środa, 14 października 2020

Lepiej nie być zbyt wyrywnym. Opowieści Martyny

No i się doigrałam. To prawda, doigrałam się, ale zupełnie niechcący a z serdeczności wrodzonej. Wczoraj miałam gości, i jak to ja, na przywitanie wszystkich wystartowałam od razu z całowaniem z dubeltówki... zanim jeden z gości zdążył mi zameldować, iż czuje się grypowato. No i mam za swoje. Że też ja zawsze muszę być aż tak wylewna ze swoimi uczuciami.

Ciągle zapominam, że muszę poskramiać swoją wyrywność względem ich okazywania. Jeśli chodzi o inne rzeczy to z wyrywnością nie mam aż takich problemów. Zawsze muszę sobie wszystko dokładnie przemyśleć, by niepotrzebnie z czymś przed szereg nie wyleźć i nie wyglądać potem jak przez przysłowiowe okno. Lecz gdy w grę wchodzą uczucia — to ni jak opanować się nie mogę. Już taka jestem... wylewna. I rady na mnie nie ma.

I właśnie dzisiaj, w tak piękny, słoneczny dzień, przyszło mi ponosić konsekwencje tej swojej uczuciowej wylewności. Czuję się grypowato… O rany, mam tylko nadzieję, że to żadna świńska grypa. E nie, na pewno nie! No ale jakby nie patrzeć, każde grypsko jest świńskie, bo też chory na nią człek czuje się świńsko.

Okey, kończę już to swoje marudzenie i zabieram się za leczenie. Znam się trochę na różnych takich domowych sposobach, bo też po mojej kochanej babuni odziedziczyłam gen odpowiadający za zielarskie zapędy. Mam też spisane wszystkie jej porady w razie gdyby mi coś z głowy wyleciało… A więc, do leczenia marsz! Samoleczenia.

 

Sposób na chorobę

Pogodnie i słonecznie dziś dookoła…

Ja też jestem pogodna, lecz nie wesoła.

Bo jakże wesołą mam być kochani,

Skoro się czuję tak jakoś do bani?

Potężne grypsko mną zawładnęło,

Choć nie wiem jak i skąd się wzięło.

Lecz ja się choróbsku wcale nie daję,

Wytaczam działa i do walki staję!

Swoim sposobem — starej zielarki

Zażywam zioła — najlepszej marki.

Raz lampa na podczerwień, raz inhalacja,

To znów napotne sole i nowa kreacja.

Zmieniam piżamy jedna za drugą,

By w strugach potu nie siedzieć długo.

Co sił i pomysłów walczę z chorobą,

By nie rządziła kolejną mą dobą.

Jutro do życia zamierzam wstać zdrowa

I myśleć pozytywnie — zacząć od nowa. 

 

Eee tam, będę walczyć. Zarządzam krótki rozejm... Zasuwam do ogródka i do słoneczka się wyłożę. A nuż mi pomoże?


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"



Purchawka gigant

Będąc w Schwarzwaldzie na parodniowym wypadzie, każdego ranka skoro świt wybywałam z psem na długie wędrówki. I już pierwszego dnia Aramis, biegając to tu, to tam, wystawił mi ogromną purchawkę. Byłam zdumiona jej widokiem. Widziałam w Internecie, że ludzie znajdują nawet jeszcze większe, ale ja na taką aż dużą natknęłam się po raz pierwszy.


Purchawki to jedne z najpowszechniejszych grzybów z rodziny pieczarkowatych znanych nam już od dzieciństwa przez to, że wydają z siebie taki charakterystyczny dźwięk przy ich nadepnięciu. Stąd też ich nazwa.

Znaleźć je nie jest trudnym zadaniem. Pojawiają się w dużych ilościach latem i jesienią. Niektóre rosną pojedynczo, niektóre w większych skupiskach. A rosną przede wszystkim na pniach drzew, a także w zaroślach i lasach. Tę „naszą” purchawkę podziwialiśmy z Aramisem przy wąskiej ścieżynce wijącej się na szczyt Belchen. Nie podeptaliśmy jej... Niech to cudo Matki Natury rośnie dalej.

 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


poniedziałek, 12 października 2020

Bliskie spotkanie z dzikiem

Nie każdy dzik jest zły,

nie każdy ma ostre kły...

Lecz gdy spotkasz w lesie dzika,

w mig na drzewo lepiej zmykaj. 



Dziki, dziczki, dzikie świnie... Kto ma u nich chody zmykać nie musi. Parę pajd chleba, kilka jabłek lub marchewek i dzik jest spolegliwy jak baranek. Często odwiedzam dzikie świnki w lesie. One mnie już znają i zawsze do mnie przybiegają. 

 

Z cyklu: Zoologia stosowana”


Polacy kochają leki i pochłaniają je tonami. Czy to już choroba?

Jak podają polskie media, Polacy bez opamiętania nadużywają leków. Skąd to się bierze? Czyżby edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego względem leków była niedostateczna? A może to postępująca hipochondria trawi Polaków?

Sytuacja w polskiej służbie zdrowia jest ciągle daleka od poprawnej, to fakt, ale jest też i druga strona medalu, też przerażająca — polscy pacjenci, którzy do przesady wykupują leki (nawet na zapas) i pochłaniają je w ogromnych ilościach. A przecież leki to nie cukierki. Przesadna miłość Polaków do leków jest obecnie aż nazbyt widoczna. W 2013 roku wydali na nie ponad 18 mld złotych.

W przypadku wielu dolegliwości trapiących nas na co dzień można przecież wykorzystać domowe sposoby. Jest wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które w wielu przypadkach mogą zastąpić leki pochodzące z firm chemii farmaceutycznej. Po co napychać czyjeś przepastne kieszenie, jeśli w wielu przypadkach sami sobie możemy pomóc? Oczywiście chodzi tu o osoby relatywnie zdrowe. Poważnie chorzy niestety muszą się leczyć farmakologicznie, a tym samym, dawać zarobić coraz bardziej zachłannym korporacjom farmaceutycznym.

Z roku na rok rośnie ilość sprzedawanych w Polsce medykamentów. Polacy prześcignęli już przodujących dotąd w Europie Francuzów. Bardzo to niepokojące, zważywszy na fakt, że każde lekarstwo to także trucizna, tyle że spożywana w małej ilości. Chemia to chemia i pompowanie jej bez umiaru do organizmu tylko dlatego, że kupuje się ją w aptece kojarzonej ze zdrowiem — jest zwyczajnie szkodliwe. A wiele osób niestety zażywa leki choć nie jest to konieczne, ot tak, z przyzwyczajenia. Albo z byle powodu, często nie czytając nawet załączonej ulotki. Nie mogą więc, albo i nie chcą, zdać sobie sprawy z tego, jak szybko można się uzależnić od danego specyfiku. I to nie tylko psychicznie, bo z czasem też i fizycznie. Najwyraźniej edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego w tym względzie jest niedostateczna.

Myślę, że Polacy rzeczywiście bez opamiętania nadużywają leków. Przesadzam? Chyba nie. Wystarczy prześledzić badania CBOS-u, aby się przekonać. A z nich wynika, że aż 80% dorosłych Polaków zażywa leki. A spośród tych bez recepty najpopularniejsze są przeciwbólowe i przeciwzapalne, na przeziębienie oraz witaminy i minerały. I co gorsza, tendencja jest wzrostowa. Wymowne są także odpowiedzi na pytania CBOS-u. Otóż badani pytani o ocenę swojego stanu zdrowia w większości, bo 54%, określali go jako dobry. Niezadowolenie wyrażało 15 % ankietowanych, a prawie co trzeci, czyli 31 %, określało swoje zdrowie jako — ani dobre, ani złe. Kto więc zażywa te wszystkie leki? Odpowiedź nasuwa się sama.

Wielu lekarzy z kolei uważa, że jeśli pacjentom nie przepiszą jakiegoś leku, wychodzą z gabinetu lekarskiego zawiedzeni, ba, czasem wręcz obrażeni, więc im przepisują. (Czy mają w tym i swój interes, nie wspominają). I koło się zamyka. A dzięki temu firmy farmaceutyczne mają się świetnie. Tym bardziej, że na ich zyski wpływają także pochłaniane przez Polaków leki bez recepty, a także suplementy diety.

Mam w rodzinie jedną taką starszą osobę, która przez całe życie wciskała w siebie mnóstwo leków, chociaż w zasadzie nigdy poważnie nie chorowała. Nigdzie się też nie ruszała bez swojego haftowanego woreczka z tymi kolorowymi „cudeńkami”. Czasami sobie z niej żartowałam, że przez tę chemię, jaką przy sobie i w sobie nosi, dojdzie w niej kiedyś do reakcji chemicznej (zjawiska fluorescencji) i w nocy będzie świecić niczym robaczek świętojański. Żarty żartami, ale w sumie to jest mi jej bardzo żal, że przez tyle lat tak bardzo szkodziła swojemu zdrowiu. Bo czy teraz szkodzi, w wieku 80 lat? Sama już nie wiem. Teraz pewnie tę chemię zażywać już musi, teraz naprawdę poważnie choruje.

Osobiście mam awersję do leków pochodzenia chemicznego. Bo jakby nie patrzeć, mają one także skutki uboczne. Od dziecka czuję ogromną niechęć do tabletek i też rzadko je zażywam. Pamiętam, że jak moje dwie starsze siostry chorowały, zarażając się jedna od drugiej, Mama profilaktycznie także i mnie kładła do łóżka i faszerowała tabletkami. Właściwie to próbowała faszerować, bo kiedy się odwróciła, wypluwałam wszystkie do garści. I muszę przyznać, że rzadko kiedy byłam chora. Potem, jak już byłam dorosła, leczyłam swoje dzieci i siebie w większości ziołami. I tak jest do dziś. Moja domowa apteczka jest w zasadzie pusta. Czasami miałam w niej jakieś tam witaminy, czy minerały, ale od kiedy piję zrobione przez siebie green smoothie mam w niej tylko materiały opatrunkowe.

Jak już wspominałam, jest wiele domowych sposobów, wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które przy różnych naszych dolegliwościach znakomicie mogą zastąpić chemiczne i syntetyczne środki farmakologiczne. Na przykład czosnek, tran, cebula, siemię lniane, goździki... etc. Zawarte w nich substancje czynne znakomicie wpływają na nasze zdrowie.

26.03.2014

 

(obrazek z Internetu)
 

***

Mamy rok 2020. Czy coś się zmieniło na lepsze? Czy Polacy są zdrowsi? Czy znaleźli już inną alternatywę dla swojego zdrowia niż leki? Niestety nie. Okazuje się, że jest jeszcze gorzej. Mówią o tym kolejne statystyki.

CBR BioStat po szeroko zakrojonych badaniach podaje, że Polacy już w samym miesiącu lutym br. wydali na zdrowie ca. 8 mld złotych.

Wczoraj słuchałam w TVP Info wypowiedzi pewnej pani magister farmacji jednej z warszawskich aptek, która twierdziła, że Polacy cierpią na chorobę stresową i z roku na rok wykupują coraz więcej leków, bez opamiętania i w przesadnych ilościach. Zwłaszcza na uspokojenie, redukujące stres, i przeciwbólowe. Młodzi dodatkowo jeszcze i na potencję. Wybierając przede wszystkim te, które są reklamowane w telewizji.

Przykro sprawa. Widać, że Polacy są zbyt podatni na reklamy i bardzo chętnie dają zarobić pazernym firmom farmaceutycznym, zamiast znaleźć dla swojego zdrowia jakąś inną alternatywę, taką jak np. aktywność sportowo-rekreacyjna.

Bezrefleksyjne, choć wygodne łykanie leków — nie jest dobrą metodą. Odbije się na zdrowiu prędzej czy później.


sobota, 10 października 2020

Poczytaj nam Miłka (7)

Książeczek mam wiele —  
zaprasza dzieci Miłka. — 
Siadajcie wokół mnie
przeczytam wam kilka: 
 
O skończonych wakacjach
 i pożegnaniu lata. 
O jesieni, drzewach... i o kimś, 
kto figle wciąż płata. 
 
 

***

Skończyły się wakacje, ale...

 
Skończyły się wakacje,
skończył się laby czas.
Rozbrzmiewa głośny dzwonek,
już szkoła wzywa nas.

Jest jednak takie miejsce,
gdzie frajdę czuć wciąż można...
jak w czasie wakacji
moc różnych przygód doznać.

Miejscem tym z pewnością
jest każdy park i las...
O każdej porze roku
tam miło spędzisz czas.

Chodźcie dzieci! Chodźcie wraz —
ZEW NATURY — wzywa nas!

 

Pożegnanie lata

 
Ech, ty lato ukochane,
Już pożegnać ciebie czas...
Trudno jest mi w to uwierzyć,
Wszak zielony jest wciąż las.

Kwiatki kwitną wciąż na łąkach,
Ptaszków śpiewy słychać jeszcze,
Słonko grzeje wciąż przyjemnie...
Wieczorami grają świerszcze.

Lato, lato, jesteś jeszcze?!...

Wiem, że płonna to nadzieja,
Bo ty w świat już wyruszyłeś...
Hen swoje piękno poniosłeś,
Miejsca jesieni ustąpiłeś.

Lecz pożegnałeś nas pięknie,
Barwnie, pachnąco, słonecznie.
I my cię żegnamy, kochane.
Żal, że nie możesz trwać wiecznie.

Lato, lato, jesteś jeszcze?!...

Cisza... brak twej odpowiedzi.
Znaczy, nadziei już żadnej!
Odszedłeś stąd na rok cały...
Lecz wrócisz — w szacie paradnej.


Jesienne drzewa

 
Szumi las, szumią jesienne drzewa...
Wiatr im na liściach złotem przygrywa.
Szumią o czasach dawno minionych,
O ludzkich losach dziwnie splecionych.

Długo żyjąc, wiele widziały,
Choć w jednym miejscu tylko stały.
Szumią o wszystkim, co kto woli…
O ludzkiej doli… i niedoli.

Szumią o pięknie całego Świata…
Los ludźmi wszakże po Ziemi miota.
Ludzie pod drzewem chętnie siadają,
O cudach Świata opowiadają.

Szumią o sile tkliwej miłości,
O oczarowaniu, o zazdrości.
Wszystko od ludzi to usłyszały,
Bo jak spowiednik... słuchać musiały.


Kazio łobuz

 
Mały Kazio był wielkim łobuzem,
I zawsze paradował choć z jednym guzem.
A nie myślcie, że on swych guzów nie lubił,
Wręcz przeciwnie, Kazio się nimi chlubił.
Nie było dla niego rzeczy — nie do zrobienia.
A każdy nowy guz — nie bez znaczenia:
Jeden: — bo zerwał ostatnie jabłko z drzewa.
Drugi: — bo spłoszył kota z dachu chlewa.
Trzeci: — bo skakał najwyżej z grabiami na sianie…
I każdy następny — bo wykonał każde zadanie.
Koledzy pukali się palcem w czoło,
A Kazio niezmiennie powtarzał w koło:
Dla mnie guz, to jak dla żołnierza belka.
A taka belka, to rzecz wielka! —
I dalej rozrabiał, ile tylko wlezie.
Gdzie diabeł nie może, tam Kazio wlezie —
Mawiała zatroskana mama i tato…
A on tylko uśmieszkiem reagował na to.
Nic nie działały na niego prośby.
Nie pomagały też żadne groźby.
Przyjdzie kryska na Matyska! — babcia przestrzegała.
Lecz i ta przestroga nic nie dawała.
Łobuzowaniu końca nie było...
Jednak do czasu, aż się coś wydarzyło…

Była pora żniw. Wszyscy jechali na pole —
Zbierać snopki i układać w stodole.
Kazio pomagać ochoczo obiecał,
Słowo honoru dać nawet chciał,
Że z własnej i nieprzymuszonej woli,
Grzecznie pracować będzie na roli.
I już by prawie słowa dotrzymał,
Gdyby nie widły, które w ręku trzymał.
Wchodziły w snopki jak w miękkie masło…
Wymyślił: — „skok o tyczce” — i takie rzucił hasło.
I skakał najwyżej, jak tylko mógł,
Lądując na pobliski siana stóg…
Kaziu, łobuzie! — mama zawołała,
I grożąc mu palcem, widły zabrała.
Och, mamo, wszystko pod kontrolą! —
Odkrzyknął Kazio — przejęty nową rolą.
I jeszcze go raz coś podkusiło…
Odbił się od snopków z dużą siłą,
I skoczył wysoko, lecz ostatni raz,
Bo nie trafił w siano a w przydrożny głaz. 
  
Smętny Kazio siedzi w domu przy oknie, 
Zdziwiony, że świat nagle wygląda okropnie. 
Mama i babcia nieustannie go obserwowały, 
Żal im było biedulki, więc go rozbawiały: 
— „Żeby kózka nie skakała…” — mama zawoła. 
Wiem, wiem! — „Toby nóżki nie złamała… 
Ale gdyby nie skakała, 
Toby smutne życie miała…” — 
Dodał Kazio, siląc się na łobuzerskie miny, 
zerkając na nogę w gipsie — z poczuciem winy. 
 
 

Huby i ich niezwykły urok

Huby to też grzyby. Rosną na martwym drewnie, albo na żywych drzewach, pasożytując na nich. Czym w konsekwencji doprowadzają je do zgnilizny i rozpadu. Nic więc dziwnego, że nie są lubiane przez leśników. Powodują duże straty w gospodarce leśnej. Wśród nich są jednak i takie, które od stuleci człowiek wykorzystywał. I nadal wykorzystuje. Tak czy siak, jednego im nie można odmówić — niezwykłego uroku.

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


czwartek, 8 października 2020

Płoną ogniska w lesie

Był piękny, słoneczny poranek. Wchodząc do lasu na główny dukt leśny, zobaczyłam coś, co mnie na chwilę zmroziło. Z kilku miejsc lasu wydobywały się ogromne słupy białego dymu. Wystraszyłam się nie na żarty. Strach mnie jednak wnet opuścił, ponieważ ujrzałam po chwili liczne grupy dzieciaków na skraju lasu. Także je usłyszałam. Nawoływały się radośnie. 

 

Pomyślałam sobie, że te ogniska to pewnie jakaś zorganizowana akcja. Po krótkiej chwili przekonałam się, że tak jest naprawdę, bo kiedy podeszłam bliżej, zobaczyłam leśniczego jak dyryguje tymi dzieciakami. Z pewnością to on wyznaczył miejsca na ogniska.

Podeszłam do pierwszego ogniska i pogadałam chwilę z leśniczym, a także z niektórymi dzieciakami i ich opiekunami. Dowiedziałam się wtedy, że w ogniskach uczestniczy trzy klasy z gimnazjum i że nie są to takie sobie normalne ogniska a tylko robocze, gdyż są efektem ciężkiej pracy gimnazjalistów. Społecznej pracy. 



Dzieciaki po prostu sprzątały las z zeschłych gałęzi i paliły je w kilku miejscach pod okiem leśniczego i swoich opiekunów.

Bardzo mi się spodobała ta ich praca społeczna i sama trochę popracowałam z nimi, targając z lasu gałęzie na miejsce ich ostatecznego przeznaczenia, czyli do ogniska, w którym poprzez spalenie kończyły swój żywot.

Och, jak cudownie pachniał las. Cały czas z rozkoszą wciągałam nozdrzami ten niesamowity zapach. Zapach licznych ognisk. Czułam się jak leśny ludek.

Kiedy ruszyłam już w swoją wytyczoną drogę, pomachałam dzieciakom na pożegnanie i pożyczyłam im dalszej owocnej pracy.

Muszę przyznać, że praca ich wcale nie była taka łatwa. Ale co tam, dla nich to żaden wielki problem. Przecież widziałam, że mają wielką frajdę.

Do swojego zadania, i owszem, podchodziły bardzo poważnie i nie obijały się, ale wykonywały je na wesoło i były bardzo radosne. Dzieci już tak mają. Jeśli są oczywiście umiejętnie przez dorosłych kierowane i... i darzą ich autorytetem.