sobota, 24 lipca 2021

Czarcie żebro

Czyli ostrożeń warzywny (nie mylić z podobnym do niego ostropestem) kwitnie od lipca do września. Dziko rosnący można spotkać na obrzeżach lasów, na polach, łąkach, polanach. Przez niektórych uważany jest za zwykły chwast, a jest to jednak bardzo dobroczynna roślina. 

 


Już przed wiekami ostrożeń był stosowany w obrzędach i lecznictwie ludowym. Przypisywano mu cudowną moc. Wierzono, że oczyszcza złą krew. Dlatego też w jej wywarze kąpano chorowite osoby.

Ostrożeń także i dzisiaj ma duże zastosowanie. Używany jest w lecznictwie i kosmetyce. Można go kupić w aptece i w sklepach zielarskich w postaci zmielonych liści i kłączy. Współczesne badania potwierdzają, że ma silne działanie odtruwające. Ułatwia wydalanie z organizmu szkodliwych produktów przemiany materii.


  

Działa przeciwzapalnie, przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo. Wzmacnia i zwiększa odporność. Poprawia metabolizm, wspomaga odchudzanie. Chroni wątrobę przed stłuszczeniem i marskością. A dzięki zawartych w nim laktonom i fenolokwasom działa wspomagająco w procesie leczenia chorób nowotworowych.



Polecany jest również jako środek powstrzymujący łysienie, gdyż świetnie zapobiega wypadaniu włosów i pielęgnuje skórę.


Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"



Sobota, mój ulubiony dzień tygodnia

Piękny, słoneczny dzień się dziś zapowiada. Prawdziwie letni. Przed chwilą wróciłam z lasu, to wiem, co mówię. Tam miałam sposobność dokładnie w pogodzie się rozeznać, by móc prognozę na ten mój ulubiony dzień tygodnia przewidzieć.

Kiedy wchodziłam w zieleń lasu, osnuta była jeszcze mgłą. Po godzinie mgła opadła. Ukazał się przepiękny błękit nieba. Ptaszki coraz głośniej i weselej świergoliły i co rusz wzbijały się ponad wierzchołki drzew. A to już nieomylny znak, że czeka nas piękna pogoda.

 

   

Do domu wróciłam zrelaksowana i pełna energii. Teraz mam zamiar zająć się nicnierobieniem. I tradycyjnie już, w moim ogrodzie, w wygodnym fotelu, w cieniu parasola zająć się czytaniem. Będę się też objadać truskawkami i obserwować cudowne kwiatuszki, których się coraz więcej na starej wiśni od kilku lat jakimś cudem pojawia. Piękności te pysznią się kolorem chabru. Skupione są na kilku gałęziach, ale też i pojedynczo po drzewie są porozsypywane... Bajeczny widok!

 


W sobotę nigdy nie zajmuję się żadnymi porządkami, zakupami, czy jakimiś tam innymi prozaicznymi rzeczami. Nie, i już! To taki mój wewnętrzny bunt, który mi pozostał z dzieciństwa. Bo też wówczas, kiedy dziewczęciem jeszcze byłam, akurat w każdą sobotę trzeba było poprać, poprasować, poukładać, pokupić, posprzątać etc... etc! Mnóstwo rzeczy na „p”, trzeba było robić.

Jakoś tak głupio za komuny było. Wszyscy sprzątali tylko w sobotę... Aż się kurzyło. Tak samo było z większymi zakupami. Tak jakby innego dnia na takie przyziemne rzeczy nie można było sobie wybrać. Brrr…! Ależ tego nie znosiłam. Dlatego też, od kiedy stałam się dorosła i mam swój dom, zawsze w ciągu tygodnia robię te wszystkie rzeczy na „p”.

Sobota jest dla mnie dniem wypoczynku. W sobotę, jedyne czym ręce mogę sobie pobrudzić, to pieczeniem. No i właśnie dzisiaj, na wieczorną wizytę gości chcę coś upiec… Zaraz, ale co ja mam upiec? O, już wiem! Parę dni temu znalazłam w Internecie oryginalny przepis pewnej babeczki na babkę pn. "babeczka". To jest myśl! Pod wieczór przepis ten zostanie przeze mnie wykorzystany. Upiekę dwie babeczki na spotkanie babeczek, czyli moich gości... O pardon!, gościń.

 

Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"


piątek, 23 lipca 2021

Zamek Straßberg góruje nad okolicą

Straßberg to mała miejscowość leżąca między Albstadt i Sigmaringen. Znana jest przede wszystkim z górującego na wysokości 755 m.p.p.m. zamku, Burg Straßberg. Pierwsze jego mury wzniesione zostały w 1150 roku. W połowie XIII wieku zamek został rozbudowany. Po renowacji w 1597 roku oraz 1782 zachował swój wygląd do dzisiaj.

Do zamku planowałam wycieczkę rowerową już od dawna, ale ciągle coś stawało mi na przeszkodzie. W końcu dotarłam do niego przez zupełny przypadek. A było to tak: Jechałam rowerem przez nieznany mi do tej pory las i po niemalże godzinie jazdy spłoszyło mnie tam kilku facetów siedzących pod drzewem i pijących alkohol. Zachowywali się... niezbyt ładnie, że się tak delikatnie wyrażę. Zmieniłam więc kierunek jazdy, i o dziwo, gdy po chwili wyjechałam z lasu, zobaczyłam w oddali majaczący na szczycie góry zamek. No to już nie mogłam sobie odmówić przyjemności zobaczenia go z bliska. Mam sentyment do zamków i bardzo lubię je zwiedzać, różne, i gdziekolwiek jestem.

 


Ufff... dotarłam! Niestety zamek mogłam oglądać i fotografować tylko z zewnątrz, ponieważ jest własnością prywatną i jest zamieszkały. Wstęp jest więc wzbroniony.

 

 

Z tablic informacyjnych dowiedziałam się, że w latach 1901 do 1919 za zgodą Wilhelma I von Hohenzollern zamek był wykorzystywany przez biskupa P.W von Keppler z Rottenburga, jako letnia rezydencja. Wytyczona jest też droga, którą biskup, jako że był zapalonym wędrowcem, wędrował dookoła zamku. Ruszyłam nią i ja. Rowerem oczywiście. 

 

 

Po drodze skorzystałam z miejsca odpoczynku szanownego biskupa na trasie jego wędrówki. Posiedziałam sobie chwilkę na ławeczce i posiliłam się owocami.

Po chwili ruszyłam dalej. Wracając, ponownie zajechałam pod zamek, aby zrobić więcej zdjęć zamku i jego okolic.

 

  

Z murów obronnych zamku widać w oddali (z odległości kilkunastu kilometrów) kopalnię odkrywkową. Też ją uwieczniłam na pamiątkę. Miałam okazję już ją dwa razy zwiedzać, tyle że docierałam do niej z innej strony.



Ostatnie kilka spojrzeń na zamek z różnej odległości stromej drogi... a potem wzdłuż torów — kierunek dom.


Lato zwariowało?

 

Lato, lato, co ci jest?

Bądźże latem, miejże gest!




Niby jesteś, a jakoby cię nie było!

Co rusz płaczesz deszczem, więc nie jest nam miło.




Z cyklu: „Pół żartem, pół serio”


czwartek, 22 lipca 2021

Green smoothie. Zielony koktajl na zdrowie

Green smoothie to zmiksowany napój o gęstej, kremowej konsystencji, wykonany na bazie owoców, warzyw liściastych oraz ziół.

W zależności od użytych składników smoothies mogą być słodkie, kwaśne, gorzkie, a nawet pikantne. Można do nich dodawać mleko sojowe, czy też z owsa lub ryżu. Można jogurt, a także herbatę, albo nawet zwykłą, przegotowaną wodę.

Green smoothies, wbrew nazwie, wcale nie muszą być zielone. Mogą mieć barwę białą, pomarańczową, żółtą, czy nawet czerwoną, w zależności od tego, jakie warzywa i owoce wrzucimy do miksera. 

 


Zielone mają jednak moc wyjątkową, gdyż zawierają mnóstwo chlorofilu. Chlorofil to fotosyntetyczny barwnik, dzięki któremu rośliny mają właśnie kolor zielony. Często określany jest także mianem „słonecznego barwnika”, ponieważ absorbuje energię słoneczną i przynosi duże korzyści także dla organizmu człowieka: zwiększa jego odporność, spowalnia proces starzenia, stabilizuje ciśnienie krwi, łagodzi bóle, zwalcza bakterie, chroni przed szkodliwym promieniowaniem, wzmacnia mięsień sercowy, a także zapobiega chorobom nowotworowym.

W zależności od składu dostarczają nam również dużo białka, enzymów, magnezu, potasu, fosforu, żelaza, witaminy A, witaminy z grupy B oraz witamin C, E i K. Są bogate w naturalne cukry i węglowodany.

Zasadą ich tworzenia jest połączenie około 60% świeżych (w zimie mrożonych) surowych owoców i 40% zielonych warzyw, najlepiej liściastych, oraz ziół. Można je przechowywać do 24 godzin w lodówce, koniecznie w szklanym i szczelnie zamkniętym pojemniku.



Lato to najlepszy czas na smoothies. To zrozumiałe. W lecie mamy największy wybór owoców i zielonych warzyw. Najlepiej też smakuje. Jednak zimową porą także możemy się nimi rozkoszować wykonanymi z mrożonych produktów.

Smoothies to samo zdrowie. To wspaniała alternatywa dla osób, które są uczulone na laktozę. Dostarczają sporą porcję najważniejszych składników diety. Są też bardzo sycące, szczególnie te na bazie banana. W zupełności mogą zastąpić klasyczne śniadanie. Ba, są nawet o wiele zdrowsze, gdyż są bogate w białko i błonnik. W Internecie każdy może znaleźć i wybrać dla siebie mnóstwo różnych przepisów.

Smoothie to wreszcie dobra metoda dla osób pragnących pozbyć się zbędnych kilogramów. Po jego spożyciu przez wiele godzin nie odczuwa się głodu. I zupełnie nie ma się ochoty na słodycze.

***

Od dawna już jestem fanką smoothies. Stałam się nią za namową córki, która jeszcze wcześniej nią się stała. Obydwie preferujemy właśnie zielone, obfitujące w chlorofil. Miksujemy mnóstwo zielonych warzyw, różnych, np. ogórki, cukinie, brokuły, ale przede wszystkim liście różnych sałat, kapusty, szpinaku, szczawiu, selera, pietruszki, ziół, także mleczy i pokrzywy. No i owoce oczywiście. Też różne, w zależności od tego, jakie akurat mamy w domu.

Przyznam szczerze, że polubiłam to moje śniadanie w postaci green smoothies. Piję go dziennie 1/2 litra. Robię zawsze 1 litr na dwa dni.

Po pierwszym miesiącu raczenia się nim ze dziwieniem stwierdziłam, że schudłam dwa kilogramy. Nigdy nie miałam tendencji do tycia, ale ucieszyły mnie te stracone kilogramy. Widocznie były mi niepotrzebne, skoro się ich tak łatwo pozbyłam. W ciągu następnego miesiąca znów schudłam ponad kilogram. A co dziwniejsze, tak jakby od wewnątrz. Najwyraźniej pozbyłam się złogów z jelit i toksyn. Ha, ale najważniejsze jest to, że czuję się o wiele zdrowsza, silniejsza i mam jeszcze więcej energii niż wcześniej. Choć na brak energii nigdy nie narzekałam. Ruchliwa jestem od urodzenia. Postanowiłam jednak tę zdobytą — dzięki smoothies — energię w sobie magazynować… Na starość jak znalazł.

 


Smacznego i na zdrowie!


środa, 21 lipca 2021

Maki, kwiaty romantyków

Maki swą czerwienią uwodzą romantyków. I choć są bardzo delikatne, mają wielką magiczną moc. Zwane są roślinami "życia i śmierci", gdyż zarówno leczą, jak i zabijają. Mają moc łagodzenia wzburzonych emocji. Pomagają także zrozumieć siebie i sens życia.



Maki można spotkać niemalże wszędzie. Rosną na polach, łąkach, skwerach, w parkach, w przydomowych ogrodach, a nawet w bardzo dziwnych miejscach, jak ten wyrastający ze skały na plaży nad jeziorem Garda.




Z cyklu: "Fotofantasmagorie"


sobota, 17 lipca 2021

Retrospektywa białych instalacji Ewy Kuryluk

Retrospektywa białych instalacji pn. „Białe Fałdy Czasu – Instalacje 1980-2020” prezentowana jest w Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu od 27 czerwca do 3 października 2021.

Ewa tworzyła je w większości w USA, ale także w Argentynie, Kanadzie i Kolumbii. Wernisaż odbył się 26 czerwca. Z zaproszenia niestety nie mogłam osobiście skorzystać, ale przekazałam je znajomym z Wrocławia.



20.06.2021
Zapraszam!
You are cordially invited.
Best regards,
Ewa

Witam, Ewuniu! Z całego serca dziękuję Ci za zaproszenie. Myślami będę z Tobą, bo osobiście niestety nie mogę. Życzę Ci powodzenia i wielu gości. Mam dwoje znajomych we Wrocławiu, mówią, że z przyjemnością odwiedzą Twoją wystawę (…). Pozdrawiam i ściskam mocno, Halszka

Merci, Halszko kochana! Jesli ktos z Twoich znajomych chce przyjsc na wernisaz w przyszla sobote o 17, to mi podaj laskawie nazwiska. Umieszcze je na swojej liscie i wejdzie w pierwszej kolejnosci, bo na otarciu obowiazuje nadal limit kowidowy.

Pozdrawiam serdecznie, Ewa


W Internecie można znaleźć wiele fotorelacji z wernisażu i wystawy. Przeglądnęłam je chyba wszystkie i jestem pod ogromnym wrażeniem niezwykle zjawiskowych, i jakże wymownych instalacji Ewy. A także wspaniałego Jej przyjęcia w kraju.

Do Polski planuję jechać w drugiej połowie września, i jak wszystko dobrze pójdzie, osobiście zwiedzę tę niezwykle piękną wystawę. A póki co, mogę tylko zachęcić inne osoby kochające sztukę do jej odwiedzenia w Pawilonie Czterech Kopuł Muzeum Sztuki Współczesnej we Wrocławiu.


11.07.2021



„Ewa Kuryluk (ur. 1946) – artystka, historyk sztuki, pisarka, której wszechstronna osobowość twórcza kształtowała się w atmosferze rodzinnego domu Karola i Marii Kuryluków w kamienicy przy ul. Frascatii w Warszawie. Biograficzne tło stanowi jeden z istotnych wątków jej artystycznych wypowiedzi.

Ukończyła w 1970 roku studia na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, następnie zaś historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim. Od początku kariery artystycznej z sukcesem prezentowała swoje prace na Zachodzie, w londyńskich i wiedeńskich galeriach. Jej styl malarski ewoluował od metaforycznej barwnej groteski wczesnych prac w stronę syntetycznego, poetyckiego hiperrealizmu. W połowie lat 70. artystka zarzuciła konwencjonalne formuły malarskie i wyszła „poza ramy”. Na jedwabnych i bawełnianych kuponach tkanin rysowała swój intymny świat, budowała z nich instalacje niczym efemeryczne wnętrza i przestrzenie. Biel w różnych odcieniach jest obecna w nich wszystkich. Jest ich materią, tłem i powietrzem.

Rekonstruowane w amfiladowych wnętrzach Pawilonu Czterech Kopuł amerykańskie instalacje Kuryluk to poetycka, intymna podróż, która wiedzie nas przez świat czułych gestów, niejednoznacznych póz, wyrafinowanej erudycyjnej metafory...”.


https://mnwr.pl/wernisaz-wystawy-ewy-kuryluk/

 

Wspomnienie:  Jak poznałam Ewę Kuryluk