środa, 22 sierpnia 2018

Kapryśna woda

Kapu, kapu, kapu, kap,
Kapie woda z kranu...
Ejże wodo, nie kap tak,   
Nie zakłócaj mojego błogostanu!


Przydałby się hydraulik,
Może nawet i cyrulik...
Bo ta woda kapiąc z kranu,
Sama nie zmieni swego stanu.

Wieża ciśnień ciśnie wodę,
Cisnąc, działa na jej urodę...
Przyszła wiosna, puściły lody,
Rzeki pełne spiętrzonej wody.

 A jak roztopy nastąpiły...
Wodę w rzekach wybrudziły.
A wieża ciśnie, ciśnie wodę...
Dbać nie nadąża o jej urodę.

A woda kapie, kapie z kranu,
Zależna od wieży i rzek wodostanu.
Kapu, kapu, kapu, kap!
Ciągle kapie... okropnie tak!

Przydałby się hydraulik,
Może nawet i cyrulik...
A może wystarczy jeno zatyczka,
By przestała kap... kap... kaprysić ta chimeryczka?

Kapu, kapu, kapu, kap,
Kapie woda z kranu...
Już nie mogę z nią wytrzymać...
Chyba wyjdę z domu!

wtorek, 21 sierpnia 2018

Czas wakacji

Lato, lato… piękne jest lato!
Wie o tym mama, wie też i tato.
I my, dzieci, też o tym wiemy…
To czas wakacji, których pragniemy.

Bo wakacje, to piękna rzecz,
I każdy z nas - powinien je mieć,
By przyrody bliżej być,
By móc ją podziwiać i pięknie żyć!

Na wakacjach przygód moc
Czeka nas od rana - aż po noc.
Błękit nieba od świtu po zmierzch,
Piękne jest lato! Garściami je bierz!

A więc w drogę! Ruszać pora!
Pakuj zabawki do podróżnego wora,
No i ruszaj w piękny świat,
Bądź zawsze radosny, z wakacji rad.

Chodźcie dzieci! Wszystkie wraz,
Gdyż wakacji nadszedł czas!
Chodźcie dzieci! Chodźcie wraz -
ZEW NATURY… wzywa nas!

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

Spływ Białą Lądecką


Z cyklu: - „Świat przygód”
(fragment "Narzuconej autobiografii Halszki")

W latach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości często jeździłam na wakacje do mojej cioci na wieś koło Kłodzka. Wieś ta leży w pięknym otoczeniu, u zbiegu dwóch rzek: Białej Lądeckiej i Nysy Kłodzkiej. Obie te rzeki tuż za wsią wpadają na siebie i płyną dalej jednym wspólnym korytem. A w tej ich jedności, koryto się poszerza i wody ich tworzą coraz to większe rozlewisko rzeczne. Nurt staje się coraz bardziej leniwy i powolny. Aż wreszcie, rzeka jednego już imienia — Nysa Kłodzka, snuje swe wody wolno i dostojnie, tworząc w swym biegu wiele przepięknych meandrów.

Cudowne to miejsce. A jak bardzo cudowne, przyszło mi się przekonać pewnego popołudnia, kiedy to z moimi kuzynami Ryśkiem i Frankiem, urządziliśmy sobie spływ na dętce od traktora. Wcześniej opalaliśmy się na brzegu Białej, nasmarowani ropą spuszczoną wprost z silnika traktora. To ja na taki pomysł wpadłam, bo gdzieś słyszałam, że dzięki ropie szybciej i brązowiej się opala. To nic, że śmierdzieliśmy jak traktorzyści, ważne, że opaliliśmy się faktycznie bardzo szybko. To znaczy ja się opaliłam, bo po paru godzinach byłam „czarna jak Murzyniątko”. Ryśka jakoś słońce w ogóle nie chwytało, a Franek spiekł się na raka. Koniec końców, po paru godzinach leżenia plackiem na brzegu Białej, zrobiło nam się bardzo gorąco, no i wtedy, zakuta pała Franek, że odczuwał największe pieczenie ciała, wpadł na pomysł, by się schłodzić i przy okazji popływać sobie na dętce od traktora, którą wraz z ropą, przytargał od gospodarza z sąsiedztwa. Długo mnie nie musiał namawiać, bo też już potrzebę ochłodzenia się odczuwałam. Franek poturlał dętkę do rzeki i we trójkę się na nią wgramoliliśmy. Na początku wcale łatwo nam to nie szło, gdyż nasze ciała były okropnie tłuste od ropy i co rusz ześlizgiwaliśmy się po mokrej gumie. Tym większe utrudnienie sprawiała nam rwąca woda. Ale jakoś wreszcie udało nam się do spływu przygotować i nasze koło zasiąść. Ja po środku, chłopcy po bokach. Podnieśliśmy nogi… i popłynęliśmy w szalonym tempie z wodami Białej. Śmiechu i pisku było przy tym co niemiara, bo gdy kołem zarzucało na tych bardziej rwących odcinkach, trudno nam było się na kole utrzymać. Ależ mieliśmy ubaw. Po pachy.

Płynęliśmy dalej i dalej, i kiedy chcieliśmy już zakończyć nasz spływ, zdając sobie sprawę, że w dalszym odcinku rzeki woda staje się wręcz niebezpiecznie rwąca, okazało się, że już nie mamy żadnego wpływu na nasz spływ. Woda nas niosła coraz bardziej, i coraz szybciej zbliżaliśmy się do miejsca gdzie Biała łączy się z Nysą. A to miejsce jest straszne. Rozszalałe wody obu rzek wpadają na siebie z ogromną siłą i szybkością, tworząc całą masę niebezpiecznych wirów. Rysiek wrzeszczał, Franek przeklinał, a ja widziałam już śmierć w oczach. I w pewnym momencie, kiedy koło nasze wpadło na wystający z dna głaz, kołem zarzuciło tak potężnie, że Rysiek i Franek, nie mogąc się już utrzymać, wylecieli w powietrze, jakby ich ktoś z katapulty wystrzelił. Mnie jednak się udało na kole utrzymać. Nie wiem jakim cudem… Może dlatego, iż zdałam sobie sprawę, że to koło właśnie jest moją ostatnią deską ratunku? W utrzymaniu się na kole pomógł mi też długi wentyl, który sterczał między moimi nogami. Wprawdzie wcześniej sterczał w innym miejscu, bo przecież na wentyl bym chyba nie usiadła, ale wtedy byłam zadowolona, że mam go akurat między nogami, i nawet to, że co rusz aż do krwi drapie moje uda, wcale mi nie przeszkadzało. Bo cóż znaczą zadrapania w obliczu śmierci? Woda niosła mnie coraz dalej. Byłam przerażona. Bałam się też o chłopców. Ale kiedy zobaczyłam ich po chwili, że wyłonili się jednak z wody i próbują dostać się na brzeg, to się nieco uspokoiłam. Gorączkowo zaczęłam myśleć, co ja mam ze sobą zrobić, wszak do połączeń rzek już niedaleko. Nic jednak nie wymyśliłam, bo też żywioł natury nie dawał mi szans. Miejsce połączenia rzek było tuż-tuż. Chwyciłam się z całych sił zbawiennego wentyla i przywarłam do koła. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech… i czekałam najgorszego. Nie pamiętam, jak wpadłam z wodami Białej do Nysy. Kompletnie nic. Biała plama. Najwyraźniej z przerażenia musiałam stracić świadomość.

Kiedy się w końcu ocknęłam, cisza była dookoła. Żadnego szumu oszalałej wody, żadnego szarpania moim ciałem, żadnego podrzucania. W pierwszej chwili myślałam, że już nie żyję. Bałam się otworzyć oczy. Ale że do tchórzy nie należę, zebrałam się na odwagę, i wreszcie je otworzyłam. I co się okazało? Otóż okazało się, że płynę sobie spokojnie leniwą wodą Nysy, i nic więcej się nie dzieje… Słoneczko świeci. Czuć zapach skoszonych łąk. Żyję!

***

Nigdy nie zapomnę swoich wspaniałych wakacji u mojej cioci na wsi pod Kłodzkiem. To był cudowny czas. Czas, do którego zawsze myślami wracam, i wracać będę. Bo też przygód, jakie tam przeżyłam, zapomnieć się nie da. Były szalone, lecz i bardzo zabawne. Niektóre wręcz magiczne. Tak je widzę z perspektywy czasu, tak je widziałam i wówczas, jako młodziutkie dziewczątko, które kochało wieś, a tylko w wakacje mogło się nią rozkoszować.

Wiele moich przygód z tamtego okresu wykorzystałam przy pisaniu powieści "Szalone wakacje"Szalony spływ Białą Lądecką  również.

sobota, 18 sierpnia 2018

Przygoda małego ogórka


Na targu warzywnym wielka była heca...
Mały ogóreczek z hukiem wpadł do pieca.
Niemiła przekupka tak nim wywijała,
Zła na moją mamę, że ta go nie chciała.

Moja mama miała wszak inne życzenie:
Pragnęła dużego, i to w dobrej cenie.
Przekupka ta jednak słuchać jej nie chciała
I małym ogórkiem ciągle wywijała.

Uśmiałem się bardzo, bo było to dziwne...
Wszak życzenie mamy nie było naiwne.
Mimo to je spełnić nie sposób wręcz było,
Skoro tę przekupkę aż tak rozeźliło.

I biedny ogórek, chociaż był niewinny,
Wylądował w piecu, ponieważ był inny.

Leciwy pan piekarz akurat pizzę piekł…
Nagle świst usłyszał i okropnie się zląkł.
W mig jednak zapomniał, że coś się zdarzyło,
Zajęty był pracą... i to się liczyło.

Ogórek zdziwiony: — A cóż tak gorąco?! —
Pizza łyp spod oka, spojrzała nań drwiąco.

Spocony ogórek aż krzyknął zdziwiony:
— A cóż ty tu placku taki wyłożony?!

Pizza się wkurzyła i tak podskoczyła,
Że sobą ogórka niechcący przykryła.

Pan piekarz pomyślał: — Już pizza gotowa.
Muszę już ją wyjąć, aby była zdrowa.

Dobył ją łopatą, na ladzie ułożył...
— A któż to ogórka pod pizzę położył?!!!

Zrobiło się gwarno wokoło piekarza...
— A co, drogi panie, z ogórkiem się nie zdarza?!
— Z kiszonym i owszem, ale z surowym nie! —
Zeźlił się pan piekarz i w kułak mocno dmie.

— Ach, panie piekarzu! — woła moja mama.
— Takiej też pizzy nie jadłam jeszcze sama.
Ciekawa więc jestem jak ona smakuje...
Proszę zapakować! Właśnie ją kupuję!

piątek, 17 sierpnia 2018

Bicycle czar

Od dziecka lubiłam jazdę na rowerze. Od dziecka też miałam rower. Wprawdzie na początku do spółki z moimi dwiema starszymi siostrzyczkami, ale za to nowiusieńki... i jaki piękny! Jak dziś pamiętam, że był srebrno-czarnego koloru. Rower ten praktycznie i tak stał się wnet moją własnością, ponieważ moje siostry, ku mojej przeogromnej radości, szybko się znudziły jazdą na rowerze. Sama więc szalałam na tym srebrno-czarnym cudzie bez pytania je o zgodę. Pytać już nie było potrzeby. Sama go też reperowałam jak zaszła taka potrzeba.
W młodzieńczych latach przesiadłam się jednak na motorower. Później, w wieku 18 lat, na motocykl. Zaś w dorosłym wieku, kiedy miałam już dzieci — na samochód (a właściwie: do), zapominając zupełnie o czymś takim jak rower. Nie trwałam jednak zbyt długo w tym moim zapomnieniu, ponieważ w niedługim czasie został mi zaordynowany. Brzmi to nieco krotochwilnie, ale to prawda. Byłam już wtedy matką dwójki dzieci i miałam wówczas jakieś problemy z żołądkiem. Poszłam do lekarza. Internisty. Po szeregu przeróżnych badaniach lekarz postawił diagnozę:
Żołądeczek ma panienka zdrowiutki. Nic tu po mnie...
No jak to, a te skurcze w żołądku o niczym nie świadczą? — zawołałam, powątpiewając w jego lekarskie umiejętności.
A świadczą o czymś, świadczą... — wysapał sędziwy lekarz, patrząc na mnie spod okularów. — Świadczą o tym, że się panienka zaniedbała ruchowo.
Ruchowo?! — zrobiłam wielkie oczy. — Mało to ja się ruszam przy moich malutkich dzieciach? Żadnej recepty, żadnego leku na te skurcze mi pan nie przepisze?
A i owszem, mogę przepisać, jak się panienka upiera — wydukał lekarz (uparcie zwracając się do mnie per „panienka”) i zaczął wypisywać receptę. Po chwili, szczerząc do mnie zęby w szerokim uśmiechu, wcisnął mi ją do ręki.
Kiedy przeczytałam co stoi napisane na recepcie, zdębiałam. Jak byk stało: „ROWER!!!”... i nic więcej. Jednak zanim dotarłam do domu, rozumiałam już wszystko. W domu receptę podsunęłam mężowi pod nos, coby wątpliwości nie miał, że czeka mnie jej wykupienie.
Receptę zrealizowałam niemalże natychmiast (oczywiście bez znajomości się nie obeszło) i stałam się właścicielką ówczesnego cudu techniki rowerowej — składaka. Kiedy tylko dzieci położyłam spać, wynosiłam z piwnicy to swoje „lekarstwo na żołądek” (czyt. rower) i jak z propellerem zasuwałam po pobliskich ulicach. Pedałowałam co sił, byleby jak najszybciej nadrobić to moje „zaniedbanie ruchowe”. No i nadrobiłam. Nawet dość szybko. Po bólu żołądka nie było śladu. Zapomniałam o nim. Potem do roweru dokupiłam dwa wiklinowe koszyczki, jeden zawiesiłam na kierownicy, drugi na bagażniku i już z dzieciaczkami przemierzałam kilometry. Ale nie tylko po mieście. Jeździłam z nimi także za miasto, do lasu, nad jeziora, a nawet do mojej Mamy, która mieszkała w innym mieście oddalonym o ponad 20 km.
Nowiusieńkim rowerem-składakiem nie nacieszyłam się jednak zbyt długo. Może jakieś 3 lata. Bo kiedy raz pojechałam nim do Biura Paszportów, by sprawdzić swoją kolejkę po odbiór paszportu (to były czasy, nie?), ktoś (jakaś świnia-złodziej) mi go ukradł. A muszę dodać, iż Biuro Paszportów mieściło się w tym samym budynku co Milicja. Ależ byłam wściekła! I to nawet nie z tego powodu, że stało się to pod nosem Milicji, bo wiadomo, że najciemniej zwykle bywa pod latarnią, ale że pod moim nosem. Przecież ja przy nim stałam. Fakt, że odwrócona plecami, ale przy nim. Przez chwilę rozmawiałam ze znajomą, która widząc mnie pod Biurem Paszportów, przybiegła do mnie z przeciwległego chodnika. Kiedy się odwróciłam, nie mogłam wprost uwierzyć, że mojego roweru nie ma. Natychmiast pobiegłam do komisariatu. Milicjanci też byli zaskoczeni, że do kradzieży doszło pod ich nosem, i pewnie dlatego, natychmiast zarządzili szukanie złodzieja. Pół miasta objeździliśmy radiowozem, i nic. Nadzieja na upolowanie złodzieja okazała się płonna. Skruszeni milicjanci zawieźli mnie do domu. Po drodze wzięli mój numer telefonu i obiecali powiadomić mnie jak znajdą rower. A gdyby jednak nie, kazali mi się samej na komisariacie zgłosić. Za dwa tygodnie. No to się zgłosiłam. Bo przez ten czas w eterze była grobowa cisza. Na miejscu dowiedziałam się (czego byłam pewna), że roweru mojego nie znaleźli. Zaprowadzili mnie jednak do podziemia, gdzie magazynowali mnóstwo znalezionych rowerów i kazali mi wybrać sobie jeden. No to wybrałam. Czerwoną kolarzówkę, bo tylko ta była w miarę nowa. Większość to złom. Ale po chwili, wśród tego złomu, wypatrzyłam jeszcze jedną taką samą kolarzówkę, wówczas, wskazując na nią palcem, zażartowałam sobie:
   — No, panowie, ten rower za straty materialne, a tamten, o, co tam stoi, za straty moralne... a i w ramach waszej rehabilitacji. W końcu do kradzieży doszło pod waszym nosem. 
Niech będzie! — zaśmiali się obaj milicjanci jednocześnie.
Serio?! — nie dowierzałam.
A jasne! — znów jednogłośnie odpowiedzieli panowie milicjanci.
Wspaniale! — zawołałam szczęśliwa, i z głupia frant, wypaliłam: — Bo wiecie panowie, ja mam dwoje dzieci...
Do domu wróciłam piękną kolarzówką, a druga po chwili została mi dowieziona suką milicyjną. Od tej pory śmigałam wszędzie raz jedną kolarzówką, raz drugą, a kiedy chciałam pojeździć z dziećmi, wtedy od woźnego z mojej szkoły pożyczałam jego normalny rower. Koszyczki na szczęście miałam nadal.
Po paru latach, kiedy dzieci były już na tyle duże, że same mogły jeździć na kolarzówkach, kupiłam sobie normalny rower, i dalej jeździliśmy razem, tyle że już na trzech rowerach.
W tym samym czasie kupiliśmy sobie psa rasy basset, suczkę Malwinę, wtedy to ją, tego leniwca, woziłam w koszyczku zawieszonym na kierownicy.
Pamiętam, że raz jechaliśmy za miasto, do lasu, ja z Malwiną z przodu, córka i syn z tyłu, i kiedy wjechaliśmy na ostatnie rondo przed wyjazdem z miasta, Malwina nagle wystraszyła się głośno hamującej na wewnętrznym pasie ciężarówki i spanikowana wyskoczyła z koszyczka, ciągnąc mnie na smyczy za sobą (była nią przytroczona do kierownicy), wprost pod jadącą ciężarówkę. Rany, miałam śmierć w oczach, ale dzięki mojemu szczęściu w nieszczęściu, uszłam z życiem. I nawet się nie wywaliłam. Zdołałam jakoś nogami na asfalcie wyhamować. Za to Malwina, po swoim wyczynie, doznała takiego szoku, że wyrwała się z obroży i z rozwianymi uszyskami pognała w siną dal. Dzieci były przerażone. Widziały, co się stało. Zachowały jednak zimną krew i natychmiast zjechały z ronda na chodnik. Potem było poszukiwanie tej czorcicy. Znaleźliśmy ją, ale dopiero gdzieś po godzinie. Siedziała skruszona nad rzeką.

Tak bardzo lubiłam jeździć rowerem, że nie raz i nie dwa, kiedy tylko wybieraliśmy się do mojej siostry, mieszkającej w innym mieście, odległym od naszego o 25 km, jechałam rowerem. Mój mąż z dziećmi wyjeżdżał samochodem godzinę po mnie. Doganiał mnie, kiedy dojeżdżałam już do rogatek siostry miasta. Raz wyjechał szybciej. Chciał mi zrobić niespodziankę i znienacka sfotografować. Ja, nie domyślając się niczego, kiedy zobaczyłam, że moja rodzinka nagle mnie wyprzeda, trąbiąc i machając przez otwarte okna, pomyślałam, że coś mi ta jazda tym razem nie idzie. Wkurzyłam się na siebie i zaczęłam jeszcze mocniej pedałować. Co sił. Tak gnałam za nimi, że nawet nie zauważyłam, że oni się po paru kilometrach zatrzymali na poboczu pod drzewem. Nie zauważyłam też, że mąż wyskoczył zza kierownicy i pstryknął mi zdjęcie. Ale tym razem to on był zawiedziony, bardzo zawiedziony... bo zdjęcie mu wyszło tak: 

Ha, miało się ten power w nogach.


Po takim obciachu, uwiecznionym w kadrze, mąż pośpiesznie wskoczył do auta i popędził za mną. Kiedy mnie dogonił i zrównał się ze mną, zaczął mi dawać znaki, żeby się na chwilę zatrzymać. Nie powiem, zbaraniałam na ich ponowny widok, no ale nie na tyle, by nie odczytać jego znaków. Pokiwałam głową na znak zgody, pomachałam roześmianym dzieciom, i pedałowałam dalej, wdychając przez chwilę spaliny naszego auta. Po przejechaniu około kilometra, już z daleka zauważyłam męża jak z rozwianym włosem, i z aparatem gotowym do pstryknięcia, wyskakuje zza krzaków.

Tym razem zdjęcie mu wyszło... Pełna rehabilitacja.


Kiedy wyjechałam z dziećmi do Niemiec, nieraz jeździliśmy rowerami, ale już nie za często razem. Cóż, nowe, inne życie, czas integracji i aklimatyzacji w nowym kraju, potem szkoły w innym mieście, i tylko w weekendy, albo ferie byliśmy razem... I tak życie leciało do przodu. Ale kiedy dzieci pokończyły szkoły, znów na co dzień byliśmy razem i nieraz wyruszaliśmy na rowerowe przejażdżki.
Wreszcie przyszedł czas, kiedy dzieci założyły swoje rodzinki i poszły na swoje. Zamieszkaliśmy jednak — ku naszej ogromnej radości — w jednym mieście, i to — dziwnym zrządzeniem losu, acz wielce przychylnym — bardzo blisko siebie. I teraz też niekiedy urządzamy sobie przejażdżki rowerowe, już z ich dziećmi a moimi wnuczkami.

czwartek, 16 sierpnia 2018

O czym szumią drzewa

Szumi las, szumią stare drzewa,
Wiatr im na liściach pięknie przygrywa.
Szumią o dawnych, zamierzchłych czasach,
Szumią o ludzkich przedziwnych losach.

Długo żyją i wiele widziały,
Choć w jednym miejscu tylko stały.
Szumią o wszystkim, co kto woli…
O ludzkiej doli… i niedoli.

Szumią o ludzkiej podłości i krzywdzie,
Nie lubią tego wprawdzie,
Ale jeśli chcesz i o tym poszumią...
Drzewo najdelikatniej wyszumieć to umie.

Szumią o pięknie całego Świata…
Los ludźmi przecież po Ziemi miota.
A potem ludzie pod drzewem siadają
I o cudach świata opowiadają.

Szumią o wielkiej potędze miłości,
O oczarowaniu, a nawet zazdrości.
Wszystko od ludzi to usłyszały,
Bo jak spowiednik przez wieki stały.

Dzieciom zaś baśnie opowiadają...
Mnóstwo ich w dziuplach schowanych mają.
Zbierały je wszystkie przez wiele lat,
A układał je skrzętnie malutki skrzat.

Wystarczy pod drzewem się położyć,
Złączone ręce pod głowę podłożyć,
Zamknąć oczy i mocno się wsłuchać,
A drzewo ci będzie szumieć do ucha:

I ty, mój drogi, wyobraźni oczami
Żył będziesz w baśni z jej postaciami.
A będą to dobrzy i podli ludzie…
Będziesz walczył w znoju i wielkim trudzie
Ze złem na Świecie niczym z potworem.
I zawsze zwyciężysz… i to z honorem!
Upojony zwycięstwem uwierzysz w siebie
I w dobrych ludzi na Ziemi i na Niebie.
Zło będziesz zawsze dobrem zwyciężał,
Bo pojmiesz dobro i w nim będziesz tężał.

Niebiańskie to uczucia… Prawda?
A takie uczucia — szum drzew ci da.
Jeśli chcesz więcej, pozostań w lesie,
Aż mały skrzat drugą baśń przyniesie.

***

Gdy czas już będzie do rzeczywistości powrócić,
Wstań i obejmij drzewo, zanim do domu wrócisz.
Poczujesz ukojenie i anielski spokój...
Smutki pójdą precz, w duszy zapanuje pokój.




Imieniny w dniu urodzin

Rzadko ktoś ma taki przypadek, aby otrzymać od swoich rodziców imię z dnia urodzin. Ja otrzymałam. I muszę się przyznać, że tak po prawdzie, to nie lubię tego mojego podwójnego święta. Tak mi się przynajmniej wydaje, kiedy ono się zbliża. Ale jak już ten dzień nastąpi, to lubię. Skąd ten mój ambiwalentny stosunek do własnego święta? Już wyjaśniam.
A więc tak: lubię dzień moich urodzin i imienin dlatego, ponieważ cieszy mnie, że tyle osób o mnie pamięta i zewsząd śle kwiatuszki i życzenia. A to przecież bardzo, ale to bardzo miłe.
Nie lubię zaś dlatego, bo... ha!... no właśnie... nie, nie dlatego, że mi przypomina ileż to też mam już lat, i że czas nieubłaganie szybko leci. Nie! Od pewnego wieku, to nawet zapominam ile mam lat. Ot, taka szczególna amnezja na własny użytek. Z tego też względu, staram się też nie zaglądać do mojego osobistego dowodu tożsamości. Bo a nuż wzrok mi się wymsknie spod kontroli i niechcący zerknę na tę nieszczęsną rubryczkę?... No, tę gdzie data urodzenia stoi. Przez ostatnie lata mojego życia nauczyłam się w tym temacie być bardzo ostrożną. Po co sobie niepotrzebnie psuć humor jakąś tam mało istotną datą? Dlaczego więc swojego podwójnego święta nie lubię? Otóż swojego podwójnego święta nie lubię... już od dzieciństwa. Dziwne, nie? Dla mnie jednak nie. A to dlatego, że swoim przyjściem na świat zburzyłam porządek w mojej kochanej rodzince, bo przyszłam sobie jako trzecia z rzędu dziewczynka, nie bacząc na to, że moi rodzice tak bardzo pragnęli mieć chłopczyka. Dla dziewczynki nawet imienia nie mieli wybranego. Byli pewni, że będzie chłopczyk. Nawet to, że postarałam się zrobić rodzicom ogromną niespodziankę i zameldowałam się na świecie w niedzielę, nie zdołało ich w tym dniu uszczęśliwić i załagodzić rozczarowanie moją odmienną płcią. Rodzice czuli się tak bardzo zawiedzeni, że nie zadając sobie trudu, dali mi takie imię, jakie sobie przyniosłam, czyli takie, jakie stało w kalendarzu w dniu moich narodzin. No a potem, kiedy latek parę mi przybyło, i już rozumiałam co trzeba, to już zawsze musiałam być zazdrosna o swoje starsze siostrzyczki, że one dwa razy w roku obchodziły swoje święta, a ja tylko raz. A co gorsza, dwa razy w roku otrzymywały prezenty. A to dla mnie, jako dla dziecka, nie mogło być przecież miłe. Bo czymże ja zawiniłam, że tylko w jednym dniu święto miałam? Że podwójne, tym gorzej.

No i co? Czy nie mogłam nabawić się urazu do tego swojego podwójnego święta przez te wszystkie lata dzieciństwa? Ano mogłam… i się nabawiłam. I to paskudztwo trzyma mnie do dziś.

Jednak samą datę 1 lipca, przyszło mi w przyszłości, z pewnego cudownego względu, bardzo, ale to bardzo polubić… Otóż będąc w słusznym już wieku, w dniu tym, urodziłam mojego ukochanego syneczka. Szczęściara ze mnie, nie? To pewnie dlatego, że się w niedzielę urodziłam! Nie, nie dałam mu na imię Marian. Był wyczekiwanym chłopczykiem. Dziewczynkę już miałam. Trzy lata starszą.