czwartek, 11 października 2018

Miłość do koni

Konie kocham od zawsze. Uwielbiam im się przyglądać. A kiedy widzę je galopujące, to aż dech mi w piersiach zapiera. Konno niestety nie jeżdżę. Przez całe życie marzyłam o własnym koniu, ale tego akurat marzenia nie udało mi się spełnić. Żałuję bardzo. Pozostaje mi jedynie z pozycji obserwatora nimi się zachwycać. I też się zachwycam. Zawsze i wszędzie, jak tylko konia zobaczę. I to w każdej postaci.
Wczoraj znów miałam okazję zachwycić się koniem. Tym razem w postaci rysunku. Rysunku, który moja Córka wykonała na swoje własne potrzeby. Gdy go tylko zobaczyłam, tak mnie zachwycił, że siłą wrodzonej namiętności do koni, „podprowadziłam” jej go. Zaś kiedy wróciłam do swojego domu, od razu napisało mi się wierszyk do tego rysunku.

 

 

Hej, ty koniu, siwy koniu,

pięknym żeś rumakiem.
Ech, pognałabym ja z tobą,
upajając się wiatru smakiem.
Choćby na oklep i bez baczmagów,
byleby z tobą, boś koń na schwał.
I heja! Z kopyta galopem —
a w szczerym polu już tylko cwał.

Hej, ty koniu, siwy koniu,

dokąd ty tak gnasz?
Parskasz, prychasz, rwiesz z kopyta,
rozwichrzoną grzywę masz.
Czujesz pewnie zapach wiosny 
W południowym wietrze...
Galopujesz po horyzont,
chrapami wciągając powietrze.

Ech, ty koniu, siwy koniu,
pięknyś ty ogierek!
Marzysz pewnie o swej klaczy,
słodkiej jak cukierek.
Marzenia — jak skrzydlaty pegaz —
niech cię w przestworza niosą,
a ujrzysz wnet w obłokach klacz,
przystrojoną srebrzystą rosą.


Ech, ty koniu, siwy koniu,

gnaj po horyzont, gnaj!
Gdy znów wrócisz do mnie we śnie,
w moim sercu zakwitnie raj!


Już w dzieciństwie, kiedy tylko spostrzegłam jakiegoś konia, stałam z rozdziawioną buziunią i przypatrywałam się mu. Pamiętam też, że zbierałam różne kartki i obrazeczki z końmi wszelkiej maści. Zaś na ogniskach harcerskich nieraz śpiewałam piosenkę o siwym koniu. Pewnie każdy ją zna. To szło jakoś tak: "Siwy koń mnie niesie po prerii, po lesie, a ja sobie śpiewam piosnkę tą. Siwy koń mnie niesie po prerii po lesie, a ja sobie śpiewam piosnkę tą. Rio de Janeiro, ahoj, caballero. Najpiękniejszy miesiąc to maj" (...). Piosenka niby banalna... ale o koniu. A ja lubię piosenki o koniach. Do dziś. Jaką tylko gdzieś usłyszę, słucham z rozrzewnieniem. Ech, konie, jak ja was kocham.

Żałuję bardzo, że konno nie jeżdżę. Wprawdzie w dalekiej przeszłości parokrotnie jeździłam, to jednak powiedzieć o sobie, iż "jeżdżę konno", to zbyt wielka przesada. Nawet parę lat temu jeździłam. Pewnego dnia, kiedy jak zwykle byłam w lesie na spacerze ze swoim „bodyguardem” Dogiem Arlekinem, spotkałam tam faceta, który objeżdżał akurat swoje konie. Na jednym siedział w siodle, a drugiego bez siodła miał przytroczonego rzemieniem do swojego siodła. Kiedy się do mnie zbliżył, zażartowałam sobie:
O, dwa konie, a jeden jeźdźca... A to nie szkoda by ten drugi koń tak sam bez jeźdźca stępał?
A co, miałaby pani ochotę być drugim jeźdźcem? — pytaniem na pytanie odpowiedział facet, chichocząc pod nosem.
Jaka była moja odpowiedź? Wiadomo. Po chwili siedziałam już na pięknym siwym koniu, szczęśliwa, że o matko! Na oklep oczywiście... I jazda po lesie! Mój pies też był szczęśliwy. Wreszcie mógł poczuć prawdziwy zew natury. 
Po ponad godzinnej jeździe po lesie, odprowadziłam „swojego” siwego konika, siedząc na jego grzbiecie oczywiście, aż do jego stajni. Chyba mnie polubił, bo długo za mną przez okienko zaglądał... Ech, konie, jak ja was kocham!
 
 


Kogucik Kokotek

Kogucik Kokotek, siedząc w kurniku,
Pieje na całe gardło: — Kukurykuuu!!!
Czas wstawać, dzień nowy nastał,
Kukurykuuuu!!! — Czy ktoś zaspał?
Słoneczko złociste na niebie wschodzi.
Z pościeli śpiochy... i to już, wychodzić!
Kukuryku!
                Kukuryku!!
                                  Kukurykuuu!!!

Zamknij się wreszcie! — Kokoszka zagdakała. —
Spać nie dajesz… Ależ z ciebie zakała!
Kogucik Kokotek obrażoną minę robi:
Budzenie to nie tylko moje hobby,
To obowiązek i ciężka praca…
Widzisz Kokoszko? Praca popłaca.
Ten korzec pszenicy dał mi gospodarz.
Podzielę się z tobą, jak mi słowo dasz,
Że rankiem nigdy marudzić nie będziesz
I że zrobisz mi miejsce na swojej grzędzie.
Ko… Koo… Kooo… Kokotku mój kochany —
Zakwiliła Kokoszka głosem mniej zaspanym —
Wszystko co zechcesz, miły mój.
Masz rację, praca to ciężki znój.
Siadajmy więc razem do śniadanka…
Byś nabrał sił do następnego ranka.
Kogucik Kokotek już zadowolony,
Usiadł na grzędzie rozpromieniony...
I znów się rozlega — nie tylko — w kurniku:
Kukuryku!
                Kukuryku!!
                                  Kukurykuuu!!!

     Rysunek mojej 7-letniej Wnuczki.

poniedziałek, 8 października 2018

Pani Jesień

Pani Jesień krąży po świecie,
szukając miejsca dla siebie...
O, dotarła już i do nas
i poczuła się jak w niebie.
 


 
I my, dzieci, razem z nią...
 
Bo:

W oprawie złotej jesieni,

trawka się ciągle zieleni.


czwartek, 4 października 2018

22 dni nadziei i beznadziei pod Mostem Poniatowskiego

(Zdjęcie ze zbiorów warszawa.wikia.com/wiki)


Wujek Stanisław, najstarszy brat mojej Mamy, w czasie II wojny światowej walczył o wolną Polskę. Kilkakrotnie był ranny. Był także w niewoli niemieckiej. Po zaleczeniu ran po walkach stoczonych w czasie pierwszej mobilizacji oraz niewoli, po raz drugi zaciągnął się do wojska wiosną 1943 r. — do Armii Kościuszkowskiej. Z armią dotarł w sierpniu 1944 r. nad Wisłę, aby wspomóc Powstanie Warszawskie.
 
Warszawa stała w ogniu. Armia Kościuszkowska pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga stanęła po drugiej stronie Wisły. Gen. Berling z jakiś względów nie mógł wydać rozkazu, aby armia włączyła się do walki, podsunął tylko myśl, aby ten kto chce, na ochotnika, ruszył na pomoc Warszawie. Wojsko ruszyło. Ładowali się po pięciu lub siedmiu do jednej łódki. Ładowali sprzęt. Pod osłoną nocy zaczęli forsować Wisłę. Niemcy rakietami oświetlali rzekę i ostrzeliwali forsujących żołnierzy. Wielu żołnierzy zginęło od razu. Jednak wielu też udało się przedostać na drugi brzeg i pośpieszyć powstańcom z pomocą. Na jednej z tych łódek znajdował się Wujek Stanisław. W łódce było siedmiu żołnierzy. Czterech od razu zginęło od kul hitlerowców, trzech ciężko rannych, m.in. Wujek, przygnieceni ciałami zabitych, płynęło dalej z prądem Wisły. Nurt rzeki zaniósł ich pod przęsło zniszczonego Mostu Poniatowskiego. Była noc. Zrobiło się cicho. Trójka rannych żołnierzy Armii Kościuszkowskiej wykaraskała się spod ciał zabitych kolegów i z ogromnym trudem dotarła na brzeg. Jeden z nich miał wyrwane pośladki. Męczył się potwornie. W końcu nad ranem zmarł. Wujek był ranny w biodro. Rana postrzałowa była głęboka i rozległa. Pozostały przy życiu kolega o nazwisku Wychopień był mniej ranny. Przez cały tydzień leżeli tam w potwornych bólach, w ogromnym strachu, bez jedzenia. Pili tylko wodę z Wisły.

Po tygodniu, kiedy byli już wycieńczeni z bólu, upływu krwi, głodu… i braku nadziei na ratunek, zauważyli nagle, że po rozrywanych przęsłach, niczym małpiątko, przedziera się jakiś chłopiec. Zawołali go do siebie. Był to harcerz Rysiek (lat 13), który jako łącznik, starał się przedostać z meldunkiem na drugi brzeg Wisły. Wujek poprosił go, aby zdobył dla nich coś do zjedzenia. Rysiek był przerażony sytuacją żołnierzy, ale nie umiał im pomóc. Na moście byli Niemcy, a on niczego do jedzenia przy sobie nie miał. Wtedy Wujek poprosił go, aby wydobył chleb z ich łodzi, która ciągle dryfowała w malutkiej zatoczce niedaleko brzegu, na wpół zatopiona, z ciałami zabitych żołnierzy. Chłopak był przerażony, że miałby grzebać za chlebakami pomiędzy ciałami zabitych.
Nie bój się zabitych, oni ci nic nie zrobią — powiedział mu wtedy Wujek. — Patrz tylko, żeby cię Niemcy nie dostrzegli.
Rysiek nabrał wtedy odwagi… i spisał się dzielnie. Dotarł wpław do łodzi i z powrotem i w efekcie przyciągnął ze sobą kilka chlebaków z chlebem rozmoczonym wodą i krwią zabitych. Ranni żołnierze byli jednak szczęśliwi, że chociaż takim chlebem mogą się nieco posilić.
Chłopak musiał udać się w dalszą drogę. Z meldunkiem. Zanim się jednak oddalił, obiecał Wujkowi, że jak dotrze na miejsce, zamelduje o nich dowódcy. Wkrótce zniknął im z oczu. Wspinając się po przęsłach, przedostał się na drugi brzeg Wisły. W Wujku i w jego koledze zatliła się iskierka nadziei. Niestety, minął następny tydzień i żadna pomoc nie nadchodziła. Spleśniały chleb, choć wydzielali go sobie małymi kawalątkami, kończył się już. Starczyło go na tydzień.

W takich oto warunkach siedzieli pod mostem. Modlili się i czekali zbawienia. W ich ranach namnożyło się już robactwo. Z drugiego brzegu Wisły widzieli ich polscy żołnierze. Bali się jednak ryzykować, bo Niemcy chodzili po moście. Mieli działa, i co rusz, oświetlając Wisłę i jej brzegi, puszczali serie z dział. Warszawa stała w ogniu. Potężne eksplozje targały powietrzem. Zewsząd było słychać serie z karabinów, płacz i lament ludzi. Jakie myśli mogło mieć tych dwóch rannych, wygłodzonych żołnierzy, leżących pod Mostem Poniatowskiego? W obliczu wszechobecnej śmierci — została im tylko modlitwa… i silna wola życia. Pomimo wszystko. Przecież każdy z nich miał rodzinę, żonę, dzieci.

Trzeci tydzień dobiegał końca. Dwaj żołnierze byli u kresu sił i nadziei na ratunek. W myślach zaczęli się żegnać z życiem i ze swoimi bliskimi. Została im już tylko rozpacz i beznadzieja… Wtedy, ni stąd, ni zowąd, zauważyli w oddali płynącą w ich kierunku łódkę i kajak. To było ich wybawienie. Takiej szansy tych dwóch wycieńczonych żołnierzy nie mogło zaprzepaścić. Resztkami sił doczołgali się do brzegu by ich zauważono. Niestety… znów rozpacz. Łódka i kajak były puste. Nikogo w nich nie było. A co dziwne, były ze sobą powiązane grubym sznurem.
Wycieńczeni żołnierze postanowili jednak wykorzystać tę szansę i popłynąć z nurtem Wisły. Zapragnęli znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, gdzie czekała ich niechybna śmierć z głodu i ran. Tym bardziej, że wdarło się już zakażenie. Rany ropiały. A atakujące ich coraz bardziej szczury, dopełniały dzieła. Pokaleczone i pogryzione ciała zaczynały już gnić. W potwornych mękach wciągnęli swe pokiereszowane ciała do łodzi i odbili od brzegu.

Woda niosła ich coraz dalej i dalej od na wpół zawalonego Mostu Poniatowskiego. Płynęli z nurtem, nie wiedząc, czy po śmierć, czy po ratunek. W końcu udało im się dobić na drugi brzeg Wisły. Myśleli, że są uratowani, aż tu nagle, do odgłosów eksplozji i strzałów armatnich, uszu ich doleciały serie z karabinów, i to tuż nad ich głowami. Jedna po drugiej. Znów żegnali się z życiem. Zrozpaczeni żołnierze Armii Kościuszkowskiej byli pewni, że to już ich koniec.
Szczęściem w nieszczęściu udało im się jednak ujść z życiem. Okazało się, że to polscy żołnierze celowali w nich, biorąc ich za wroga, ale kiedy zauważyli ich mundury, strzelać przestali.
Skulona w łodzi dwójka rannych i przerażonych Kościuszkowców usłyszała nagle nad głowami śmiech żołnierzy, a jeden z nich zawołał:
No, koledzy, będziecie długo żyć, bo już mieliśmy wyładować w was cały magazynek.
Byli uratowani! Czyżby to był… cud nad Wisłą? Dla tych dwojga umęczonych żołnierzy był z pewnością.
Żołnierze natychmiast zajęli się rannymi i odwieźli ich do szpitala polowego. Potem wraz z Armią Kościuszkowską dotarli do Berlina, gdzie zastał ich już koniec wojny.

Nikt nigdy nie doszedł do tego, skąd się wzięła ta łódka z kajakiem, i jakim cudem do nich dopłynęła.

Trzydzieści lat po wojnie wojskowy redaktor Alojzy Sroga „wygrzebał” w wojskowych archiwach notatkę o ciężko rannych żołnierzach, którzy 22 dni pod Mostem Poniatowskiego czekali na ratunek. Zafrapowany tą notatką dotarł do Wujka i na podstawie jego opowiadań napisał książkę pt. „Nadzieje”.

Również w „Ekspresie Wieczornym” w odcinkach opisywano wówczas tę tragiczną historię Wujka. Wtedy Wujek stał się nagle bohaterem. Jego współtowarzysz niedoli, Wychopień, mniej, gdyż po wojnie wyjechał do USA. Dziennikarze ciągle nagabywali Wujka o wywiady. Jednak nikt nigdy nie zatroszczył się o jego stan zdrowia, który już do końca jego dni nie był dobry. Głębokie i rozległe rany, jakie doznał w czasie wojny, a zwłaszcza w Powstaniu Warszawskim, pozostawiły ślad na całe jego życie. Odszkodowania jakiegoś też nigdy nie dostał. Ot i dola Żołnierza Polskiego!

wtorek, 2 października 2018

Oczekuj miłości a przyjdzie


Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo. 
Oferta Wydawnictwa: 
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/milosc-przyszla-niespodzianie.html


Miłość przyszła niespodzianie — zbiór krótkich opowiadań erotycznych składający się z pięciu odrębnych historii pięciu kobiet w różnym wieku. Każda z tych historii niesie ze sobą jednak podobne przesłanie: „Oczekuj miłości a przyjdzie”.

Oczekuj miłości a przyjdzie
(fragment opowiadania) 


Irena jeszcze parę miesięcy temu chodziła jak struta. Z dnia na dzień popadała w depresję. Odszedł od niej mąż. Po 25 latach małżeństwa. Nie to jednak było dla niej najgorsze. Ich małżeństwo od początku było niezbyt udane. Żyli ze sobą właściwie tylko dla dzieci. Od kiedy dzieci się usamodzielniły, nic ich już nie łączyło. Przestali już nawet spać w jednym łóżku. Spać, bo o seksie to już przez ostatnie 10 lat nawet mowy nie było. Pogodziła się z jego odejściem. Zaczęła już nawet sobie życie jakoś układać. Cały jej ciężko wypracowany spokój runął jednak, i to w jednym momencie, kiedy pewnego feralnego dnia zobaczyła męża z inna kobietą. Ani to młodszą, ani ładniejszą. A on, ten jej mąż, szedł przy niej uśmiechnięty i tachał wypchane siaty z zakupami. Ten widok ją dobił. Bo jakże to tak, przez tyle lat on nigdy tego nie robił. — „Jak ona tego dokonała? Co ona ma, czego ja nie mam?” — Irena wciąż się zastanawiała, płacząc po nocach. Nieustannie analizowała całe ich pożycie małżeńskie, obwiniając raz siebie, raz męża. I gdyby nie jej koleżanka z pracy, Bożena, pewnie by popadła w całkowitą depresję. Bożena zaczęła wyciągać ją na różne imprezy dla singli. Niezbyt jej się to na początku podobało, ale poddawała się koleżance, bo nie miała siły się jej przeciwstawiać. Aż raz, na takim jednym spotkaniu, poznała Tomasza. Tomasz był bardzo miłym, dystyngowanym panem około pięćdziesiątki. Nie przeszkadzało jej, że był nieco starszy. Ważne, że był miły i bardzo delikatny. Żadnej nachalności, żadnego grubiaństwa, do jakiego przez tyle lat była przyzwyczajona, ze strony Tomasza, nie doświadczyła. Zaczęli się coraz częściej spotykać.
Irenko, to może już nasza ostatnia szansa na miłość — Tomasz powtarzał jej wkoło.
Ach bredzisz — odpowiadała mu, udając zezłoszczoną.
Wyczuwała, że Tomasz pragnie czegoś więcej od niej, ale ona ciągle wyznaczała granice. I choć Tomasz wciąż i wciąż je przekraczał, nie miała mu za złe, gdyż robił to bardzo delikatnie. Wreszcie kiedy pewnego wieczoru wracali z teatru, Tomasz zaprosił ją do siebie. Już w przedpokoju przywarł do niej i zaczął namiętnie całować i pieścić. Irena czuła się bardzo speszona, jednak z każdą chwilą coraz bardziej poddawała się jego pieszczotom. Nie sądziła, że mogą jej sprawiać aż taką przyjemność. Tym większą im bardziej się rozluźniała.
Tomasz, proszę, nie — szepnęła bez przekonania.
Bo co, bo nam już nie wypada? — usłyszała tuż przy swoim uchu.
Boję się — szepnęła jeszcze, bo nagle przyszło jej na myśl, że on może być zawiedziony jej ciałem.
Nie bój się, będę bardzo delikatny. Obiecuję. To dla mnie też pierwszy raz od wielu lat — uspokajał ją miłym tembrem głosu.
Irena przestała protestować i już całkowicie poddała się coraz mocniej napierającej fali namiętności. Poczuła wilgoć jego warg na szyi. Odchyliła odruchowo głowę. Już za nic nie chciała by przestał. Przeszło ją dziwne mrowienie. I kiedy Tomasz chwycił ją za rękę i pociągnął do sypialni, nie protestowała już w ogóle. Ani wtedy, kiedy rozpinał jej bluzeczkę, guzik po guziku, i kładł ją delikatnie na łóżku. Pieszczoty jego były nieśpieszne. Całował ją, muskał, głaskał, szukając czułych miejsc na jej ciele. Pytał też czy to jej sprawia przyjemność. Irena była zdziwiona jego pytaniami, bo przecież jej mąż, jej jedyny do tej pory mężczyzna, nigdy o to nie dbał. Chciała mu odpowiedzieć, ale jedynie westchnienie pożądania wydobyło jej się z ust. Czuła, że jej wnętrze wypełnia nieznana jej rozkosz. Że każdy centymetr jej ciała drga i pulsuje. Gdy poczuła go w sobie, przeszył ją spazm niebiańskiej rozkoszy. Straciła nad sobą panowanie. Cała była rozkoszą. Jej ciało brało i dawało… i wciąż chciało więcej i więcej. Było naprężone, gorące, wilgotne. Nagle znieruchomiała, a z jej piersi wydobył się jęk rozkoszy... Odpłynęła.
Kochanie, ty płaczesz? — spytał Tomasz po chwili, kiedy leżeli już obok siebie wyczerpani doznaniami miłosnymi. — Coś nie tak?
Nie, nie… A właściwie tak — poprawiła się Irena, wycierając spływające łzy i uśmiechając się jednocześnie. — Czy ty wiesz, co ty ze mną zrobiłeś? Chyba właśnie miałam orgazm. — Irena aż się zająknęła, bo to słowo ledwo jej przez gardło przeszło. — Po raz pierwszy w życiu czułam to tak bardzo intensywnie...

poniedziałek, 1 października 2018

Wizyta u ginekologa może być zabawna

Wczoraj byłam na badaniach u ginekologa. Mój obecny ginekolog pochodzi z Czech. Jestem pod jego opieką od kilku lat. Mój poprzedni ginekolog był Niemcem. Pod jego opieką byłam aż piętnaście lat. Przeszedł jednak na emeryturę i jego praktykę przejął właśnie ten Czech. Na początku bardzo żałowałam, gdyż lubiłam swojego starego lekarza. Nadawaliśmy na podobnych falach. Zawsze mieliśmy o czym pogadać i pożartować. Pod jego opiekę oddałam także moją córkę. Na szczęście okazało się, że z nowym lekarzem nie jest źle. Polubiliśmy się także. I to od samego początku. Tym bardziej że zawsze możemy sobie pogadać po swojemu i pożartować ile wlezie, on zna bowiem polski, a ja czeski.

Nic w tym dziwnego, oboje w swoich Ojczyznach mieszkaliśmy na terenie przygranicznym. Kiedy się spotykamy, przy wszystkich mówimy po niemiecku, ale kiedy tylko drzwi jego gabinetu ginekologicznego za nami się zatrzasną, „zasuwamy”, każdy w swoim języku. Najpierw pogadamy sobie i pośmiejemy się, a potem pan doktor przystępuje do badania.

Wczoraj było tak samo i kiedy leżałam już „dyspozycyjnie rozwalona” na leżance ginekologicznej, czekając na to niezbyt miłe badanie (chyba żadna kobieta badań tych nie lubi), pan doktor zamilkł, po czym z powagą zabrał się za mnie.

Uważnie badał — co trzeba i jak trzeba, czyli wziernikiem, i po chwili... brrr! palcem. Nie wiem, czy wskazującym, czy którymś innym, ale wiem, że był to jego paluch.

Ależ byłam spięta. Za każdym razem jestem. Tym razem pewnie stres był silniejszy albo ja słabsza w tym dniu, bo nagle nie wytrzymałam tej ciszy gabinetowej... i tego tam... i dla rozładowania swojego nieprzyjemnego uczucia, odezwałam się:

No, panie doktorze, chyba pan nie zaprzeczy, że „dobra by była dla ginekologa wygoda, gdyby oko w palcu dała mu przyroda”? — powiedziałam, i wystraszona, natychmiast się zamknęłam.

A wystraszyłam się reakcji doktora, bo on buchnął nagle tak głośnym śmiechem, że na początku to nawet nie rozpoznałam śmiechu w tym jego „buchnięciu”. Doktor wyciągnął tego, no... brrr... palucha, i przestał mnie badać. Klapnął na swój fotelik i rechotał dalej w najlepsze. Gdy byłam już pewna, że to tylko jego śmiech, odezwałam się ponownie, pytając:

A co pana tak rozbawiło? Czyżby pan tego dowcipu nie znał?

Ne, nikdy jsem neslyšel* — wydukał doktor, i dalej rechotał.

Nigdy pan nie słyszał? A przecież to stary dowcip... z brodą, nawet już z bardzo długą brodą — powiedziałam, śmiejąc się już także. Gdy złapałam oddech, dodałam: — No tak, to jest możliwe, że pan nie słyszał, bo pan jest młodym ginekologiem, z epoki ultrasonografii... i w razie jakby co, może pan użyć USG.


(obrazek z Internetu)


Gdy zadowolona z dobrych wyników badań ginekologicznych wróciłam do domu, co rusz parskałam śmiechem. Nie, nie z tego starego dowcipu, ale z miny doktora, i jego pociesznego rechotu.

--------------------------------------------------------------------------

* Ne, nikdy jsem neslyšel - (czeski) Nie, nigdy nie słyszałem