piątek, 15 lutego 2019

Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (I cz.)

Siedząc na pniu drzewa, z łokciami na kolanach i brodą wspartą na rękach, Karolek z głębokim niesmakiem patrzył na las. Niezadowolenie i rezygnacja malowały się na jego twarzy.
No jakże to tak, zbliża się noc, a ja jeszcze nie dotarłem do miasteczka, tylko krążę ciągle po lesie? — zastanawiał się głośno z lekka już przerażony. — Jak duży ten las może być? Co ja zrobię? Boję się nocy w lesie.
Rozglądał się dookoła i próbował sobie przypomnieć z przeczytanych książek jak powinien się zachować w nocy w lesie i gdzie powinien szukać schronienia przed dzikimi zwierzętami. Złościł się na siebie, bo jakoś nie potrafił sobie nic przypomnieć. A przecież wiele książek przeczytał. Najpierw w swoim ukochanym rodzinnym domu, a potem w znienawidzonym przez siebie domu dziecka.
Domu dziecka Karolek nie cierpiał i zawsze myślał o nim ze wstrętem, ponieważ znalazł się tam wraz z dwójką swojego młodszego rodzeństwa po wielkiej tragedii rodzinnej. Kiedy podczas pracy w polu od uderzenia pioruna zginęli jego kochani rodzice. Młodsze rodzeństwo Karolka było tam razem z nimi, ale na szczęście, w tym tragicznym momencie, bawiło się w niewielkim oddaleniu od rodziców i nic mu się nie stało. Natomiast Karolek w tym czasie spędzał krowy z pastwiska. Rodzice go o to prosili, gdyż już wcześniej zauważyli nadciągającą burzę. Kończyli akurat podkopywanie ziemniaków i zamierzali za chwilę zwołać młodsze dzieci i w porę zejść z pola. I wtedy to właśnie stała się rzecz straszna... A wydawało się przecież, że do burzy jeszcze daleko, że zdążą przed burzą spokojnie wrócić do domu. Niestety. Bo tu nagle, ni stąd, ni zowąd, potężna eksplozja przeszyła niebo i ogromny słup ognia uderzył w ziemię... Po tej tragedii Karolka i jego rodzeństwo zabrano do domu dziecka. Karolek nie chciał tam iść. Błagał wszystkich tych ludzi, co po nich przyjechali, żeby ich zostawili w domu. Że on ma już 15 lat i jest na tyle duży, iż sam może zaopiekować się swoim braciszkiem i siostrzyczką. Że dobrzy sąsiedzi mu pomogą. Ale nie, o tym ci ludzie nawet słyszeć nie chcieli. Zabrali ich, i już. I to zaraz po pogrzebie rodziców. Kiedy ich prowadzili do samochodu, Karolek widział, że wszyscy płakali. Ciotki, wujkowie, sąsiedzi. Płakali nawet jego koledzy i koleżanki. Zaś ksiądz proboszcz, co rusz, ręką robił znak krzyża w powietrzu. Nikt nic jednak nie mówił. Nikt nie protestował. Każdy jak gdyby godził się na ich zabranie. A przecież mieli swój dom rodzinny. Przecież nie zdążył go nawet zamknąć. Cóż stanie się z nim, gdy ich tam nie będzie? Co stanie się z ich gospodarstwem? Co stanie się z ich zwierzętami domowymi?
Kiedy ich ci obcy ludzie wsadzali do auta trzyletnia siostrzyczka Krysia i czteroletni braciszek Pawełek płakali cichutko, nie rozumiejąc w ogóle, co się stało i gdzie jest ich mama i tato. Nie wiedzieli też, co ich czeka, gdzie pojadą tym dużym autem. Karolek zaś, który doskonale rozumiał ogrom tragedii, jaka ich spotkała i domyślał się, że te obce osoby chcą zabrać ich do domu dziecka, zapierał się nogami i krzyczał wniebogłosy. Krzyczał, że nie mają prawa ich tak po prostu zabrać. Że on się na to nie zgadza. Że bez jego zgody nie jest to możliwe. Krzyk jego jednak na nic się zdał, bo nikt się jego krzykiem nie przejmował. Wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej stanowczo zaczęto popychać go w stronę auta. W stronę starego rozklekotanego mikrobusu. A kiedy nagle do Karolka podszedł znajomy mu policjant z ich wiejskiego posterunku i złapał go pod ramię, wtedy Karolek przestał krzyczeć. Nie przez to, że się wystraszył policjanta, o nie, lecz przez to, że wreszcie sam doszedł do wniosku, iż ten jego krzyk nic nie da, a jedyne co, to przestraszy tylko młodsze rodzeństwo. Zrezygnowany, dał się poprowadzić policjantowi do otwartych drzwi mikrobusu, po czym sam już bez słowa wszedł do środka. Usiadł między Krysią i Pawełkiem, i szlochając bezgłośnie, mocno ich do siebie przytulił. Gdy mikrobus ruszył, oglądnął się natychmiast za siebie i patrzył za oddalającym się cmentarzem. Patrzył za oddalającymi się ludźmi tam zebranymi. Za oddalającą się coraz bardziej wsią. Oczami szukał swojego domu. Pragnął chociażby jego dach zobaczyć. I kiedy udało mu się go dostrzec pomiędzy dwoma olbrzymimi kasztanami, połyskującego w słońcu czerwienią dachówek, poprzysiągł sobie, że na pewno do niego wróci, i to razem ze swoim rodzeństwem. Potem przechylił się w stronę okna i popatrzył na piękne tego dnia błękitne niebo. Wpatrywał się w nie intensywnie, tak jak by chciał oczami prześwidrować jego błękit i ujrzeć gdzieś tam, w jego bezkresie, swoją ukochaną mamę i tata. Nie zobaczył tam jednak nic, ale poczuł nagle jakieś dziwne ciepło w swym skołatanym i wylęknionym sercu. Od tej pory, już zawsze, kiedy tylko było mu smutno i źle, patrzył w niebo. Za każdym razem czuł wtedy bliskość rodziców. Ba, czuł nawet ich spojrzenie na sobie. A w nocy, we śnie, widział ich bardzo często. Jak na jawie. Widział ich jak stoją koło niego i uśmiechają się serdecznie. Czasami nawet czuł ich ciepły dotyk.
Mijały miesiące, minął rok, a Karolek ciągle nie umiał się w domu dziecka zaaklimatyzować. Malutka siostrzyczka Kysia i niedużo większy braciszek Pawik (maluchy same tak siebie nazywały), czuli się w domu dziecka całkiem dobrze. Polubili swoją panią Justynę i czasami nawet, w rozpędzie, zwracali się do niej — "mamusiu". A do pana woźnego, za którym wręcz przepadali, zwracali się — "tatko". Karolka drażniło to bardzo, i kiedy tylko był w ich pobliżu i słyszał to, za każdym razem zwracał im uwagę, że to nie jest ich mamusia ani tatko. Że ich mamusia i tatko są tam, wysoko, i wskazywał na niebo. Maluchy posłusznie patrzyły wtedy do góry i robiły naburmuszone miny, wołając za każdym razem: — „Przecie tam nikogo nie ma… Nawet Bozi nie widać!” — Karolek wiedział, że właściwie to powinien być zadowolony, iż oni czują się dobrze w domu dziecka, że nie cierpią tak jak on z powodu braku rodziców i domu rodzinnego. Że są zbyt mali, aby rozumieć co stało się z ich rodzicami. Podejrzewał, że ich już nawet nie pamiętają. Jeszcze na początku pobytu w domu dziecka czasami go pytali, gdzie jest mama i tato lecz z czasem przestali. Czas zatarł w ich dziecięcej pamięci obraz ukochanych istot. Karolek ubolewał nad tym bardzo. Nie miał jednak na to większego wpływu. Wiedział, że są za mali, aby zapamiętać rodziców. Zdawał sobie jednak sprawę, że jakkolwiek by się nie potoczyły ich losy, to na nim właśnie spoczywa odpowiedzialność, aby im o rodzicach ciągle przypominać. A kiedy będą już na tyle duzi, by zrozumieć wszystko, to on musi im o życiu i śmierci rodziców opowiedzieć. Nigdy też nie przestał myśleć o wydostaniu się z domu dziecka i powrotu do domu rodzinnego. Czuł się dorosły, i uważał, że potrafi zaopiekować się młodszym rodzeństwem. Że nie muszą być w domu dziecka, gdzie pełno było różnych dzieci, w większości smutnych i zagubionych. Nie brakowało w nim też złych dzieci, które mu dokuczały i nierzadko pastwiły się nad nim psychicznie. Zdarzało się, że i fizycznie. Zwłaszcza te starsze od niego. A tych było w domu dziecka najwięcej. Karolek domyślał się, że to w pewnym sensie i jego wina, że tak jest traktowany przez inne dzieci. Czuł, że swoim zachowaniem i postępowaniem, stworzył jakąś niewidzialną barierę, którą oddziela się od reszty. Że zamknął się w sobie i że, bardziej podświadomie niż świadomie, nikogo do siebie nie dopuszcza. Nawet te dobre dzieci. Wcale go to nie dziwiło, że wszystkie dzieci miały go za odludka. I że jedne, te dobre, go unikały, a inne, te złe, mu dokuczały. Jednak w większości było mu wszystko jedno. Bo też sam nie mógł zrozumieć, dlaczego zrobił się taki niedostępny i ponury. Przecież zawsze był otwartym i wesołym chłopcem… To znaczy, wiedział dlaczego, ale wiedział też, iż nieraz starał się wykrzesać w sobie choć odrobinkę wesołości, próbował też czasami zbliżyć się do innych mieszkańców domu dziecka, jednak, jak do tej pory, bez powodzenia. Po prostu nie potrafił. I to go dodatkowo smuciło. Zbyt duży ogrom nieszczęścia, zbyt mocno go przytłaczał. Nikt nie umiał mu pomóc. On sam niczyjej pomocy zresztą nie pragnął. Wręcz ją odrzucał. Ani jego wychowawca, ani pani dyrektor, ani też pani psycholog, jak dotychczas, nie znaleźli właściwej drogi, aby dotrzeć do jego obolałej duszy. Karolek nie chciał się otworzyć przed obcymi. Uważał, że to jego osobista sprawa i nikomu nic do tego. A że do tego wszystkiego jeszcze, czuł się winny śmierci rodziców, na samą myśl, że musiałby komuś o tym opowiadać, kurczył się aż w sobie z rozpaczy. Tysiące razy w myślach analizował ten tragiczny wypadek i zawsze dochodził do wniosku, że to jego wina… Bo gdyby wtedy, on sam w porę zauważył nadciągającą burzę i szybciej spędził bydło z pastwiska, to by też szybciej wrócił na pole i pomógłby rodzicom zebrać się do powrotu do domu… A tak? Karolek był pewien, że te myśli będą go prześladować już przez całe życie. Że nigdy nie będzie umiał sobie wybaczyć. Wiedział też, że nie może bezczynnie siedzieć w tym nieszczęsnym domu dziecka i czekać na boskie zmiłowanie. Że dłużej tego nie zniesie. Że musi zacząć działać, bo inaczej zwariuje. Pojął, że to jedyna droga, aby pomóc sobie w cierpieniu. Postanowił uciec z domu dziecka i wrócić do domu rodzinnego, aby zająć się nim i przygotować wszystko na powrót rodzeństwa. Marzyło mu się, że jak wszystkim pokaże, że sam potrafi zająć się całą gospodarką i zarobić na życie, to mu w końcu dadzą rodzeństwo pod opiekę. Tak, to była myśl! Myśl, którą Karolek żył i już po roku pobytu w domu dziecka wprowadził w czyn. Uciekł.
Ta jego ucieczka jednak nie na wiele się zdała, gdyż jeszcze w tym samym dniu był z powrotem w domu dziecka. I to jeszcze bardziej załamany i nieszczęśliwy. Okazało się, że jego dom rodzinny był już zajęty, i to zajęty przez jego wujka z rodziną, którego on w ogóle nie znał. Nawet na pogrzebie rodziców nikogo z tej rodziny nie widział. Był to starszy brat mamy (ze swoją żoną i dwójką synów), który na jego widok strasznie się zdenerwował i wykrzyczał mu, że ma wracać skąd przyszedł, bo to już nie jest jego dom i nigdy jego już nie będzie. Że teraz on jest jego prawowitym właścicielem, gdyż to był jego dom rodzinny już wcześniej i do jego zmarłych rodziców należał. Karolek tą hiobową wieścią był tak zdruzgotany, że nawet nie pamiętał, co z nim się wtedy działo. Przez mgłę przypominał sobie tylko, że z krzykiem na ustach puścił się biegiem przed siebie. I kiedy spamiętał się już trochę, spostrzegł, że leży na grobie swoich rodziców. Poczuł też wtedy, że jest mokry od łez, na wskroś zziębnięty i wycieńczony. Z domu dziecka uciekł przed świtem. Cały dzień bez jedzenia przedzierał się przez las, by dotrzeć do swojej wsi. Ale wtedy nie czuł ani głodu ani zmęczenia. Myśl, że przed nocą powinien dotrzeć do domu, dodawała mu sił i otuchy… A tu taki zawód go spotkał. Takie nieszczęście. Przecież on tego wujka nigdy na oczy nie widział. Co to za wujek, skoro ich nigdy nie odwiedzał ani nawet swoich rodziców za ich życia? Przecież dziadkowie mieszkali z nimi w tym domu do końca. Karolek dokładnie pamiętał ich pogrzeby. Na żadnym z nich tego wujka nie widział. Co to za wujek wreszcie, skoro kazał mu iść precz z jego własnego domu? Karolkowi to wszystko nie mieściło się w głowie. Chciał umrzeć. I to natychmiast. Ale wtedy przypomniał sobie nagle o Krysi i Pawełku. Poczuł też w tym samym momencie jakieś dziwne ciepło, jakby z grobu rodziców promieniujące. Zastanowiło go to bardzo. Nie zdążył jednak dojść do jakiegokolwiek wniosku, gdyż ni stąd, ni zowąd, usłyszał donośny głos: — „Czy to Karol Gratka?!” — Zerwał się wtedy na równe nogi i zobaczył przed sobą policjanta. Nie, nie wystraszył się go. Było mu już wszystko jedno. Spokojnie dał się zawieźć z powrotem do domu dziecka.
W domu dziecka przez kilka dni chodził jak nieprzytomny. Nie mógł dojść do siebie po tym, co przeżył w swojej rodzinnej wsi. Na nic się zdały próby wychowawców przeprowadzenia z nim rozmowy. Milczał jak zaklęty. Nikt go za ucieczkę nie skrzyczał. Nie dostał też żadnej kary. Ale Karolka w ogóle to nie obchodziło. Zupełnie zamknął się w sobie.
I tak mijał dzień za dniem. Wreszcie i parę miesięcy minęło, zanim Karolek jako tako doszedł do siebie. Doszedł jednak na tyle, by podjąć następną decyzję. Przemyślał sobie wszystko dokładnie i wywnioskował, że skoro nie ma już domu i nie ma dokąd wracać, ucieknie za granicę. Tam będzie pracować w pocie czoła i zarobi dużo pieniędzy. A kiedy będzie już pełnoletni, wróci do kraju. Wybuduje nowy dom i zabierze swoje rodzeństwo z domu dziecka. Wtedy będzie miał już takie prawo. Nikt i nic nie stanie mu już na przeszkodzie. Karolek pamiętał z przeczytanych książek, że taką dobrą na pracę zagranicą jest Ameryka. Postanowił więc dotrzeć do Ameryki. Nie wiedział jeszcze jak, ale że tego dokona, był pewien.
Każdego następnego dnia od podjęcia tej decyzji, przygotowywał się do ucieczki i zbierał różne informacje na temat możliwości tam dotarcia. Przeszkodą był brak pieniędzy i dokumentów. Karolek nie zrażał się jednak tym i postanowił dostać się do Ameryki nielegalnie. W myślach układał sobie jak ta jego nielegalna podróż będzie przebiegać. Najważniejsze było wydostać się z domu dziecka i nie dać się złapać. Potem, dotrzeć przez las do następnego miasteczka, w którym znajduje się olbrzymia fabryka samochodów osobowych. I tam, niezauważonym przez nikogo, wsiąść do jakiegoś TIR-a wywożącego te samochody w świat i dostać się nim nad morze. A może przy odrobinie szczęścia, uda mu się nawet tym samym TIR-em dostać na statek do Ameryki? To byłby fart! Karolkowi tak bardzo spodobała się ta myśl, że postanowił nie zwlekać, tylko jak najszybciej swój życiowy plan wprowadzić w czyn… No i wreszcie przyszedł taki upragniony dzień. Dzień ucieczki. Z Kysią i Pawikiem pożegnał się wieczorem dnia poprzedniego, nic im o swoich planach oczywiście nie wspominając. Nie chciał, żeby go w swej dziecięcej naiwności, co nie daj Bóg, przed kimkolwiek z domu dziecka zdradzili. Powiedział im tylko, że ich bardzo, ale to bardzo kocha, jak nikogo innego na świecie i że zawsze będą dla niego najważniejsi. Że całe życie będzie się starał o to, aby byli szczęśliwi. Potem ich mocno do siebie przytulił, i połykając po kryjomu łzy, gorąco wycałował.
Skoro świt, dobiegał już do ściany gęstego lasu. Cały dzień przedzierał się przez gęstwinę leśną. Z dala od ścieżynek. Kierując się jedynie słońcem, starał się przed nocą dotrzeć do miasteczka, gdzie mieściła się fabryka samochodów. Słońce, niestety, jak na złość często chowało się za chmurami. Karolek musiał wędrować więc na wyczucie. Był zły z tego powodu. Liczył na bezchmurny dzień. Przecież synoptycy w telewizji zapowiadali piękną, słoneczną pogodę. Od tygodnia sprawdzał pogodę na najbliższe dni i właśnie dlatego akurat ten dzień wybrał na ucieczkę. Chciał bez problemów pokonać las, który według mapy miał jakieś dwadzieścia kilometrów długości, a zaraz zanim rozciągały się zabudowania fabryki samochodów… A tu taki pech! Słońce najwyraźniej kpiło sobie z niego. Albo synoptycy byli do kitu. Karolek jednak nie w ciemię bity, próbował też wykorzystać umiejętności z harcerstwa i sprawdzał kierunek wędrówki po mchu na drzewach. Wiedział, że mech obrasta drzewa tylko od strony północnej, gdyż nie lubi słońca, łatwo mu było więc określić północ, ale on musiał iść akurat na południowy wschód. I choć ciągle zaglądał za mchem, to najwyraźniej musiał jednak zboczyć z drogi.
Kiedy tak błądząc po lesie, spostrzegł że słońce zaczyna chylić się już ku zachodowi a on ciągle nie widzi jego końca, zmartwił się bardzo. Coraz bardziej odczuwał zmęczenie. A co gorsza, zaczął odczuwać też i lęk. Starał się jednak zachować zimną krew. Usiadł na pniu drzewa i wyciągnął z plecaka kawałek suchego chleba oraz butelkę z wodą. Jedząc powoli i popijając, usilnie starał się przypomnieć sobie z przeczytanych książek jak w ogóle jest w nocy w lesie i co powinien zrobić, by czuć się w nim bezpiecznie. Nigdy jeszcze nie był w nocy w lesie. Ani sam ani z nikim. Dumał i dumał i jakoś nic konkretnego do głowy mu nie przychodziło. W końcu nawet jeść mu się odechciało. Schował do plecaka resztkę chleba, łyknął trochę wody i butelkę też schował. Podparł rękami swą ociężałą głowę i dumał dalej… I nic. W głowie pustka. Za nic nie umiał sobie przypomnieć chociażby jednej książki przyrodniczej. Wreszcie wkurzył się na siebie i z lękiem rozglądnął dookoła. W lesie robiło się coraz ciemniej.
Co robić, co robić? — zastanawiał się gorączkowo. — A jak mnie zaatakuje wilk? Albo jakiś inny dziki stwór? — Wystraszył się samej swojej myśli i popatrzył natychmiast w niebo.
Długo wpatrywał się w granatowy już bezkres, wyłaniający się miedzy koronami drzew, i nagle przypomniał sobie, że ma w plecaku finkę harcerską. Od razu poczuł się trochę raźniej. Zaczął rozglądać się za jakąś solidną gałęzią. Przyszło mu na myśl, żeby wystrugać sobie coś na kształt dzidy. Szybko podniósł się z pnia i chwycił najbliżej leżącą gałąź. Nie była zbyt imponująca, ale w poszukiwaniu odpowiedniejszej lękał się zapuszczać dalej w las. Wolał pozostać w tym miejscu, które już za dnia poznał. Miał wprawdzie w plecaku latarkę, ale nawet świadomość jej posiadania niewiele mu otuchy dodawała. Zdecydował, że właśnie w tym miejscu przeczeka noc. W pośpiechu wystrugał szpic na jednym końcu gałęzi. Przejechał po nim dłonią. Był ostry. Znów poczuł się nieco lepiej. Wyciągnął z plecaka swoją ciepłą kurtkę, położył ją na ściółce tuż obok pnia i usiadł na niej, opierając się plecami o pień. Plecak postawił obok i wsparł na nim prawe ramię z dzidą w dłoni. W lewej dłoni trzymał finkę. Dziwnie się czuł tak uzbrojony i w takiej scenerii, ale lęk tak jakby zelżał. A kiedy jeszcze wyciągnął z plecaka latarkę i położył ją między nogami, gotową do użycia, prawie przestał się bać.
Wprawdzie zanim doszedł do takiego stanu wewnętrznego, spoglądał też co chwilę w niebo, ale i tak przyznać trzeba, że był to jego niezaprzeczalny sukces. Siedział przecież sam w ciemnym lesie i dookoła widział tylko ciemność. Nawet niebo było przerażająco ciemnie, choć miała być pełnia księżyca. Tak przynajmniej stało w kalendarzu, w którym zaznaczone były fazy księżyca, a który dokładnie przed ucieczką przeglądnął. Gdzieniegdzie, między koronami drzew, widział tylko zamglone migotanie gwiazd. Księżyca zaś, ani widu ani słychu. Ale było mu już wszystko jedno… Byle do świtu...

cdn.


Link do opowiadania: "Niezwykłe przypadki Karolka Gradki" 
(w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

Unikaj Pruderii

Pruderia to imię fałszywej kobiety
skrywającej własne bezwstydne podniety.



środa, 13 lutego 2019

Szalone wakacje (VI cz.)



Michalina wstała z koca i zaczęła zbierać wszystkie ich rzeczy porozrzucane na kocu i wkładać do plecaków. Chłopcy bez słowa siedzieli dalej i obserwowali trzech dryblasów. Wreszcie Robek podniósł się. Zabrał Michalinie z rąk dwie butelki po oranżadzie, które ona akurat chciała schować do jego plecaka i poszedł z nimi do rzeki. Po chwili wrócił z pełnymi butelkami i postawił je obok ogniska.
Ho, ho, ho, patrzcie, chłopy, patrzcie! Podskakiewicz przyniósł nam coś do picia! — zawołał jeden z dryblasów, łapiąc za butelki.
Nie podskakiewicz i nie do picia — powiedział Robek oschle. — To jest woda z rzeki. Do gaszenia ogniska.
A już myślałem, żeś zmądrzał i dzielisz się z nami tym co masz — skwitował po swojemu ten sam dryblas. — A może macie jednak coś do picia, tylko żeście zapomnieli nam dać, co?
A mamy, mamy… naturalnie, że mamy… A nie daliśmy, bo żeście o to nie poprosili — oświadczyła Michalina, zakładając na siebie swój gruby sweter.
Prosili…?! My mamy prosić?! Coś takiego! — wrzasnął ten sam dryblas zdziwionym głosem. — Co to w ogóle znaczy: „prosić”, co to za słowo? „Dać”, to jest konkretne słowo, psiamać! Cha… cha… cha! Aż mi się rymnęło… Ty, mała, ty chyba z jakiegoś miasta przybyłaś, bo jakoś tak głupio gadasz i… nie wiesz z kim masz do czynienia. My nigdy nie prosimy. My żądamy. No! Dawaj więc to coś do picia, i to już! I nie wkurzaj człowieka!
Ani mi się śni! Bez „proszę”, nie dam. — Michalina z zacietrzewieniem ćwiczyła swoją odwagę.
Michaśka, przestań — syknął w jej kierunku Emil.
No co, prosicie? Albo gaszę ognisko tą wodą sodową. — Michalina puściła mimo uszu słowa Emila i brnęła dalej w nauczaniu dobrych manier.
Zapanowała cisza. Dryblasy, ciągle kucając przy ognisku, patrzyły po sobie z głupimi minami.
Michalina wyciągnęła na powrót cztery butelki wody sodowej, które zdążyła już zapakować do Robka plecaka, i brzęcząc nimi zapamiętale, podeszła do ogniska.
Pyszna woda sodowa. Gazowana. To jak? Mam nią gasić ogień, czy może macie ochotę ją wypić?
Jeden z dryblasów akurat chciał ugryźć kartofla, którego trzymał nadzianego na swoim scyzoryku. Popiekł się. Rzucił nim z wściekłości w ogień. I z tej wściekłości już chciał się rzucić na Michalinę i zrobić z nią porządek, ale spostrzegł, że ona trzyma w prawej dłoni oprócz dwóch butelek jeszcze coś. Zrezygnował natychmiast ze swojego zamiaru. Nie wiedział, co to jest i czym to pachnie. Wolał nie ryzykować. A że pić mu się diabelnie chciało i do tego język piekł, nie zamierzał stracić jedynej szansy, aby móc czymś mokrym i zimnym ochłodzić swoją jamę ustną i orzeźwić resztę wnętrzności.
Dawaj tę wodę… prrroooszę! — Zmusił się wreszcie do wypowiedzenia słowa, którego nie cierpiał i nie uznawał.
Proszę bardzo! — Michalina z szerokim uśmiechem podała dryblasowi dwie butelki trzymane w lewej ręce. Pozostałe dwie butelki szybko przełożyła z prawej ręki do lewej i palcami prawej dłoni mocniej ścisnęła małą buteleczkę trzymaną do tej pory razem z butelkami wody sodowej. Stanęła naprzeciw drugiego dryblasa, wyciągnęła lewą rękę do przodu i trzymanymi w niej butelkami zadzwoniła mu przed nosem.
Dryblas zdębiał, ale zaraz spod oka groźnie popatrzył na Michalinę.
Proszę bardzo, to dla ciebie i kolegi — rzekła Michalina, nic a nic nieprzestraszona. — A teraz wygrzebcie już pozostałe ziemniaki i odsuńcie się od ogniska, bo będziemy polewać go wodą… Robek podaj mi proszę te butelki z wodą…
A gaście już sobie te wasze ognisko i zjeżdżajcie do domu! — nieprzyjemnym głosem huknął jeden z dryblasów.
Właśnie mamy taki zamiar — odparowała Michalina, szczerząc zęby w uśmiechu.
Robek podał Michalinie jedną butelkę z wodą i we dwójkę polewali ognisko. Zasyczało, buchnęło kłębami pary i ognisko było ugaszone. Potem we czwórkę złapali koc za cztery rogi, wytrzepali porządnie i upchnęli do jednego z plecaków. Założyli plecaki na plecy, usiedli na rowery i odjechali w ciemność.
Michalina wyjeżdżała jako ostatnia. Specjalnie przepuszczała chłopców na wąskiej ścieżynce, aby być na ostatnim miejscu. Po paru metrach jazdy odwróciła się i zawołała w kierunku siedzących i jedzących ziemniaki dryblasów:
Dobranoc, chłopy!
Wynoście się! — Usłyszała w odpowiedzi.
Czwórka biwakowiczów opuściła dolinę rzeki Nysy i kierowała się w stronę wsi. Noc była jasna. Robek początkowo oświetlał drogę latarką, ale w końcu ją zgasił, bo widoczność i bez latarki była dobra. Po drodze postanowili nie jechać polną drogą, tylko przez wieś. Była to wprawdzie dłuższa droga, ale to im nie przeszkadzało. Nie chciało im się jeszcze wracać do domu. I zanim ze ścieżynki wjechali na wiejską drogę, zatrzymali się na chwilę. Usiedli w przydrożnym rowie i zaczęli rozmawiać.
Michaśka, ty jesteś niesamowita. Ale załatwiłaś tych chuliganów. Wzorcowo. — Emil nie wychodził z podziwu. — Tak zbaraniałych min nie widziałem u nich nigdy. Zadałaś im bobu, że ho, ho!
Cała przyjemność po mojej stronie — zachichotała Michalina. — Na początku miałam pietra, ale… że ja lubię się bać, to z coraz większą przyjemnością wkurzałam tych dryblasów.
No gadaj w końcu, co ty masz za gaz, czy co tam, że tak buchnęło ogniem. Co to za cudo? Pokaż nam. — Kamil na już chciał wiedzieć i widzieć.
Pokazuj wreszcie! — Robek z Emilem też się niecierpliwili i razem napadli na Michalinę.
Nie uwierzycie. To jest zwykły dezodorant w sprayu. — Michalina komicznie się zaśmiała i ręką sięgnęła do kieszeni spodni. — Patrzcie! Dostałam go od ojca w prezencie jeszcze na gwiazdkę. Pamiętam, że mnie ojciec wtedy przestrzegał, abym używała go z dala od ognia. A już broń Boże, żebym nie psikała nim w kierunku otwartego ognia, bo to bardzo niebezpieczne. Ale całkiem o tym zapomniałam. Bo i tak mało go używałam do tej pory. Ale dzisiaj psikałam się nim co chwilę, bo ciągle czułam na sobie ten zapach, no… wiecie… tego błota Krasuli. No i dlatego też wyjątkowo wzięłam go nawet ze sobą. I muszę wam się przyznać, że sama sobie się dziwię, jakim cudem mi się o tym dezodorancie przypomniało akurat w takiej chwili, a zwłaszcza o tej związanej z ogniem przestrodze ojca. Ale był numer, nie?
I pomyśleć, że to wszystko dzięki Krasuli! — Robek zarechotał zabawnie.
Robek, bo jak cię… zaraz poczęstuję moim gazem obezwładniającym, to zobaczysz… Ty wstrętny kuzynie! — Michalina też się zaczęła śmiać.
Ale mi się trafiła zwariowana kuzynka! — Robek zjechał ze śmiechu aż na dno rowu.
Zwariowana, to fakt. Ale jakże mądrze zwariowana! — Emil wtórował śmiechem kuzynostwu.
Michaśka, a gdzie można kupić takie cudo? — Kamil poważniej podszedł do sprawy użycia dezodorantu jako środka do samoobrony.
W naszych sklepach jeszcze go nie ma. To towar zagraniczny. Ojciec będąc na delegacji w stolicy kupił mi go za dolary w Peweksie — poinformowała Michalina.
Szkoda, też by nam się przydał. — Kamil spojrzał na sprawę od praktycznej strony.
Z pewnością. I to nie raz… — Michalina znów buchnęła salwą śmiechu.
Czy chciałaś coś przez to powiedzieć? — Robek ze śmiechem pociągnął kuzynkę za nogę i ściągnął ją na dno rowu. — Co to za śmieszka, z tej naszej miejskiej rozrabiary! Gadaj, co chciałaś przez to powiedzieć?
Nic a nic, oprócz tego, że czas już do domu. Jutro znów będzie fajny dzień i musimy choć na chwilę oko zamknąć.
Było już dobrze po północy, kiedy czwórka wesołych biwakowiczów zajechała pod dom Maryszczaków.
Bracia Potyliccy postanowili swoje rowery i plecaki zostawić w szopie u Maryszczaków, żeby nie obudzić ojca i niepotrzebnie go nie drażnić. A sami przeskoczyli przez płot i cichaczem pobiegli do domu.
Michalina i Robek wspięli się po schodach cichutko jak dwa koty i zniknęli za drzwiami swoich pokoi.
Następnego dnia, w południe, znów zebrali się wszyscy na podwórku Maryszczaków. Domowe obowiązki były już wykonane, czas więc na przyjemności. Zamierzali pójść popływać, bo dzień był piękny i upalny. Ale najpierw postanowili pojechać rowerami na most na Białej. Na lody. Bo właśnie na most, dwa razy w tygodniu przyjeżdża Żuk z GS-u z lodami. Przyjeżdża w samo południe i stoi tam tak długo aż kierowca sprzeda wszystkie lody. Trzeba było się więc pośpieszyć, bo dzieciska ze wsi są łase na lody i lody znikają szybko.
Już mieli wyjeżdżać, kiedy na podwórko wjechał Przemek na motorze. Przemek pomachał do nich ręką by poczekali. Wyłączył silnik, zdjął kask z głowy i podejrzliwie popatrzył na chłopców. Wreszcie się odezwał:
Milicja jeździ po wsi i szuka jakiś trzech chłopców na rowerach, którzy w nocy spalili cały stóg rzepaku z pola Pawlaka. Nie wiecie nic na ten temat?
Co za idioci! Kto to mógł być? Toż to wielkie świństwo. Kto to mógł zrobić? — Robek z naganą w oczach wyraził szczere zainteresowanie, a za moment ciarki przeleciały mu po plecach.
To nie wy? — Przemek dopytywał się dalej.
No coś ty, Przemek! — Kamil i Emil wrzasnęli jednocześnie.
No, bo już przez chwilę myślałem, że to może wam jakaś palma odbiła i to wasza robota — ucieszył się Przemek. — No jedźcie już sobie w swoją stronę… A ognisko mieliście fajne?
Bardzo, bardzo fajne! — odpowiedziała Michalina za siebie i za chłopców, bo chłopcom mowę odjęło.
Przemek uspokojony, oddalił się. A młodsza młodzież stała jak wryta i struchlałym wzrokiem, w milczeniu, wodziła po sobie. Wreszcie Robek pierwszy odzyskał rezon i zarządził wyjazd.
Rowerzyści, jeden za drugim, wyjeżdżali z podwórka Maryszczaków. Ale wyjeżdżali tylną bramą, w kierunku przeciwnym do mostu na Białej, gdzie kierowca Żuka sprzedawał pyszne lody.
Kiedy znaleźli się już na polnej drodze, biegnącej wzdłuż pastwiska Maryszczaków, Robek z całych sił zaczął pedałować. Cała trójka za nim. Gnali na złamanie karku. Zatrzymali się dopiero w malutkim lasku oddzielającym wieś Pilcz od wsi Sławno.
Chryste, i co teraz?! — Emil wrzasnął z trwogą w oczach.
Cicho, cicho… musimy się zastanowić. — Robek oparł rower o drzewo i usiadł na ściółce. — Siadajcie. Obgadamy sprawę… Najważniejsze, że mamy sumienia czyste. Nie spaliliśmy snopków.
Ale milicja szuka trzech chłopców na rowerach — zmartwił się Emil. — A może ta trójka chuliganów przyjechała tam wczoraj na rowerach, tylko gdzieś je wcześniej ukryli?
Nie, oni nie mają rowerów. Janek od Kowalików mi kiedyś opowiadał, że oni zawsze komuś podkradają jeden rower i jednym jeżdżą we trojkę, dopóty, dopóki właściciel roweru ich nie dopadnie. — rzekł Robek i sam się zmartwił swoją odpowiedzią. — Patrzcie, co za łotry zatracone, spalili snopki na nasze konto, i kto wie, może nawet nas specjalnie zapodali.
Co ty gadasz, Robek? Wydaje mi się, że przesadzasz. Może to chodzi o kogoś całkiem innego? — Michalina była zmartwiona nie mniej od reszty, ale szukała jakiegoś pocieszenia. — Przecież szukają trzech chłopców na rowerach, a ja to co? Mnie z wami nie było, czy jaka choinka? Coś mi tu nie pasuje, moi drodzy, bo dlaczego nie mówią o czterech rowerach?
Bo ta chuliganeria z pewnością poczuła do ciebie jakiś sentyment i o tobie specjalnie nie wspomniała. Ot co! — stwierdził Robek po krótkim namyśle.
I znów przesadzasz. — Michalina nie chciała się zgodzić ze słowami kuzyna.
Nie, Michaśka, Robek ma chyba rację. Mnie się też tak wydaje — powiedział Kamil.
No i co teraz zrobimy? — Emil z coraz większą trwogą w oczach patrzył po wszystkich.
Nic nam nie pozostało, jak pojechać na wieś i zaciągnąć języka — wymyślił Robek.
A jak nas milicja złapie i wywiezie do poprawczaka? — Emil z przerażoną miną roztoczył nad wszystkimi tragiczną wizję najbliższej przyszłości.
Emil skończ, przecież nie damy się złapać! — wrzasnął Robek i spiorunował kolegę wzrokiem. — Zrobimy tak, pojedziemy ścieżynką wzdłuż Białej i na wysokości mojego domu schowamy rowery w krzakach. Potem pójdziemy pieszo, aż do mostu. Oczywiście tak, żeby nas nikt nie widział. Jak Żuka już nie będzie, przedostaniemy się pod most. Pod mostem schowamy się w filarze. A potem każdy z nas, z chłopaków, ma się rozumieć, będzie po kolei wychodził i wypuszczał się na wieś, aby się czegoś dowiedzieć. I jak się już czegoś konkretnego dowiemy, to wtedy będziemy się zastanawiać co zrobić. No co, zgadzacie się?
Wszyscy jednogłośnie zaakceptowali Robka pomysł. Bo też nikt lepszego nie miał. Wskoczyli na rowery i ruszyli do doliny Białej. Po niespełna dwudziestu minutach, chowali już rowery w krzakach. Potem Robek sam pobiegł pod most, aby zorientować się w sytuacji na moście. Na moście na szczęście (tylko akurat w tym przypadku) Żuka już nie było, co oznaczało, że dzieciska wykupiły wszystkie lody i nikt więcej nie powinien się tam zjawić. Chyba że jakiś przypadkowy przechodzień tylko albo jakiś pojazd. Robek uspokojony wrócił w krzaki i po chwili wszyscy już razem przedzierali się pod most. A kiedy znaleźli się pod mostem, Kamil zadeklarował się jako pierwszy ruszyć na zwiady. Poobserwował chwilę drogę, czy nikt się nie zbliża do mostu, po czym wspiął się po usypisku na most i tyle było go widać. Robek zaś, Michalina i Emil, wdrapali się po konstrukcji drewnianego filara i zniknęli w jego wnętrzu.
Jak tu fajowo! — zawołała Michalina, zapierając się nogami o belkę wewnątrz filara. — Czemu żeście mi nigdy nie mówili, że tu jest taka wspaniała kryjówka?
A przed kim chciałabyś się kryć? — pytaniem na pytanie odpowiedział Robek.
No może nie kryć się, ale posiedzieć tu trochę i poobserwować ryby… Patrzcie, patrzcie, jaki fajny karp tam się przyczaił.
To nie karp, to pstrąg — poinformował przyjaciółkę Emil, ale jakoś takim smutnym głosem.
Ach, Emil, no nie smuć się. — Michalina od razu się poznała na tonacji jego głosu. — Przecież nic nam nie może się stać. Jesteśmy czyści. I nawet jeśliby tak było, jak mówił Robek, że ta ohydna trójca specjalnie nas wpakowała w kabałę, to poradzimy sobie. Jakimś sposobem udowodnimy przecież naszą niewinność.
Jakimś sposobem… No właśnie, ale jakim? Emil nie przestawał czarno widzieć. — Jak udowodnić, że to nie my? Skoro myśmy tam byli. Myśmy palili tam ognisko i… do tego wszystkiego, to ja przytargałem jeden snopek…
No i co z tego? Emil uspokój się — fuknął Robek. — Nie ma rzeczy niemożliwych. A z drugiej strony, to myślę, że jak już przyjdzie co do czego, to milicja da wiarę nam, a nie tym znanym przez wszystkich chuliganom.
Właśnie! — Michalina poparła kuzyna.
We wnętrzu filara zapadła cisza. Każdy chciał się po swojemu zastanowić na wiadomy temat i każdy zajął się własnymi myślami.
Stali ze spuszczonymi głowami bez słów. Oczami błądzili po zmurszałych już nieco deskach filara, po wodzie Białej, która choć normalnie jest bardzo rwąca, to wewnątrz filara, jakby się zatrzymała i zastygła w bezruchu. Na tym małym skrawku dna rzeki, otoczonego dookoła obudową filara, kwitło całkiem inne życie. Pełno tam było jakiś dziwnych wodorostów, kamieni, różnych ryb, małych, dużych. A w rogu filara, gdzie było najgłębiej, sterczał nawet ogromny gumiak, do którego co chwilę wpływały małe rybki, aby za moment zwinnie z niego wypłynąć. Było na co popatrzeć.
Mijał czas. Ale siedzącej w filarze trójce zaczynał się już powoli dłużyć. Wnętrze filara było wprawdzie przestronne, lecz nie na tyle, aby długo w nim spokojnie wysiedzieć. I chociaż nikt nie był mokry, gdyż poprzeczne dwie belki w środku filara pozwalały na utrzymanie równowagi i nikt nie wpadał do wody, to jednak o wygodzie nie było mowy. Każdemu zdrętwiały już wszystkie części ciała. Gdy nogi zdrętwiały od stania, siadali, gdy tyłki zdrętwiały od siedzenia, stawali. I tak co chwilę. A Kamila jak nie było z powrotem, tak nie było.
Ty, Robek, a może go już milicja zwinęła? — Emil przerwał milczenie z wielką trwogą w oczach.
E tam, ty jak zwykle wszystko widzisz w czarnych barwach — skwitował Robek. — Zaraz przyjdzie, zobaczysz.
Wiecie co, ja myślę, że trzeba by mi było stąd wyjść i też zobaczyć, co tam się na wsi dzieje. — Emil po chwili namysłu odezwał się ponownie. — No i może Kamila gdzieś tam dorwę?
Tak myślisz, Emil? Ja wiem, może to byłoby niegłupie? — Robek też zaczął się zastanawiać. — Nikt z nas nie ma zegarka, ale myślę, że dobre dwie godziny już tutaj koczujemy. Też myślę, że dłużej nie ma na co czekać i trzeba się dowiedzieć, co w trawie piszczy. Wóz albo przewóz. Wszystko jedno już co, byle dłużej nie czekać, tylko działać. Bo to czekanie, to najbardziej jest męczące. Zrobimy tak, ty wyjdziesz i pójdziesz do wsi, ale na całkiem krótko, powiedzmy na jakieś piętnaście minut, i wszystko jedno od kogo, dowiesz się czy nie widział Kamila. Bo myślę, że jakby coś się niedobrego z nim stało, to już każdy by wiedział co i dlaczego. Po wsi plotka szybko się niesie. Tak że za jednym zamachem dowiesz się wszystkiego. I zaraz w te pędy wracasz do nas. Wtedy ja też wyjdę z filara. I to bez względu na wiadomość, jaką nam przyniesiesz. Zgoda?
Tak, zgoda. Tak właśnie zrobię — zdecydował Emil i od razu się ożywił. — Masz rację, to czekanie jest zabójcze. Trzeba nam działać… No to pędzę. Trzymajcie się!
Ty, Robek, wytłumacz mi jedną rzecz — odezwała się Michalina, kiedy tylko Emil wyszedł z filara. — Co znaczą twoje słowa: „Wtedy ja też wyjdę z filara. I to bez względu na wiadomość, jaką nam przyniesiesz”? To znaczy, co? Masz zamiar mnie tutaj utopić, zanim Emil wróci? Czy jaka choinka? Bo chyba nie myślisz, że ja sama tutaj zostanę? Nie to, że mi się to miejsce nie podoba. Nie. Nawet bardzo mi się podoba. Jest takie inne od wszystkich innych... Ale ja, tak jak i wy, muszę dalej uczestniczyć w tej grze. I guzik mnie to obchodzi, czy to się tobie podoba czy nie, wyłażę razem z tobą i idę tam gdzie ty. Nawet na milicję. Nawet do samego piekła. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Pamiętasz naszą przysięgę sprzed paru lat? A więc! Mów co chcesz, rób co chcesz, a ja i tak idę razem z tobą. Zrozumiano?!
Rany, Michaśka, stul buzię, bo mi uszy pękają. — Robek złapał się za małżowiny uszne. — W tak ciasnym pomieszczeniu twój piskliwy głos to aż świdruje w uszach i bębenki do wibracji doprowadza. A ty gadasz i gadasz jak najęta… No! Cicho bądź, bo teraz ja będę gadał… A ja niewiele mam do powiedzenia, tylko to, iż uważam, że to by było przecież głupie, żebyś się jeszcze i ty miała narażać. Tym bardziej, że ptaszki we wsi nic o tobie nie ćwierkają. Spokojnie więc i bez żadnych nieprzyjemności możesz sobie tutaj odczekać tę chwilową zawieruchę na wsi. Bo ona nie będzie wiecznie trwać. Tak jak to na wsi. A ja postaram się wszystko jak najszybciej wyjaśnić i zaraz przylecę po ciebie. Nie wymyślaj więc bzdur, tylko zrób tak, jak ci mówię.
Tere-fere kuku! Akurat. Powiedziałam, że wyłażę, to wyłażę. Koniec. Kropka. Albo toczka, jak wolisz.
Ja chyba palmy przy tobie dostanę. Jesteś uparta jak sto osłów… Ale ja będę uparty jak tysiąc osłów i zaraz cię tu przywiążę do belki… Ciiiii, ktoś idzie. Słyszysz?
W filarze nastała cisza jak makiem zasiał.
Po moście szły dwie kobiety i rozmawiały ze sobą. Do uszu kuzynostwa dolatywały strzępy ich rozmowy:
Co gadacie Mirecka? Potylickiego synów milicja zabrała?
Tak gadali ludziska.
Za co?
Spalili komuś łan zboża w Krosnowicach.
Nie wierzę. Toż to dobre chłopaki…
Rozmowa dwóch kobiet nagle się urwała, a właściwie została zagłuszona, gdyż na most wjechał traktor.
Robek i Michalina stali wpatrzeni w siebie z coraz większym przerażeniem w oczach. To, co usłyszeli, oznaczało dla nich najgorsze.
Wyłażę i nie chcę słyszeć ani słowa! — wrzasnęła Michalina, przekrzykując ogromny raban, jaki wywołał przejeżdżający traktor. — Trzeba ratować Potylickich!
Michalina, poczekaj! — Robek złapał kuzynkę za nogę, bo zanim dotarło do niego to co ona wykrzykiwała, ta wspinała się już do wyjścia z filara.
Nie ma na co czekać! — syknęła Michalina i wyrwała nogę z ręki Robka. — Chyba nie pozwolimy na to, żeby ich milicja zabrała bez nas. Musimy wyjaśnić sprawę. Nie pozwolę, żeby cierpieli niewinni. Już ja tych chuliganów doprowadzę do sprawiedliwego porządku. Co za banda łotrów! Co za…!
Michalina zamilkła, bo to, co jej się z wściekłości na usta cisnęło, samą ją przeraziło. Nie lubiła przeklinać. Ale była tak zła na niesprawiedliwość tego świata, że mogłaby nawet kogoś pobić za krzywdę niewinnych chłopców. Już, natychmiast, musiała wykrzyczeć prawdę i wybawić braci Potylicków od niesłusznych podejrzeń, Robka zresztą też. A jak już miałoby dojść do tego, że sprawiedliwości nie znajdą, i chłopcy i tak zostaną ukarani, no, to wtedy ona musi być razem z nimi, i to do końca.
Robek już nawet nie próbował zatrzymywać kuzynki. Tak wściekłej jej jeszcze nie widział. Aż się jej przeraził. Wygramolił się za nią do wyjścia z filara, i razem już, w milczeniu, zeskoczyli na ziemię. Potem pobiegli do nasypu, wspięli się na górę, i niczym dwa wichry, pognali przez most do wsi.
Biegli co tchu. Na głównej drodze, przed wejściem do kościoła, zauważyli jakieś zbiegowisko ludzi i radiowóz milicyjny. Nie czuli już żadnego lęku. Parli do przodu. Zanim dobiegli do tego miejsca, spostrzegli, iż radiowóz milicyjny ruszył i jedzie w ich kierunku. Zatrzymali się. Czekali. Radiowóz zbliżał się do nich. Ale co to? Radiowóz wcale nie zmniejszał szybkości. Wręcz przeciwnie. Zaczął ją zwiększać.
Michalinę coś natchnęło. Wybiegła na środek drogi, i machając rękami, próbowała go zatrzymać. Radiowóz z głośnym piskiem opon zatrzymał się tuż przed nią.
Czyś ty dziewczynko zwariowała?! — wrzasnął kierujący milicjant przez odkręconą szybę. — Życie ci nie miłe?
Bardzo mi jest miłe... Tak bardzo, że nie pozwolę, aby inni mieli swoje życie niesłusznie niemiłe! — również wrzaskiem odpowiedziała Michalina.
Michaśka, czyś ty zwariowała?! — Michalina usłyszała za plecami zdławiony głos Robka. Udała, że nie słyszy.
Proszę się zatrzymać i mnie… nas wysłuchać! — poprosiła już łagodniejszym tonem. — Bracia Potyliccy są niewinni… Chcemy zeznawać…
Ejże, poczekaj no, dziewczynko! — zawołał drugi milicjant, wystawiając głowę przez okno. — Skąd ty w ogóle wiesz o braciach Potylickich? My mamy tylko jednego Potylickiego. To gdzie jest drugi, co? Wiesz może…? Może to ten co stoi za tobą?
Nie. Ja nazywam się Robert Maryszczak…
Aaaa… wspaniale! Ciebie też szukamy. Właśnie mieliśmy po ciebie jechać do twojego domu. A potem po drugiego Potylickiego. Bo ten, którego mamy, wszystkiego się wypiera. Nie chciał nam nawet zdradzić jak ty się nazywasz i gdzie mieszkasz. Dopiero ludzie nam powiedzieli… No, to wchodź do radiowozu, mój ty ptaszku. Prosimy… prosimy…! A ty dziewczynko dokąd? Ty nie musisz wchodzić do środka. Nie jesteś nam potrzebna.
A właśnie, że jestem! — Michalina nie dała się zlekceważyć. — Bo jeżeli wy, panowie milicjanci, macie zamiar ich podejrzewać o spalenie jakiś tam snopków, to ja też muszę być razem z nimi podejrzana, gdyż byłam tam razem z nimi…
Michaśka, zdurniałaś? — Michalina znów usłyszała stłumiony głos Robka. Nie przejęła się tym jednak i ciągnęła dalej:
Najlepiej będzie, jak panowie wpuszczą mnie do środka, to ja wszystko wyjaśnię…
Aaaa… jak się sprawy tak mają, że ty też paliłaś snopki starego Pawlaka… to prosimy bardzo panienko… do środeczka… do środeczka panienko! — tryumfalnym głosem zawołał siedzący za kierownicą milicjant.
Michalina zanim weszła do środka, rozglądnęła się wokoło. I wtedy zauważyła Emila, czającego się za olbrzymim dębem rosnącym tuż przy drodze. Konspiracyjnym ruchem dłoni dała mu znak by się wycofał. Potem z dumną i zarazem obrażoną miną weszła do radiowozu. Za nią wszedł Robek ze spuszczoną głową. Usiedli na tylnym siedzeniu obok przerażonego Kamila i uścisnęli mu dłonie.
No, to mamy was w klatce, ptaszęta! — zarechotał nieprzyjemnie milicjant siedzący na bocznym siedzeniu. — A więc, porozmawiamy sobie. Wszystko tu nam zaraz wyśpiewacie, bo jak nie, to wiecie, czym to pachnie?
Śpiewać to my może nie będziemy, ale porozmawiać możemy — buńczucznie odparowała Michalina. — A więc proszę posłuchać, co mamy do powiedzenia.
Michalina zaczęła opowiadać jak wyglądał ich wieczór przy ognisku na brzegu Nysy. Zaczęła, i zaraz musiała przerwać, bo nagle, ni stąd, ni zowąd, gwarno się zrobiło wokół radiowozu. To dzieciska na powrót się zbiegły i z ciekawości obstąpiły radiowóz dookoła.
Milicjanci postanowili odjechać z tego miejsca gdzieś za wieś, by przesłuchanie podejrzanych mogło przebiegać bez zakłóceń. Milicjant za kierownicą zapalił silnik i na pierwszym biegu zaczął się przedzierać pomiędzy ciżbą ciekawskich dzieci. I wtedy, ku wielkiemu zaskoczeniu siedzących w radiowozie, i tych przesłuchiwanych, i tych przesłuchujących, do radiowozu dobiegł Emil i rzucił się na maskę. Był blady jak papier. Nic nie mówił, tylko patrzył wybałuszonymi oczami przez szybę na milicjantów.
Proszę go wpuścić, to jest Emil Potylicki — powiedziała Michalina smutnym głosem. Była pełna podziwu dla młodszego kolegi za jego wyczyn.
Patrzcie państwo… patrzcie… ptaszki same wpadają do klatki! — znów zarechotał milicjant siedzący na bocznym siedzeniu, ale wnet spoważniał i dodał: — Swoją drogą, to dziwne… że tak same, bez przymusu… No, no, no, dziwne!
Emil wchodził do środka radiowozu jak na ścięcie. Ale wszedł. Usiadł, a właściwie upadł pomiędzy Michalinę i Kamila i zaczął bezgłośnie płakać.
Michalina poklepała go po udzie i szepnęła mu do ucha, że ma się nie bać, bo wszystko będzie dobrze. Że już ona się o to postara.
Milicjant za kierownicą nakrzyczał na dzieci oblegające na powrót radiowóz, aby się rozstąpiły, bo nic tu po nich, i radiowóz ruszył ponownie. Zatrzymał się dopiero za wsią. Przy zjeździe na polną drogę.
Wtedy Michalina już na spokojnie opowiedziała milicjantom wszystko dokładnie. A kiedy skończyła opowiadać, spytała:
No i co wy na to, panowie milicjanci?
A skąd my mamy wiedzieć, czy ty nie kłamiesz? — pytaniem na pytanie odpowiedział milicjant-kierowca.
Bo ja nigdy nie kłamię — odpowiedziała dumnie Michalina i rzuciła milicjantom zimne i stanowcze spojrzenie.
A to trochę za mało, żeby ci uwierzyć — powiedział znów ten sam milicjant. — Nie znamy ciebie i nie wiemy coś za jaka. Trzeba nam dowodów.
Jedziemy do Pawlaka — zadecydował drugi milicjant. — Porozmawiamy z nim jeszcze raz i zobaczymy co on na to.
Radiowóz ruszył i zjechał na polną drogę prowadzącą do zagrody starego Pawlaka.
Kiedy milicjanci wraz podejrzanymi zajechali pod jego dom, on nabierał akurat wody ze studni. Na widok radiowozu podszedł do płotu i zaciekawiony spytał:
Co to, panie władzo, tak szybko udało wam się złapać tych okropnych nikczemników?
Proszę tu do nas! — zawołał milicjant za kierownicą. — Musimy porozmawiać...

cdn.


Link do powieści: "Szalone wakacje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

wtorek, 12 lutego 2019

W poszukiwaniu przedwiośnia

Pobiegłam do lasu, chcąc sprawdzić naocznie,
Czy już się zbliża wytęsknione przedwiośnie.
Kocham tę porę… czekam na nią rokrocznie,
Kiedy wreszcie przyjdzie, me serce aż rośnie.


Na leśnych dróżkach widać wielkie roztopy,
Z drzew i krzewów znikają śnieżne czapy.
Choć ślisko wszędzie, podążałam uparcie...
Pobliskie drzewa dawały mi oparcie.


 Zawędrowałam wnet w leśną głębinę.
Śniegu ani śladu. Ależ miałam minę...
Zdziwioną bardzo, ale też i radosną. 
Tak właśnie las wygląda krótko przed wiosną.


Drzewa kompozycje piękne utworzyły,
Niektóre wyglądały jakby ożyły. 
Pełna podziwu patrzyłam na te dzieła,
Aż mnie nostalgia ponownie ogarnęła.


Po drodze zaglądnęłam do ptasiej budki...
Ptaszków nie było, tylko dwa leśne ludki.
Oba radosnym mrugnęły do mnie okiem,
Mrugnęłam też i odeszłam kocim krokiem.


W środku lasu wspięłam się na ambonę.
Akurat mgła spuściła gęstą zasłonę,
Niewiele zatem z góry zobaczyłam...
Zrezygnowana, na ziemię się spuściłam. 


Nagle poczułam coraz większe pragnienie...  
Termos już pusty, po herbatce wspomnienie.
Pobiegłam do groty, gdzie źródło wytryska,
Nakapałam sobie wody prosto do pyska.


Zmęczona już nieco poszłam przez polanę,
Myśląc, że z lasu się szybciej wydostanę.
Idąc, podziwiałam liczne kretowiska.
Nabierałam wiary, że wiosna już bliska.


Schodząc z polany, wkurzyłam się mocno,
Bo o mały włos, a wlazłabym w g..o.
Albo jak kto woli: — wkurzyłam się mocno,
Że szukałam przedwiośnia, a znalazłam... g..o.


Gdy do domu wróciłam, uwierzyć nie mogłam,

Że przedwiośnia uparcie po lesie szukałam,
Że takie sobie za nim urządzałam biegi,
Aż tu nagle — w ogrodzie — widzę przebiśniegi.

A przecież to właśnie te kwiatuszki śnieżnobiałe,

Takie radosne, piękne, chociaż bardzo małe,
Są niezaprzeczalną oznaką przedwiośnia...
I to najszczersza prawda, żadna tam przenośnia.


niedziela, 10 lutego 2019

Jak to w życiu...

W życiu się wszystko ciągle zmienia,
Co dzisiaj jest, jutro tego nie ma.
I tak jak się zmieniają pory roku,
Tak i widoki w zasięgu wzroku...
Jednak ten, co wyobraźnię ma,
Widzi zawsze to — co mu w duszy gra.



Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona (XI/XI)



Kiedy Napolcio otworzył oczy, na dworze już świtało. Czuł się zupełnie wyspany i wypoczęty. Natychmiast zerwał się na nogi. Pozbierał z ziemi swoje rzeczy, i zakładając je po drodze na siebie, kierował się do wyjścia z groty. Wychodząc, spojrzał jeszcze na śpiące dziewczyny. Uśmiechnął się szeroko do siebie, bo zobaczył, że obie wtulone w siebie śpią spokojnym snem, a nad ich głowami czuwa Pegazus. Pegazus wprawdzie spał również, stojąc w szerokim rozkroku ze spuszczonym łbem, ale najważniejsze, że był. Znał swego wiernego konia i wiedział, że w razie jakiegoś niebezpieczeństwa zawsze może liczyć na jego instynkt zwierzęcy.
Będąc już na zewnątrz, zaczął się rozglądać za swoimi druhami. Chciał z nimi ustalić jak będzie wyglądała ich droga powrotna. W obozowisku było jeszcze zupełnie cicho. Wszyscy spali snem sprawiedliwego. Spokojnie i twardo. Nigdzie w pobliżu swoich druhów nie widział, ale gdy tak się za nimi rozglądał, zrazu coś mu się w oczy rzuciło. Spostrzegł jasną łunę bijącą z przeciwległego brzegu jeziora. Zastanowił się na moment, co też to może być? Nie czekał jednak aż mu się to samo z czymś skojarzy, tylko puścił się biegiem w tamtym kierunku. Na szczęście Jezioro Bardeńskie nie było aż tak duże, i kiedy po paru minutach dobiegł do jego połowy, mógł już stwierdzić naocznie skąd ta łuna. Tylko co ona oznacza, jeszcze nie wiedział. Otóż okazało się, że na przeciwległym brzegu jeziora stała oświetlona srebrna kareta zaprzężona w trzy pary siwych koni. Na karecie siedziało dwóch stangretów odzianych w srebrne uniformy. Dach karety był cały obładowany jakimiś wiklinowymi koszami. Napolcio zdumiał się bardzo, a i trochę zaniepokoił. Ale kiedy dobiegał coraz bliżej karety, spostrzegł koło niej swoich druhów i Rolanda. Uspokoił się natychmiast, bo to oznaczało, że nic złego dziać się nie może. Zwolnił nieco biegu, i patrząc ciągle na karetę, zbliżał się do niej bez żadnych już obaw. Jakie było jego zaskoczenie, kiedy nagle w oknie karety ujrzał głowę wróżki Saggity. Znów puścił się szybkim biegiem i wnet stanął obok niej.
Wróżko Saggito, a cóż to ciebie sprowadza w te strony? — zapytał, ujmując w swe dłonie wystającą z okna karety dłoń wróżki.
Pomyślałam, że wszyscy z pewnością jesteście bardzo głodni i przywiozłam wam prowiant — rzekła wróżka Saggita ciepłym głosem.
Jesteś najcudowniejszą wróżką na świecie, wróżko Saggito! — zawołał Napolcio. — Właśnie to była jedyna rzecz, która mnie bardzo smuciła i której tutaj nie mogłem sprostać. I ty, wróżko Saggito, najwspanialsza wróżko z wróżek, znów przyszłaś mi z pomocą. Dziękuję ci z całego serca!
Nie musisz mi dziękować, Królu Napoleonie. Zrobiłam tylko to, co mogłam — zaśmiała się wróżka Saggita. — Przywiozłam wam świeże maślane bułeczki i mleko. Jedzcie na zdrowie. Powinno wam wszystkim wystarczyć, aż dojedziecie do twojego pałacu, Najjaśniejszy Królu. Obliczyłam to… Stangreci, proszę ściągnąć kosze!
Papkoj, Sławoj, Roland, pomóżcie! — zawołał Napolcio.
Na rozkaz! — wyrwało się jednocześnie z trzech gardeł.
Po chwili wszystkie kosze stały już na ziemi i dookoła unosił się drażniący nozdrza wspaniały zapach świeżych bułeczek.
Wróżka Saggita ruszyła w dalszą drogę. Nie chciała zatrzymać się na dłużej, gdyż zamierzała zrobić sobie jeszcze małą wycieczkę po Puszczy Badeńskiej. Ale zanim odjechała, rzekła do Napolcia:
Królu Napoleonie, jestem szczęśliwa, że odnalazłeś Księżniczkę Indię oraz cały orszak królewski. Jesteś wspaniałym Królem. Dumna jestem, że mogę żyć w twoim królestwie.
To dzięki tobie, wróżko Saggito, udało mi się moją ukochaną Indię odnaleźć — odrzekł Napolcio w wielkim uniesieniu i sięgnął za pazuchę. — To ja dumny jestem, że w moim królestwie mieszka tak cudowna istota. Wróżko Saggito, mam nadzieję, że przybędziesz dzisiaj wieczorem na nasze wesele? Zapraszam ciebie wraz z Księżniczką Indią całym sercem… A oto mój pierścień królewski, proszę przyjmij go w podzięce…
Ależ Królu Napoleonie, nic od ciebie nie przyjmę. Jestem szczęśliwa, że mogłam pomóc. Twoje szczęście jest mi podzięką. A za dobre słowa i zaproszenie dziękuję z całego serca. Na wesele Jego Królewskiej Mości i Księżniczki Indii przybędę na pewno — śpiewnym głosem mówiła wróżka Saggita. — A teraz, Królu Napoleonie, proszę, daj mi tę pochodnię. Nie będzie ci już potrzebna.
A więc to ty, wróżko Saggito…? — Napolcio zdumiał się bardzo. — Och, a ja myślałem, że to mój ojciec…
I dobrze myślałeś, Królu — zaśmiała się tajemniczo wróżka. — Twój ojciec też.
Napolcio głęboko przejął się słowami wróżki. Jakże mógłby się nie przejąć, przecież chodziło o jego zmarłego ojca Jeremiasza, którego tak bardzo kochał i szanował. Prawdę mówiąc, w głębi duszy od początku wierzył, że tajemnica płonącej pochodni ma związek z jego ukochanym ojcem. Ale teraz? Teraz właśnie usłyszał potwierdzenie swej wiary. Było to ogromnie doznanie dla niego. A to, że wróżka Saggita ma jakiś metafizyczny kontakt z jego ojcem, przejęło go jeszcze bardziej. Spojrzał wróżce głęboko w oczy, tak jakby chciał w nich zobaczyć ojca. Poczuł jak serce mocniej mu zabiło. Była to dla niego bardzo podniosła chwila. Wreszcie uśmiechnął się do wróżki najcieplej jak umiał i ukląkł pod oknem karety.
Wróżka Saggita z tkliwością przyłożyła swą dłoń do policzka Napolcia. Wiedziała, co jej Król czuje w tym momencie. Po chwili poklepała go delikatnie po ramieniu i zdjęła z jego hełmu płonącą pochodnię. I nagle, w jej dłoni pochodnia zgasła momentalnie. Wróżka zawołała na stangretów i kareta ruszyła.
Napolcio klęczał dalej. Tak bardzo był przejęty tym jakże podniosłym dla niego momentem, że nie miał siły się podnieść. Zresztą nawet nie chciał. Pragnął jak najdłużej rozkoszować się tą podniosłą chwilą. Klęczał ze spuszczoną głową tak długo, aż tętent szóstki koni i jednostajne skrzypnięcia karety ucichły zupełnie. Słyszał tylko jeszcze perlisty i pełen radości śmiech wróżki Saggity. A może mu się wydawało? W każdym razie poczuł wtedy, jak nagła i ogromna radość ogarnia go całego. Całe jego serce. Całą jego duszę. Każdą cząsteczkę jego ciała. Uśmiechnął się radośnie i podniósł głowę. Spojrzał w niebo i wyszeptał: — „Dzięki serdeczne, kochany ojcze Jeremiaszu. Dzięki że jesteś i czuwasz nade mną".
Proszę wstań, Królu Napoleonie — oficjalnym głosem odezwał się Sławoj, nachylając się nad Napolciem.
Właśnie. Wstawaj, Napolciu — odezwał się również Papkoj, nachylając się z drugiej strony. — Toż to nie uchodzi, aby Wielki Król Napoleon klęczał.
Roland tymczasem stał z boku, i przyglądając się Napolciowi, nie śmiał się nawet odezwać. Nic nie rozumiał, co tu się rozegrało i kim była ta nieziemsko piękna niewiasta. Nie rozumiał też dlaczego Król Barbedetlandii klęczał przed nią, a nie przed Księżniczką Indią. A to, że nadal klęczy, wydało mu się wręcz niepojęte. Dlatego wolał na razie się nie odzywać i poczekać, aż wszystkie te niezrozumiałe dla niego rzeczy się wyjaśnią.
Nagle sprawa klęczenia Napolcia przestała być aktualna i istotna dla kogokolwiek. I to wcale nie z powodu Sławoja albo Papkoja. Ani też z powodu świdrującego spojrzenia Rolanda. Napolcio zerwał się na równe nogi sam od siebie, gdyż usłyszał w oddali tętent kopyt swojego wiernego konia. Odwrócił się natychmiast i ujrzał go galopującego, unoszącego na swym grzbiecie Zefcię i Księżniczkę Indię. Bardzo się tym widokiem przeraził i wybiegł im naprzeciw. Za nim pobiegli jego druhowie i Roland.
A cóż tu się dzieje?! — wołała Zefcia w kierunku nadbiegającego im na spotkanie Napolcia. — Czyżby to była wróżka Saggita w tej pięknej karecie?
Co się stało, Zefcia?! — z drugiej strony wołał Napolcio. — A cóż wy tu robicie?! Dlaczego nie pozostałyście w grocie?!
A jakże miałyśmy pozostać, kiedy tutaj dzieją się jakieś ważne rzeczy? — odpowiedziała Zefcia dopiero wtedy, kiedy Pegazus wyhamował przed Napolciem. — Mów mi tu zaraz, Napolciu, czy to była wróżka Saggita?
Tak, we własnej osobie. Przywiozła nam prowiant na drogę — powiedział Napolcio, uważnie przypatrując się Księżniczce Indii i Zefci. — A u was wszystko w porządku?
W jak najlepszym — odpowiedziała Księżniczka India z szerokim uśmiechem. — Jaka szkoda, że wróżka Saggita już odjechała. Tak bardzo chciałam ją poznać. Zefcia mi tyle wspaniałych rzeczy o niej opowiadała.
Nie martw się, moja kochana Księżniczko, poznasz ją dzisiaj na naszym weselu — odrzekł uradowany już Napolcio. — Wróżka Saggita mówiła, że przybędzie na pewno. Teraz udała się na zwiedzanie Puszczy Badeńskiej… A wy, moje drogie, skoro już tu jesteście, zapraszam was na pyszne śniadanie… Papkoj, Sławoj, Roland, proszę wrócić do obozowiska i przyprowadzić tu wszystkich na posiłek. Niech wszystkie niewiasty wsiądą do Chiorunka pojazdów i przyjadą tutaj. Będą mogły przy okazji na tym niewielkim odcinku drogi zrobić próbną jazdę i oswoić się z nowo powstałym środkiem lokomocji.
Ruch się zrobił wokół Jeziora Badeńskiego niesamowity. Rycerze oraz dworzanie zwijali w pośpiechu obóz i ruszali po kolei obu brzegami jeziora w kierunku serwującego śniadanie Napolcia. Najpierw oczywiście zajęli się niewiastami. Wyścielili im ławeczki w pojazdach Chiorunka czym się dało, byleby było im miękko i wygodnie. Stangreci zaprzęgli do każdego pojazdu po szóstce koni i z zadowolonymi niewiastami ruszyli jako pierwsi. Stangreci też mieli zadowolone miny, gdyż z każdym metrem drogi upewniali się, iż pojazdy spisują się znakomicie. A Chiorunek, pozostając w tyle na swym koniu i wpatrując się w oddalające się pojazdy, wręcz promieniał ze szczęścia. W końcu ten pomysł z pojazdami, to był jego pomysł.
Po niespełna godzinie, konie pasły się już na pobliskiej polance. Zaś wszystkie niewiasty siedziały na trawie dookoła Księżniczki Indii i Zefci i zajadały się pysznymi maślanymi bułeczkami, popijając mlekiem. Za nimi siedzieli albo stali rycerze i dworzanie, a pomiędzy nimi krążył Napolcio wraz z Papkojem, Sławojem i Rolandem i każdemu rozdawali bułeczki oraz nalewali do kubków mleko.
Wszyscy mieli znakomite nastroje. Nie mogło być inaczej. Koszmar się skończył. Księżniczka India uratowana. Każdy czuł się już odprężony, wypoczęty i nawet wyspany. Wspaniała zaś atmosfera słonecznego poranka nad jeziorem w otoczeniu pachnącej przyrody potęgowała te pozytywne odczucia. Do tego syty posiłek w miłym towarzystwie i perspektywa wieczornego weseliska... Cóż więcej trzeba, by czuć się szczęśliwym?
Napolcio czuł się wręcz przeszczęśliwy, ale zdawał sobie sprawę, że czas ruszać już w powrotną drogę. Wskoczył na jeden z powozów Chiorunka i przemówił do wszystkich:
Dziękuję wam z całego serca, moi mili, za ten czas, jaki przyszło nam tu razem spędzić. Choć był to czas bardzo niebezpieczny, był też i bardzo wzniosły. Ponieważ w tym czasie razem toczyliśmy walkę i wspólnymi siłami wyzwalaliśmy się spod jarzma nieprzyjaznej natury, ściągającej na nas jakiś dziwoląg pogodowy w postaci tornada. Razem wyzwalaliśmy się też spod jarzma nieprzyjaznego nam ludu cruxlandskiego. To bardzo nas do siebie zbliżyło. A mi dodatkowo pokazało, jak wspaniałymi ludźmi otoczona jest Księżniczka India, i ja sam. I za to wam, moi drodzy, dziękuję w imieniu swoim i Księżniczki Indii… A teraz, ruszajmy już do mojego pałacu, abym mógł was wszystkich w podzięce za wasz trud i oddanie należycie ugościć… A więc, w drogę!
Wkrótce kolumna ruszyła. Złożona z ponad dwusetki jeźdźców na koniach i z trzech powozów wyglądała bardzo poważnie. Ale i dziwnie zarazem. Poważnie, bo złożona z tylu ludzi rozciągała się na długość ponad mili i dawała wrażenie potęgi. Dziwnie, bo na grzbietach wielu koni siedziało po dwóch jeźdźców, a na niektórych jechano na oklep. Powozy zaś po brzegi wypełnione były niewiastami. I kiedy jedni siedzieli na koniach w połyskujących w promieniach słonecznych zbrojach, to inni w kolorowych szatach. A w powozach to już naprawdę było kolorowo. Jechały w nich przecież damy odziane w różnokolorowe stroje. I choć stroje ich były niesamowicie poniszczone, to jednak na kolorach nie straciły. Tak że, jakby nie patrzeć na tę kolumnę, trzeba by było przyznać, iż prezentuje się imponująco. I swym ogromem, i swym wyglądem. Szczególnie wyglądem. Gdyż na tle wszechobecnej zieleni, w prześwitujących pomiędzy koronami drzew promykach słonecznych, połyskiwała i srebrem i złotem, gdzieniegdzie przetkanym żywymi kolorami tęczy. Z lotu ptaka sprawiała wrażenie być arrasem królewskim — ze wszech miar artystycznie wykonanym.
Na czele kolumny jechał Papkoj, Sławoj i Roland. Zaraz za nimi, w drugim rzędzie, jechał Napolcio, Księżniczka India, Zefcia i Chiorunek. Napolcio nie jechał na Pegazusie. Jechał na klaczy Zefci. Na Pegazusie jechały oczywiście Księżniczka India i Zefcia. Dziewczyny jechały pośrodku, a Napolcio i Chiorunek po bokach. Za nimi jechały trzy powozy z niewiastami. A za niewiastami, już całe rzędy rycerzy i dworzan na koniach. Ci dworzanie, którzy nie byli wprawieni do jazdy konnej, jechali razem z rycerzami. Zaś na koniach z zaprzęgów zniszczonych karet, na oklep, jechali wszyscy nowi obywatele Barbedetlandii oraz pozostali dworzanie i stangreci.
Kolumna poruszała się miarowym tempem. Nie za szybko, ale i też nie za wolno. Właściwie to stangreci powożący powozami wyznaczali tempo jazdy. Wszak to od ich umiejętności powożenia zależało bezpieczeństwo jazdy wszystkich niewiast siedzących w powozach. Stangreci musieli dopasowywać szybkość jazdy do warunków panujących na drodze i uważać, aby powozy nie rozleciały się na nierównościach dróg.
Druhowie Napolcia i Roland, jadąc na czele kolumny, co rusz oglądali się za siebie, albo czasami nawet jeden z nich zwalniał i zrównywał się z powozami, aby sprawdzić czy wszystko z nimi jest w porządku. Patrzyli zwłaszcza na miny stangretów, aby z nich odgadnąć prawdę o stanie pojazdów. Na szczęście ich ciągle uśmiechnięte twarze mówiły im, że nie muszą się martwić. Że wszystko jest jak trzeba.
Niewiasty jechały zadowolone, roześmiane, rozgadane, a czasem nawet rozśpiewane. A trzeba przyznać, że jak już śpiewały, to śpiewały pięknie. Na głosy. Wszystkie śpiewane przez nie piosenki były o miłości. O pięknej, romantycznej, tkliwej miłości.
Napolciowi serce rosło, słysząc śpiew niewiast. Co chwilę zerkał wtedy kątem oka na Księżniczkę Indię i aż promieniał ze szczęścia, bo czuł, że wszystkie słowa tych piosenek mówią właśnie o ich wielkiej miłości.
Księżniczka India również się wsłuchiwała w słowa piosenek śpiewanych przez jej damy i czuła to samo co Napolcio. Jej serce biło coraz mocniej w takt upojnej muzyki.
Zefcia, siedząc na grzbiecie Pegazusa wraz z Indią, cały czas gadała jak najęta. Musiała przecież Indii opowiedzieć tyle rzeczy. Ale kiedy niewiasty zaczynały śpiewać, milkła. Chciała również ich śpiew słyszeć. Rozmarzona, wsłuchiwała się z zapartym tchem w słowa piosenek, czując, jak przyjemne ciepełko ogarnia jej serce. Zefcia była bardzo romantyczną i bardzo uczuciową dziewczyną.
Chiorunek, który jechał w tym samym rzędzie co Napolcio, India i Zefcia, cały czas miał szczęśliwą miną. I to tak bardzo, że Napolciowi aż śmiać się chciało, kiedy zerkał na niego. Nic w tym dziwnego, że Chiorunek był taki szczęśliwy, przecież tyle w tych dwóch dniach dokonał. A co ważniejsze, tyle razy w tych dniach był chwalony. Przez wszystkich, zwłaszcza przez Napolcia. I co jeszcze ważniejsze dla niego było — przez samego Papkoja. Przez tego wstrętnego Papkoja, który mu przedostatniej nocy tak bardzo zalazł za skórę. Chiorunek miał powód do tryumfu, bo nie dość, że utarł nosa temu staremu wydze, to jeszcze tyle razy był przez niego głośno i wobec wszystkich chwalony. Nawet teraz odbierał od Papkoja nieme pochwały, bo kiedy ten oglądał się za siebie, aby sprawdzić stan pojazdów, za każdym razem chociaż przez moment patrzył na niego i podniesionym kciukiem dawał wyraz swojemu uznaniu.
Było już pod wieczór, kiedy Król Napoleon wraz ze swoją niezwykłą kolumną zbliżał się do kresu Puszczy Badeńskiej.
Wszyscy w kolumnie nadal tryskali radością i nadal mieli wyśmienite humory. Podróż przebiegała miło i wesoło. Po drodze kolumna parę razy się zatrzymywała, aby każdy, zwłaszcza niewiasty, mogły nieco rozprostować kości i podjeść sobie dorodnych i zdrowych jagód.
Kiedy druhowie Napolcia i Roland, jadący ciągle na czele kolumny wynurzyli się z puszczy, Papkoj aż gwizdnął głośno i przeciągle ze zdumienia. Jak echo odpowiedzieli mu Sławoj i Roland, gwiżdżąc za nim równie głośno i równie przeciągle. Cóż tak zdumiało tych starych rycerzy? Ano zdumiał ich niesamowity widok, jaki ukazał im się nagle przed oczami. Otóż okazało się, że cała droga od ściany ostatnich drzew Puszczy Badeńskiej usłana była kwiatami, a po obu stronach drogi z kwiatami w rękach stał lud barbedetlandski.
Napolcia zaskoczyły nagłe gwizdy trójki rycerzy. Podpędził klacz Zefci, by sprawdzić co jest tego powodem. Gdy już ten powód zobaczył, zdumiał się tak jak i oni. Wprawdzie nie zaczął gwizdać, ale na moment stracił głowę i nie wiedział jak się ma zachować. Z pomocą przyszedł mu Chiorunek. Gdy zobaczył co widzą druhowie Napolcia i on sam, natychmiast zbliżył się na koniu do Zefci i Księżniczki Indii jadących na grzbiecie Pegazusa i zawołał do siostry:
Zefcia, właź na mojego konia, przecież Para Młodych musi jechać razem wzdłuż tej tak pięknie na ich cześć ustrojonej drogi.
Ojej, jak wspaniale udekorowana droga, i to z pewnością aż do samego pałacu królewskiego! I cała Barbedetlandia tu stoi! — wołała Zefcia w uniesieniu. — Masz rację, braciszku. Już przechodzę do ciebie. Młoda Para musi jechać razem.
Ejże, wy tam z przodu! — krzyknął Chiorunek do pierwszego rzędu kolumny: — Papkoj, Sławoj, Roland, słyszycie mnie? Zjeżdżajcie do tyłu i róbcie miejsce dla Młodej Pary!
Na czole kolumny zrobiło się zamieszanie. Ale kiedy do wszystkich się tam znajdujących słowa Chiorunka wreszcie dotarły, Napolcio wraz z Księżniczką Indią wnet znaleźli się na samym przedzie. Napolcio na klaczy Zefci, a Księżniczka India na Pegazusie, ale już w pojedynkę. I tak razem, koń przy koniu, ruszyli kwiecistą drogą prowadzącą do pałacu królewskiego.
Wśród ludu barbedetlandskiego zawrzało. Na widok wynurzającego się z Puszczy Badeńskiej ich Króla Napoleona i jego przyszłej żony wszyscy naraz i każdy z osobna zaczęli głośno wiwatować na ich cześć. Aż echo niosło ich wiwaty po całej okolicy. A niosło daleko, po sam Lasek Barbedeński, gdzie w niezwykłej tonacji odbijało się od jego ściany drzew i wracało ponownie. Po drodze zasilało się nowymi wiwatami i nabierało jeszcze większej mocy. I z tą zwiększoną mocą odbijało się z kolei od ściany gęstych drzew Puszczy Badeńskiej. I znów powracało, roznosząc się po łąkach i polach, ale z o wiele większym natężeniem i dolatywało przepięknym akordem aż po same mury pałacu królewskiego.
Król Napoleon i Księżniczka India jechali powoli wśród kwiatów oraz wiwatującego ludu i promienieli ze szczęścia. Lud barbedetlandski rzucał im pod nogi kwiaty i co chwilę skandował: — „Niech żyje Król Napoleon Barbedet! Niech żyje Księżniczka India! Niech żyje Młoda Para!” — Napolcio pozdrawiał wszystkich skinieniem głowy i gestem wysoko uniesionej ręki. Wreszcie się wzruszył. Z łezką w oku nachylił się do Księżniczki Indii, ujął jej dłoń i z czułością ścisnął. Księżniczka India odpowiedziała mu leciutkim uściskiem. I potem już razem, wolnymi rękami, pozdrawiali lud barbedetlandski. Uśmiechnięci, szczęśliwi, z miłością w oczach.
Kiedy Napolcio jechał tak ze swoją ukochaną wśród wiwatującego i skandującego ludu, rozpoznał w tłumie twarze chłopów ze wsi Barbedów i Barbadejowo. Ucieszyło go to bardzo. Uśmiechał się do nich porozumiewawczo i dwoma palcami, złożonymi w rzymską piątkę, pokazywał im znak victorii.
Chiorunek wraz z Zefcią jechał na swym koniu zaraz za Napolciem i Księżniczką Indią. Podziwiał cały czas serdeczne przywitanie ludu barbedetlandskiego i z przyjemnością chłonął wszystkie ich okrzyki. Wreszcie nie wytrzymał, podpędził konia, i wyprzedzając Młodą Parę, wzniósł swój własny okrzyk:
Na pohybel złym mocom niebios!... Na pohybel szubrawcom cruxlandskim!... Miłość zawsze zwycięża!... Niech żyje Król Napoleon!... Niech żyje Księżniczka India!... Niech żyje Prawdziwa Miłość!
Po Chiorunka okrzykach jeszcze głośniejsze wiwaty słychać było dookoła. Wiwatował już nie tylko lud barbedetlandski, wiwatowała też i cała kolumna jeźdźców. A najczęściej powtarzanym okrzykiem, był okrzyk Chiorunka: — „Niech żyje Prawdziwa Miłość".
Napolcio i Księżniczka India patrzyli na siebie z miłością w oczach i coraz mocniej ściskali się za ręce. Ich miłość było widać i czuć. Feromony ich miłości unosiły się w powietrzu. Nawet Pegazus wyłapał je chrapami, i nachylając się do klaczy Zefci, z lubością otarł się łbem o jej łeb. Dalej konie szły już wolniutkim stępem, równiutko, łeb w łeb, i bardzo blisko siebie.
Zefcia, siedząc przed Chiorunkiem na jego koniu, śmiała się w głos ze swojego szalonego braciszka. Bardzo jej się spodobało to co zrobił. Jego okrzyki także. Wreszcie spoważniała, i patrząc z podziwem na Młodą Parę, odezwała się do niego:
Chiorunek, a powiedz mi, czy nas też czeka w przyszłości taka romantyczna miłość?
No jasne! — stwierdził krótko Chiorunek. — Ale pamiętaj, Zefcia, jak będziesz musiała o swoją miłość walczyć, to zawsze możesz na mnie liczyć.
Wiem — zaśmiała się ucieszona Zefcia. — Ty na mnie też możesz zawsze liczyć. Już ja się odpowiednio zajmę twoją wybranką serca.
Napolcio i Księżniczka India coraz bardziej zbliżali się do pałacu królewskiego. Frontową część pałacu było widać już jak na dłoni. Napolcio wyraźnie widział na jego murach wiwatujących i machających chusteczkami dworzan. Widział też trzy chusteczki powiewające na wieży. Zdumiał się na chwilę. Bo któż tam na wieży oprócz starego Błażeja mógł być? Po chwili rozpoznał kto to. Otóż na wieży, oprócz starego Błażeja, chusteczką machała Królowa Matka, a także Król Virginus. Napolcio zdumiał się jeszcze bardziej i poprosił Księżniczkę Indię, aby spojrzała na wieżę. Księżniczka India była zachwycona tym widokiem. A zwłaszcza dobrą kondycją swojego ojca. Bo skoro wyszedł na tak wysoką wieżę, to by świadczyło niezbicie, iż pomimo ciężkich przeżyć z tornadem musi być z nim wszystko dobrze.
Rycerze Króla Virginusa i jego dworzanie, zbliżając się kolumną do pałacu, również rozpoznali swojego Króla na wieży. Właściwie pierwszy rozpoznał go Roland, po połyskującej w ostatnich promieniach słonecznych koronie. Huknął wtedy gromkim basem: — „Patrzcie kochani, nasz Król Virginus jest na wieży!” — Wielka radość zapanowała wówczas wśród Virginlandczyków i przeszła falą przez całą kolumnę. Rycerze i dworzanie wznosili okrzyki na cześć swojego Króla i machali w kierunku wieży czym się tylko dało. Mieczy ani szabli nie mieli. Nawet wszystkie damy głośno i radośnie pozdrawiały swojego Króla. Najgłośniej krzyczał jednak pierwszy rycerz Króla Virginusa, Roland. Na widok swojego ukochanego Króla czuł się ze wszech miar szczęśliwy. Nie mógł się opanować i krzyczał jak najęty. W końcu zachrypł z kretesem i piał już tylko niczym stary kur o świcie.
Chiorunka i Zefcię również ucieszył widok Królowej Matki i Króla Virginusa na wieży. Chiorunek puścił cugle i machał do nich dwoma rękoma naraz. Wreszcie zrównał się z Napolciem i Księżniczką Indią, i chichocząc pociesznie, zawołał:
Podoba mi się Król Virginus. Patrzcie, jak się wychyla z wieży i jak zawzięcie macha chusteczką. Tak mnie dzisiaj energia rozpiera, że chyba wdrapię się tam do niego na wieżę i go osobiście na rękach zniosę na dziedziniec.
No, zrób tak… — zaśmiał się serdecznie Napolcio. — Ostatnio masz dobre pomysły. Z powodzeniem pomagasz królom. I skoro pomogłeś już dwóm królom, możesz pomóc i trzeciemu.
A żebyś wiedział, że tak zrobię… Zaraz, a w czym to ja pomogłem? — zdziwił się nagle Chiorunek.
No jak to? Króla Cruxlona ściągnąłeś na ziemię dosłownie i w przenośni i tym samym, dałeś mu do zrozumienia, a właściwie pomogłeś mu zrozumieć, że chciwość i pycha to wady nielicujące z godnością króla. A Królowi Napoleonowi pomogłeś uwierzyć w istnienie prawdziwej miłości braterskiej. Tak, Chiorunek, pomogłeś mi uwierzyć w twoje gorące serce i twoje dobre intencje. Pomogłeś mi popatrzeć na mojego brata, Księcia Melchiora, zupełnie innym okiem. I teraz wiem, że on już nie jest smarkatym młokosem, któremu w głowie tylko psoty i zwykła brawura. Jestem dumny, że mam takiego brata. I wiesz co postanowiłem? Otóż postanowiłem pasować cię na rycerza, i to na naszej uroczystości weselnej. Zasłużyłeś sobie mój brachu na stan rycerski.
A niech mnie dunder popieści! — wrzasnął Chiorunek, przejęty do głębi tą cudowną nowiną. — Napolcio, mówisz poważnie? Nie żartujesz?
Najzupełniej poważnie — odpowiedział Napolcio, rozbawiony reakcją braciszka. — Mało tego, każę zaraz Papkojowi do tej uroczystości wszystko przygotować.
Och, ojcze Jeremiaszu, czy ty to słyszysz? — Chiorunek nie posiadał się z zachwytu. — Zefcia, słyszałaś? Od dziś będę rycerzem! Królowo Matko, ale będziesz ze mnie dumna.
Chiorunek wprost oszalał ze szczęścia. Poderwał swego konia i wraz z Zefcią ruszył galopem, odstawiając Młodą Parę. Popędzał konia coraz bardziej. W uszach świszczał mu wiatr i...

Link do wszystkich części baśni  > "Barbedetlandia. Miłość Króla Napoleona" 


* Publikuję tutaj tę baśń — w 11 częściach — bez zakończenia, ponieważ baśń ta została już wydana.