Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Szalone wakacje (XX cz.)


Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo. 
Oferta Wydawnictwa (promocja): 



Rodzice Miry i Zuzy wraz z babcią Michaliną i panem Aleksandrem Wielkim zostali za zamkniętymi drzwiami pokoju stołowego. Podekscytowane zaś dziewczynki poszły do kuchni i zajęły się przygotowywaniem podwieczorku. Ręce im drżały z emocji, ale szybko i sprawnie pokroiły ponad połowę blachy sernika i w piękną piramidę ułożyły na paterze. W dzbanku porcelanowym zaparzyły herbatę z jaśminu i w międzyczasie nastawiły kawę do ekspresu.
Krzątając się w kuchni, dziewczynki prawie w ogóle ze sobą nie rozmawiały. W milczeniu każda po swojemu przeżywała to, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami pokoju stołowego. Ależ były zdenerwowane. Nic dziwnego, przecież tam za drzwiami rozgrywa się tak ważna dla nich sprawa. Ich swoiste wakacyjne: „być albo nie być”. A do tego wszystkiego, strasznie je intrygowała obecność pana Aleksandra Wielkiego przy tej rodzinnej rozmowie zainicjowanej przez babcię Michalinę. Cóż ona miała znaczyć? W czym miała pomóc? Przypominały sobie, że babcia Michalina poprzedniego dnia wspominała coś o jakimś argumencie nie do odparcia. Czyżby pan Aleksander miał być tym argumentem? Jeżeli tak, to czy miało to związek z końmi? A może oznaczało zupełnie co innego? Ale co? Przecież pan Aleksander całym sobą związany jest z końmi. Czyżby to oznaczało…? Bały się nawet sprecyzować swoje myśli do końca. Bo gdy się tak dalej w nie wgłębiały, to wydawało im się, że są zbyt piękne, aby mogły być prawdziwe. Jednak myśli te nie odchodziły. Dalej drążyły ich umysły. Ale trzeba przyznać, że było to dla nich bardzo miłe drążenie. Bo przecież, myśli te, choć nieśmiałe, były cudowne i napawały ogromną nadzieją. Tak ogromną, że przez swą ogromność jeszcze bardziej nieśmiałą.
Dziewczynki pracowały niemal jak dwa automaty. W ciszy, bez zbędnych słów. Obie były jednak pewne, że myślą o tym samym i tak samo. Chwilami zerkały tylko na siebie porozumiewawczo. Nie wyrażały głośno swoich myśli, gdyż się obawiały, że je zapeszą. A wtedy one mogłyby, co nie daj Bóg, nie znaleźć odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Po półgodzinie pełnej rozmyślań rozbudzających coraz to większe emocje i prac związanych z przygotowaniem poczęstunku dla debatujących za zamkniętymi drzwiami dziewczynki były gotowe. Jak wytrawne gospodynie poustawiały wszystko pięknie na dwóch tacach, dołożyły talerzyki deserowe, te najlepsze z porcelany, oraz filiżanki, również z tego samego serwisu porcelanowego. Potem łyżeczki, widelczyki do sernika, mleczko do kawy, cukier, a nawet miód. Dziewczynki pamiętały, że ich mamy lubią herbatę z miodem. Po chwili z dwoma tacami i z ogromną tremą stanęły przed drzwiami pokoju stołowego. A z tamtąt, uszu ich dobiegły odgłosy głośnej dyskusji. Podekscytowanie ich sięgnęło zenitu. Tace w rękach zaczęły im drżeć, a szkło i sztućce dzwonić. Stały tak obładowane dźwięczącymi tacami i nie wiedziały co mają zrobić. Ręce miały zajęte, więc pukanie do drzwi nie wchodziło w rachubę. W końcu kiedy ręce im od ciężkich tac całkowicie już zdrętwiały, dopiero wtedy Mira zdecydowała się zawołać przez drzwi.
Przepraszamy bardzo, że przeszkadzamy, ale chciałybyśmy podać wam podwieczorek!
Wchodźcie już, wchodźcie. Pan Jerzy stanął w otwartych drzwiach z miną nad wyraz uroczystą.
Pania Hania i pani Lodzia jak na zawołanie zerwały się z miejsc. Odebrały córkom tace z rąk i postawiły je na stoliku okolicznościowym.
Babcia Michalina w tym czasie szeptem rozmawiała o czymś z panem Aleksandrem i z panem Michałem.
Dziewczynki nieśmiałym wzrokiem przeleciały po siedzących, po czym odwróciły się, i na miękkich nogach, zmierzały do wyjścia z pokoju.
Zaraz, poczekajcie dziewczynki! zawołał pan Jerzy i zwrócił się do siedzących. Myślę, że dziewczynki mogą już zostać z nami, co? Jak myślicie?
Tak, tak, niech zostaną już zadecydowała za wszystkich babcia Michalina.
Mira i Zuza posłusznie zawróciły i klapnęły na podłogę pod regałem z książkami. I tak siedząc w siadzie prostym, zawzięcie wpatrywały się w czubki swoich domowych pantofli. Bały się podnieść wzrok.
A więc, moje wy dzierlatki… zagaił pan Jerzy. Nawet nie spodziewaliśmy się, że wy aż tak troszczycie się o nas i chcecie, abyśmy wypoczęli i mieli możliwość zajęcia się wyłącznie sobą. No i żebyśmy mieli cały urlop tylko dla siebie. To bardzo miłe z waszej strony. Dziękujemy wam z całego serca za waszą troskę. Bo nam nigdy by na myśl chyba nie przyszło, że czasami warto jest od siebie odpocząć. Dlatego chcielibyśmy wam powiedzieć, że zgadzamy się sami polecieć do Tunezji…
Hurrrraaaa! wrzasnęły obydwie dziewczynki jednocześnie i zerwały się z podłogi.
W pokoju stołowym rodzinki Czarneckich zapanowała szaleńcza radość. Mira i Zuza rzuciły się sobie w ramiona i w objęciach skakały niczym dwie wytrawne gimnastyczki, śmiejąc się i piszcząc z radości.
Rodzice, babcia Michalina oraz pan Aleksander mieli ubaw niesamowity, gdyż taki spektakularny szał radości bardzo przyjemnie im się oglądało. Więcej, nawet im się co nieco z niego udzieliło. Bo przecież każda radość się udziela, a co dopiero szał radości. Szaleńczo radośnie więc było nie tylko wśród bohaterek spektaklu, ale i wśród widzów. Aż miło było popatrzeć.
Dziewczynki skakały i nie zamierzały przestać. Wszystkie skumulowane w nich do tej pory emocje eksplodowały z ogromną energią. Energią, która musiała znaleźć gdzieś ujście. A skakanie, to przecież bardzo efektywne ujście. Również efektowne. Ale przede wszystkim, bardzo zdrowe.
Pan Jerzy, widząc że jego lube dzierlatki nie mają zamiaru skończyć skakać, a że język go świerzbił, aby przekazać im dalsze wiadomości z ich owocnej dyskusji, wszedł między dziewczynki i je rozdzielił.
No, dość tego skakania! zawołał ze śmiechem. To jeszcze nie wszystko, co chcieliśmy wam przekazać. Usiądźcie lepiej z powrotem, bo po tym, co usłyszycie, rozniesiecie nam mieszkanie…
Dziewczynki spocone i czerwone na twarzach posłusznie usiadły pod regałem z książkami i ze szczęśliwymi minami i rozbieganymi oczami przelatywały po twarzach wszystkich zebranych. W końcu wyczekująco wlepiły wzrok w pana Jerzego.
A więc, tak jak mówiłem, sami polecimy do Tunezji, a wy zostaniecie pod opieką babci Michaliny. Ale to nie wszystko…! Uwaga! Otóż pan Aleksander Wielki był tak wspaniałomyślny, że zaoferował wam w tym czasie naukę jeździectwa na jego osobistym koniu Bucefale…
Pan Jerzy musiał nagle przerwać, bo patrząc na dziewczynki, z niepokojem zauważył, że po policzkach płyną im łzy. Wprawdzie ich twarze w dalszym ciągu wyrażały bezmierne szczęście i przeogromny zachwyt... Ale skąd te łzy?
Dlaczego zamilkłeś? Mów dalej, tatusiu poprosiła ojca Mira, i połykając łzy, z miłością w oczach spoglądała na pana Aleksandra.
A dlaczego płaczecie? Pan Jerzy zrobił zdziwione oczy.
Och, Jerzy! Co za głupie pytanie strofowała męża pani Hania. Toż to przecież łzy radości… Nasze dziewczynki są bardzo wrażliwymi istotami i właśnie w taki sposób dają wyraz swojemu bezgranicznemu szczęściu.
Trudno zrozumieć kobiety! Oj, trudno! Pan Jerzy podrapał się po głowie. Na czym to ja skończyłem…? Aha, już wiem. Więc pan Aleksander jest tak uprzejmy, że zamierza również zapoznać was ze swoją córką Olą. Razem z nią będziecie codziennie zajmować się końmi, i to pod nadzorem babci Michaliny. A po południu lekcja jazdy konnej na Bucefale, no i na Gladiatorze, ma się rozumieć… No i jak? Szczęśliwe?... O przepraszam, znów zadałem głupie pytanie.
W pokoju zapanowała chwilowa cisza. Rodzice, babcia Michalina i pan Aleksander bez słów wlepiali wzrok w dziewczynki, wyczekując ich reakcji. A dziewczynki nic. Siedziały na podłodze bez ruchu i wielkimi oczami wpatrywały się tylko, to w rodziców, to w babcię Michalinę, to w pana Aleksandra. Zero reakcji. Były aż tak bardzo przytłoczone ogromnym szczęściem, jakie na nie spadało, że po prostu nie miały już siły na kolejny szał radości. Były szczęściem obezwładnione. Siedziały tak dobrą chwilę. I tylko ich ruchliwe oczy ciągle świdrowały siedzących przy stoliku okolicznościowym… Wreszcie się otrząsnęły i… przyszło spamiętanie. Bezwład minął. Zerwały się z podłogi i rzuciły się jednocześnie na babcię Michalinę i pana Aleksandra. Czynność tą miały ułatwioną, gdyż babcia i pan Aleksander siedzieli obok siebie. Wyściskały ich z każdej strony, mocząc ich mokrymi od łez policzkami.
A to ci wylew radości! śmiał się pan Aleksander. Dla takiego widoku warto zrobić dużo więcej.
Już dobrze, dziewczynki… Puście nas, bo nas udusicie chichotała babcia Michalina. Cieszymy się, że jesteście szczęśliwe.
Babciu, szczęśliwe…?! Co ty mówisz?! Przecież to za mało powiedziane! wykrzyczała rozpromieniona Mira. My jesteśmy prze… prze… prze… tysiąckroć przeszczęśliwe… Do tysięcznego kwadratu… co najmniej…
Megaszczęśliwe wysapała przejęta swym szczęściem Zuza.
O rany, co za matematyka szczęścia! Pan Michał gwizdnął aż z zachwytu. I tym swoim gwizdnięciem, zupełnie nieświadomie, dał dziewczynkom hasło do następnego ataku szału radości.
Zuza i Mira jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w mgnieniu oka przerzuciły swój środek ciężkości w stronę rodziców. Dobrze że rodzice siedzieli, bo ich osobiste środki ciężkości byłyby poważnie zagrożone. Mogłoby się zakończyć twardym lądowaniem na podłodze. Zresztą, gdyby tak się nawet i zakończyło, to w danym momencie dziewczynki takie lądowanie uznałyby z pewnością za jakąś szczególną odmianę przejawu szczęścia. Były aż w tak wielkiej euforii.
O matko moja! Hania, Lodzia, zabierzcie te wasze oszalałe córeczki! One nas rozniosą w puch, albo zniekształcą, w najlepszym razie! Pan Jerzy aż piał ze śmiechu, starając się jednocześnie wyciągniętymi ramionami trzymać dziewczynki na odległość. Mówię wam, gdyby szczęście potrafiło fruwać, to nasze córunie fruwałyby jak gołębice… Och, przepraszam, jak dzierlatki… Hi, hi, hi… Czubate dzierlatki!
Kotłowanina na sofach i fotelach nie miała końca. Zuza i Mira sprawiedliwie rozdzielały wszystkim całusy i uściski. I gdy zaliczały jedną rundkę całusów i uścisków, przy wtórze śmiechu wszystkich obecnych, zaczynały następną.
Pan Aleksander Wielki był zachwycony tym wesołym i radosnym towarzystwem w jakim się znalazł. I choć obowiązki wzywały go do powrotu do stadniny, jakoś nie bardzo miał ochotę się pożegnać. Czuł się wspaniale wśród tych ludzi. Postanowił zostać jeszcze trochę, by choć przez chwilę jeszcze nasycić się ich miłą i radosną atmosferą. Ale nagle przypomniał sobie o czymś. Poderwał się z sofy i podszedł do drzwi. Wszystkie oczy skierowały się momentalnie w jego stronę.
Proszę sobie nie przeszkadzać! zawołał pan Aleksander już od drzwi. Jesteście wszyscy tak wspaniali, że trudno mi jest was opuścić. Jednak na chwileczkę muszę was przeprosić. Zejdę tylko do swojego Jeepa i zaraz wracam.
Kiedy pana Aleksander wyszedł, kotłowanina na kanapach rozpoczęła się od nowa. Ale już niedługo trwała, gdyż dziewczynki do cna wyczerpane, osunęły się na podłogę. Po chwili doszły do siebie i na tyle ochłonęły, że mogły wreszcie przemówić.
Babciu, brak mi jest słów, bym mogła ci należycie wyrazić naszą wdzięczność zawołała śpiewnym głosem Mira. Jesteś taka kochana! Bardzo kochana! Takiej babci życzyłabym każdemu dziecku na świecie.
Ja też! krótko i zwięźle dorzuciła od siebie rozentuzjazmowana do granic wytrzymałości Zuza.
A ja, wszystkim babciom takich wnuczek — odrzekła babcia Michalina. — O, dzwonek u drzwi… Pan Aleksander już wrócił. Miruniu, skocz mu otworzyć.
Pan Aleksander wszedł do pokoju obładowany jakimiś torbami. Wszystkie oczy znów skierowały się w jego stronę. A babcia Michalina zawołała:
A cóż to za Mikołaj przyszedł?
No, może nie Mikołaj, ale mam takie tam małe podarunki dla dziewczynek. Na dobry początek. Żeby dziewczynki wiedziały, iż Aleksander Wielki nie jest gołosłowny, i to co mówi, wprowadza w czyn… Otóż, chciałem wam dziewczynki podarować co nieco ze sprzętu jeździeckiego. Proszę, to są skórzane oficerki, bryczesy oraz toczki. Jest to najważniejszy ubiór jeźdźca. Mam też dla was to, co jest najbardziej potrzebne, aby koń był zadbany i czysty, czyli szczotki, zgrzebła i kopystki. Proszę, to wszystko jest dla was.
Pan Aleksander skończył mówić i wyłożył wszystko ze swoich toreb obok dziewczynek, które z wrażenia na powrót klapnęły pod regałem z książkami. W pokoju powiało zakłopotaniem. Dziewczynki wpatrywały się raz w te cudowne rzeczy leżące przed nimi, raz w rodziców, nie wiedząc, czy mogą te cudowności przyjąć. Rodzice natomiast z rozdziawionymi ustami wpatrywali się w pana Aleksandra. Byli tak zaskoczeni i zakłopotani, że sami nie wiedzieli, co w tej sytuacji mają swym córkom powiedzieć.
Ależ proszę pana, tak nie można! Babcia Michalina, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w pana Aleksandra, pierwsza odzyskała rezon. Nie dość, że w najbliższej przyszłości dziewczynki doświadczą od pana tyle wspaniałych rzeczy, bo przecież chce pan je osobiście uczyć jeździectwa, a nawet chce pan je przyjąć do naszego Bractwa Miłośników Koni, to jeszcze tyle rzeczy chce pan im podarować? Nie, nie mogę na to pozwolić!
Przykro mi, pani Michalino. Zachowam się może niezbyt elegancko, ale powiem pani tylko tyle, że tym razem, będzie pani musiała rzekł pan Aleksander z szerokim uśmiechem. Już tyle lat mam wobec pani dług wdzięczności. A ostatnie dwa lata, od kiedy pani prawie, że tak powiem, mieszka z nami w stadninie i swój prywatny czas zupełnie bezinteresownie poświęca koniom, mój dług wdzięczności doszedł już do takich rozmiarów, że aż napęczniał. Nigdy nic nie chciała pani ode mnie przyjąć w zamian za swoją pracę, za swój czas, a przede wszystkim za ogromne pani oddanie. I teraz, kiedy mam wreszcie malutką okazję, by choć w minimalnym stopniu zrewanżować się pani za pani dobre serce, nie może mi pani zabronić. Zaznaczam, że pierwszy raz bym pani i tak nie usłuchał… Pani Michalino, proszę nie marszczyć brwi i się rozchmurzyć, bo nijak nie pasuje pani taka marsowa mina… Ooo, już jest lepiej. Uwielbiam pani uśmiech… Ciiiii… proszę nic nie mówić!
Panie Aleksandrze, a co z nami? spytał pan Jerzy. Też mamy nic nie mówić?
A tak! O to właśnie państwa proszę! Pan Aleksander skłonił się z ręką na sercu w stronę państwa Czarneckich i państwa Bardeckich. Po czym z figlarnym uśmieszkiem, zwrócił się do Miry i Zuzy. No, dziewczynki, biegnijcie przymierzyć wasze stroje jeździeckie. Mam nadzieję, że będą na was pasowały. Przymierzałem je do stroju mojej Oli. Ona jest wprawdzie trzy lata starsza od was, ale jest niewiele wyższa, więc myślę, że wybierając te rzeczy o jeden numer mniejszy, udało mi się wybrać właściwe.
Dziewczynki oszołomione ogromem szczęścia, bez słów złapały za swoje własne już stroje jeździeckie i wybiegły z pokoju. Szybko przebrały się w pokoju Miry i pognały do sypialni rodziców, aby tam przeglądnąć się w ich olbrzymim lustrze. Potem z podziwem popatrzyły na siebie, rzuciły się sobie jeszcze raz w ramiona, wyściskały się i wycałowały wylewnie. I zanim minęło dziesięć minut, obydwie dumne jak dwa pawie weszły z powrotem do pokoju stołowego ubrane w obcisłe, czarne bryczesy, czarne, błyszczące oficerki oraz przepiękne, twarzowe, czarne toczki na bardzo dumnych głowach. Z poprzedniego ubioru miały na sobie tylko swoje nowiutkie, odjazdowo-poszarpane bluzeczki.
No, brawo, wyglądacie wspaniale! zawołał wesoło pan Jerzy. Wasze bluzki wprawdzie nasuwają podejrzenie, że być może jesteście już po pierwszym upadku z konia, ale poza tym wyglądacie przepięknie.
I też tak przepięknie się czujemy odrzekła Mira. Panie Aleksandrze, dziękujemy panu z całego serca, za pańskie wspaniałe serce i za te cudowne stroje. Wszystko pasuje na nas jak ulał.
Bardzo się cieszę. Niech wam służą jak najlepiej odrzekł pan Aleksander z zadowoloną miną i przełknął spory kawałek sernika, popijając herbatką z jaśminu. Po czym wstał od stołu i podszedł do dziewczynek. Poczekajcie chwileczkę. Gdzieś tu w torbie mam mój palcat. Wprawdzie nigdy go nie używam na konie, bo uważam, że to jest zupełnie niepotrzebne, jak się umie z końmi należycie obchodzić, ale używam go do innych celów. Otóż palcatem pasuję każdego na Jeźdźca, po pomyślnym ukończeniu naszej Szkółki Jeździeckiej. Dla was chcę jednak zrobić wyjątek i pasować was na Jeźdźca na samym początku, gdyż uważam, że kto jak kto, ale wy jesteście urodzonymi amazonkami. Obserwowałam was w niedzielę w stadninie. Od razu zobaczyłem w waszych oczach ten szczególny błysk świadczący o rodzącej się miłości do koni. Jestem więc pewien, że już całe wasze życie będziecie związane z tymi przyjaznymi człowiekowi zwierzętami. Dlatego z czystym sumieniem mogę was już dzisiaj pasować na Honorowego Jeźdźca.
Zuza i Mira z uroczystymi minami uklękły przed panem Aleksandrem. A pan Aleksander palcatem dotykał każdą z nich z osobna po ramieniu, wypowiadając takie oto słowa:
Mirosławo Czarnecka, pasuję cię na członka Bractwa Miłośników Koni i na Honorowego Jeźdźca, ku chwale twojej, koni i naszej!... Zuzanno Bardecka, pasuję cię na członka Bractwa Miłośników Koni i na Honorowego Jeźdźca, ku chwale twojej, koni i naszej!
No, no, no, wyglądacie naprawdę prześlicznie. Babcia Michalina była pełna podziwu. Wyglądacie tak, jakbyście były stworzone do Bractwa Miłośników Koni i do życia wspólnie z końmi… Aleksandrze, dziękuję ci mój drogi!
Dziewczynki, choć czuły się bardzo uroczyście w tym momencie, a duma wręcz je rozpierała, to jednak ich zmysł słuchu nie uległ przytępieniu. Słowa babci Michaliny dotarły więc do nich dokładnie i wprawiły je w konsternację. Bo jak to tak? Babcia Michalina zwróciła się do pana Aleksandra po imieniu? Przecież to nie wypada. Ale gdy po chwili usłyszały, że nawet ich mamy, proponując panu Aleksandrowi jeszcze jeden kawałek sernika, zwracają się do niego po imieniu, konsternacja powoli mijała. A kiedy zobaczyły na stole butelkę francuskiego szampana, konsternacja zniknęła już całkowicie, i to bez śladu.
Mira przypomniała sobie, że jej tato dostał tego szampana na swoje urodziny od kolegi z pracy i trzymał go na specjalną okazję. Bardzo ją to ucieszyło, że tato uznał dzisiejszą okoliczność — za tę „specjalną okazję”.
Dziewczynki robią duże oczy ze zdziwienia, że my tak sobie, ni stąd, ni zowąd, mówimy nagle per ty zachichotała babcia Michalina. Moje drogie, śpieszę z wyjaśnieniem. Otóż, kiedy wy wbijałyście się w swoje piękne stroje jeździeckie, my w międzyczasie szampanem przepiliśmy bruderszaft. A teraz mieliśmy właśnie zamiar wznieść toast za powodzenie najnowszego projektu Aleksandra, którym jest hipoterapia. Bo musicie wiedzieć, że Aleksander planuje od przyszłego roku zatrudnić profesjonalny zespół do rehabilitacji niepełnosprawnych dzieci za pomocą hipoterapii. Czyli specjalistycznej, wieloprofilowej formy rehabilitacji, której specyfika związana będzie z obecnością konia jako współterapeuty. Wzniosły projekt, prawda?
Jeszcze jak wzniosły! przyznała zachwycona Mira. Kiedyś gdzieś czytałam na temat hipoterapii i dowiedziałam się, że ta metoda rehabilitacji, dzięki właściwościom terapeutycznym konia, przynosi wspaniałe efekty. Wpływa na poprawę stanu zdrowia i funkcjonowania u osób z różnymi schorzeniami. A dla dzieci z porażeniem mózgowym, albo z zespołem Down`a, daje wręcz rewelacyjne wyniki. Niektóre dzieci, siedząc na koniu, pierwszy raz w życiu zaczynają się uśmiechać, albo wypowiadają pierwsze słowo…
Och, jaka to szlachetna praca musi być. Zuza weszła Mirze w słowo. Ty popatrz, Mirka, czasami się zastanawiamy co za zawód chciałybyśmy w przyszłości wykonywać, czy nie myślisz, że taka praca byłaby dla nas super wyzwaniem?
Właśnie tak myślę — odrzekła Mira i popatrzyła na dorosłych. — Proszę was, wznieście ten toast jak najszybciej.
Dorośli na stojąco posłusznie wznieśli toast za pomyślność projektu hipoterapii i nawet za pomyślność wszystkich innych planów, jakie w tym pokoju podjęto. Po czym wszyscy usiedli i zajęli się rozmową między sobą. Dziewczynki także usiadły. Ponownie pod regał z książkami.
Zuza, siedząc już na podłodze, zlustrowała najpierw wszystkich dorosłych i gdy stwierdziła, że nikt na nie w tym momencie nie patrzy, napadła od razu na Mirę. Kazała jej opowiadać, co jeszcze wyczytała na temat hipoterapii. Zuzę bardzo zainteresował ten temat i chciała jak najwięcej wiedzieć. Na wszelki wypadek nakazała Mirze opowiadać szeptem, bo wstyd jej było przed panem Aleksandrem, że dopiero co pasował ją na Honorowego Jeźdźca i członka Bractwa Miłośników Koni, a ona w temacie koni jest ciemna jak tabaka w rogu. W myślach dała sobie nawet kilka siarczystych kopniaków za tę swoją hipofobię, za swój idiotyczny lęk przed końmi, jaki tkwił w niej od lat aż do minionej niedzieli. Pocieszała się jednak, że to już przeszłość i że teraz ze zdwojoną energią nadrobi wszystko, co do tej pory straciła.
W pokoju stołowym zrobiło się gwarno. Rozmowom nie było końca. Wszyscy rozmawiali zawzięcie pochłonięci poruszanymi tematami. Tylko babcia Michalina co chwilę zerkała to na dziewczynki, to na ich rodziców. Najwyraźniej coś jeszcze chciała im przekazać. Wreszcie odchrząknęła i poprosiła wszystkich o ciszę.
Przepraszam was bardzo, że was uciszam, ale mam wam jeszcze coś do powiedzenia. Pamiętacie, mówiłam wam, że przed wyjściem z domu rozmawiałam długo przez telefon. Otóż chciałam wam powiedzieć, że rozmawiałam z moim kuzynem Robkiem z Pilcza, i nie tylko.
O rany, rozmawiałaś babciu z Robkiem? Mira zerwała się z podłogi. A co u niego słychać? Opowiedz nam babciu… Bo musicie wiedzieć, że Robek to jest najwspanialszy kuzyn pod słońcem. Wiem coś o tym!
I ja też! dodała rozpromieniona Zuza, wpatrując się w babcię Michalinę jak w obraz, który za chwilę przemówi.
A więc, chciałam wam powiedzieć, że Robek zaprosił mnie do siebie na wakacje. Na tak długo jak będę chciała… Ojej, dziewczynki, nie róbcie takich smutnych min… Nasze wspólne wakacje w Stadninie Bucefała są nadal aktualne… Chciałabym pojechać do Pilcza po waszym, moi drodzy, powrocie z Tunezji…
To wszystko pasuje, mamusiu. — Pani Hania podjęła się uspokojenia chwilowo napiętej atmosfery w pokoju. — Jak wrócimy, zajmiemy się dziewczynkami, a ty spokojnie możesz sobie jechać.
Poczekaj, Haniu, bo to jeszcze nie wszystko żachnęła się babcia. Powiem wprost. Robek zaprosił mnie razem z dziewczynkami…
Czy ja dobrze słyszę?! Mira słyszałaś?! Ty, Mira i ja, Zuza, zaproszone jesteśmy przez Robka do Pilcza… do twoich dwóch kuzynów z trzeciego pokolenia! wrzeszczała jak opętana Zuza.
Babciu, tak? Mira zrobiła skromną minę z wyraźną domieszką niepewności. Ale gdy babcia z uśmiechem skinęła głową, przeniosła wzrok od razu na rodziców. Błagam, tylko się zgódźcie! Nie macie pojęcia ile by takie wakacje dla nas znaczyły. Wieś. Przyroda. Świeże powietrze. Wspaniali ludzie. I my tam, z babcią Michaliną… Z ówczesnym Michałem… ścieżkami jego młodzieńczych, wakacyjnych wspomnień. Mogłybyśmy tyle przeżyć… Tyle wrażeń. Tyle przygód. I w przyszłości, tak jak babcia, mogłybyśmy wspominać swoje wakacyjne przygody i miałybyśmy też o czym swoim wnukom opowiadać.
Błagamy! Zuza rzuciła się na kolana przed rodzicami. A zrobiła to z takim impetem, że aż widelczyki postrącała ze stolika.
Zuzka, uważaj co robisz! głośno upomniała córkę pani Lodzia. Była tak bardzo zaskoczona tym wszystkim co usłyszała, że tylko na tyle było ją w danym momencie stać. Ale gdy zobaczyła łzy napływające do oczu córki, zreflektowała się natychmiast. Poczekajcie, dziewczynki. Musimy się czegoś więcej dowiedzieć. Pozwólmy pani Michalinie mówić.
A więc, powtarzam jeszcze raz, zostałyśmy we trójkę zaproszone do Pilcza. Rozmawiałam bardzo długo z Robkiem, z jego żoną Marcysią, z Robka córką Danuśką, a nawet z jej synami, a wnukami Robka: Michałem i Maksem…
O matko moja, Mirka, słyszysz?! nie wytrzymała Zuza.
Wszyscy nas bardzo serdecznie zapraszają i już się cieszą na nasz przyjazd. Zwłaszcza chłopcy ciągnęła dalej babcia Michalina, puszczając oczko do dziewczynek. Myślę, że to by było wspaniałe, móc skorzystać z ich zaproszenia. Ale nie chcę wam niczego narzucać, moi drodzy rodzice. Musicie sami zadecydować. Od siebie dodam jeszcze tylko to, że byłoby mi niezmiernie miło, gdybyście się zgodzili… Zapewniam was, że dziewczynki byłyby tam naprawdę bardzo szczęśliwe.
No i co myślisz, Lodziu? Pan Michał spojrzał niepewnie na żonę.
Dajcie mi chwilę, proszę — odrzekła pani Lodzia, gładząc po głowie swą latorośl, która najnormalniej w świecie się rozbeczała, wtulając się w jej ramiona.
Oczywiście, Lodziu, przemyśl to sobie — zgodziła się babcia Michalina. — A ja w międzyczasie będę dalej mówiła, jak ja to wszystko sobie wyobrażam. A więc, jeżeli byście się zgodzili na mój wspólny z dziewczynkami wyjazd do Pilcza, to myślę, że najlepszym okresem na wyjazd byłby koniec lipca. Wy już wrócicie z Tunezji, nacieszycie się dziewczynkami i niestety będziecie musieli wrócić już do pracy. No to wtedy, my mogłybyśmy się udać w podróż do Pilcza i pobyć tam jakieś dwa, trzy tygodnie. Mam jeszcze tylko mały problem z Gladiatorem. To znaczy, rozmawiałam już wstępnie z naszą studentką zoologii i ona zgodziła się zająć moim kochanym konikiem podczas mojej nieobecności… Ale, jest tylko jeszcze jedno małe „ale”, że ona w tej chwili nie do końca jest pewna, czy nie będzie musiała pojechać na obóz studencki, który właśnie w tym terminie jest organizowany. Mówiła mi, że nie bardzo ma ochotę jechać na ten obóz, miała się jednak zorientować na uczelni co i jak i jutro da mi znać. Myślę więc, że jeśliby ona rzeczywiście musiała na obóz pojechać, to wtedy musiałybyśmy nasz wyjazd przesunąć na sierpień, do jej powrotu z obozu.
Michalinko, wybacz że ci przerwę, ale tak słucham ciebie i słucham i aż mnie korci, aby się wtrącić. — Pan Aleksander położył dłoń na ramieniu babci Michaliny. — Powiedz mi, czy twój kuzyn u siebie nie ma stajni? Przecież chcecie jechać na wieś. A jeżeli na wieś, to rozumiem, że stajnia gdzieś musi być.
Ależ to zrozumiałe, że ma stajnię. Nawet bardzo dużą — odrzekła babcia Michalina.
No więc, jaki problem? Gladiatora możesz przecież wziąć ze sobą.
Jak? Zapominasz mój drogi, że ja mam tylko VW Polo i niestety moje autko nie uciągnie przyczepy z Gladiatorem. Zaciągałam już nawet języka w tej sprawie u mojego znajomego mechanika samochodowego. Wyśmiał mnie wręcz, że moje Polo spuchłoby już na pierwszym kilometrze — tłumaczyła babcia.
Wiesz, Michalinko, gdybyś była moją córką, to dałbym ci już klapsa — zaśmiał się rubasznie pan Aleksander. — A od czego ty masz mnie? Co? Przecież ja mogę Gladiatora do Pilcza zawieść swoim Jeepem. Nie przyszło ci to na myśl? Och, ty, ty, ty… bo będę na ciebie zły! Jak mogłaś mi o tym nie powiedzieć? Jak zwykle, samodzielna i samowystarczalna Michalina Czaplińska… Ty powinnaś Zosia się nazywać…
Faktycznie, nie pomyślałam żeby się do ciebie z tym zwrócić. Ale ty przecież tyle zrobiłeś dla mnie i dla dziewczynek i tyle chcesz jeszcze zrobić, że obarczać ciebie jeszcze naszym wyjazdem to by było już o wiele za dużo.
A od czego ma się przyjaciół? Ty mało mi pomogłaś? Och, Michalinko, nie powinnaś mieć żadnych skrupułów… A więc sprawa załatwiona, zawiozę Gladiatora do Pilcza, i to z wielką przyjemnością… Poczekaj, a przecież was też mogę zawieźć. W moim Jeepie jest dużo miejsca. Chyba że ty chciałabyś mieć swój samochód ze sobą? Jak tak, to wtedy pojadę za wami tylko z Gladiatorem.
Rany boskie… i Gladiator z nami… — Zuza rozszlochała się mamie na piersiach już na dobre.
Zuzieńko, uspokój się. Słuchajmy dalej. — Pani Lodzia czuła się zakłopotana. Wyczuła na sobie wzrok babci Michaliny i pana Aleksandra, więc również na nich popatrzyła, oblewając się rumieńcem. Po krótkiej chwili nieśmiało poprosiła: — Proszę sobie nie przeszkadzać. Proszę mówić dalej.
Pytasz Aleksandrze, czy chciałabym mieć moje autko ze sobą? Nie. Skąd? Po co mi na wsi samochód? Na wsi to trzeba korzystać z natury, napawać się nią ile się tylko da… Nie, na wsi nie potrzebne mi są żadne zdobycze techniki. Uwielbiam proste, wiejskie życie. Takie życie jest pełne uroku… Jest… jest po prostu samo w sobie cudowne. Och, przepadam za wsią. Budzić się rankiem skoro świt przy pianiu koguta. Bajeczne są takie poranki. A ten zapach…? Do dziś, gdy zamknę oczy i pomyślę o Pilczu, czuję wyraźnie zapach skoszonych łąk, zapach dojrzewających sadów, zapach łanów zbóż… Ojojoj, ale się roztkliwiłam… To mówisz Aleksandrze, że zawiózłbyś nas do Pilcza?
Bez namysłu. Choćby zaraz — odpowiedział pan Aleksander z wielką powagą w głosie. — No tak, ale najpierw musimy usłyszeć zgodę rodziców. To jak rodzice? Zgadzacie się na wyjazd waszych córeczek na przepiękne i zdrowe wakacje na wsi?
Czy ja wiem? — Pan Jerzy popatrzył na żonę i na Bardeckich. — Myślę, że nic nam innego nie pozostało, jak przegłosować tę sprawę. No to jak, kto jest za?!
Pan Jerzy jako pierwszy podniósł dłoń do góry, za nim podniosła pani Hania, a za nią pan Michał. Tylko pani Lodzia się ociągała. Widać było, że chciałaby, ale ma jeszcze jakieś wewnętrzne opory, czegoś się obawia.
Mamuś, błagam! — zawyła Zuza.
No i co ja mam zrobić z tą dziewczyną? — Głos pani Lodzi aż się łamał. Czuła się niezręcznie. Z czerwoną jak piwonia twarzą spoglądała na wszystkich spod oka i nie wiedziała jak ma postąpić.
Lodziu, co ci chodzi po głowie? Powiedz nam — przemówiła babcia Michalina łagodnym głosem. — Powiedz, jakie masz obiekcje.
No bo jak to tak? Przecież Zuzia jest obcą osobą dla waszej rodzinki w Pilczu. Nie, to nie wypada, abym godziła się na podrzucenie im w gościnę własnego dziecka, które jest im zupełnie obce. — Pani Lodzia jednym tchem wyrzucała z siebie swoje wątpliwości, tuląc do piersi już tylko sam toczek Zuzy, gdyż Zuza, słysząc mamy słowa, w bezgłośnym płaczu zsunęła się z jej kolan na podłogę. — Nie chcę nikogo narażać na żadne kłopoty, ani też nadużywać gościnności waszej wspaniałej rodzinki.
A właśnie! Powiedziałaś: „wspaniałej rodzinki”, i to jest prawda. A my tu wszyscy też tworzymy jedną wielką wspaniałą rodzinę. Wydaje mi się, że my zawsze byliśmy jedną rodziną. Nigdy nie myślałam inaczej — stanowczo i dobitnie tłumaczyła babcia Michalina, jednocześnie łagodnie poklepując Zuzkę po jej trzęsących się od dławionego płaczu ramionach. — Odrzuć więc od siebie te wątpliwości Lodziu, bo twoja rodzinka jest naszą rodzinką, a nasza rodzinka, nasza cała rodzinka, jest twoją rodzinką. Tak było, jest, i będzie. I wszyscy w Pilczu też o tym doskonale wiedzą z moich opowieści. Tak że wiesz, jeżeli ci tylko o to chodzi, to nie ma sprawy. Śmiało możesz podnieść swoją dłoń do góry… No jak?
Wszystkie oczy wlepiły się w skuloną na sofie postać pani Lodzi. Zuzia też podniosła głowę i zalana łzami w ogromnym napięciu patrzyła na matkę.
Pani Lodzia ciągle siedziała skulona i milcząca. Wreszcie się wyprostowała. Założyła na głowę toczek córki, który z zakłopotaniem do tej pory przyciskała do piersi. W zastanowieniu zmarszczyła brwi. Dotknęła raz jeszcze toczka na głowie. Poprawiła go. Po chwili zabieg powtórzyła. Pokręciła nim we wszystkie strony. W końcu palcami pstryknęła w jego daszek i nasunęła go figlarnie na bakier. Wtedy dopiero popatrzyła na wszystkich i przepięknie się uśmiechnęła. W tak pięknym uśmiechu trwała dobrą chwilę. I nagle, z okrzykiem: — „Voila`!” — podniosła obydwie dłonie jednocześnie, i to wysoko do góry. Widocznie takim oto sposobem chciała się zrehabilitować w oczach najbliższych za swoje niezdecydowanie i narażenie ich na chwile niepewności i smutku.
Dziwne, ale w pokoju stołowym rodzinki Czarneckich milczenie panowało nadal. Wszyscy wpatrywali się w podniesione dłonie pani Lodzi, i nic. Nikt nie reagował. Nikt nie wydusił z siebie ani jednego słowa. Pani Lodzia zwątpiła. W końcu sama zaczęła się przyglądać swym podniesionym dłoniom. Jednak oprócz złamanego paznokcia na wskazującym palcu prawej dłoni nic szczególnego w nich nie zauważyła. Zbaraniała z kretesem. Wreszcie ręce jej zdrętwiały, więc się odważyła i zapytała:
Co jest grane? Czuję się jak ogłupiała bździągwa na rozdrożu... O co wam wszystkim chodzi? Czyżbym zrobiła coś nie tak?
Nie… to znaczy, tak… Wszystko jest już tak! Już nie musisz się jak bździągwa czuć — zarechotał pan Jerzy. — Ale tak długo trzymałaś nas w niepewności, że musieliśmy się trochę ponapawać twoją pozytywną decyzją… No, Zuzieńko, możesz już reagować, bo już jest pewne, że jedziecie na wakacje do Pilcza… Odreagować nagromadzone emocje też musisz… No, jazda! Mirka, pomagaj Zuzi!
Nie trudno sobie wyobrazić, jaka radość powinna zapanować w pokoju. Nic takiego się jednak nie stało. Zuza nawet nie podniosła się z klęczek. Milczała. Chlipiąc cichutko, pociągała nosem. Mira nie wiedząc co ma zrobić, też milczała. Dopiero po dobrej chwili Zuza zbliżyła się na kolanach do matki. Obiema rękami otarła łzy, ciurkiem spływające jej po policzkach, po czym schwyciła ją za jej zdrętwiałe od trzymania do góry ręce, i całując z każdej strony, rozbeczała się jak małe dziecko.
Mira, pochylona nad klęczącą Zuzą, rozbeczała się również.
Pani Lodzia, widząc u dziewczynek ten swoisty akt radości, także zaczęła ronić łzy.
Pani Hania, mając przed oczami taki obrazek, nie mogła się nie solidaryzować ze swoją najlepszą przyjaciółką oraz z własną córką i jej najlepszą przyjaciółką. Dlatego, nie bacząc na zbaraniałe męskie grono, ocierała mokre oczy co rusz.
Nawet babcia Michalina rogiem chusteczki osuszała ukradkiem oczy z napływających łez.
O matko jedyna, czy ktoś jest w stanie zrozumieć kobiety? Bo ja nie. — Pan Jerzy czuł się skołowany. — Aleksandrze, może ty rozumiesz te dziwne istoty?
Wiesz, Jerzy, myślę że nie zawsze trzeba je rozumieć. Trzeba je po prostu przyjąć takimi jakimi są. Z całym ich niezwykle zmiennym inwentarzem uczuć — odrzekł pan Aleksander poważnym głosem. — Myślę też, że właśnie za tę ich zmienność i niesamowitą wrażliwość kochamy je tak bardzo.
Przedstawicielki wrażliwej i zmiennej płci po chwili doszły do siebie. Pierwsza doszła Zuza, a za nią pozostałe.
Zuza poderwała się z klęczek i w tempie iście kosmicznym rzuciła się na Mirę. A zrobiła to z takim impetem, że aż obydwie upadły na podłogę. I skoro na podłodze już się znalazły, zaczęły tarzać się po niej z głośnym śmiechem, przeplatanym dźwięcznym piskiem.
W pokoju stołowym ponownie zagościła ogromna radość. I te tarzające się po podłodze, i ci siedzący przy stoliku okolicznościowym, promieniowali niczym nie mąconą już, ani niczym nie ograniczaną już radością. Wszystko się wyjaśniło. Wszystko stało się jasne. Tak jasne, jak słońce na niebie. Cudowne, promieniujące, cieplutkie, napawające szczęściem i nieprzemożną chęcią do radowania się.
Babcia Michalina z zachwytem przyglądała się tarzającym się po dywanie dziewczynkom. Była szczęśliwa ogromnie. Bo oto jej marzenia związane z odnowieniem bliskich kontaktów z jej ukochaną wnuczką i jej przyjaciółką wreszcie się spełniają. Czeka ich tyle wspólnych i wspaniałych dni. Czekają je wspólne wakacje w jej najcudowniejszym miejscu na ziemi. I do tego, z jej ukochanym Gladiatorem. Czy mogła pragnąć czegoś więcej? Najchętniej sama rzuciłaby się na podłogę i ze szczęścia tarzałaby się razem z dziewczynkami.
Mira w ferworze podłogowej kotłowaniny z Zuzą wyłapała to spojrzenie babci. Natychmiast przestała się tarzać, i trzymając Zuzę nadal w objęciach, wyhamowała jej zapęd do dalszego tarzania się.
   — Poczekaj, Zuzka! — zawołała i uroczyście zaczęła przemawiać. — Musimy babci podziękować, za to co dla nas zrobiła. Bo całe to przeogromne szczęście, jakie dzisiaj doświadczamy, zawdzięczamy przede wszystkim jej. To babcia wszystko zaplanowała i tak świetnie zorganizowała. I to wszystko dla nas. Dzisiejszy dzień musimy sobie zapisać w kalendarzu, i to ogromnymi literami. Bo chyba się zgodzisz ze mną, że to jest nasz najszczęśliwszy dzień w życiu… Dziękujemy ci, kochana babciu! Nigdy ci tego nie zapomnimy. Zawsze będziesz w naszych sercach. Do końca naszych dni. 
Podpisuję się pod tym obydwiema rękami! — zawołała Zuza uroczyście śpiewnym głosikiem.
Dziękuję wam, dziewczynki, za to, że mam zapewnione miejsce w waszych serduszkach. Bardzo jestem szczęśliwa z tego powodu. — Babcia Michalina znów ukradkiem otarła zbierające się w oczach łzy. — I więcej mi nie dziękujcie, dobrze? Bo za cóż macie mi dziękować, skoro wasze szczęście, jest moim szczęściem?
Ale nasze szczęście jest na pewno większe. — Mira nie dawała za wygraną.
Też tak myślę — wtrąciła się pani Hania.
Dziękuję ci, mamusiu, za wsparcie! Ty wiesz coś na ten temat — powiedziała Mira i uśmiechnęła się serdecznie. — Ty wiesz, że to babcia, stojąc na straży miłości, zrozumienia i tolerancji, wspomaga nas w utrzymaniu serdecznej bliskości między sobą. Ty wiesz, że to babcia jest z nami na każde nasze zawołanie i służy nam swą pomocą. Zawsze i wszędzie. Ty wiesz też to, że to babcia wprowadza nas akurat w nowy i bardzo ciekawy okres naszego życia. To wszystko… i wiele jeszcze innych wspaniałych rzeczy, zawdzięczamy naszemu kochanemu i zawsze uśmiechniętemu duszkowi rodzinnemu. Naszemu najukochańszemu duszkowi w osobie babci Michaliny.
Wow, ależ mi miło! — zachichotała babcia. — Ale skończcie już wygłaszać peany pochwalne na moją cześć, bo od nich się aż unoszę…
Jerzy, zamknij okno! — krzyknęła pani Hania. — Bo nasz duszek jeszcze nam odfrunie!
Nie, nie, nie zamykaj okna, Jerzy — poprosiła babcia, śmiejąc się jeszcze głośniej. — Tyle emocji przeżyliśmy w tym pokoju, że świeże powietrze jest nam niezbędne. A ja ze swojej strony obiecuję, że będę się starała trzymać sofy… Muszę przecież jeszcze opowiedzieć dziewczynkom o czym rozmawiałam z Michałem i Maksem. Czas już, aby im wreszcie uspokoić emocje. Bo to my dorośli zaserwowaliśmy im dzisiaj potężną ich dawkę. Ba, rzekłabym nawet, że zaserwowaliśmy im potężny kalejdoskop emocji. Bo musicie przyznać, że była to istna mieszanina przemiennie następujących po sobie emocji: pozytywnych i negatywnych. Biedulki, czuły się zapewne jak na huśtawce… Na szczęście wszystko ułożyło się pomyślnie, więc teraz, kochane dziewczynki, bądźcie już tylko radosne i niech was radość nie opuszcza.
To nic, że przeżyłyśmy istny kalejdoskop emocji. Huśtawka nastrojów też nam w sumie nie zaszkodziła. Proszę się nie martwić. Tym bardziej zapamiętamy dzisiejszy dzień — zachichotała odprężona już Zuza. — A teraz proszę nam opowiedzieć, jak kuzynowie Mirki zareagowali na wiadomość o naszym przyjeździe?
Byli niezmiernie i szczerze ucieszeni. Mówili, że już zaczynają szykować dla was dwa rowery. Nawet pokój po Przemku mają zamiar odmalować i urządzić specjalnie dla was, abyście się dobrze w nim czuły. Mówili też, że jak przyjedziecie, to najpierw razem powędrujecie do groty, po wakacyjny totem, który schowany jest tam od czterdziestu lat i niszczeje. Mówili, że czas już, aby wakacyjny totem Michała i Robka, jak i również Kamila i Emila, ujrzał światło dzienne i zawisł nad bramą Maryszczaków i Podolskich (bo takie nazwisko noszą chłopcy), przynosząc nowemu pokoleniu, nowemu wakacyjnemu społeczeństwu: szczęście, radość i wiele niezapomnianych przygód.
O matko moja, Mira, czy ty to słyszysz? — zakwiliła przeszczęśliwa Zuza. — I my tam. Śladami Michała i Robka… i osobiście z Michałem i z Robkiem… Nie mogę w to uwierzyć. Boże, jakie to wszystko jest cudowne. Dzisiejszy dzień jest cudowny. Najbliższa przyszłość będzie cudowna… W ogóle to my mamy cudowne życie, co nie Mirka?
O tak, też tak uważam — odrzekła Mira, uśmiechając się zawadiacko, gdyż w tej samej chwili przyszło jej na myśl, że sprawę pod kryptonimem „Zuza-komp”, może raz na zawsze uznać za załatwioną. — Wiesz, ja mam jeszcze jeden powód do radości. A jest on mega wielki, ale o nim opowiem ci dopiero w Pilczu. Dobrze?
Rany, jeszcze jeden powód do radości? No cóż, będę musiała jakoś wytrzymać!... Nie obiecuję, ale postaram się przynajmniej spróbować.
Zuzka, bo cię ugryzę w ucho!
No dobra, powinno się udać. Masz szczęście, że do naszego wyjazdu do Pilcza tyle wspaniałych rzeczy będzie się działo. Przez to też, mniej będę myślała o tym mega wielkim powodzie, więc może nie będę ci dziury w brzuchu wiercić z jego powodu.
Masz rację, Zuza, będzie się wiele wspaniałych rzeczy działo… — rozmarzyła się Mira.
Tak jest, będzie się działo. Oj, będzie! — podchwycił pan Jerzy. — A że działo to armata, oby nam się armaciło!... Proszę bardzo, moi drodzy, wznosimy toast za nasze wspaniałe życie.
Wszyscy dorośli posłusznie złapali za lampki z szampanem i weseli stukali się nimi na szczęście.
Babcia Michalina i pan Aleksander wprawdzie tak samo stukali się ze wszystkimi szkłem, ale jego zawartości nie pili. Oboje byli wzorowymi kierowcami, dlatego też zaledwie moczyli usta w szampanie. Liczył się gest i miła, przyjacielska atmosfera.
Dziewczynki również wzniosły toast filiżankami z jaśminową herbatą i obstukały się ze wszystkimi. Najpierw z rodzicami, potem z panem Aleksandrem, a na końcu z babcią Michaliną, którą przy okazji jeszcze raz serdecznie wycałowały. A potem wesołe wróciły na swoje miejsce — pod regał z książkami.
Babcia Michalina, ze szczęśliwą miną, wzrokiem odprowadziła dziewczynki na ich miejsce. I kiedy zobaczyła, że panowie zajęli się rozmową i głośno dyskutowali na temat najlepszych miejscowości wczasowych w kraju, a panie zaś, czyli jej córka Hania ze swoją przyjaciółką Lodzią, zaczęły przeglądać najnowszy katalog mody na lato, wstała z sofy, podeszła do dziewczynek i tak jak one usiadła na podłodze. Siedząc już obok nich, zdjęła Mirze z głowy toczek i zawadiacko założyła go sobie na głowę daszkiem do tyłu. Zachichotała pociesznie i rzekła wesołym głosem:
A wiecie, dziewczynki, kiedy Michał spytał mnie jak wy się nazywacie i gdy mu powiedziałam, zastanowił się na chwilkę, po czym zawołał do słuchawki: „To niech im ciocia powie, że u nas, na modłę wujka Przemka, będą się nazywały Mirek i Ziutek”… No i co, jak wam się to podoba?...


* Publikuję tutaj tę powieść z pominięciem kilku jej
 rozdziałów, ponieważ kilka lat wcześniej została już wydana.

piątek, 12 kwietnia 2019

Szalone wakacje (XIX cz.)


Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo. 
Oferta Wydawnictwa (promocja): 



W kuchni rodzinki Czarneckich zrobiło się gwarno i wesoło. Cała szóstka zajęła się szykowaniem obiadu. Choć to zajęcie bardzo poważne, to nawet i przy tym zajęciu wszyscy tryskali humorem i zabawiali się ile wlezie. Dowcipkowali i śmiali się. Każdy też podjadał ogórki kiszone przyniesione przez pana Michała z piwnicy, wyrywając je sobie dla żartu z rąk nawzajem. Śmiechu było jeszcze więcej, kiedy pan Michał opowiedział jaki obrazek zastał w piwnicy. Otóż, kiedy pan Michał zszedł tam po ogórki, zobaczył trzy sąsiadki, które debatowały na temat zaskakująco czystej piwnicy. Miny miały przy tym wielce zdziwione a zarazem komiczne. A kiedy czwarta sąsiadka dołączyła do nich, to pan Michał nie mógł już opanować wybuchu śmiechu, gdyż jej fizjonomia zmieniała się jak w kalejdoskopie. Od zaskoczonej, po zdziwioną, wystraszoną, zaciekawioną, oniemiałą, aż wreszcie po zadowoloną, która się w niej utrwaliła i została na dłużej. Wszystkie cztery, widząc ubawionego pana Michała, zaczęły jedna przez drugą dopytywać się, czy wie coś o tym, kto wykonał taką krecią robotę. Wtedy pan Michał, chichocząc jak niesforny chłopczyk, powiedział im, iż zna takie dwa domokrążne krasnoludki i podejrzewa, że to ich robota.
Śmiejąc się i żartując sobie z sąsiadek i ich min na widok czyściutkiej piwnicy (jakiej chyba jeszcze nigdy nie widziały), wyjedli ze słoika wszystkie ogórki, ale obiad też już kończyli przygotowywać. Półmisek z całą stertą usmażonych na rumiano kotlecików stał już na stole. Ziemniaki były ugotowane i pani Lodzia odlewała z nich wodę do drugiego garnka. Sałatka wielowarzywna też już była prawie na ukończeniu. Wszystkie warzywa wymyte przez dziewczynki i pokrojone przez obie mamy w ogromnej misie czekały na przyprawienie. A przyprawianie to czynność pana Michała, wytrawnego smakosza. Pan Michał przysunął do siebie miskę i z kompletem przeróżnych przypraw zabrał się ochoczo do wyeksponowania należytego smaku sałatki.
Apsssik! kichnął głośno, mieszając zawzięcie zawartość miski. Chyba przesadziłem z tym pieprzem… Aaaa… apsssik! Auuua! Moja szczęka… to było kichnięcie… ho, ho, ho, niczym salwa armatnia… Ale… przepraszam!
Oj, tatku, tatku... Na zdrowie! zaśmiała się Zuza i nagle, ni stąd, ni zowąd, zaczęła deklamować:

Był sobie raz Bardecki Michał,
który beztrosko na wszystko kichał…
Razu pewnego, tak gromko kichnął,
że aż nieborak sobie szczękę zwichnął.

Lecz Michał Bardecki — tym się już wsławił,
że kichać lubił. Kichnął więc znów… i szczękę nastawił.
Na zdrowie! Szanowny panie Michale.
Kichaj sobie zdrowo, bez żadnego: — „ale”.

Patrzcie ludziska, co za poetkę wychowałem. No, no, no… Ty słyszysz Lodziu? Pan Michał chichotał jak mały chłopczyk.
Słyszę, słyszę. Rzeczywiście zdolne mamy dziecko… Ale… niestety musi być jedno „ale”. Ale lepiej się przyznaj, panie Michale, czy przypadkiem nie nakichałeś do sałatki? Pani Lodzia popatrzyła z nad garnka z ziemniakami, które tłukła akurat tłuczkiem.
No coś ty, Leokadio! W porę odwróciłem głowę, dlatego teraz szczęka mnie tak boli, bo nie prosto a na bok kichałem poinformował grzecznie pan Michał.
Zuzieńko, a skąd ci się nasunął pomysł na taki wierszyk o mnie? Pan Michał zainteresował się zaskakującymi zdolnościami córki. Nie wiedziałem, że znasz się na poezji.
To żadna poezja. Ty swoim kichnięciem nasunąłeś mi taki pomysł. A że nazywasz się Michał, to już samo mi się jakoś wymyśliło. Nie będę ukrywać, że wcześniej słyszałam podobny wierszyk o babci Michalinie odpowiedziała zadowolona z siebie Zuza.
A co babcia Michalina ma za mną wspólnego? dociekał dalej pan Michał.
Co nieco ma. Bo musisz wiedzieć, że babcia Michalina, wcześniej od ciebie była Michałem. Zuza buchnęła śmiechem na widok zaokrąglonych oczu ojca.
Tak, to prawda, Michał. Do wyjaśnień Zuzy dołączyła pani Hania. Przypominam sobie, moja mama mi kiedyś o tym opowiadała. Wiesz, ona w dzieciństwie spędzała wakacje u swojego wujostwa na wsi. I tam na wsi… Pilcz bodajże nazywa się ta wieś, na użytek jej starszego kuzyna, przez długie lata nazywana była Michałem.
A to ci numer. Ani bym nie przypuszczał nawet, że mam imienniczkę w osobie pani Michaliny. Jak dzisiaj przyjdzie muszę z nią koniecznie bruderszaft przepić zachichotał pan Michał.
No, warto! Bo muszę ci powiedzieć, że z mojej teściowej, to dobry kompan rzekł pan Jerzy i porozumiewawczo łupnął swego przyjaciela po plecach, wskazując oczami na kuchenny barek.
Aaaa… jak się sprawy tak mają, to bruderszaft pewny. Pan Michał puścił oczko przyjacielowi. No, sałatka pierwsza klasa. Wszystko gotowe, miłe panie? Tak? A więc siadajmy w końcu do stołu. Umieram z głodu.
Rodzinka Czarneckich i Bardeckich zasiadła do stołu. Wszyscy rzucili się na jedzenie jak wygłodniałe wilki. W kuchni Czarneckich zapanowała chwilowe milczenie. Słychać było tylko dźwięk pracujących na talerzach sztućców. I kiedy każdy najadł się już do syta, milczenie zostało przerwane.
Dziewczynki, a babcia Michalina mówiła, o której godzinie przyjedzie? spytała pani Hania.
Mówiła tylko, że jakoś pod wieczór odpowiedziała Mira.
No tak, ona szybciej ze stadniny nie wraca jak o osiemnastej głośno myślała pani Hania. Macie już dość jedzenia? Tak? To dobrze. To ja schowam to co zostało, bo może mama będzie głodna. Będę miała ją czym poczęstować.
Właśnie. Ale z nas żarłoki, niewiele tego zostało zmartwiła się Mira.
Nie martw się Miruniu, wystarczy uspokoiła córkę pani Hania. A teraz sprzątnijmy ze stołu. Panowie, wy do zmywania naczyń.
Nie, nie, nich panowie sobie posiedzą. My pozmywamy naczynia zadeklarowała się Zuza, patrząc konspiracyjnie na Mirę.
Jasne! A wy, panie, też siadajcie z powrotem z uśmiechem powiedziała Mira. Zrobimy wam kawę w ekspresie i same wszystko posprzątamy po obiedzie.
Rodzice miło zaskoczeni, robiąc do siebie szczęśliwe miny, posłusznie usiedli do stołu z powrotem. Na początku rozmawiali z dziewczynkami. Dopytywali się jak tam w szkole. Czy cała ich klasa ma szansę przejść do następnej klasy. Czy ich pani wychowawczyni już wyzdrowiała i czy po długiej chorobie wróciła już do szkoły. A pan Jerzy, śmiejąc się, pytał, czy ich świadectwa znów będą tak nudne jak w poprzednich latach, bo jak do tej pory na ich świadectwach nie było co czytać, gdyż zawsze stało na nich z góry na dół to samo, czyli same bardzo dobre. I gdy otrzymał od dziewczynek twierdzącą odpowiedź, ucieszył się bardzo. Pozostali rodzice również. Potem jeden przez drugiego zaczęli się dopytywać, czy dziewczynki są zadowolone, iż wakacje się już zbliżają. Dziewczynki odpowiedziały oczywiście, że są zadowolone, nawet bardzo. Ale jednakowoż wyczuły, iż rozmowa zaczyna schodzić na śliski grunt, podały więc w pośpiechu rodzicom kawę i poprosiły, aby zajęli się już sobą i nie przeszkadzali im w pracy. 
Przy kawie rodzice z wielką rozkoszą podjęli temat niedalekiego już urlopu w Tunezji. Rozmawiając i zachwalając ten wspaniały kraj, co rusz spoglądali na swoje córki, aby sprawdzić, czy to co mówią też do nich dociera i czy odnosi pozytywny skutek. Niewiele jednak mogli stwierdzić, gdyż dziewczynki, zmywając naczynia, były ciągle odwrócone do nich plecami. Ciągle i długo. Zbyt długo. W końcu znudziło ich wyczekiwanie, podjęli więc inny temat. Temat polityki. Temat, który z wielkim zacietrzewieniem potrafili godzinami omawiać, roztrząsać, ostro krytykować, mało kiedy chwalić. Czasami tak bardzo zapamiętale dyskutowali na jej temat, że niekiedy aż się kłócili między sobą, gdyż każdy z nich miał inne zdanie i próbował swoje zdanie obronić. Bo co jak co, ale polityka na świecie, a zwłaszcza w kraju, jest niezmiernie bogata w wydarzenia. Jest też nieprzewidywalna i bardzo kontrowersyjna. A kiedy wgłębili się w omawianie nowego kryzysu w rządzie, to tak bardzo zatracili się w temacie, że już zupełnie zapomnieli o swoich córkach.
Dziewczynki kończyły zmywanie naczyń. Na wszelki wypadek nie odwracały się jednak od zlewozmywaka. Słyszały dyskusję rodziców, wiedziały więc, że temat urlopu w Tunezji mają na razie z głowy. Były zadowolone. Zerkały na siebie porozumiewawczo. Doskonale znały swoich rodziców i były pewne, że podjęty przez nich temat polityki pochłonął ich bez reszty. Ale że temat urlopu był dla nich obu tematem bardzo niebezpiecznym, wolały chuchać na zimne. Postanowiły więc nie odwracać się od zlewozmywaka i trwać przy nim w zaparte tak długo, jak to się tylko da. Najlepiej aż do przyjścia babci Michaliny.
Taki obrazek w kuchni Czarneckich widoczny był jeszcze przez chwilę, ale niedługą już, gdyż nagle rozległ się dzwonek u drzwi i w kuchni powstało zamieszanie. Dziewczynki podskoczyły aż z wrażenia i puściły się zlewozmywaka, chcąc biegnąć do drzwi. Jednak w połowie drogi, Mira, która zachowała więcej zimnej krwi niż Zuza, pociągnęła ją z powrotem do zlewozmywaka. Wszyscy rodzice natomiast poderwali się od stołu jak na alarm, szurając krzesłami po podłodze. Hałasu narobili przy tym co niemiara. W końcu jednak z powrotem klapnęli na krzesła, bo pani Lodzia, która siedziała akurat najbliżej przedpokoju, nakazała im to gestem ręki i sama poszła otworzyć drzwi wejściowe.
Dzień dobry, Aleksander Wielki jestem... rozległo się w progu drzwi wejściowych.
Że niby kto? Żarty pan sobie ze mnie stroi? oburzyła się pani Lodzia, sądząc że to jakiś żartowniś.
Gdzież bym śmiał. Nazywam się Aleksander Wielki powtórzył gość u drzwi. Mam pod tym adresem specjalną misję do spełnienia… Ojej, pani robi takie duże oczy, czyżby to oznaczało, że pani Michalina zapomniała o mnie wspomnieć?
Zuza i Mira dokładnie słyszały wypowiedziane przy drzwiach słowa, ale były tak okropnie zaskoczone, że nie mogły oderwać się od zlewozmywaka. Po chwili swoje ogromne zaskoczenie pokonały ogromniejszą jeszcze ciekawością i obydwie jak na komendę, pognały do przedpokoju.
O Jezus… pan Aleksander Wielki! wrzasnęły z podniecenia jednocześnie.
Nie Jezus, a tylko Aleksander Wielki z szerokim uśmiechem uściślił gość w progu. Witam was, dziewczynki!
Mamusiu, tatusiu, państwo Bardeccy, przedstawiam wam pana Aleksandra Wielkiego! zawołała ciągle zaskoczona, ale i bardzo podniecona, a przede wszystkim niesamowicie uradowana Mira.
Witamy pana serdecznie w naszych progach! Pani Hania tym razem pierwsza doszła do siebie. Ależ proszę dalej, proszę wejść do środka. Co za niespodzianka. Dziewczynki wspominały nam, że pana poznały w niedzielę. I są panem zachwycone. Bucefałem również. Kto by przypuszczał, że pan się sam do nas pofatyguje? Bo wie pan, my mieliśmy zamiar w najbliższą sobotę odwiedzić pańską stadninę i mieliśmy nadzieję poznać pana. A tu taka miła niespodzianka, taka niespodzianka! Pan u nas…
Bo widzicie, państwo, pani Michalina zaprosiła mnie pod ten adres wyjaśniał pan Aleksander. Kazała mi najpierw zadzwonić do drzwi na parterze, a gdyby mi nikt tam nie otworzył, mówiła żebym dzwonił na drugim piętrze… A co, czyżbym nie zastał u państwa pani Michaliny?
Nie, mamy jeszcze nie ma poinformowała gościa pani Hania. Dziewczynki mówiły, że ma przyjść pod wieczór, ale same nie wiedzą o której godzinie. Więc ja myślę, że przyjdzie po osiemnastej, gdyż najczęściej do tej pory jest w stadninie.
Właśnie że dzisiaj wyszła specjalnie wcześniej, aby już przed siedemnastą zjawić się u państwa. A mnie kazała przyjść o siedemnastej trzydzieści. No a teraz jest już siedemnasta trzydzieści pięć rzekł pan Aleksander w zadumie, spoglądając na swój kieszonkowy zegarek. Mam nadzieję, że nic złego się jej nie przytrafiło.
O matko moja! krzyknęła pani Hania. Przecież ona zawsze jest słowna i punktualna. I gdy jej coś niespodziewanego wypadnie, to zaraz dzwoni by powiadomić… Już do niej dzwonię… Ale proszę, niech pan usiądzie.
Pani Hania pobiegła do pokoju stołowego i wystukała numer matki. I nic. Cisza. Nikt w mieszkaniu na ulicy Moniuszki nie odbierał. Wystukała więc kolejny numer, numer telefonu komórkowego mamy. I też nic. Telefon milczał. Pani Hania zmartwiła się bardzo. Wróciła do kuchni i poinformowała wszystkich o swoim zmartwieniu.
Naprawdę martwię się już okropnie. To do mojej mamy niepodobne. No nic, poczekajmy jeszcze z kwadrans. Jak się do tej pory nie zjawi, to ty Jerzy będziesz musiał podjechać na Moniuszki i zobaczyć co tam się dzieje. Ale wierzę jednak, że zaraz wszystko się wyjaśni i mama stanie w drzwiach… A teraz musimy ugościć jakoś naszego drogiego gościa… Panie Aleksandrze, może miałby pan ochotę na coś z obiadu?
Ależ nie chciałbym sprawiać kłopotu…
To żaden kłopot, proszę mi wierzyć z uśmiechem przekonywała pani Hania. Wprawdzie my już jesteśmy po obiedzie, ale zostało nam jeszcze co nieco, więc to żaden problem. Włożę tylko do mikrofalówki… i już gotowe.
Po chwili pan Aleksander Wielki raczył się pysznym obiadem, w postaci ostatnich trzech kotlecików mielonych z resztką ziemniaczków i sałatki wielowarzywnej. Aż miło było patrzeć, tak zajadał, chwaląc przy tym zdolności kulinarne pani tego domu. Bo jak mówił, przepadał za mielonymi z dużą ilością czosnku. A gdy się dowiedział, że obiad który spożywał był szykowany przez wszystkich członków obu rodzin, to z zachwytu aż peany pochwalne wygłosił na cześć obu rodzin. Na cześć ich wspaniałej organizacji życia rodzinnego i wzajemnej przyjaźni.
Po obiedzie pani Hania poczęstowała pana Aleksandra kawą. Świeżą, aromatyczną kawą zrobioną w międzyczasie przez przewidujące dziewczynki. Przy filiżance kawy panowie zajęli się dyskusją na temat koni. Temat ten rozpoczął pan Jerzy. A zrobił to celowo, ażeby ich gość się rozluźnił i nie czuł się nieswojo w tej niezręcznej sytuacji, w jaką wpakowała go babcia Michalina. Okazało się, że pan Jerzy trafił w samą dziesiątkę, gdyż pan Aleksander rozpływał się wręcz w temacie. Opowiadał o koniach z przeogromną pasją. Ochoczo też odpowiadał na każde zadane pytanie. I nie było mowy, żeby choć na ułamek sekundy poczuł się wśród nowo poznanych ludzi niezręcznie lub nieswojo.
Mira i Zuza promieniowały szczęściem. Bo jak tu nie być szczęśliwym? Pan Aleksander Wielki jest u nich w domu. Siedzi z ich rodzicami i opowiada o koniach. Opowiada o Stadninie Bucefała i o samym Bucefale. Wreszcie opowiada też o wymiernych osiągnięciach jego Szkółki Jeździeckiej. Wspaniały pan Aleksander Wielki osobiście u nich w domu. „Boże” wzdychały obie. „Jaki to cudowny obrazek”. — Obie doskonale wiedziały, komu ten obrazek zawdzięczają.
Pana Hania i pani Lodzia usiadły naprzeciw panów i z wielkim zainteresowaniem przysłuchiwały się ich rozmowom. A zwłaszcza wspaniałym opowieściom pana Aleksandra.
Pani Hania była jednak coraz bardziej zdenerwowana nieobecnością matki. Lecz by nie peszyć gościa nie dawała tego po sobie poznać. Co rusz próbowała nawet się do niego szeroko uśmiechać, chociaż czuła, że kąciki ust aż drżą jej ze zdenerwowania. Coraz częściej też zerkała na zegarek, starając się to robić jak najdyskretniej. Mijał właśnie już drugi kwadrans, a matki ani widu ani słychu. W końcu jej nerwy nie wytrzymały dalszej próby czasu. Nic też nie pomogła jej wewnętrzna mobilizacja. Postanowiła, już, natychmiast, poprosić męża, aby pojechał na ulicę Moniuszki. Już otworzyła nawet usta, gdy nagle… rozbrzmiał cudowny dźwięk. Najcudowniejszy dźwięk z dźwięków. Tak bardzo wytęskniony dźwięk. Tak bardzo wyczekiwany dźwięk. Dźwięk dzwonka u drzwi.
Wszyscy jak na rozkaz zerwali się z krzeseł, nawet pan Aleksander, i hurmem ruszyli do przedpokoju.
Pani Hania w ogromnych emocjach biegła najszybciej. I to ona pierwsza dopadła drzwi wejściowych. Natychmiast złapała za klamkę i z wielkim impetem otworzyła drzwi na oścież.
Mamusiu kochana, jesteś! krzyknęła z radości i jak mała dziewczynka rzuciła się matce na szyję. Umierałam już ze strachu. Gdzieś ty była? Co się z tobą działo?
No, to się nazywa przywitanie! zawołała zaskoczona babcia Michalina. Cha, cha, cha… widzę, że warto czasami zawalić na całej linii, by potem być tak wylewnie witaną… No dobra, żarty żartami… Zaraz się wytłumaczę, bo zawalanie nie leży jednak w mojej naturze. I sama też najadłam się nerwów co niemiara… Ale o tym potem. Najpierw muszę przeprosić pana Aleksandra, bo swoją nieobecnością wpakowałam go w niezłą kabałę… Błagam niech mi pan wybaczy!
Ależ ja nie mam czego pani wybaczać, pani Michalino odrzekł pan Aleksander z figlarnym uśmiechem. Powinienem być pani wręcz wdzięczny, że dzięki pani poznałem tak wspaniałych ludzi.
Mówi pan prawdę? Zatroskanie zniknęło babci Michalinie z twarzy i pojawiła się radość. Tak…? No, to mnie pan uspokoił, bo najbardziej martwiłam się o pana… Haniu a zadbałaś o pana Aleksandra?
Mało, że zadbała, rozpieściła nawet odpowiedział za panią Hanię pan Aleksander. Zostałem poczęstowany przepysznym, rodzinnym obiadem. Ba, nawet dwurodzinnym obiadem.
To dobrze ucieszyła się babcia Michalina. Proszę Haniu, przyniosłam ze sobą sernik, który wczoraj z dziewczynkami upiekłam, specjalnie na dzisiejszy wieczór.
Mamuś, jak zwykle jesteś wspaniała, bo akurat nie mamy żadnego ciasta na podwieczorek. Pani Hania z ucieszoną miną odebrała z rąk matki całą blachę sernika.
To nie ja jestem wspaniała, a dziewczynki, bo to one wpadły na taki pomysł uściśliła babcia.
A właśnie, nie podziękowałam dziewczynkom. Dziękuję wam, moje drogie. Jesteście bardzo kochane zawołała pani Hania i zaraz jakoś niepewnie spojrzała na swoją przyjaciółkę, a potem jeszcze bardziej niepewnym wzrokiem omiotła swoją córkę i córkę swojej przyjaciółki. Proszę, przejdźmy teraz do pokoju stołowego. Zaraz pokroję pysznego sernika wykonanego przez nasze trzy najukochańsze istoty i podam coś do picia… No właśnie, kto życzy sobie jeszcze kawę, a kto herbatę?
Haniu, dziewczynki zajmą się tym później, a ty też usiądź z nami, bo chciałabym z wami wszystkimi porozmawiać zażyczyła sobie babcia Michalina. Ale najpierw wytłumaczę się ze swojego spóźnienia. A potem powiem wam, po co dzisiaj zrobiłam zbiórkę u was wraz z panem Aleksandrem.
Babcia Michalina konspiracyjnie spojrzała na pana Aleksandra, a gdy ten puścił do niej oczko i pokiwał przecząco głową, zrozumiała, że on się nie zdradził z jaką misją tu przyszedł. Zadowolona, poprowadziła pana Aleksandra do pokoju stołowego, a za nimi weszli domownicy. Wszyscy rozsiedli się na kanapach i w fotelach i wyczekująco wpatrywali się w babcię. Babcia Michalina uśmiechnęła się serdecznie i zaczęła opowiadać, co jej się przytrafiło.
Otóż, kiedy przed godziną siedemnastą wybiegłam z domu na ulicę, nawet nie przypuszczałam, że utkwię na niej w swoim autku na tak długo. Wyobraźcie sobie, że gdy dojeżdżałam do skrzyżowania z ulicą Powstańców, zatrzymał mnie policjant i kazał mi stać na włączonych światłach awaryjnych, aby wszystkie samochody nadjeżdżające za mną, zatrzymały się również. Okazało się, że przed skrzyżowaniem zdarzył się wypadek. Kolizja dwóch samochodów. Na początku bardzo się przeraziłam, bo to przecież okropna rzecz. Wyszłam z mojego Polo i już z daleka zauważyłam po obu stronach ulicy zbiegowisko ludzi, a na środku jezdni dwa strzaskane samochody. Przy samochodach zaś dwóch kierowców zamaszyście gestykulujących i głośno wykłócających się o to, kto jest większą ofermą i kto jest winien kolizji. No, to wtedy trochę się zezłościłam, że dla ich kłótni muszę stać w korku, a przecież czas mnie nagli. Ludzie siedzący w samochodach przede mną i w coraz dłuższym korku za mną też zaczęli się niecierpliwić, dając temu wyraz orkiestrą klaksonów. Na ulicy powstał niesamowity rwetes. Gapie zbiegali się ze wszystkich stron i już nie wiadomo było co się dzieje. Zła byłam na siebie, że wcześniej nie próbowałam jakoś zawrócić i uciec drugą stroną ulicy. Niestety, było już za późno. Żadnej możliwości manewru. Ulica była zapchana. Musiałam stać w tym gigantycznym korku i czekać. Wtedy nagle ludzie zaczęli wrzeszczeć, że jakaś kobieta rodzi w samochodzie. No, to wtedy zamieszanie zrobiło się już przeokropne. Zewsząd krzyczano: „Wzywać Pogotowie Ratunkowe!”. Znów przybiegł ten sam policjant i pobiegł w kierunku wskazanym przez ludzi stojących na chodniku. Okazało się, że kilka samochodów za mną, w małym fiaciku, jakaś młoda kobieta, którą mąż wiózł do szpitala na porodówkę, zaczęła rodzić. To było straszne. Kobieta krzyczała tak przeraźliwie, że przekrzykiwała nawet cały harmider na ulicy. Policjant blady na twarzy jak ściana biegał dookoła fiacika i wrzeszczał: „Robić miejsce dla karetki!”. Okropność! Byłam tym wszystkim tak wstrząśnięta, że nie zauważyłam nawet upływu czasu. Kiedy wreszcie spojrzałam na zegarek, zamarłam, dochodziła siedemnasta trzydzieści. Pierwsze, co chciałam zrobić, to zadzwonić do pana, panie Aleksandrze, by uprzedzić o zaistniałej sytuacji i przeprosić za moje spóźnienie. No i poprosić, aby pan przyszedł później, oczywiście o ile by pan mógł. I wtedy zorientowałam się, że niestety moją komórkę zapomniałam w domu. Ależ byłam wściekła na siebie. Bo właściwie to mi się nie zdarza. Przed wyjściem z domu bardzo długo rozmawiałam przez telefon stacjonarny, a potem jeszcze przez komórkowy. Byłam tak bardzo podekscytowana moimi rozmowami telefonicznymi, że nawet nie sprawdzałam czasu. Tak że kiedy wreszcie spostrzegłam się, że czas wychodzić, złapałam za torebkę oraz blachę z sernikiem i wyszłam z mieszkania. A moja komórka najprawdopodobniej została obok telefonu stacjonarnego… Myślałam, że mnie coś trafi, taka byłam zła! Zostałam na własnej ulicy uwięziona z kretesem. Wprawdzie nie z własnej winy sterczałam tam jak kołek, ale z własnej winy zostałam bez możliwości kontaktu z kimkolwiek z was. Wyskoczyłam z Polo wściekła jak osa i próbowałam od kogoś pożyczyć telefon. I wyobraźcie sobie, że nikt nie chciał mi pomóc. Co za ludzie! Najpierw poprosiłam jedną kobietę, która siedziała w samochodzie zaraz za mną. Powiedziała, że w ogóle nie posiada telefonu komórkowego. Pytałam jeszcze parę innych osób, lecz tylko dwóch facetów przyznało się, że mają komórę, ale niestety baterie im się wyładowały. Zrezygnowana usiadłam z powrotem do mojego autka… i wiecie, co zobaczyłam w lusterku wstecznym? Ta kobieta siedząca w samochodzie zaraz za mną, jak gdyby nigdy nic, spokojnie sobie rozmawiała przez telefon komórkowy. Przyznam, że podłamała mnie ta nieżyczliwość ludzka. Ale co było robić? W tym samym czasie usłyszałam ponowny krzyk rodzącej kobiety, ale jeszcze bardziej rozpaczliwy i przeciągły. Kobieta krzyczała już raz po raz. Długo się nie namyślałam, wyskoczyłam z mojego Polo i pobiegłam w stronę małego fiacika. Zastałam tam widok przerażający. Kobieta na wpół siedziała, na wpół leżała na przednim siedzeniu otwartego malucha i nogami zapierała się o jezdnię. Obiema zaś rękami trzymała brzuch i krzyczała: „Ja już nie moooogę… ja roooooodzę… raaaatuuuunkuuuu!”. Zaś jej mąż klęczał przy niej i trzymał się tylko za głowę, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Podleciałam do tej biednej kobiety i zaczęłam też krzyczeć: „Lekaaarza… czy jest tu gdzieś jakiś lekarz?!”. I wiecie co, na szczęście okazało się, że ni stąd, ni zowąd, zjawił się jakiś młody mężczyzna i powiedział, że jest lekarzem. Na początku nie bardzo chciałam mu wierzyć, gdyż on sam był tak przerażony i blady na twarzy, że to aż nie pasowało jak na lekarza. Ale kiedy zauważyłam, że on ma ze sobą walizeczkę ze sprzętem medycznym, musiałam uwierzyć. Zresztą i tak nie było innego wyjścia, bo karetki pogotowia ani widu ani słychu. Trzeba było więc być zadowolonym, że chociaż jakiś młodzik-lekarz jest pod ręką. Kobieta już rodziła. To było widać, że dziecko lada moment przyjdzie na świat. Nie wiele się namyślając, pognałam do swojego autka, gdyż przypomniałam sobie, że w bagażniku miałam trzy derki Gladiatora i kilka ręczników. Rzeczy te, po wypraniu w domu, miałam zamiar zostawić dzisiaj w stadninie. Ale że całe przedpołudnie spieszyłam się bardzo ze wszystkim, by móc wcześniej wyjść ze stadniny, po prostu zapomniałem je z bagażnika wyładować i zanieść do swojej szafki. No i widzicie, moje roztargnienie pospołu z zapominalstwem okazało się być tym razem przydatne, gdyż wszystkie te rzeczy mogły się przydać do porodu… Kiedy z tym końskim ekwipunkiem przybiegłam z powrotem do rodzącej, od razu podałam ręczniki lekarzowi, a jeden pled rozłożyłam na asfalcie. Potem wraz z mężem rodzącej kobiety delikatnie położyliśmy ją na tym pledzie. Mężczyzna był tak przerażony, że z powrotem łupnął na kolana i jedną ręką złapał się znów za głowę, a drugą położył na czole żony. Natomiast lekarz z ręcznikami w rękach stał pochylony nad rodzącą i nie wiedział od czego zacząć. Widząc jego lęk i niezdecydowanie, wystraszyłam się. Zdałam sobie sprawę, że ten biedny, młody lekarzyna, najprawdopodobniej jeszcze nigdy sam nie odbierał porodu. Ale co było robić? Przecież musieliśmy się zająć przyjściem na świat nowego obywatela naszego miasta. Chwyciłam lekarza za rękę i mocno ją ścisnęłam. Lekarz popatrzył na mnie błędnym wzrokiem, ale usilnie starał się uśmiechnąć. No to ja, żeby dodać mu odwagi, i przy okazji też i sobie, szepnęłam mu do ucha: „Panie doktorze, do roboty, to nic strasznego, dziecko samo się urodzi”. Podziałało. Lekarz natychmiast ukląkł przy rodzącej i przystąpił do odbierania porodu. Uspokojona już, odwróciłam nagle głowę, i zamarłam. Dookoła nas stało pełno gapiów z policjantem na czele i z otwartymi ustami nam się przyglądało. Krzyknęłam do policjanta, żeby kazał ludziom się odsunąć. Policjant nie reagował. Powtórzyłam jeszcze raz, ale o wiele głośniej. Zaskoczył. Rozłożył ramiona, i pokrzykując na ludzi: „To żaden teatr, proszę się rozejść, natychmiast proszę się odsunąć!”, porozpychał ludzi na boki. Na szczęście na dość dużą odległość, gdyż rodząca kobieta aż głośno odsapnęła między jednym bólem partym a drugim. Natomiast lekarz i mąż rodzącej, wpatrzeni w nią jak w obraz nie z tej planety, zapewne nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Lżej mi się zrobiło, bo sytuacja zaczynała wyglądać nieco lepiej. Zawołałam na jedną starszą kobietę z tłumu gapiów i poprosiłam ją, żeby razem ze mną trzymała pled Gladiatora. Chciałam zrobić coś w rodzaju parawanu, zasłaniającego rodzącą i „personel medyczny” od spojrzeń ciekawskiej ciżby. Po chwili wszystko już było przygotowane na przyjście dziecka. My wszyscy również byliśmy już przygotowani. Przynajmniej psychicznie, bo nasze przygotowanie fizyczne było tak czy siak do kitu. Jednak nikt z nas najwyraźniej nie czuł już lęku i z wielką troską robił swoje. Lekarz robił za lekarza, mąż rodzącej kobiety za przejętego przyszłego ojca, a ja z kobietą z tłumu za parawan. Nie wiem już sama jak długo to jeszcze trwało. Wydawało mi się, że ledwie zaczęliśmy robić swoje, gdy nagle zaległą na ulicy Moniuszki ciszę przeszył rozdarty i donośny głos nowo narodzonego obywatela… Tak, obywatela… pięknego chłopczyka, którego spocony niesamowicie lekarz z szerokim uśmiechem trzymał w dłoniach. Po ulicy przeszła fala westchnienia. To wyczekujący w ciszy i napięciu tłum gapiów westchnął z ulgą. A po chwili, ulica rozbrzmiała oklaskami i okrzykami radości. Wtedy do tych wszystkich odgłosów: nowo narodzonego życia, oklasków i okrzyków radości, dołączył jeszcze jeden odgłos. Odgłos syreny nadjeżdżającej karetki pogotowia. Ludzie zaczęli się odsuwać i robić miejsce. Lecz oklaski i okrzyki nie ustawały. Wzmogły się nawet. Kiedy karetka podjechała do miejsca tej jakże swoistej porodówki, wtedy już świeżo upieczony ojciec trzymał noworodka opatulonego w moje ręczniki, i drżąc na całym ciele, wołał: „Boże mój najukochańszy, mam syna! Ludziska, słyszycie?! Mam synaaaaa!”. Z karetki wyskoczył lekarz oraz dwóch sanitariuszy i stanęli jak wryci. A gdy już nieco ochłonęli, sami zaczęli bić brawo. Nasz młodziutki lekarz, położnik mimo woli, nie krył zadowolenia. Ocierał pot z czoła i chichotał ze szczęścia jak mały chłopczyk, który niespodziewanie dostał piękną zabawkę. A nasza młoda mama, z wielką ulgą uśmiechała się do wszystkich. I choć było widać, iż była zupełnie wycieńczona tak niezwykłym przecież porodem, promieniowała szczęściem… Matczynym szczęściem. I kiedy sanitariusze przełożyli ją z jezdni na nosze i nieśli do karetki, kazała im się zatrzymać na chwilę. I wiecie co ona zrobiła? Nie wiecie, bo i skąd możecie wiedzieć… Otóż złapała mnie i młodego lekarza za ręce i… pocałowała. W ten sposób wyraziła swą wdzięczność za pomyślny poród. A gdy znalazła się już wraz ze swoim syneczkiem i mężem w karetce, i zanim karetka odjechała, przez swojego męża poprosiła mnie do środka. Weszłam do karetki. Jej mąż podał mi niepotrzebne już moje ręczniki, ona zaś półgłosem do mnie powiedziała: „Dziękuję pani. Dziękuję losowi, że postawił panią na mojej drodze…” Przytuliłam swoją twarz do jej twarzy i odrzekłam: „Ależ nie ma mi pani za co dziękować. Jestem szczęśliwa, że mogłam być świadkiem narodzin nowego życia. I to ja dziękuję pani”. Wtedy ona wzięła głęboki oddech… i nagle zaczęła się głośno chichotać. W karetce pogotowia zapanowała chwilowa konsternacja. Wszyscy wpatrywaliśmy się w leżącą położnicę i nie wiedzieliśmy jak mamy zareagować. A ona śmiała się i śmiała. Po chwili jednak przestała i z szerokim uśmiechem na rozjaśnionej twarzy powiedziała: „Proszę sobie wyobrazić, że naszego syneczka chcieliśmy nazwać Stasiek”. Powiedziała i znów zaczęła się chichotać. I kiedy przestała, dodała: „I kto by przypuszczał, że nasz syn Stanisław urodzi się na ulicy Stanisława Moniuszki… i to bezpośrednio na ulicy”. No to wtedy wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Ludzie na ulicy jeden przez drugiego zaglądali do środka, chcąc wyłapać, co jest powodem wybuchu śmiechu w karetce pogotowia. Wtedy ja ze śmiechem wyszłam na zewnątrz, a pękające od śmiechu Pogotowie Ratunkowe odjechało. Ludzie zaczęli mnie obstępować i dopytywać się co się stało. No to im powiedziałam. Wtedy jeden drugiemu zaczął przekazywać co ode mnie usłyszał i fala śmiechu przeleciała przez ulicę Stanisława Moniuszki… No i w tak miłym i wesołym nastroju zaczęliśmy się rozchodzić. Każdy w swoją stronę. Ja też, bo w międzyczasie dwóch kłócących się kierowców przestało się w końcu kłócić i odblokowało jezdnię… No i wreszcie jestem już z wami… Mam nadzieję, że się wytłumaczyłam i że zrozumieliście moje spóźnienie, co?
Mamuś, mamuś… jesteś wspaniała wyszeptała pani Hania.
Wiedziałem, że mam skarb w stadninie! z entuzjazmem zawołał pan Aleksander Wielki. Od początku o tym wiedziałem. Jest pani wspaniałym człowiekiem. Jestem dumny z pani.
No, moja teściowa, to rzeczywiście istny skarb, którego wszyscy mi zazdroszczą. Bo mało która teściowa potrafi być też człowiekiem zarechotał rubasznie pan Jerzy. Lecz zaraz dostał pstryczka w ucho od teściowej, więc się rechotać przestał. Złapał ją tylko za rękę, którą wymierzyła mu fizyczne napomnienie i złożył na niej siarczysty pocałunek, i po chwili zagrzmiał: Wszystkie teściowe tego świata, wybaczcie!
Cały pokój stołowy rodzinki Czarneckich rozbrzmiał śmiechem. Najgłośniej śmiała się babcia Michalina oraz Mira i Zuza, gdyż w międzyczasie ich oczy się spotkały i babcia z pocieszną miną puściła im porozumiewawcze oczko. A śmiały się coraz głośniej, gdyż wyczuły, iż śmiech miło rozładowuje ich ogromne emocje nagromadzone od poprzedniego dnia z powodu tylko im wiadomego, jak i wielkie podenerwowanie, wynikające z obawy przed tym, co nastąpi za chwilę, kiedy powód ten stanie się wiadomym również i ich rodzicom.
Uwielbiam pani opowieści wysapała Zuza, śmiejąc się bez ustanku. Jak zwykle są niesamowicie niezwykłe!
Właśnie. Ja też tak myślę babciu. Najwyraźniej tobie w dalszym ciągu przytrafiają się same niezwykłe historie skonstatowała Mira z zabawną miną.
Niezwykłe, powiadacie? Czy ja wiem? Babcia Michalina zamyśliła się na moment. Wreszcie znów się roześmiała i dodała: Ale chyba macie trochę racji dziewczynki, bo ta akurat historia to całkiem zwykła nie była… Jakkolwiek, najważniejsze jest to, że się dobrze skończyła… No, a teraz dziewczynki, bardzo was proszę, zostawcie nas samych na chwilę. W międzyczasie pokrójcie sernik i zróbcie cały dzbanek kawy i herbaty, gdyż może nam w gardłach zaschnąć. Mamy przecież dużo do gadania i obgadania...

 cdn.

Link do powieści: "Szalone wakacje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach).