedziała, że Zuza lubi naleśniki, a już za naleśnikami babci Michaliny wręcz przepada.
Ty, Mirka, czujesz ten waniliowy zapach? — odezwała się wreszcie Zuza, wciągając z lubością nozdrzami powietrze. — Mniam… ale bym sobie naleśniczki zjadła. Ten zapach mi je przypomina.
No to może i zjesz. — Mira uśmiechnęła się tajemniczo i nacisnęła dzwonek u drzwi.
Witam was, dziewczynki! — uśmiechnięta babcia Michalina stanęła w drzwiach.
Dzień dobry, babciu!
Dzień dobry, pani Michalino!
Ale jesteście obładowane. — Babcia Michalina złapała się za głowę. — Co ta Hania wam napchała do tych siatek? Przecież ja chciałam tylko truskawki i jabłka. Och, ta moja córcia. Zawsze musi coś od siebie dołożyć. Dajcie te siatki i wchodźcie. Naleśniki na was czekają.
A nie mówiłam?! — Mira zawołała z satysfakcją i popatrzyła na Zuzę. — Idziemy, idziemy babciu, za tobą i za tym zapachem, który już od klatki schodowej prowadzi nas do twoich drzwi. Ale jesteśmy głodne… na naleśniki.
Cieszę się, bo nasmażyłam ich dzisiaj bardzo dużo. — Babcia Michalina wskazała na paterę pełniusieńką naleśników. — Chyba byłam zbyt zajęta rozmyślaniem nad moim chorym Gladiatorkiem i wszystkiego zamiast jedną miarkę, dałam dwie. Tak że możecie jeść do syta i jeszcze do domu weźmiecie.
No właśnie babciu, co z Gladiatorem?
Jedzcie, jedzcie, dziewczynki — powiedziała babcia i przysunęła paterę z naleśnikami oraz dzbanuszek z sokiem malinowym. — Pytasz Miruniu co z Gladiatorem? Na szczęście już prawie dobrze. Zwłaszcza od kiedy założyłam mu opaskę usztywniającą na chorą pęcinę. Już tak nie utyka. Miał naciągnięte ścięgno w tylnej lewej nodze. Ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że to ja sama pośrednio przyczyniłam się do jego kontuzji. Chciałam być miła dla pewnej młodej studentki zoologii, która ma praktykę w naszej stadninie i pozwoliłam jej trochę pogalopować na Gladiatorze. A ona z pewnością przesadziła i pognała go cwałem, chociaż prosiłam ją, by tego nie robiła. Biedny Gladiator. Na pewno miał żal do mnie.
Nie martw się babciu, Gladiator ci wybaczy. — Mira pocieszyła babcię.
Myślę, że już mi wybaczył, bo jak dzisiaj rano byłam u niego, to znów mnie podszczypywał po ramieniu na znak przyjaźni.
Ale pani jest odważna! — głośno oceniła Zuza z buzią wypchaną naleśnikiem.— Ja to się koni boję jak ognia.
Wiem Zuziu, że miałaś w dzieciństwie wypadek z kucykiem i od tamtej pory pozostał ci lęk. Boisz się więc teraz wszystkich koni. Ale uważam, że zupełnie niepotrzebnie. Koń jest wielkim przyjacielem człowieka. Musiałabyś po prostu przełamać lęk i spróbować jeszcze raz. Warto, mówię ci.
Mira też mi to zawsze mówi, że powinnam spróbować podejść do konia. No tak, ale co będzie, jak koń pierwszy zechce do mnie podejść? O rany! Wyrwałabym chyba stajenną bramę w ucieczce, i to z zawiasami.
E tam… Zuza, aż tak źle nie będzie. — Mira zadowolona, że temat się rozwija szybko nałożyła przyjaciółce na talerz jeszcze jedną porcję naleśników. — Z pewnością uda ci się przełamać strach. Jestem tego pewna. Ja ci pomogę zaprzyjaźnić się z końmi, i babcia też… Prawda babciu? No widzisz, Zuza? Zobaczysz, jeszcze pokochasz konie, a może nawet załapiesz końskiego bakcyla tak jak babcia.
Ojej, powooooliii! — Przestraszona Zuza zagulgotała zapchaną buzią, a ręka zadrżała jej tak mocno, że aż kawałek naleśnika spadł jej z widelca na dżinsy. — O, widzisz, jak mój organizm reaguje na konia? Od razu dostaję trzęsionki… Ale dobra, spróbuję. Tylko powoli i stopniowo. Bo samą mnie już to wkurza, że się boję i nie bardzo wiem dlaczego. A przecież nie należę do tych strachliwych.
A wiesz, Zuziu, jak byłam w twoim wieku, to też spadłam z konia. I to wprost do rwącej rzeki — zaśmiała się babcia Michalina.
Och, babciu, opowiedz nam o tej historii. — Mira aż podskoczyła z radości, bo temat nabierał coraz więcej rumieńców. A o to jej przecież chodziło.
To było u mojego wujostwa we wsi Pilcz koło Kłodzka, gdzie co roku jeździłam na wakacje. Była tam stara klacz pociągowa. Nazywała się Kasztanka. Była to bardzo spokojna klacz, a i bardzo ociężała. Nie pamiętam już, czy była taka ze względu na wiek, czy też ze względu na jej wagę. A wagę to ona miała, że ho, ho! A do tego była ogromna. Dość powiedzieć, że wyglądała tak, jakby ją kto nadmuchał. Codziennie wieczorem razem z moim kuzynem Robkiem poiliśmy ją w pobliskiej rzece Białej Lądeckiej. Robek prowadził ją do rzeki za uzdę. Czasami na oklep jechaliśmy na jej grzbiecie. Ale muszę wam powiedzieć, że strasznie ciężko mi było wgramolić się na nią. No bo Kasztanka, będąc potężną klaczą, miała też bardzo szeroki zad. Podziwiałam zawsze kuzyna, że potrafił tak zwinnie wskakiwać na jej grzbiet. Rzucał jej polecenie: „Kasztanka-hop!” i Kasztanka posłusznie schylała swój duży łeb. Wtedy on, łapał za jej bujną grzywę, odbijał się nogami od klepiska, i hop… razem z impetem jej łba, podnoszonego przez nią na powrót do góry, lądował w szerokim rozkroku na jej grzbiecie. A ja, żeby się na nią wgramolić, musiałam najpierw wspiąć się na jej żłób. Potem Robek poleceniami: „wiśta… prrrr…” i tym podobnymi, nakierowywał jej zadem tak, aby mnie bez większego wysiłku wciągnąć za siebie, czyli na jej potężny zad. Pamiętam, że zawsze mnie nogi w kroku bardzo bolały. A moja kość ogonowa była zawsze tak poobijana o Kasztanki kręgi ogonowe i jej kość miedniczną, że jeszcze po powrocie do domu czułam to miejsce. Zwłaszcza w szkole, siedząc na twardej ławce. Pewnego razu, zachciało mi się samej napoić Kasztankę. Długo musiałam Robka prosić, aby się zgodził. W końcu uległ mojej prośbie i pomógł mi zasiąść klacz. Ale byłam dumna. Siedziałam przecież sama na grzbiecie konia i najnormalniej w świecie jechałam. Robek szedł obok i rozglądał się tylko czy nikt nie widzi. A muszę wam powiedzieć, że do rzeki trzeba było jechać dość stromo w dół, gdyż dom wujostwa stał na wzgórzu, a Biała Lądecka płynie w dolinie. Tryskałam radością. I to nic, że mnie pięty strasznie bolały od ściskania olbrzymiego brzucha Kasztanki dla zachowania równowagi. To nic, że mnie palce zdrętwiały od kurczowego trzymania się jej długiej grzywy. Wszystko to nic. Najważniejsze dla mnie było to, że jadę sama. Dumna jak paw dojechałam do rzeki. Wydałam Kasztance polecenie: „Kasztanka woda!”, a Kasztanka ani drgnie. I wtedy Robek wrzasnął: „Nuże ty głupia szkapo! Nie słyszysz co miastowa pani do ciebie mówi?!” i ręką jak nie trzaśnie Kasztankę w zad. Na to Kasztanka zareagowała natychmiast. Trzepnęła swym dużym łbem i momentalnie schyliła go do wody. A ja, niestety, straciłam równowagę i przeleciałam przez jej łeb. Zrobiłam efektowne salto w powietrzu i wylądowałam jak długa w rwącej rzece.
Straszne! I co się pani stało? — spytała wylękniona Zuza.
Na szczęście nic groźnego. Ale do końca wakacji nie usiadłam już na Kasztankę. Z prostej przyczyny, moja kość ogonowa nie pozwoliła mi na to. Bo gdy wylądowałam w rzece, uderzyłam się w to miejsce o wystający z dna głaz i potem długo nie mogłam normalnie siedzieć. Siedziałam albo na jednym pośladku albo na drugim. Najgorzej było podnieść się z takiej półsiedzącej pozycji albo się schylić. Pamiętam, że odczuwałam ból w tym miejscu jeszcze po wakacjach i nawet cały wrzesień byłam zwolniona z zajęć wychowania fizycznego. Ale w końcu ból minął i już w październiku zapisałam się do Szkoły Jazdy Konnej na pierwszy mój w życiu kurs jeździecki.
No widzisz, Zuza? Czasami upadek to dobra rzecz. — Mira krótko skomentowała babci historię z Kasztanką i złapała za dzbanuszek z sokiem malinowym, aby polać Zuzi następną porcję naleśników. — Ty też powinnaś w końcu zapomnieć o swoim upadku z kucyka i innym okiem popatrzeć na konia. Bo sama widzisz, że twój upadek nijak się ma do upadku babci. Z kucyka do ziemi miałaś krótszą drogę lotu niż babcia z olbrzymiej Kasztanki do rwącej rzeki. I ty nie uszkodziłaś sobie osobistego ogona w zaniku, a babcia tak, i to na długo. Tak że wiesz, czas abyś wreszcie była Zuzą i pokazała innym, a przede wszystkim sobie, że na widok konia nie będziesz więcej trzepać dżinsami. No co, Zuza, przyswajasz?
Przyswajam, przyswajam… aż od tego przyswajania motyle w brzuchu czuję… Cha, cha, cha! Widocznie przepoczwarzyły się z tych pysznych naleśników po wstrząsie mojego organizmu wywołanym przyswajaniem przede wszystkim tego, co ja tu sama przed chwilą nagadałam. Sama siebie podziwiam za to, że postanowiłam spróbować podejść do konia. A że nigdy słowa nie cofam, więc klamka zapadła… A niech mnie dunder świśnie! Moja odwaga mnie kiedyś wykończy.
Zuza zamilkła nagle, i wybałuszając oczy, patrzyła gdzieś w przestrzeń pozaokienną. Sama nie przypuszczała, że lęk do koni był w niej tak mocno zakorzeniony. Myśl o najbliższej przyszłości, i o tym, co musi w niej nieuchronnie nastąpić, przyprawiła ją o palpitacje serca. W myślach wściekała się też na swoją przeklętą naturę, która nie pozwalała jej na cofnięcie danego słowa. Do tej pory uważała, że to jej zaleta. Teraz ją przeklinała. Poczuła się nagle przepełniona. Sama już nie wiedziała czym. Czy naleśnikami, których zjadła na pewno ze cztery porcje, czy lękiem przed przyszłością — z koniem w tle. Zrezygnowała jednak z dalszego analizowania powodu przepełnienia, bo ni stąd, ni zowąd, zaczęło ją mdlić. Chciała wyjść na świeże powietrze. Natychmiast wróciła oczami zza okna i popatrzyła błagalnie na Mirę. Ale kiedy stwierdziła, że ta nic nie kapuje, kopnęła ją pod stołem w nogę i oczami wskazała drzwi wyjściowe.
Mira domyśliła się, że z Zuzą jest coś nie tak, kiedy ta milcząca i bez najmniejszego ruchu wpatrywała się w okno. Podświadomie od razu spojrzała w kierunku babci. Babcia zajęta jednak była sortowaniem owoców i warzyw. Mira zdała sobie wtedy sprawę, że w rozruszaniu Zuzy zdana jest tylko na siebie. Na szybko zaczęła wymyślać nowy temat do rozmowy. Nie chciała by Zuza tak bardzo przeżywała swój lęk. Z jednej strony żal jej było przyjaciółki, ale z drugiej strony wiedziała, czym taki jej lęk grozi. Niczym innym, jak zanurkowaniem w komputer. I już chciała się odezwać na temat jej trafnego wyboru koloru bluzki, gdy nagle poczuła kopniaka. Popatrzyła pytająco na Zuzę i wtedy właśnie Zuza mimiką twarzy nakazała jej zwrócić uwagę na drzwi wyjściowe babcinego mieszkania. Mira zlękła się, że zamiast osiągnąć jakiś widoczny rezultat w sprawie pod kryptonimem: „Zuza-komp”, nie osiągnęła nic. A może nawet, drążąc temat konia, pogorszyła sytuację? A może też, przez to długie siedzenie u babci Michaliny (świadomie przez nią przeciągane) Zuza poczuła się źle? Mira wiedziała, że Zuza nie przepada za generacją dziadków. A to tylko dlatego, że nie miała zbyt miłych doświadczeń ze swoimi dziadkami. Dziadków ze strony ojca w ogóle nie pamiętała, gdyż oboje zmarli w przeciągu dwóch lat kiedy ona była jeszcze bardzo malutka. Natomiast dziadków ze strony mamy, i owszem, znała, ale nie pałała do nich szczególnym sentymentem. Dziadek jeszcze przed jej narodzinami odszedł od jej babci Pauliny. Widziała go może ze cztery razy w swoim życiu. Nie wywarł na niej dobrego wrażenia. Babcia Paulina z kolei mieszkała zawsze z nimi. Znała więc ją doskonale. Aż nazbyt doskonale. Dlatego była na swój sposób szczęśliwa, kiedy dwa lata temu babcia wyszła za mąż za swojego nowego przyjaciela poznanego w sanatorium i wyprowadziła się do niego. Zuza nie miała nigdy dobrego kontaktu ze swoją babcią. Uważała, że jej babcia to typowy okaz egocentryka, przedkładającego swoje ja ponad wszystko i wszystkich. Oprócz pracy w bibliotece, całymi dniami zajmowała się tylko sobą. A całe swoje otoczenie zmuszała do akceptacji jej stylu życia i jej przeróżnych fanaberii. Potrafiła przesiedzieć w swoim pokoju całe popołudnie i wieczór, a w weekendy calusieńkie nawet dnie… i nic, tylko czytać i słuchać muzyki. Często nawet na obiad (ugotowany przez jej córkę albo zięcia) nie przychodziła do kuchni, tylko kazała sobie przynosić do swojego pokoju. Nigdy sama nie gotowała. Mówiła zawsze, że już się w życiu dość nagotowała, teraz kolej na młodych. Oprócz sprzątania własnego pokoju, nie robiła właściwie nic. Mało ją obchodziło, co się wokół niej działo pod wspólnym dachem. Dla Zuzy nigdy nie miała czasu. Ba, nie miała nawet ochoty ani cierpliwości z nią porozmawiać. Traktowała Zuzę jak zło konieczne, które burzy jej święty spokój i dezorganizuje plan dnia. Z pokoju jej zawsze dochodziła muzyka. Zuza czasami miała już po wyżej uszu babcinej muzyki. Bo babcia jak się nieraz uczepiła jakiejś piosenki, to potrafiła ją na swoim magnetofonie przez kilka godzin „piłować” w te i we w te. Dlatego jedyne, co Zuzi pozostało po babci Paulinie, to cytowanie niekiedy słów piosenek, słuchanych przez babcię. Słów, które bez udziału jej woli, same jej się w pamięć wgryzły.
Wszystkie te myśli na temat Zuzy dziadków przeleciały Mirze po głowie w kosmicznym tempie i ustąpiły miejsca na inne myśli. Mira starała się przypomnieć sobie, czy Zuza kiedykolwiek wyrażała się źle o babci Michalinie. Na szczęście nic takiego sobie nie przypomniała. No może tylko tyle, że Zuza nie paliła się zbytnio do częstych odwiedzin babci. Ale przeciwko samej babci właściwie nigdy nic nie miała. Te wnioski uspokoiły ją nieco. Ale co miała dalej robić, by Zuza na powrót dobrze się poczuła, tego nie umiała wymyślić. Znów popatrzyła na babcię, która ciągle była odwrócona plecami. Wbiła wzrok w jej plecy i w myślach błagała ją by się odwróciła i coś poradziła.
No co, moje kochane, najadłyście się już do syta? — spytała nagle babcia Michalina, odwracając się do dziewczynek. — Bo jeżeli macie już dosyć naleśników, a może już was nawet zemdliły, to zrobię wam herbatkę miętową. Dobrze wam zrobi.
O tak, babciu, prosimy! — Mira prawie wrzasnęła, ogromnie zaskoczona natychmiastową reakcją babci. — Babciu, ty zawsze wiesz najlepiej, kiedy, co, i jak.
Miruniu, nie przesadzaj, aż taka wszechwiedząca to ja nie jestem — zaśmiała się babcia i nastawiła czajnik. — Ale to, to wiem, że po dużej dawce słodkości mięta jest niezbędna… No co, Zuziu, źle się czujesz?
Ze mnie taki łasuch na naleśniki, że tyle ich wchłonęłam bezmyślnie, iż faktycznie teraz mnie mdli — odpowiedziała zawstydzona Zuza, ale w pewnym stopniu też i zadowolona, bo babcia Miry pośrednio wyjaśniła przyczynę jej złego samopoczucia.
Mdłości, choć to uczucie niemiłe, dla Zuzy nagle stały się paradoksalnie miłym uczuciem. A miłym dlatego, że jej chodziło o przyczynę, a nie o skutek, więc to, że naleśniki były przyczyną jej mdłości, a nie uśpiona do tej pory trwoga przed końmi bardzo jej odpowiadało. Ba, podtrzymywało ją nawet na duchu i dawało nadzieję.
Nie martw się, Zuza, babcia już wie jak nam pomóc. — Mira uspokajała przyjaciółkę i sama aktorsko udała mdłości, łapiąc się za brzuch. — Prawda, babciu? Mięta zaraz postawi na nogi naleśnikowych żarłoków… I pomyśleć, że wszystkiemu winna jest jakaś tam studentka zoologii.
Cha, cha, cha! Masz rację Miruniu — śmiała się babcia Michalina. — Bo gdyby nie ona, zjadłybyście o połowę mniej. No, to zabieram już ze stołu paterę i zabraniam wam jeść dzisiaj więcej naleśników. Całą resztę podzielę wam i weźmiecie do domu. I dopiero jutro możecie je sobie odsmażyć na patelni. Chyba że wasi rodzice jeszcze dzisiaj się nimi zaopiekują.
Ja się dobrowolnie zrzekam całej reszty na rzecz Zuzy — oznajmiła Mira wspaniałomyślnie. — Wezmę tylko dwa. Jednego dla mamy i jednego dla taty.
No coś ty, Mirka — Zuza zaprotestowała, ale bez większego przekonania, bo mdłości już jej pomału przechodziły.
Zuza, wszystko pasuje. — Mira upewniła przyjaciółkę i pociągnęła łyk miętowej herbaty z filiżanki podanej przez babcię. — Moi rodzice aż tak bardzo nie przepadają za naleśnikami, a ja, będąc częściej u babci, mam też okazję częściej je sobie podjeść. Bo babcia dba o moje podniebienie. Spróbuj Zuza, pyszna herbatka. I od razu przynosi ulgę na przepełniony obżarstwem żołądek… Babciu, a skąd ty to wszystko wiesz? No wiesz, co szkodzi, a co pomaga… tego też się nauczyłaś u wujostwa na wsi?
Nawet nie pamiętam, czy akurat tam się tego nauczyłam. Ale z pewnością nauczyłam się tam wielu cennych i potrzebnych w życiu rzeczy. Wieś Pilcz była dla mnie najpiękniejszym i najwspanialszym miejscem na ziemi. Nie obchodziły mnie żadne kolonie, czy obozy. I rzadko kiedy dawałam się rodzicom na nie namówić. A jak już byłam na jakiejś koloni albo obozie, to liczyłam dni, kiedy turnus się skończy i wrócę do domu. By po paru dniach, wyjechać do Pilcza i pozostać tam aż do końca wakacji.
Babciu, a opowiedz nam jeszcze jakąś twoją przygodę z wakacyjnego Pilcza. — Mira zachęcała babcię, lustrując przy tym Zuzę, czy następna porcja opowiadania jej nie zaszkodzi.
Zuza, o dziwo, spokojnie popijała herbatkę i z uśmiechem patrzyła na babcię Michalinę, wyczekując jej opowieści.
Widok ten ucieszył Mirę bardzo. Zadowolona, sięgnęła po postawiony przez babcię termos z herbatą miętową i napełniła Zuzy i swoją filiżankę. Pociągnęła łyk i zaczęła mówić dalej:
Bardzo interesuje nas (i tu wymownie popatrzyła na Zuzę), jak kiedyś nasi rówieśnicy spędzali wakacje. Jakie wspaniałe przygody przeżyła babcia Michalina… Przepraszam… wróć! Jakie wspaniałe przygody przeżyła Michalina… bo babcia wtedy przecież nie była jeszcze babcią… prawda, babciu? Mogę tak mówić o tobie z tamtych lat?
— Ależ oczywiście. W tamtych latach byłam przecież waszą rówieśniczką. Zatem, opowiadając o sobie historie z tamtych lat, będę mówiła o Michalinie w trzeciej osobie, jak o waszej koleżance. A więc posłuchajcie. Opowiem wam zabawne historie, jakie przytrafiły się Michalinie zaraz na początku jej wakacji w Pilczu. A działy się one o rok wcześniej niż ta feralna historia z pojeniem Kasztanki...

cdn.


Link do powieści: "Szalone wakacje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (VIII/XI)



Cruxlandscy rycerze, wiedząc już z kim mają do czynienia, poczuli się zakłopotani tą sytuacją. Ale niedługo. Po chwili ich zakłopotanie przerodziło się w ogromny tryumf. No bo też schwytali nie byle kogo. Schwytali jedynego brata Króla Napoleona. A skoro Król Cruxlon uważa króla Barbedetlandii za odwiecznego wroga, to ten tutaj, też nim być musi. Zadowoleni z siebie, skrępowali Chiorunka jeszcze mocniej i poprowadzili przed oblicze swojego pana i władcy.
Król Cruxlon w międzyczasie został przez pozostałych rycerzy doprowadzony do porządku i znów siedział w swojej lektyce. Całkiem już przytomny, i co tu ukrywać, wściekły, obserwował poczynania swoich rycerzy. Gdy zobaczył, iż udało im się schwytać tego kogoś, kto czyhał na jego życie, z uciechy zacierał ręce. Chciał osobiście ukarać tego nikczemnika. I zanim rycerze doprowadzili go do niego, w głowie zrodził mu się już pomysł, aby ukarać go wrzuceniem do najciemniejszych lochów, w którym musiałby sam zdobywać jedzenie i wodę, a w których oprócz szczurów i wody ściekowej, nie ma nic. Król Cruxlon zawsze uważał, że kara musi być adekwatna do winy. Bo jakże by inaczej? A czyn, którego dopuścił się ten nikczemnik, toż to istna zbrodnia. Odważył się przecie przerwać mu drzemkę. A że Król Cruxlon lubował się w wymierzaniu kary i chętnie karał za byle jakie przewinienia, to w tym przypadku, czuł wręcz ogromną przyjemność. Cały był podniecony. Wreszcie będzie miał okazję wydać srogi wyrok. Cieszył się już na samą myśl, że za chwilę zobaczy zrozpaczoną twarz ukaranego. Tak że kiedy rycerze doprowadzili już Chiorunka i z ogromną satysfakcją rzucili go na kolana przed jego oblicze, od razu otworzył swe królewskie usta, by oznajmić mu swój wyrok. Otworzył, i zaraz zamknął, nie wypowiadając ani jednego słowa. Wpatrywał się tylko z wybałuszonymi oczami na klęczącego, a zwłaszcza na jego hełm. Poznał zrazu, co za herb ma wyryty nad przyłbicą. Jakże miałby go nie poznać? Nienawidził go od zawsze. Przez moment poczuł się jakoś niewyraźnie. No bo co to może oznaczać, że Książę Barbedetlandii porwał się na niego? Czyżby Król Napoleon wysłał go w specjalnej misji, aby nie dopuścił do jego ożenku z Księżniczką Virginislandii? Ale po chwili zastanowienia doszedł jednak do wniosku, że jakkolwiek by nie było, to i tak może tryumfować. Bo oto Książę Barbedetlandii klęczy przed nim związany jak prosię na rzeź, a on, Król Cruxlandii, może się w rzeźnika zabawić, jak przyjdzie mu na to ochota. Ale zaraz przyszło mu też na myśl, że na wszelki wypadek warto by było jednak wiedzieć o zamiarach Króla Napoleona. Rozkazał więc Chiorunkowi mówić natychmiast co robi na terenie jego królestwa i jak śmiał mu przeszkadzać w drzemce. Mając nadzieję, że przy okazji dowie się o poczynaniach swojego wroga i rywala w jednej osobie. I gdy usłyszał od wielce wylęknionego (jak mniemał) Księcia Barbedetlandii jakąś bełkotliwą odpowiedź, poczuł się nad wyraz szczęśliwy. Wprawdzie niewiele z niej zrozumiał (choć język barbedetlandski znał od dziecka), ale to, że król Napoleon czeka w pałacu na przybycie przyszłej żony, zrozumiał doskonale. I to mu wystarczyło, by poczuć się szczęśliwym. Bo przecież o to mu chodziło. — „Co tam książę? — analizował w myślach. — „Toż to tylko niedorostek, smarkaty brat Króla Napoleona. Nie warto nim sobie głowy zawracać… Zaraz, ale chyba warto zawrócić nim głowę Królowi Napoleonowi. Świetna myśl! Oj, świetna. Zażądam pół królestwa w zamian za niego. No, jestem geniuszem. Co za cudowny dzień. Młoda żona mi się dostanie i jeszcze do tego pół Barbedetlandii… Królu Cruxlonie, jesteś szczęściarzem”. — Pod wpływem swoich myśli poczuł się jeszcze bardziej podniecony, ba, poczuł się wręcz przeszczęśliwy. Zrazu popatrzył łaskawszym okiem na skrępowanego Księcia Barbedetlandii, a mając na uwadze swoje przyszłe powodzenie, był gotów mu nawet wybaczyć wszystkie niedogodności, jakie przed chwilą z jego powodu doznał na drodze — do szczęścia. Do podwójnego szczęścia. Bo i w ożenku, a dzięki niemu, i w bogactwie. Popatrzył również na swojego informatora stojącego przed lektyką. I choć nie lubił się uśmiechać do poddanych, uśmiechnął się do niego szeroko. Bo to jemu zawdzięcza, iż w ogóle się teraz znajduje na drodze do szczęścia. Do podwójnego szczęścia. Przecież to on przybiegł do niego z wiadomością, iż Księżniczka Virginislandii czeka na niego z wielkim utęsknieniem. W myślach postanowił wynagrodzić go naprawdę… Ale to tylko w myślach… i później. A na już, zwrócił się do rycerzy i kazał im, ku ich ogromnemu zdziwieniu, podnieść księcia z klęczek, poluzować więzy i tylko jedną liną przywiązać go do jego lektyki. Kazał im też dać mu pić, a potem całą drogę dbać o niego, by mu się nic złego nie stało.
Rycerze z wielce zaskoczonymi minami wykonywali rozkazy Króla. Nie mogli się nadziwić, co go nagle odmieniło, że zrobił się aż tak łaskawy dla swojego wroga.
Informatorem Króla Cruxlona był oczywiście herszt dwudziestoosobowej bandy, który jak sobie zaplanował, tak zrobił. Wprost ze szczytu góry pognał wraz ze swymi kompanami do Króla z wiadomością o Księżniczce Virginislandii, a właściwie z wyssanym z palca obrzydliwym kłamstwem o niej. Ale najpierw, zanim skierował swe kroki do Króla, zrobił z kompanami nagonkę na zdrajcę ze swojej bandy. Szybko udało im się go namierzyć, bo też niedaleko musieli szukać. Dopadli go w lesie, gdy ten czaił się już w pobliżu namiotu Króla Cruxlona. W pośpiechu zrobili z nim porządek, przywiązując go za język do drzewa, a sami, spokojni już, stanęli przed wejściem do namiotu Króla. Do środka wszedł jednak tylko sam herszt bandy. Z uniżeniem (oczywiście na pokaz) pacnął przed obliczem Króla, i nie czekając nawet aż Król da mu przyzwolenie by zaczął mówić, bez żadnej żenady od razu opowiedział z jaką arcywiadomością przyszedł. Nabajdurzył ile wlezie, i ledwie skończył bajdurzyć, zażądał sowitej zapłaty. I o dziwo, też ją otrzymał… Bo wtedy, gdy chodziło o sprawy ożenku, Król Cruxlon sięgał po swą sakiewkę wyjątkowo chętnie.... I tylko wtedy. Herszt bandy uszczęśliwiony, że tak mu łatwo wszystko poszło, złapał za sakiewkę i zmierzał ku wyjściu z namiotu. Miał zamiar natychmiast stracić się Królowi z oczu, i to na zawsze. Ale gdy był już przy samym wyjściu, Król Cruxlon zawołał go z powrotem i zaczął mamić go i kusić dodatkową zapłatą, i to podwójną, jaką mu da, gdy go zaprowadzi do Księżniczki Virginislandii i osobiście dokona jego prezentacji. Cóż było mu robić? Na dukaty łasy był okrutnie. Dał się więc skusić i pozostał. Pierwszą zapłatą podzielił się ze swymi kompanami, i nie przyznając się do niczego, nakazał im natychmiast opuścić Cruxlandię. Sam zaś, zadowolony z przechytrzenia kompanów, postanowił obłowić się w pojedynkę. Zdawał sobie jednak sprawę, iż to obławianie się może być niebezpieczne. Dlatego od razu uknuł w głowie plan, że gdy tylko Króla Cruxlona zaprowadzi do Księżniczki Virginislandii na szczyt góry, to zmusi go do zapłaty najszybciej jak to się tylko da i natychmiast zniknie mu z oczu, uciekając do Barbedetlandii.
Chiorunek, klęcząc pod lektyką Króla Cruxlona, czuł przeogromny lęk. Wiedział, że ten okrutny Król może go zgładzić bez pardonu. Pierwszy raz w życiu dowiedział się jak smakuje strach o swoje życie. I co tu ukrywać, dowiedział się, że wcale nie smakuje. Jest gorzki, dławi w gardle i paraliżuje całe ciało, a nawet duszę. Ale kiedy zauważył, że Król Cruxlon jakoś dziwnie mu się przypatruje, zwłaszcza jego hełmie z wyrytym herbem, nabrał nadziei, że może jeszcze nie wszystko stracone, może jest jeszcze jakaś szansa, iż daruje mu życie. Poczuł się od razu pewniej. Metodą dedukcji doszedł też do wniosku, że w tym akurat przypadku, związanym li tylko z osobą Księżniczki Indii, Król Cruxlon może nieco zmienić swe oblicze i z okrutnego tyrana stać się łagodnym barankiem. Wiadomo, że na krótko, ale może na wystarczająco długo, by on zdążył ujść z życiem. Nie wiedział jeszcze jak tego „ujścia z życiem” dokona i czy uda mu się dokonać tego samemu czy z pomocą Napolcia. Pewnie, że wolałby samemu, ale teraz nie było to dla niego aż takie ważne, że jak ostatnia niedołęga będzie korzystał z pomocy brata. Teraz najważniejsze dla niego było jego życie, nie ambicje. No może nie tak całkiem do końca, ale coś w tym rodzaju. Czuł, że król Cruxlon przypatruje mu się coraz bardziej natarczywie. Nabrał więc prawie że pewności, iż Król Cruxlon nie zamierza pozbawiać go życia. Przynajmniej nie teraz. Klęczał więc już nieco spokojniejszy i wytrwale pochylał głowę. A pochylał ją przede wszystkim dlatego, ponieważ chciał, aby jego herb był widoczny w całej okazałości i żeby Król Cruxlon mógł mu się jeszcze dokładniej przyjrzeć, skoro już tak długo patrzył. — „Może to coś znaczy?” — pomyślał. Ale wreszcie pod wpływem świdrującego spojrzenia Cruxlona sam doznał dziwnego uczucia, bo nagle, ni stąd, ni zowąd, w głowie rozbrzmiały mu słowa motta, którego treść zawarta była w wyrytym na jego hełmie herbie. Motta, o którym właściwie nigdy nie pamiętał. Był bardzo zaskoczony tym odczuciem. Czuł coraz bardziej wyraźnie, że lęk go opuszcza. Wtedy poczuł się od razu sobą. Tak że kiedy Król Cruxlon wreszcie się odezwał i nakazał mu mówić, co robił na terenie jego królestwa, łgał już swoim zwyczajem jak z nut. A łgając, specjalnie bełkotał niewyraźnie i drżącym głosem, by król myślał, że jest strasznie wylękniony. Czuł, że tak będzie lepiej dla niego. Tylko o Napolciu powiedział wyraźnie, aby, co nie daj Bóg, Król Cruxlon ze strachu przed nim, nie zrezygnował z wejścia na szczyt i nie zabrał go z sobą jako jeńca do swojego pałacu. I ażeby potem nie posłużył się nim przed Napolciem jako kartą przetargową do osiągnięcia swego celu, czyli ożenku z Księżniczką Indią. Wyczuł, że jego odpowiedź, wszak w większości bełkotliwa i niewyraźna, zadowoliła Króla Cruxlona. A słysząc jego rozkazy, jakie wydawał swoim rycerzom, uspokoił się już całkowicie i od razu zabrał się za obmyślanie strategii ucieczki. Tak, najwyraźniej doszedł już do siebie, bo znów zaczynał marzyć. A marzył, by jakimś cudem uciec spod lektyki Króla Cruxlona zanim dojdzie do jego spotkania z Napolciem. Marzył, by zdążyć Napolcia powiadomić o nadchodzącym Królu Cruxlonie i jego zamiarach. Bo też znów zaczęło mu się marzyć, aby jednak dowieść swego czynu bohaterskiego. Chociażby już tylko w połowie.
Król Cruxlon, zadowolony z tak wspaniałego dla siebie obrotu sprawy, nakazał ruszyć w dalszą drogę. Był pewien, że oto otwiera się przed nim szczęśliwa przyszłość. Nic i nikt nie mógł mu już przeszkodzić w drodze ku szczęściu. Bo któż by jeszcze miał mu przeszkodzić? Król Napoleon siedzi w swoim pałacu, daleko stąd. Jego jedyny brat, wprawdzie to tylko chłystek, ale też już nie jest mu wstanie zaszkodzić. Któż więc mógłby się jeszcze odważyć? Zresztą, wysłał na zwiady swego bratanka, Księcia Karola wraz z jego giermkiem, a ten już by go z pewnością zawiadomił, gdyby ktoś niepożądany nadciągał. Rozmyślając o tym wszystkim, stawał się coraz bardziej radosny (choć to u niego rzadkość), rozsiadł się wygodnie w lektyce i z uśmiechem na swej starej i groźnej zazwyczaj twarzy patrzył w dal. W dal patrzył również i oczami wyobraźni. I cóż przed sobą widział? Widział przed sobą świetlaną przyszłość, która przybliża się coraz bardziej do Jego Królewskiej Mości. Cóż za rozkosz. Król Cruxlon promieniał ze szczęścia.
Napolcio dowiedziawszy się od Króla Cruxlona o wyczynie swego braciszka najpierw się przeraził, potem zezłościł na swych druhów, a potem na samego Chiorunka. A jeszcze potem, zachciało mu się śmiać, że ten młokos porwał się w pojedynkę na Króla Cruxlandii jak z motyką na księżyc. W głębi serca jednak ogromnie go podziwiał za jego odwagę i oddanie. Bo to, co Chiorunek zrobił, próbując Króla Cruxlona powstrzymać przed wejściem na szczyt góry, to nie była już zwykła jego szczeniacka brawura na pokaz, to był już naprawdę czyn bohaterski. Tak rozmyślając, już naprawdę nie wiedział jak ma potraktować brata. Ale że wrażliwe miał serce i sercem patrzył na wszystko i wszystkich, w końcu dał też sercu za wygrane. Klęknął przy Chiorunku i wyszeptał mu do ucha:
Słuchaj, braciszku, nie wierzę, że ci to powiem, ale ci powiem. Jesteś bohaterem.
Jak to? To nie jesteś na mnie zły? — Chiorunek aż podskoczył z wrażenia. Bo też wszystkiego najgorszego się spodziewał, ale już na pewno nie tego, że Napolcio nazwie go bohaterem.
Nie, nie jestem. Wiem, że zasłużyłeś na naganę za to, że jako mój młodszy brat porwałeś się w pojedynkę na tak niebezpieczny czyn. Wiem to doskonale. Ale wiem też, że całą tę naganę przezwycięża przeogromny podziw, że to właśnie zrobiłeś, narażając swoje życie… Dzisiaj więc wyjątkowo…
Napolcio nie skończył, bo Chiorunek nagle się rozpłakał jak małe dziecko, i wtulając się w jego ramiona, zaczął go całować gdzie popadło. Nawet po jego zbroi. Napolcio wzruszył się zachowaniem swojego ukochanego braciszka. Bo przecież on nigdy nie płakał. Przytulił go mocno do siebie i wtedy poczuł, że i jemu samemu łzy cisną się do oczu.
Chiorunek całował i łkał, łkał i całował. A w przerwach między pocałunkami mówił coś do Napolcia łkającym, przez to i niewyraźnym szeptem. Ale po chwili, jak nie wrzaśnie, głośno i bardzo już wyraźnie:
Królu Napoleonie, jesteś wielki!
Napolcio buchnął gromkim śmiechem. Śmiał się wprawdzie przez łzy, ale był to śmiech bardzo radosny. Chiorunek zaczął mu wtórować. Do ich śmiechu dołączyły też trzy potężne basy: Papkoja, Sławoja i Rolanda. I kiedy Papkoj i Sławoj wiedzieli dlaczego się śmieją, to Roland śmiał się, nie wiedząc dlaczego. Ale śmiał się najgłośniej.
Król Cruxlon był niesamowicie zaskoczony tym nagłym wybuchem wesołości wśród tych, co akurat powinni się trząść ze strachu a nie ze śmiechu. — „Co ich napadło?" — dumał. — „A może to taka ich reakcja na strach…? Histeria… Tak, to jest histeria. Ze strachu popadli w histerię” — i sam zaczął się śmiać, ucieszony, iż ich zachowanie właściwie sobie wytłumaczył.
Rycerze Króla Cruxlona, widząc swojego króla śmiejącego się, i to śmiejącego się razem ze swym największym wrogiem, zbaranieli z kretesem.
Napolcio, śmiejąc się ciągle, wycelował Chiorunkowi siarczystego całusa prosto w nos, po czym odsunął go nieco od siebie, pochylił głowę i przyłożył płonącą pochodnię do liny, którą Chiorunek był przywiązany do lektyki Króla Cruxlona. Zaskwierczało, zadymiło… i Chiorunek był wolny.
Rycerze cruxlandcy, widząc to, natychmiast doskoczyli do Napolcia i Chiorunka i obstąpili ich dookoła. Wtedy Król Cruxlon w momencie przestał się śmiać i krzyknął oburzonym głosem:
Królu Napoleonie, wara ci od mojego jeńca!
Nie, Królu Cruxlonie, mój brat nigdy nie będzie twoim jeńcem. I to za żadne skarby świata! — odfuknął Napolcio.
Nie o skarby świata mi chodzi, tylko o połowę twojej Barbedetlandii. I odsuń się lepiej od niego, bo nie ręczę za moich rycerzy. Chyba sam widzisz, że nie masz żadnych szans. Stoisz przed moim obliczem z trzema tylko rycerzy, nie licząc tego tu smarkacza ani też twego konia, któregoś przyprowadził na szczyt góry nie wiem po co. Tak że pomiarkuj, bo masz przeciwko sobie setkę moich rycerzy… więc jak? Dajesz mi połowę Barbedetlandii i możesz zabierać swojego szurniętego brata… Albo zabieram go do swego pałacu i poczekam aż skruszejesz…
Niedoczekanie twoje, Królu Cruxlonie! — Napolcio wzburzył się okrutnie. Nie pojmował jak można być tak obrzydliwie zachłannym.
Doczekanie, doczekanie… mało tego, mam też zamiar pozbawić cię złudzeń co do ożenku z Księżniczką Virginislandii. Raz, że ona ciebie nie chce, boś gamoń i kiep… i ma rację, sam to teraz widzę, zwłaszcza z tą twoją płonącą pochodnią na głowie w słoneczny dzień… A drugi raz, że ona woli mieć męża statecznego, mądrego i z królewskim doświadczeniem… takiego jak ja. I to ja, Król Cruxlon, zostanę jej mężem. Nie mam zresztą innego wyjścia, bo czeka tam na mnie nieboga z utęsknieniem i gore z miłości do mnie.
A któż ci, Królu Cruxlonie, takich bredni o Księżniczce naopowiadał? — spokojnym głosem spytał Napolcio, puszczając mimo uszu jego obraźliwe słowa.
Napolciowi z jednej strony śmiać się chciało z Króla Cruxlona, ale z drugiej, żal mu go było. Nie potrafił być złym na niego. Jak to Napolcio. Zawsze sercem patrzył na świat i ludzi.
Król Cruxlon zaniemówił. Pytanie Napolcia zaskoczyło go bardzo. Zmarszczył groźnie brwi, i patrząc gdzieś w dal (ponad płonącą pochodnię na głowie Napolcia), zastanawiał się intensywnie co też ma mu odpowiedzieć.
Napolcio zauważył, że swym pytaniem zaskoczył Króla Cruxlona i że tym samym zasiał ziarenko niepewności w jego zimnym i wyrachowanym sercu. I już miał zamiar drugi raz spytać o to samo, by iść za ciosem i tego starego zarozumialca całkowicie zbić z pantałyku, gdy nagle zobaczył, że Roland daje mu znaki i ręką wskazuje na jakąś postać, która cichaczem próbuje się wycofać spod lektyki Króla Cruxlona. Napolcio zrazu się domyślił, co to za postać.
Trzymajcie tego gagatka! Trzymajcie go, to herszt bandy! — zawołał. — Nie pozwólcie mu uciec! Oto jest twój, Królu Cruxlonie, winowajca. To on cię obrzydliwie oszukał i do takich złudzeń doprowadził.
Co ty mi tu mówisz? Jakich złudzeń? Ja mam złudzenia? — Król Cruxlon nic a nic nie rozumiał o co Napolciowi chodzi.
Napolcio, widząc brak zainteresowania ze strony Króla Cruxlona i jego rycerzy uciekającym hersztem bandy, sam rzucił się za nim w pogoń. A za Napolciem ruszył z kopyta jego wierny koń Pegazus. Pegazus, jakby rozumiejąc o co chodzi jego panu, wyprzedził go i pogalopował dalej. Po krótkiej chwili wyprzedził też i uciekającego herszta. I tuż przed samym zejściem na zbocze Barddejów zagrodził mu drogę ucieczki, stając dęba i wierzgając groźnie kopytami. Napolcio ucieszony pomocą Pegazusa w mig doskoczył do przerażonego bandziora. Złapał go za kark i poprowadził z powrotem pod lektykę Króla Cruxlona. A Pegazus ucieszony uciechą swego pana poczłapał za nim.
Kiedy Napolcio pognał za hersztem bandy, Papkoj i Sławoj natychmiast stanęli obok Chiorunka. Chcieli go chronić przed Królem Cruxlonem i jego rycerzami. A i przed nim samym, gdyż nie byli pewni, czy mu znów do głowy co nie strzeli. Dlatego też na wszelki wypadek chwycili go za ręce, i nie odzywając się do niego, mocno go trzymali. Myślami zaś byli z Napolciem. Wprawdzie nie wiedzieli o co tu chodzi z tym uciekającym nieszczęśnikiem, ale wystarczyło im, że Napolcio wie.
Roland natomiast, górując wzrostem wśród stojących obok cruxlandskich rycerzy, obserwował ponad ich łowami oddalającego się Napolcia. Chciał się upewnić, czy Król Napoleon da sobie w pojedynkę radę, czy też będzie potrzebował jego pomocy. Roland aż się palił do pomocy, ale musiałby otrzymać taki rozkaz. A takowego rozkazu niestety nie otrzymał.
Chiorunek nie czuł się najlepiej w towarzystwie Papkoja i Sławoja. Wolał towarzystwo Napolcia. Całkiem to zrozumiałe. W oczach Napolcia był bohaterem. A w oczach tych tu, nie wiadomo kim. Chyba tylko kłamcą. Trzymany przez nich za ręce stał potulnie jak baranek i uśmiechał się do nich milutko. Domyślał się, że oni są wściekli na niego za to, że zrobił ich w balona tym swoim lękiem wysokości. Jednak bardzo chciał, żeby Napolciowi tego nie wypaplali. Obawiał się, że to kłamstwo, choć niewinne jego zdaniem, w oczach Napolcia mogłoby popsuć jego wizerunek bohatera. Koniecznie chciał udobruchać tych dwóch twardzieli. Dlatego zawzięcie słał im uśmiechy. Ale oni nic. Nie raczyli odwzajemnić mu się uśmiechem. Stali tylko jak dwa potężne słupy soli i bez słów wpatrywali się w twarz Rolanda.
Papkoj i Sławoj dlatego tak uparcie wpatrywali się w twarz Rolanda, gdyż z tego miejsca gdzie stali nie mogli widzieć Napolcia. Natomiast Roland mógł. Stał nieco z boku i lektyka Króla Cruxlona nie zasłaniała mu widoku. Swobodnie mógł więc Napolcia przez cały czas obserwować. I właśnie po jego minie Papkoj i Sławoj chcieli poznać czy z Napolciem jest wszystko w porządku. Kiedy więc po niedługiej chwili jego twarz im powiedziała, że Napolcio szczęśliwie powraca, odetchnęli z ulgą i zaczęli się uśmiechać. I tak uśmiechając się, popatrzyli w końcu na Chiorunka.
Chiorunek na widok uśmiechniętych twarzy Papkoja i Sławoja ucieszył się bardzo, bo to by oznaczało… no, przynajmniej dawało mu nadzieję, że może jednak nie wypaplają Napolciowi. Ale po chwili nie tylko się już cieszył. Tryskał wręcz szczęściem. Bo kto jak to, ale sam Papkoj z szerokim uśmiechem ma swej ogorzałej twarzy wyszeptał mu do ucha:
No, gołowąsie, darujemy ci tym razem twoje oszukaństwo. Ale tylko dlatego, że chwila jest wzniosła, że miejsce jest wzniosłe, że twój czyn, choć wariacki, jakby nie patrzeć, też jest wzniosły.
I jak tu nie tryskać szczęściem? Chiorunek mało nie eksplodował ze szczęścia. Z rozjechaną buzią w uśmiechu uścisnął w podziękowaniu ręce druhów Napolcia i dumny jak paw patrzył na ogłupiałą minę Króla Cruxlona.
Chiorunek nie mógł wiedzieć, że Napolcio już wcześniej został przez Papkoja i Sławoja poinformowany o jego lęku wysokości, i o tym, że z tego powodu pozostał u podnóża Barddejów. Nie mógł wiedzieć i też nigdy nie miał się o tym dowiedzieć, gdyż między Napolciem i jego druhami zapanowała zmowa milczenia. Wszyscy trzej postanowili nigdy mu o tym nie mówić, ba, nawet udawać, że nikt nic nie wie. W ten sposób chcieli uhonorować jego nieudany wprawdzie, ale bądź co bądź, odważny wyczyn. Z tym, że od tej pory mieli na niego jeszcze większe wejrzenie. Ale robili to bardzo dyskretnie i taktownie, tak, aby Chiorunek nie zarzucał im nadopiekuńczości.
Napolcio, zadowolony z udanej pogoni za hersztem bandy, podszedł wraz z nim przed oblicze Króla Cruxlona. Zamierzał przejść wreszcie do sedna sprawy.
Królu Cruxlonie, każ mu powiedzieć prawdę o Księżniczce Virginislandii — rzekł spokojnym głosem.
Jakiej znów prawdy?! — obruszył się Król Cruxlon. — Prawda jest jedna i… ja ją znam. Księżniczka czeka na mnie…
Dalej chcesz więc wierzyć w to, co ci ten łotrzyk z chęci zysku naopowiadał? — spytał Napolcio, przerywając Cruxlonowi jego starą śpiewkę. Nie czekając jednak jego odpowiedzi, zwrócił się do herszta bandy: — Słuchaj no, niegodziwcze, albo mi tu zaraz sam głośno wyśpiewasz przed swoim Królem coś nałgał albo zabiorę ci się do skóry!
Ja… ja… ja… — zająknął się przerażony herszt i zamilkł ponownie.
Gadajże, bo mnie zaraz coś trafi i zrobię z tobą porządek! — wysyczał Napolcio, zdenerwowany przedłużającą się niepotrzebnie sytuacją.
Napolcio, mając przed sobą głównego winowajcę tego całego zamieszania, miał prawo żywić nadzieję, że przez to o wiele sprawniej i szybciej uda mu się zawrócić Króla Cruxlona ze szczytu góry. A przede wszystkim, że uda mu się to zrobić bez rozlewu krwi. Dlatego coraz bardziej stawał się nerwowy, gdyż nie wiedział już co ma zrobić, skoro jeden nie chciał prawdy mówić, a drugi nie chciał prawdy słuchać. A przecież śpieszono mu było zakończyć tę głupią grę i biec do ukochanej. Aby się nieco uspokoić, zrobił kilka głębokich oddechów. Pomogło. Wziął się w garść i zaczął myśleć spokojniej. I od razu nasunęła mu się taka myśl, że nie ma innego wyjścia, jak wziąć sprawy w swoje ręce i nie odpuścić ani jednemu ani drugiemu. Po prostu musi ich jakimś sposobem zmusić do wyjaśnienia zaistniałej sytuacji. Jak pomyślał, tak zaczął robić.
Posłuchaj no ty — odezwał się znów do herszta bandy, ale już szeptem. — Jeżeli natychmiast powiesz prawdę, to obiecuję ci, że cię wykupię od Króla Cruxlona i tym samym ujdziesz z życiem. Jeśli nie powiesz jednak prawdy, wtedy zginiesz. I to zginiesz z ręki swojego Króla, bo chyba zdajesz sobie sprawę, że twój Król i tak prawdy się dowie. Ale wtedy, niech ci nawet na myśl nie przyjdzie liczyć na moją pomoc.
Tak, Miłościwy Królu Napoleonie, już mówię… calusieńką prawdę powiem. Jak na spowiedzi — wyjęczał szeptem wystraszony herszt bandy.
Łotrzyk ten miał tak obrzydliwą naturę, że choć zdawał sobie sprawę, w jaki ambaras się wpakował i że jego życie wisi na włosku, mimo to miał zamiar znów łgać. Ale tym razem bardziej umiejętnie. Tak, by i wilk był syty i owca cała. Już otworzył usta, aby zacząć mówić, kiedy nagle obok Króla Napoleona stanął Roland. Rozpoznał go od razu. Trochę się speszył jego widokiem, ale z zamiaru łgania nie zrezygnował. Nie przyszło mu też na myśl, że Roland mógłby rozumieć cruxlandską mowę.
Roland podszedł do Króla Napoleona, ponieważ wyczuł jego podenerwowanie. A że go już też zaczęła denerwować ta przedłużająca się sytuacja, zamierzał osobiście zmusić herszta bandy do mówienia prawdy. Popatrzył na niego spod oka i odezwał się po cruxlandsku:
Gadaj prawdę, i to już…! Chyba nie masz żadnych wątpliwości, że ją musisz powiedzieć, i to calusieńką, skoro mówię do ciebie po twojemu?
Herszt bandy struchlał. Zrozumiał, że już po nim. Łupnął na kolana, i zwijając się pod nogami Napolcia niczym piskorz, zaczął jęczeć:
Błagam cię, Miłościwy Królu Napoleonie… wykup mnie… Błagam na wszystko co najświętsze… Błagam uniżenie, wykup mnie od Króla Cruxlona, a będę twoim niewolnikiem do końca życia…
Mów wreszcie, inaczej niewiele ci życia zostanie — postraszył go Napolcio.
No i wreszcie prawda wyszła na jaw. I choć ona nic a nic nie podobała się Królowi Cruxolowi i z pewnością wolałby jej nie usłyszeć, to jednak do jej wysłuchania był zmuszony. Nie mogło być inaczej, skoro herszt bandy do jej powiedzenia — właśnie jemu — zmuszonym był również.
Herszt bandy, drżąc na całym ciele i jąkając się, opowiedział wszystko dokładnie. A mówiąc, spoglądał co chwilę spode łba na Króla Cruxlona. I co na niego popatrzył, zaczynał drżeć jeszcze bardziej i jeszcze bardziej się jąkać. Czasami tak się zająknął, że go Roland po plecach musiał aż łupnąć, żeby zaskoczył i mówił dalej. Nieborak widział, że twarz Króla Cruxlona robi się groźna, coraz groźniejsza. Wreszcie kiedy zobaczył, że Król Cruxlon zaczął aż sinieć z gniewu i wściekłości, zamilkł przerażony. Spuścił głowę i czekał najgorszego. Nagle uszu jego dobiegł nieziemski wrzask, a był on tak straszny, iż wydawało mu się, że z piekielnych czeluści się wydobywa.
Ściąć go! Ściąć go…! Ściąć natychmiast! — To Król Cruxlon wrzeszczał, wściekły, jak stu diabłów.
Poczekaj, Królu Cruxlonie! — zawołał Napolcio, zanim jego rycerze zdążyli się ruszyć. — Po co go ścinać? Szkoda na nim nawet miecz brudzić. Pozwól, że ja go zabiorę z sobą i sam zrobię z nim porządek. Mnie w końcu też się naraził… i to jeszcze bardziej, bo splamił dobre imię Księżniczki Virginislandii.
A co tam imię Księżniczki Virginislandii! Moje imię, imię Wielkiego Króla Cruxlandii, wystawił na szwank… oszukując haniebnie! Nie daruję! Nie ma zmiłuj się!... Ściąć łotra! — wrzeszczał dalej Król Cruxlon, trzęsąc się z wściekłości na całym ciele.
Wstrzymaj rycerzy, Królu Cruxlonie! — Napolcio na widok nadchodzących cruxlandskich rycerzy zasłonił herszta własnym ciałem. — Poczekaj z wyrokiem… Dam ci za niego sakiewkę złotych dukatów…
Ściąć, powiedziałem! Natychmiast!... Coś powiedział…? Złote dukaty? Dasz mi sakiewkę złotych dukatów? — Furię Króla Cruxlona przezwyciężyła jego rozpasana zachłanność, i to w momencie, kiedy tylko słowa Napolcia do niego dotarły.
Tak, proszę bardzo, oto i ona! — Napolcio wyciągnął zza pazuchy sakiewkę i podał ją najbliżej stojącemu cruxlandskiemu rycerzowi, by ją zaniósł. Sam nie ruszył się z miejsca, i na wszelki wypadek, dalej sobą zasłaniał na wpół żywego ze strachu herszta bandy. — No, to łotrzyk należy do mnie, tak?
A weź go sobie! — odpowiedział Król Cruxlon po chwili, kiedy już dokładnie sprawdził zawartość sakiewki. — Niech zniknie z moich oczu, raz na zawsze, bo nie ręczę za siebie.
Tak, Królu Cruxlonie, nigdy go więcej nie zobaczysz. Zabieram go do swego pałacu — ucieszył się Napolcio, że choć jedną sprawę ma już załatwioną. Niezwłocznie przystąpił do załatwiania następnych. — A więc, Królu Cruxlonie, sprawa się wyjaśniła. Przykro mi, że musiałeś się tyle natrudzić, by w końcu się dowiedzieć, że zostałeś oszukany… Ale to już przeszłość, a przeszłości nie można zmienić… A teraz, teraz możesz już spokojnie wracać. Musisz odpocząć po tej wspinaczce na Barddeje… to jest… na twoje Cruxleje. A jak już odpoczniesz, postaraj się jak najszybciej zapomnieć o całej tej intrydze. Tak będzie najlepiej… Jednak zanim odejdziesz, chciałbym ci o czymś przypomnieć…
Zaraz, zaraz… to ja ci muszę o czymś przypomnieć! — zawołał Król Cruxlon. — Zapomniałeś, że masz mi dać połowę Barbedetlandii za swojego smarkatego braciszka, który porwał się na moje życie? Hę?! On ciągle jest moim jeńcem. Nie zapominaj!
Przenigdy! — wrzasnął Napolcio, na wskroś oburzony tym, co usłyszał. — Chyba nie wierzysz w to co mówisz? Już ci powiedziałem, że mój brat nigdy nie będzie twoim jeńcem… A tak w ogóle, to jak mogło ci przyjść na myśl, że mógłbym ci dać połowę swojego królestwa? Przecież to jest chore. To jest obłęd, śmiem powiedzieć. Twoje żądze są nienasycone… Okropność! Niestety, nie będziesz ich mógł zaspokoić. Nigdy, przenigdy! Posłuchaj, Królu Cruxlonie, muszę cię jednak usadzić z tymi twoimi przesadnymi zapędami, bo wyobraź sobie, że my pojmaliśmy twojego bratanka, Księcia Karola. I zauważ łaskawie, że ja wcale się tym nie chełpię i na myśl by mi nawet nie przyszło żądać za niego połowy Cruxlandii. Myślę, że to da ci do myślenia i… spuścisz wreszcie z tonu. To nie przystoi być tak zachłannym. Zaraz poślę po Księcia Karola i jego giermka… i możecie wracać.
A po cóż mi Książę Karol?! Możesz go sobie zabrać! — Król Cruxlon nie spuszczał jednak z tonu ani na jotę.
No, Królu Cruxlonie, widzę, żeś pozbawiony wszelkich uczuć. Twoja chciwość cię ich pozbawiła… Toż to twój jedyny następca tronu. Jak możesz być tak samolubny?! Przecież już czas, byś pomyślał o przyszłości twojego królestwa, a nie myślał tylko o swoich żądzach.
A co ty mi tu będziesz dyktował, co ja mam robić. Kim ty jesteś? Wprawdzie jesteś Królem, tak jak ja, ale co z ciebie za Król? Niedorobiony, nieopierzony i… i głupi jak trep. Bo gdybyś był mądry, to takie rzeczy by ci do głowy nie przyszły, że dam ci za wygraną, skoro już tu jestem z moimi walecznymi rycerzami. Rozśmieszasz mnie, choć wcale mi nie do śmiechu. Z czym ty do Króla Cruxlona?!... Rycerze pojmać go i jego marnych trzech rycerzy również! — wrzasnął Król Cruxlon, oburzony do żywego, że ktoś śmiał zwrócić mu uwagę.
Rycerze Króla Cruxlona natychmiast przystąpili do wykonania rozkazu. Przystąpili… i zaraz odstąpili. Zmuszeni byli odstąpić, ponieważ stała się rzecz straszna. Otóż gdy tylko zbliżyli się do Króla Napoleona i jego towarzyszy, Król Napoleon nagle zaczął zionąć ogniem. Przynajmniej tak im się wydawało, że zionie. I to ogniem tak potężnym, że nie w sposób było im ustać. A jakże mieliby też ustać, skoro to — z piekła rodem — ogniste widowisko spotęgowane zostało jeszcze piekielnymi dźwiękami. Wprawdzie to tylko Pegazus głośno i przeciągle rżał, bo w taki właśnie swój koński sposób wyrażał podziw dla swego pana, to jednak spanikowanym rycerzom Króla Cruxlona to jego rżenie brzmiało w uszach nieziemsko i bardzo złowieszczo. Kojarzyło im się z diabelskim chichotem. I to nie jednego diabła lecz setki diabłów... I stało się. Ich waleczność przegrała z wszechogarniającą paniką. Wszyscy, jak jeden mąż, w popłochu, z rozlegającym się zewsząd przeraźliwym krzykiem, zerwali się do ucieczki. I tyle było ich widać.
Niewolnicy Króla Cruxlona spanikowali również. Z hukiem opuścili lektykę ze swoim Panem i Władcą i w odruchu bezwarunkowym padli na ziemię, zakrywając rękami głowy. Król Cruxlon znów spadł na grzbiety swoich niewolników i znów doznał szoku. Ale tym razem podwójnego. Bo i na widok zionącego ogniem Króla Napoleona i na wskutek ponownego upadku. Leżał tak wyłożony niczym naleśnik na patelni i ani drgnął...

ciąg dalszy nastąpi


Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona" 

czwartek, 24 stycznia 2019

Czas odśnieżania

Czy znów dziś przyjdzie
ktoś do nas nocą 
i nam posłuży
swoją pomocą...?


(zdjęcie z Internetu)


W zimie się nudzą 
tylko obiboki...
Nie zwracają uwagi
na śnieżne uroki.
Jedno co widzą,
to zgrywne widoki,
wtedy zrywają
ze śmiechu boki.

Podniecająca zazdrość


Osa smukłą talią się chlubi...

Je bardzo mało, chociaż jeść lubi,

lecz zazdrość innych ją bardziej podnieca,

zazdrością się żywi — po to ją wznieca.






Z cyklu: ZOOlogia stosowana.