wtorek, 10 marca 2020

Zderzenie młodości z zabytkiem


Kiedy młodość się zderzy z zabytkiem, nie wiadomo co najpierw podziwiać. Zabytek jest ciekawy, ale młodość „zachciewna”.






Wszystko dobre, co się dobrze kończy

Kiedy ni stąd, ni zowąd zostałam bezdomną, po tym jak niechcący doprowadziłam do automatycznego zatrzaśnięcia się drzwi od domu syna razem z kluczami od mojego domu, domu córki, a także jego, wiedziałam, że ciąg dalszy tej przygody musi wnet nastąpić. I nastąpił. Zaraz następnego dnia. Na szczęście był pomyślny. A wyglądał tak:
Nazajutrz, z samego rana, pojechałam sprawdzić, czy syn już wrócił. Och, jakże się ucieszyłam gdy zobaczyłam, że jego auto stoi już pod domem. Auto było załadowane po brzegi, pomyślałam więc, że pewnie jechali całą noc i nie mieli siły nawet go rozpakować. Dotknęłam maski. Była gorąca. A to oznaczało, że dopiero przed chwilą przyjechali i pewnie od razu pognali do łóżek. No to niech śpią. Budzić ich przecież nie będę. Dam im czas do godzin popołudniowych — pomyślałam i pojechałam do lasu. Koniecznie potrzebowałam odprężenia po emocjach dnia wczorajszego. Ale zanim odjechałam, przykleiłam na drzwi wejściowe karteczkę z króciutkim opisem tego, co mi się wczorajszego dnia w ich domu, a właściwie pod ich domem, przytrafiło.
Gdzieś tak około 14-tej pojechałam do syna po raz drugi. Przecież musiałam im dostarczyć wreszcie obiad przygotowany dzień wcześniej. Byłam pewna, że są głodni po tak długiej podróży. Syn mnie przywitał gorącymi uściskami i słowami:
To tylko tobie może się zdarzyć! — po czym się zaśmiał i dodał: — No dobra, przyznam szczerze, że mi się już raz też tak przytrafiło... Drzwi zrobiły sobie spokojniutko „pacz” i w tym momencie przypomniało mi się, że moja torba z kluczami została w środku. Ależ byłem wściekły. A rodzinki wtedy w domu nie było, wyjechała do szwagierki na trzy dni. Nawet do pracy nie pojechałem. Musiałem przecież jakoś dom otworzyć i dostać się do kluczy od auta. Po długim wysiłku udało mi się wleźć do domu przez garaż... Cha, cha!... wywaliłem bramę z zawiasów. Nawet nikomu o tym nie opowiedziałem... Zresztą, i po co, skoro i tak ją później sam naprawiłem.
A widzisz? To nawet nie próbuj się ze mnie nabijać. Taki sam jesteś! — buchnęłam śmiechem.
Jednak nie do końca... — buchnął śmiechem i mój synalek. — Mnie się zatrzasnęły tylko klucze od mojego domu i od auta, a tobie od auta i od wszystkich trzech domów naraz.
Co racja, to racja! — wydukałam i śmieliśmy się już razem jak szaleni.
Syn jest bardzo do mnie podobny. I to nie tylko z wyglądu. Nie może być inaczej, wszak jest moim prezentem urodzinowo-imieninowym. Urodziłam go w dniu swoich urodzin i imienin. Siłą rzeczy charakterki też mamy podobne. I też często przytrafiają nam się podobne przygody. Moja córka mówi, że jesteśmy jednakowo szurnięci. Chi, chi!... i dużo w tym racji.
Jak się już naśmialiśmy zdrowo, syn pociągnął mnie z powrotem do drzwi i zademonstrował mi jak funkcjonują.
Popatrz, tu przy zamku jest taki mały języczek, który można przesunąć do góry... o, tak, i wtedy drzwi, choć się zatrzasną, dają się otworzyć. Wystarczy je popchnąć... o, tak. A jak chcesz by były na oścież otwarte i nie zamykały się automatycznie, to po prostu otwierasz je szeroko, aż zrobią taki charakterystyczny „klik”... o, słyszysz?... i teraz już się nie zamkną.
No przecież wiem! — zaśmiałam się. — Już mi kiedyś pokazywałeś... Ale wczoraj jakoś mi się to zapomniało.
Potem syn pokazał mi jeszcze takie szczególne zabezpieczenie, które założył po tym jak mu się przytrafiło to samo co mi. Ale nie będę tego zdradzać. A nuż, jakiś złodziejaszek przez przypadek się tu przypałęta i to przeczyta?

Po obiedzie syn rozmawiał z jakimś swoim znajomym przez komórkę, kiedy skończył, zachichotał:
O, widzę, że wczoraj do mnie dzwoniłaś i dzwoniłaś. Nie odebrałem, co? Ale niedobry ze mnie synuś.
A pewnie! Synowa też niedobra — powiedziałam, śmiejąc się. — Na obydwie wasze komórki wydzwaniałam... I obie milczały jak zaklęte.
Synową zostaw w spokoju! — zachichotała synowa, która do tej pory przysłuchiwała się nam z milczącym uśmiechem. — Jej komórka nie była na urlopie, została w domu.
A moja się pod austriackimi tunelami z kretesem rozładowała — doinformował mnie syn.
Przy podwieczorku rozsiedliśmy się wszyscy wygodnie na kanapie, łącznie z rześkimi już wnuczkami, i syn zademonstrował nam na swojej ogromnej plazmie wszystkie fotki z Kroacji oraz filmiki. Oj, było co oglądać. Muszę przyznać, że piękny mieli urlop. Cieszy mnie to bardzo.

No, to teraz jeszcze parę dni doglądania domu córki i jej zwierzątek, i znów będę miała okazję pooglądać fotki i filmiki. Tym razem z Italii.
Dobrze jest mieszkać z dziećmi i wnuczkami tak blisko. Bardzo to sobie chwalę.









sobota, 7 marca 2020

Przeszkody na drodze życia


Na drodze życia często napotykamy na różne przeszkody. Czasami można je ominąć, czasami lepiej poczekać aż same miną.






Do epidemii każde podejście jest lepsze niż panika

Nie cierpię latać po lekarzach, a w tym tygodniu już po raz drugi u lekarza byłam. W środę byłam u stomatologa, dzisiaj u domowego. Nie, nie czuję się chora. Byłam jedynie w celu zaszczepienia się przeciw grypie… zwykłej grypie. Nie uległam społecznej fobii pod tytułem: „świńska grypa”, a rozdmuchanej przede wszystkim przez firmy farmaceutyczne. W tym „rozdmuchu” wiadomo o co chodzi. Chodzi o pieniądze. Ogromne pieniądze. Firmy farmaceutyczne celowo straszą świat pandemią, by wykorzystać nadarzającą się okazję na zbicie fortuny. A że jesień i zima to sezon na grypę, więc w tym akurat okresie muszą swoje szczepionki wprowadzić do sprzedaży. No i wprowadzają. Na gwałt. E tam, wprowadzają… wciskają! Tak, wciskają nam je bez dokładnego przetestowania pod kątem skutków ubocznych. Pewnie zdają sobie sprawę, że czas działa na ich niekorzyść, gdyż wiosną ludzie przekonają się, iż ta odmiana grypy w ogóle nie jest taka straszna. Na chybcika wciskają nam więc to, co na już mają, aby jak najszybciej zarobić te swoje ogromne pieniądze.

O nie, nie ze mną... Wkurza mnie ta sytuacja. A nawet sama nazwa tej grypy. Bo jakaż to ona świńska, hę?... Była, lata temu (jakieś 90), a teraz ludzie ją przede wszystkim przenoszą. Biedne świnki! Amerykańscy producenci wieprzowiny też głośno protestują przeciwko tej nazwie. A co mają o niej powiedzieć wegetarianie? Albo wyznawcy islamu? Świń nie jedzą a się zarażają. Pewnie dlatego firmy farmaceutyczne, mając i takich ludzi na względzie, używają częściej jej naukowej nazwy: A/H1N1.
Wkurzająca jest ta bezduszność i zachłanność potentatów farmaceutycznych. Człowiek już dawno przestał się dla nich liczyć. Liczą się tylko pieniądze. Ludzie powinni im a kuku! zrobić i w ogóle szczepieniu się nie poddawać. Niechaj się sami szprycują tymi świńskimi szczepionkami.

Z tego co wiem od mojego lekarza, to mało kto chce się narażać i robić z siebie królika doświadczalnego. W jego przychodni lekarskiej dopiero jedna osoba pytała o tę szczepionkę, ale kiedy on jej powiedział, że musi podpisać oświadczenie, że na swoją odpowiedzialność chce być zaszczepiona, momentalnie zrezygnowała. Nic dziwnego, nikt nie lubi świadomie brać na siebie takiego ryzyka. Wiem też, że są i takie osoby, które choć należą do grupy ryzyka, również nie mają zamiaru poddać się szczepieniu. Mój lekarz zaszczepił się tylko przeciwko zwykłej grypie, bo jak mówił, nie wierzy w skuteczność szczepionki, a obawy co do skutków ubocznych ma wielkie. Śmiał się, że to zwykła manipulacja firm farmaceutycznych. Zresztą, sama statystyka przemawia za tą tezą. Bo skoro w tym roku na zwykłą grypę, chociażby tutaj w Niemczech, zmarło kilkaset osób i nikt nie podnosił larum, że to epidemia, a na A/H1N1 tylko jedna, i wmawia się nam groźbę pandemii, to co innego to może znaczyć?

Drugi lekarz, którego znam, homeopata, twierdzi zaś, że nawet te coroczne szczepienia przeciw grypie nic nie dają. Są dla organizmu wręcz szkodliwe. On sam nigdy się nie szczepi. Nie szczepi też nikogo ze swojej rodziny.
No i bądź tu człowieku mądry i… Nie będę nawet dodawać, co po „i” następuje, bo też dla każdego człowieka następuje co innego. Ale zdrowie, wiadomo, dla każdego jest takim samym dobrem… Najwyższym dobrem. Kurcze, no i co tu robić? Szczepić się, czy się nie szczepić? Oto jest pytanie… i dylemat.

Przyszło nam żyć w czasach szalonego postępu technicznego, i to w każdej dziedzinie życia. Z pewnością jest to ogromny sukces ludzkości, ale czy te wszystkie zdobycze techniki tak do końca są nam przyjazne? Nikt z nas pewnym być nie może. No bo jak, skoro zewsząd docierają do nas sprzeczne informacje o ich oddziaływaniu na ludzki organizm. Cóż, z pewnością za naszego życia prawdy nie przyjdzie nam poznać. Pewnie przyszłe pokolenia dopiero ją poznają. Nam przyszło być testerami wszystkich tych cywilizacyjnych zdobyczy... Dla potomnych. Sami jednak też bardzo skrzętnie z nich korzystamy. Wręcz nie wyobrażamy sobie już dziś życia bez niektórych z nich. Na przykład bez komórki albo komputera... Olaboga! tylko nie to!


30 października 2009 roku



Załapałam wirusa A/H1N1


Niestety. To pewne. Mam go w sobie. Skąd ta pewność? No bo skoro mój najmłodszy wnuczek załapał go w przedszkolu i od wczoraj jest chory, a ja przez cały czas z nim byłam, wszystko przy nim robiłam, na rękach biedulkę nosiłam — to jakżeby inaczej? Teraz tylko czekać, czy ten świński wirus, o przepraszam, A/H1N1 się we mnie rozpanoszy… i z nóg powali. Wcześniej go lekceważyłam, a teraz stanęłam z nim oko w oko... A to ci dopiero! Zaraza jedna!

Wczoraj wieczorem, kiedy od mojego wnuczka wróciłam do domu, nafaszerowałam się czosnkiem. Tak na wszelki wypadek. Może przepędzi tego skubańca z mojego organizmu. Zaś dzisiaj z samego rana pognałam do lasu, aby się porządnie wypocić. Zasuwałam świńskim truchcikiem po leśnych ścieżynkach ponad godzinę i rzeczywiście spociłam się jak prosiak. Mam nadzieję, że wypociłam tego świntucha. Zobaczymy… Najbliższy czas pokaże.

Przed chwilą rozmawiałam telefonicznie z moją córką. Mówiła, że mój wnusio chorutki jest jeszcze bardzo, ale trzyma się dzielnie. Po chwili i sam wnusio zadzwonił do mnie.
Babciu, ale ty nie możesz być chora — powiedział między jednym kichnięciem a drugim. — Bo jak ja wyzdrowieję, to kto mnie z przedszkola odbierze? Mama musi pracować. Tata też.
No nie mam wyjścia. Muszę być zdrowa. Dla mojego wnuczka. Dla pozostałych wnuków także. Najstarszy wnuk (z kolei syn mojego syna) jest już po chorobie. Jakieś dwa tygodnie temu chorował. Ale ja wtedy nie miałam z nim bezpośredniego kontaktu i z jego świńską… o pardon… grypą A/H1N1. Tym razem kontakt miałam, i z wnuczkiem, i z… e tam, będę się przejmować! Co ma wisieć, nie utonie.

Gdybym w najbliższych dniach zamilkła, oznaczać będzie niezbicie, że ten skubany wirus się we mnie jednak rozbisurmanił. No dobra, nie będę już przynudzać tym świńskim tematem, bo z pewnością każdy ma go już dość. Pożyjemy to i zobaczymy jak będzie. Ale tak na wszelki wypadek, każdemu mocnego układu immunologicznego życzę. Sobie również.


28 listopada 2009 roku

Meldunek z pola walki


Melduję posłusznie, że mój wnuczek jest już całkiem zdrowy i dzisiaj poszedł pierwszy raz po chorobie do przedszkola. A ja? Ja nadal jestem zdrowa. Świński wirus A/H1N1 się mnie nie ima. Chociaż przez cały czas choroby mojego wnuczka byłam przy nim. Wygląda na to, że maszyneria w moim układzie odpornościowym pracuje jak się patrzy. Pewnie też i moja codzienna profilaktyka dobrze się mu przysłużyła. No ale że nieszczęścia muszą jednak chodzić parami, żeby nie wiem co, to zamiast mnie, wirus zaatakował mój komputer... i szlag go z kretesem trafił. Rozkraczył się na amen. A może obraził się na mnie za to, że go trochę zbluzgałam, kiedy stawiał opory przy odpalaniu? No cóż, może i dlatego. Ponoć maszyny też mają dusze i czują. Jakkolwiek by nie było, fakt faktem, że od tygodnia nie mam komputera a jedynie laptopa. Córka mi pożyczyła. Ale cóż to za dziwne ustrojstwo? Malutkie to to... i ni jak do moich niezgrabnych, wręcz bokserskich rąk nie pasuje. Ciągle coś nieopatrznie paluchami zahaczam i cuda niewidy mi z mojego pisania wychodzą. Tym bardziej, że moje paluchy ciągle pamiętają zwykłą maszynę do pisania i silą rzeczy mają w sobie zakodowaną siłę uderzenia. A jeszcze do tego wszystkiego, laptopek ten ma klawiaturę niemiecką. No niby też na zasadzie "Qwerty", ale jednak nie całkiem, bo chociażby właśnie literka "y" jest tam gdzie w polskiej klawiaturze "z"... i na odwrót. Dlatego też ciągle się mylę i moje pisanie wygląda jak wygląda. A takich różnic w klawiaturze jest więcej. A już zwłaszcza brak jest na niej naszych polskich ogonków. I jak mi pisać bez nich? Ja kocham nasze polskie ogonki i moje pisanie bez nich wcale mi się nie podoba. Ale jeszcze parę dni i na nowo rozszaleję się z pisaniem... A co?! Przecież pisanie jest esencją mojego życia.

Huuurrraaa!!! Przed chwilą dzwonił mój kochany syn z cudowną wiadomością. Otóż mój komputer, przez niego zamówiony, przed chwilą dostarczono. Jakże się cieszę! Teraz tylko mój syneczek wszystkie moje programy w nim zainstaluje, no i najważniejsze... zajmie się odzyskiwaniem danych z twardego dysku mojego rozkraczonego komputera. Kurczę pieczone...! aż mi ciary po plecach przelatują na samą myśl, że mógłby mieć problemy z ich odzyskaniem. Toż to na tym szanownym twardziutkim dysku moja kilkuletnia krwawica jest zapisana. I nie tylko, bo wiele jeszcze albumów ze zdjęciami i innych ciekawych, potrzebnych rzeczy. No nic, najbliższy czas pokaże jak będę wyglądać w nowym kompie. Mam nadzieję, że nie jak... przez okno.


4 grudnia 2009 roku




piątek, 6 marca 2020

Zima Artystka maluje białą farbą

Wczorajszego poranka było u nas bardzo mroźnie. Niebo zachmurzone, ołowiane, ale widoki były przecudne. To jest kotlina, często w nocy pojawiają się gęste mgły radiacyjne osadzające szadź. Rano w lesie czułam się jak w bajce, ba, jak w królestwie Królowej Śniegu.
Tym razem Zima Artystka postarała się szczególnie i pomalowała świat białą farbą z dodatkiem szadzi i szronu.


Pani Zima bardzo się dziś starała
i od rana do wieczora świat malowała.
Malowała i malowała… i proszę bardzo,
jak go po mistrzowsku pomalowała.





Dżdżownice wyszły już z gleby… Idzie wiosna?

Dżdżownice (Lumbricidae) to rodzina pierścienic należących do gromady skąposzczetów. Występują niemal wszędzie, na całej kuli ziemskiej. Jest ich około 250 gatunków. Prowadzą nocny tryb życia. Żyją w glebie. Najczęściej na głębokości około jednego metra pod powierzchnią. Żywią się szczątkami organicznymi wyszukiwanymi w glebie. W glebie też zimują. A niektóre gatunki nawet latem zapadają w glebie w stan odrętwienia. Dzieje się tak wtedy, kiedy gleba ulega nadmiernemu wysuszeniu spowodowanemu zbyt wysoką temperaturą powietrza. W takim stanie mogą trwać nawet kilka miesięcy. Wcześniej budują pod powierzchnia małe jamki, wyścielają je śluzem i zwinięte w kłębuszek trwają w nich w bezruchu. Zarówno w czasie odrętwienia jak i zimowania.

Od wiosny do jesieni dżdżownice wychodzą na powierzchnię jedynie nocą, po deszczu. A także w pochmurne dni, gdy ziemia jest wilgotna od deszczu, czyli dżdżu, stąd ich nazwa.

Zwierzęta te odgrywają ogromną rolę w użyźnianiu gleby. Odkrył to już Karol Darwin. Są też bardzo wrażliwa na działanie niskich temperatur. Już lekki mróz jest dla nich śmiertelny. Bardzo dużo dżdżownic ginie właśnie z powodu wiosennych lub jesiennych przymrozków. Dlatego też zimę spędzają głęboko w glebie. A właściwie powinny spędzać. Przykład sfotografowanych przeze mnie dżdżownic temu przeczy. Raz, że wyszły w zimie na powierzchnię, a drugi raz, że były bardzo żywotne. Zwinnym ślizgiem przemieszczały się po zlodowaciałej drodze. Wprawdzie wtedy akurat przyszła odwilż, po wielu mroźnych nocach i porankach, ale nadal śnieg leżał wszędzie.

Takie zjawisko zaobserwowałam po raz pierwszy. Trudno mi jest zrozumieć zachowanie tych dżdżownic. Czy wyszły na powierzchnię ze względu na to, że pod grubą warstwą śniegu w glebie zabrakło im powietrza? Czy może powód jest całkiem inny? Nieznany. Ja podejrzewam drgania ziemi, bo tutaj przebiega strefa sejsmiczna.

Żal mi się zrobiło tych biedulek i jednym ze swoich kijków Nordic Walking przeniosłam je na wolne od lodu i śniegu miejsce. Przy tej czynności przypomniało mi się z mojego dzieciństwa jak bardzo byłam zawsze oburzona, kiedy mój wujek, zapalony wędkarz, polewając glebę wodą, wywabiał je nieszczęsne na powierzchnię na późniejsze zatracenie w rybiej japie... i jeszcze bardziej żal mi się ich zrobiło. 






środa, 4 marca 2020

Pani Zima lubi się stroić

Zima pomału przygotowuje się do odejścia… I łaski nie robi. Już czas na nią. Wprawdzie w tym roku nie dała nam szczególnie we znaki. Ani z obfitością śniegu, ani mrozami. Nie to co w zeszłym roku, kiedy to przesadziła naprawdę grubo, sypiąc śniegiem jak oszalała. I to wszędzie. To codzienne odśnieżanie bokiem już wychodziło. Podczas jej drugiego ataku zasypała nas taką ilością śniegu, że ponad miesiąc leżała prawie 1,5 metrowa warstwa śniegu. A ta, niewzruszona, codziennie dosypywała jeszcze. W tym roku jakaś niemrawa była, a właściwie ciągle jest. Tylko za miastem dłużej się utrzymywała. W lasach widoki były piękne. Aż dech zapierało. A ja lubię piękno zimowej natury. Lubię nie tylko białe krajobrazy podziwiać, ale także niewielkie rzeczy na tle śniegu, nazywane przeze mnie ozdobami Pani Zimy.