Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bujna wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bujna wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2020

Buszujący w bezkresie nieba

Nie wiem, jak kto, ale ja uwielbiam patrzeć w niebo. Bez względu na porę dnia i pogodę. Gdziekolwiek jestem, czy w domu, czy na dworze, choć na chwilę muszę popatrzeć w jego bezmiar piękna. Najczęściej robię to zupełnie bezwiednie. Źle się czuję, kiedy muszę przebywać przez dłuższy czas w jakimś pomieszczeniu bez widoku na niebo. Z tego względu też rzadko kiedy spuszczam żaluzje w oknach. W sypialni w ogóle. A kiedy układam się do snu, koniecznie muszę też i firanki na boki porozsuwać, aby, zanim oddam się w objęcia Morfeusza, móc popatrzeć sobie na gwiaździste niebo lub księżyc. Nawet kiedy niebo jest zachmurzone, błądzę oczyma po niebie, a właściwie po jego kawałku widocznym przez sypialniane okno. Zaś rano, po przebudzeniu, to samo. Zanim opuszczę łóżko, funduję sobie króciutki seans obserwacyjny tego samego kawałka nieba. Chociaż nie, kawałek nieba jest już przecież inny. Rozmiar kawałka jest tylko taki sam. Ta czynność tak bardzo w krew mi weszła, że nawet się nad nią nie zastanawiam. Mój wzrok od samości wędruje w stronę nieba. O czym wtedy myślę? A to różnie. Nieraz marzę. Nieraz fantazjuję. Nieraz o coś proszę. A nieraz w ogóle o niczym nie myślę. Wyłączam się zupełnie i tylko patrzę.
 
Jednak dzisiaj, w ciągu dnia, przyszło mi się nad tą czynnością nieco zastanowić. Nastąpiło to wtedy, kiedy zobaczyłam, co robi mój trzyletni wnuczek. Otóż zobaczyłam, jak leży sobie cichutko na podłodze przy drzwiach do ogrodu i wpatruje się w niebo. Chwilę go tak obserwowałam, nie odzywając się w ogóle. Widziałam po jego twarzyczce jak bardzo jest skupiony. Momentami uśmiechał się sam do siebie, momentami mamrotał coś pod noskiem, ale oczu z nieba ani na moment nie spuszczał. Z zachmurzonego nieba ulatywały akurat duże płatki śniegu, które uścielały bezlistne prawie już gałęzie drzew oraz całkiem zieloną jeszcze trawę. Dźwięk muzyki Mozarta z telefonu przerwał mu jednak ten cichutki seans obserwacyjny.
Kiedy pogadałam z osobą na drugim końcu linii i odłożyłam słuchawkę, wnuczek jakby nigdy nic znów bawił się swoimi ulubionymi traktorkami, podśpiewując wesoło. Podeszłam do niego, bo chciałam, żeby mi opowiedział, co go na niebie tak bardzo zainteresowało.
— Lubisz patrzeć w niebo? — spytałam, sadzając go na swoich kolanach.
— Bardzo lubię — odpowiedział wesoło. — Jak będę duży, będę panem kosmonautą i wtedy taką dużą rakietą polecę daleko, daleko, aż na sam koniec nieba.
— A co będziesz tam robił?
— Będę z aniołkami patrzył na niebo z drugiej strony.
— A co ty na niebie widzisz?
— Dużo… dużo widzę, babciu… Nawet zabaweczki widzę.
— Przed chwilą też widziałeś zabaweczki?
— Nie, to były prawdziwe dinozaury. Rzucały w siebie śnieżkami.

Spodobało mi się wnuczka fantazjowanie. Niech patrzy w niebo i fantazjuje ile tylko może. Mam nadzieję, że w jego przypadku to nie tylko skłonność do spontanicznego fantazjowania, która jest naturalną cechą dziecka, ale i zdolność. Zdolność, którą będzie w sobie rozwijał przez całe swoje życie. O wiele przyjemniej będzie mu się wtedy żyło. Będzie umiał czuć się szczęśliwym. Zawsze i wszędzie. A i ja dzięki temu będę szczęśliwsza. Już jestem. Wystarczy, że tylko sobie pomyślę, że kiedyś, kiedy już będę machać nóżętami na jakimś obłoczku po drugiej stronie nieba, wnuczek przyleci tam do mnie rakietą z wizytą. No i co, czy to niewystarczający powód, aby się poczuć jeszcze bardziej szczęśliwą?




Kiedy przyszedł czas na „poczytaj mi babciu”, specjalnie sięgnęłam po bajkę J. Tuwima pt. „Dyzio marzyciel”:
Dyzio marzyciel

Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
"Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu...
A te różowe -
Że to nie lody malinowe...
A te złociste, pierzaste -
Że to nie stosy ciastek...
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego...
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł... i jadł... i jadł...".




Wcześniej już nieraz wnuczkowi ją czytałam, bo bardzo ją lubił, dzisiaj jednak nie był z niej zadowolony. Na to wygląda, bo powiedział:
— Ja wcale bym nie chciał widzieć na niebie lodów. Ani ciastek, ani nawet tortu.
— Hm... a czemuż to? — zdziwiłam się.
— Bo są niezdrowe.
Trudno w to uwierzyć, ale tak jest z nim rzeczywiście. Nie lubi słodyczy. Jakiś dziwoląg z niego.

Przypomniała mi się zabawna historia z mojego dzieciństwa z niebem w tle. Nie opowiedziałam jej jednak wnuczkowi. Byłoby to niepedagogiczne z mojej strony. Miałam wtedy osiem lat i pewnego letniego wieczoru, siedząc w oknie, czatowałam na spadające meteoryty. Pamiętam, że miałam wówczas jakieś ogromne marzenie i że bardzo mi zależało na jego spełnieniu. Spadający meteoryt miał mi to zapewnić. Kiedy tylko na dworze pociemniało, usiadłam na parapecie na oścież otwartego okna kuchennego i nieustannie wpatrywałam się w niebo. Z bijącym sercem wyczekiwałam tego szczególnego, prosto z nieba znaku spełnienia mojego marzenia.
Moja mama, która nie mogła wiedzieć o moim marzeniu, bo było ono moją tajemnicą, nie potraktowała moich obserwacji nieba poważnie i kazała mi natychmiast iść do łóżka. Nie chciała nawet wziąć pod uwagę tego, że były wakacje. Niepocieszona, poszłam, ale kiedy tylko wszyscy usnęli, pobiegłam z powrotem do kuchni. Cichaczem przysunęłam stół do parapetu, po czym bezszelestnie, niczym nocna zjawa, pobiegłam na powrót do łóżka i przytargałam swoją kołdrę i poduszkę. Owinięta w kołdrę z zadowoleniem wyłożyłam się na stole i ułożyłam głowę na mięciutkiej poduszce, którą ulokowałam na zewnętrznym parapecie. Och, jakaż byłam wtedy szczęśliwa. Cisza, gwiaździsta noc… i wszystko to dla mnie. Ile wspaniałych rzeczy widziałam na niebie, ile przeróżnych postaci. Cały spektakl odgrywał się na niebie. Dla jednego widza. Dla mnie. Spadającego meteorytu nie zdążyłam jednak zobaczyć, bo w końcu usnęłam.
Nad ranem obudzili mnie przerażeni rodzice. Okazało się, że nasz sąsiad, który szedł do pociągu, w świetle latarni zobaczył moją głowę dyndającą za oknem i tak się wystraszył tym widokiem, że zamiast do pociągu, przybiegł do naszego domu i zaalarmował rodziców. Rodzice natychmiast ściągnęli mnie z okna i postawili do pionu. Nie mogłam pojąć dlaczego wszyscy są tacy przerażeni, i o co w ogóle ten cały alarm. O tę poduszkę, że mi się wymsknęła spod głowy i spadła do ogródka? Przecież tak słodziutko i bezpiecznie mi się spało. No dobra, później, po rodzicach tłumaczeniu, zrozumiałam, że z tym „bezpiecznie” trochę przesadziłam, zważywszy chociażby na fakt, że okno naszej kuchni mieściło się na pierwszym piętrze... No ale czego się nie robi dla spełnienia swoich marzeń.




sobota, 22 czerwca 2019

Noc Świętojańska i jej moc

Po tych niesamowitych afrykańskich upałach poczułam się tak bardzo wypluta, wyżymana, wymaglowana, wysuszona, wy... wy... już sama nie wiem, jaka jeszcze „wy...”, że koniecznie musiałam się zrelaksować. Ot, taki wewnętrzny mus. Postanowiłam więc wybrać się w nocy do lasu. Wszak to Noc Świętojańska. Albo jak kto woli, Sobótka albo Kupalnocka albo też Noc Kupalna. Jak zwał, tak zwał, ważne by w tę szczególną noc, najkrótszą w roku, w której następuje letnie przesilenie słońca, nie być w łóżku a w lesie… No i byłam. A jakże!
Muszę jednak przyznać, że jak już do lasu dotarłam, byłam trochę zawiedziona. Dlaczego? Ano dlatego, że nikogo w lesie nie spotkałam. Żadnych sobótkowych imprezowiczów. No, może za wyjątkiem jednej parki, która kokosiła się w aucie na parkingu przed lasem. Ale kiedy sobie przypomniałam gdzie jestem, od razu uczucie zawodu mnie opuściło. No bo też kogo miałam spotkać w niemieckim lesie? Przecież Sobótka to słowiańskie święto. Germańcy pojęcia nie mają co to za święto... i niechaj żałują.
To nagłe odkrycie jednak nic a nic mnie nie zniechęciło i dalej zasuwałam w głąb lasu. Bo też wiem, że roślinność jest tutaj taka sama jak w Polsce i paproci w lasach rośnie na zabój.
Idąc raźnie ścieżynką przez las, niemalże z każdym krokiem nabierałam coraz to większego przeświadczenia, że jeśli kwiat paproci nie jest mitem to i w niemieckim lesie znajdę go z pewnością. No i znalazłam!


Pięknego kwiatuszka paproci nie zerwałam jednak, gdyż przypomniałam sobie z baśni Kraszewskiego, że choć kwiat paproci spełnia wszystkie życzenia i w mig można stać się bogatym i szczęśliwym, to jednak ani bogactwem ani szczęściem nie można się z nikim dzielić. To po co mi taki kwiat? Po co mi takie bogactwo? Sama nigdy bogatą być nie chciałam i nie chcę. Szczęśliwą zaś jestem od dawna... Nauczyłam się, sama, i żadna nadprzyrodzona moc nie była mi do tego potrzebna.
Eee tam, do kitu taki kwiatuszek! Pstryknęłam mu tylko fotkę i ze śpiewem na ustach: — ”Hej, Sobótka, Sobótka, dzień jest długi noc krótka...”, szczęśliwa, powędrowałam przez las.

Miałam cichą nadzieję, że chociaż jakąś czarownicę spotkam. Wszak w Noc Świętojańską powinny być bardzo aktywne. A wiem, że i w Niemczech jest ich niemało, i to wszelkiej maści. Ale gdzie tam, ani w głębi lasu ani na rozstaju żadnej nie spotkałam. Phiii!... a mówiło się kiedyś o sabacie czarownic w noc sobótkową, a tu ani jednej. A może się mnie wystraszyły? Kto wie?

Zawiedziona nieco powędrowałam dalej. Nie chciało mi się jeszcze wracać do domu. Szłam, wsłuchując się w chrupanie kamyczków pod stopami i zastanawiałam się nad światem. A miałam się nad czym zastanawiać, bo też od jakiegoś już czasu nurtuje mnie natrętna myśl, że świat stał się jakiś taki nijaki... Taki, że nawet czarownice tracą swą moc. No, może nie wszystkie... Ale jednak!

Kiedy dotarłam do leśnej polanki, postałam na niej na jednej nodze i podumałam jeszcze przez chwilę. Po czym zrobiłam kilka głębokich oddechów, coby na zapas napełnić płuca tym pachnącym świętojańskim powietrzem, i zaczęłam rozglądać się dookoła. Stwierdziłam, że zaczyna już świtać, wtedy radośnie zawołałam sama do siebie:
— No, Czarodziejko, jazda z lasu! — i czując w sobie przeogromną moc, jakiej do tej pory jeszcze nie zaznałam, chichocząc, udałam się do domu.
Z kategorii: Niby-bajka 

poniedziałek, 6 maja 2019

Planeta Ziemia potrzebuje pomocy

Niedawno był u mnie mój Wnuczek. Oglądał zdjęcia, jakie zrobiłam na Ścieżce Praw Człowieka, mieszczącej się na szczycie naszej najwyższej góry — Ochsenberg. Zdjęcia bardzo go zaciekawiły. Ze smutkiem w oczach zadawał pytania dotyczące biednych ludzi, a zwłaszcza tych, którzy potopili się w czasie ucieczki do lepszego życia. Może dlatego, że pamiętał, co działo się na włoskiej Lampedusie. Bardzo to przeżywał. Najbardziej smuciło go jednak zdjęcie tej instalacji, na której podane było, że na świecie z głodu i choroby umiera dziennie ok. 18.000 dzieci. Długo wpatrywał się w tę liczbę, wreszcie zawołał:
— Babciu, pójdziesz ze mną na Ochsenberg? Chciałbym zobaczyć całą Ścieżkę Praw Człowieka.
Oczywiście poszliśmy. Zaraz po obiedzie. Zabraliśmy ze sobą także naszego psa Aramisa.
— Babciu, a dlaczego jedni ludzie zabijają drugich? — spytał Wnuczek, kiedy stanęliśmy przy instalacji symbolizującej wojnę. — Przecież każdy chce żyć… — dodał po chwili, jakoś tak ciszej.
— Bo na świecie jest bardzo dużo złych ludzi, którzy nie potrafią żyć w pokoju. Nie potrafią współżyć z innymi ludźmi, myślą tylko o sobie, o swojej nienawiści, która zżera ich serce i duszę.
Wnuczek słuchał mnie, wpatrując się w bomby i granaty porozwieszane na drzewie. Po chwili schylił się do psa Aramisa i wyszeptał mu do ucha:
— Choć, Aramis, idziemy stąd, bo tu źli ludzie strzelają do innych ludzi.
Powędrowaliśmy dalej. Zatrzymaliśmy się przy dwóch malowidłach symbolizujących cierpienie Egipcjan. Wnuczek na głos przeczytał informację zawieszoną na drzewie. Na niej także było podane, ile dzieci w Egipcie umiera z głodu i chorób.




Po przeczytaniu wszystkiego, co stało na tablicy, posmutniał i zapytał:
— Babciu, a dlaczego tyle biednych dzieci jest na świecie? Dlaczego bogaci ludzie im nie pomagają?
— Na świecie ludzi biednych jest więcej, aniżeli bogatych — odpowiedziałam. — Niektórzy bogaci, i owszem, pomagają biednym, ale niestety nie jest ich wielu. Bogaci, to w dużej mierze egoiści, myślą tylko o sobie i o pomnażaniu swojego majątku. Wielu z nich, to też bardzo źli ludzie, którzy dorobili się bogactwa kosztem biednych. Smutne to bardzo, ale już tak niesprawiedliwie nasz świat jest skonstruowany. Ludzie dzielą się na dobrych i złych. Dobrzy ludzie robią dobre uczynki, źli czynią zło. A tych dobrych niestety jest zbyt mało na świecie i wszystkim biednym, uciśnionym, głodującym, chorym nie zdołają pomóc…
— A wiesz, babciu… — Wnuczek wszedł mi w słowo. — Kiedy z mamą i tatą jesteśmy w sobotę na targu, to tam na ziemi siedzi czasem jakiś biedny człowiek i żebrze. Jak go zobaczę, zawsze mu daję trochę pieniążków. Mama albo tata mi dają. Niekiedy mam też swoje, bo wcześniej ze skarbonki specjalnie wyjmuję.
— To bardzo szlachetnie z twojej strony — powiedziałam i pogłaskałam Wnuczka po jego złotowłosej główce. — Tak powinno być. Ja też zawsze daję pieniądze. Albo coś do zjedzenia. Trzeba zawsze wspomóc tego, kto wyciąga rękę po pomoc. Ale trzeba też mieć oczy szeroko otwarte i umieć dostrzegać tych ludzi, którzy o pomoc nie proszą. A nie proszą dlatego, bo są zbyt nieśmiali i kryją się przed ludźmi. Cierpią w samotności, bo wstydzą się swojego ubóstwa. Tym ludziom także trzeba pomagać. Delikatnie i na różne sposoby.
Rozmawiając, podeszliśmy do miejsca, gdzie była wyłożona księga gości, w której każdy, kto wędruje Ścieżką Praw Człowieka, może wpisać swoje myśli, wnioski, życzenia. Wnuczek bez słów podniósł przeźroczyste wieko, otworzył księgę na pustej stronie, i napisał: „Biedne dzieci potrzebują pomocy. Nasza cała Planeta Ziemia potrzebuje pomocy. Pozaziemskie moce przybywajcie! Tylko w was nasza nadzieja, skoro tyle zła jest na Ziemi i nikt z ludzi nie potrafi je zwalczyć. To piszę ja, Mex, 8-letni chłopak z Niemiec i Polski”.



Wnuczek zamknął księgę i milczał przez jakiś czas. W końcu zawołał podniecony, wskazując palcem pobliskie drzewo:
— Popatrz, babciu, tam! Widzisz? Tam za drzewem. Są, są, stoją i patrzą na nas…
Mój Wnuczek ma bardzo bujną wyobraźnię. Jego fantazjowanie udzieliło się i mi. Oczami wyobraźni zobaczyłam to, co i on.
Zobaczyliśmy Przybyszy z Kosmosu. Stali odziani w piękne kombinezony połyskujące złotem i srebrem. Było ich czterech. Rośli nam w oczach. Patrzyli na nas i uśmiechali się tajemniczo. Po chwili wszyscy naraz podnieśli obie ręce do góry i puścili do nas oczko. Jeden po drugim… Aż tu nagle, nieziemski błysk oświetlił cały las, nas i ich. Wszystko dookoła stało się złoto-niebieskie. Z każdą kolejną sekundą barwy te tężały, stawały się coraz intensywniejsze.
Och, cóż za radość przeszyła nasze serca. Przybysze z Kosmosu zaśmiali się rubasznie, prawie tak samo jak zwykły człowiek, podeszli do swojej rakiety i jak na zawołanie wskoczyli razem na małą platformę, na coś w rodzaju balkonika. Jeden z nich nacisnął okrągły przycisk i uruchomił ją. Platforma drgnęła i wnet z cichym szelestem wszyscy razem unosili się powoli ku górze rakiety.
W tym samym czasie, przy dźwiękach cichutkich dzwoneczków, zaczął się otwierać okrągły właz. Platforma zatrzymała się równo z otwartym włazem, i wtedy, Przybysze z Kosmosu zawołali jednocześnie: — „Do zobaczenia, kochani Ziemianie!”, i machając na pożegnanie obiema rękami, weszli po kolei do środka rakiety. Właz, przy wzmagających się dźwiękach dzwoneczków, powoli się za nimi zamykał. Rakieta swoim wyglądem nagle zaczęła przypominać gigantycznego pająka. Dzwoneczki umilkły. Pająk ciężko sapnął i po chwili rozległ się dźwięk silników wchodzących na coraz to większe obroty. Pająk ociężale oderwał się od ziemi, powędrował nieco do góry, jak gdyby po nici pajęczej, i na moment zawisł w bezruchu. Nagle z jego długich łap buchnęły kłęby jasnoniebieskiego dymu. Po krótkiej chwili dym zmienił swoją barwę i kłębił się w intensywnych odcieniach ultramaryny, indygo i żółci. Wtem rozległ się głośny dźwięk podobny do dźwięku fanfar, setek fanfar, pająk-gigant zadrżał, zawył, zasyczał, buchnął na powrót niebieskim dymem i... na małą chwilkę ucichł całkowicie. Po czym poderwał się do góry na dość dużą wysokość i jeszcze raz się zatrzymał. Trwał tak chwilę w bezruchu… Aż tu nagle, jak nie ryknie! Jak nie buchnie ogromnym ogniem! Niebieski pająk w momencie zamienił się w świetlistą kulę. A kula ta, z niesamowitą szybkością, wzbiła się w niebo i w ułamku sekundy zniknęła w przestworzach.
Staliśmy z Wnuczkiem w złoto-niebieskiej poświacie i jeszcze długo z zachwytem wpatrywaliśmy się w to miejsce na niebie, gdzie rakieta zniknęła. Aramis też był przejęty. Z wrażenia aż lewitował, unosząc się coraz wyżej w powietrzu.
Jak już doszliśmy jako tako do siebie, Wnuczek podbiegł w miejsce startu rakiety i z głową zadartą ku niebu, zawołał:
— Do zobaczenia, przyjaciele! A nie zapominajcie o nas! Nie zapominajcie o biednych dzieciach! One czekają na waszą pozaziemską pomoc! Nasza cała Planeta czeka na pomoc. Pomóżcie nam w walce ze złem. Pomóżcie, aby dobro wreszcie zwyciężyło i zapanowało na całym świecie. Tylko w was nasza nadzieja!

Z kategorii: Niby-bajka