piątek, 7 września 2018

Pokomunijne refleksje

Z cyklu: - „Świat przygód”
(fragment "Narzuconej autobiografii Halszki")


I już po pierwszej komunii... Cieszę się. Choć muszę przyznać, że osobiście nie czuję, aby jakaś taka szczególna świętość na mnie spłynęła. Jestem przecież taka sama jak i przed. No, może bardziej uczesana i porozbijane kolana i łokcie mam zakryte długą suknią.

Mamusia mówi, że powinnam teraz być grzeczniejsza i milsza, bo przyjęłam Bozię do serduszka. No coś takiego?! Przecież miła i grzeczna, to ja jestem zawsze... Może czasem tylko mniej. Właśnie ostatnio nieco mniej… No ale jak mam nie być nieco mniej miła, skoro moja kochana siostrzyczka tak mnie wkurza ze swoim kotem, a właściwie kotką Sorają? Łazi całymi dniami z tą czarną czorcicą z zielonymi ślepiami i zawsze zajmuje najwygodniejsze miejsca w domu. I nie daj Boziu, żeby się chciało usiąść obok niej. O nie! Ona zaraz wrzeszczy, że to miejsce jest dla Soraji. Kurczę pieczone, jak ja nie cierpię tej czarnej diablicy! A też i ona, ten czarny stwór, tak się już nauczyła, że cały czas pcha się na kanapę albo na fotel, czy siostrzyca w domu jest, czy jej nie ma. Raz nie wytrzymałam już, i gdy jej w domu nie było, ściągnęłam z kanapy to wstrętne kocisko za jej szanowny ogon. A ta głupia w pisk niemiłosierny. Pech chciał, że akurat siostrzyczka weszła do domu, no i co tu dużo ukrywać, usłyszała swoją drącą się wniebogłosy podopieczną. I awantura gotowa! O rany, jak ja nie cierpię kotów! I tak mam do dziś. Ale tylko kotów. Wszystkie inne zwierzątka bardzo lubię. A najbardziej psy i konie.

Wracając do pierwszej komunii, to muszę przyznać, że nawet się cieszę, iż mam ją już za sobą, bo nie muszę naszego proboszcza tak często oglądać. Nie lubię go. Jest ordynarny i brutalny. Za byle głupstwo bije dzieci kluczem od zakrystii, albo nawet i biblią. Nieraz i za darmo można od niego oberwać, jak mu się wściekłemu pod rękę nawinie. Ciągle wrzeszczy. Mało kiedy mówi spokojnie. Raz na lekcji religii w kościele pobił Janka, choć ten niczemu nie był winien. Myślałam wtedy, że mu nakopię. Biedny Jasiu! Przecież on nic nie zrobił. To Władek i Kazik za jego plecami rozrabiali. Jasiu tylko czytał książkę pod ławką. Wstrętny proboszcz… I jak tu dziecko ma odczuwać świętość kościoła? Nie wspominając już o szacunku do „wielebnego”.

czwartek, 6 września 2018

Bliskie spotkanie z mordercą-gwałcicielem

Niedawno wpadła mi w ręce polska gazeta, w której zainteresował mnie artykuł z cyklu „Z kronik kryminalnych”. W trakcie czytania serce mi nagle zamarło, bo po tylu latach dowiedziałam się, że już dawno powinnam nie żyć. Otóż czytając artykuł, natrafiłam na fragment zeznań jednego z młodych seryjnych morderców-gwałcicieli, który grasował w latach 70./80. na Śląsku.

Morderca ten w swoich zeznaniach przyznał się do pięciu gwałtów i morderstw — wszystkie według tej samej metody. W ciemnościach atakował kobiety w zaułkach, zaciągał je do pobliskich piwnic, tam mordował, a następnie gwałcił. Zeznał też, że kiedy był na „gościnnych występach” w mieście, w którym ja mieszkałam, podał dokładną datę oraz opis ulicy. Dodał również, że „z jedną mu nie wyszło”, bo okazała się zbyt silna fizycznie. Po przeczytaniu tego artykułu przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie.

Przecież to straszne — dowiedzieć się nagle, z kim miało się do czynienia i jakie niebezpieczeństwo mi wówczas groziło. Nawet sobie przez te wszystkie lata nie zdawałam sprawy, że żyję tylko dlatego, że się nie dałam… mordercy-gwałcicielowi.

A było to tak:

Był ostatni dzień 1980 roku. Sylwester. W Szkole Mistrzostwa Sportowego, w której pracowałam, organizowałam zabawę sylwestrową. Tym razem padło na mnie. Wszystko było przygotowane — zapięte na ostatni guzik. Miałam dla siebie zaledwie trzy godziny, by się przygotować do otwarcia imprezy. Pobiegłam więc do fryzjera na umówiony wcześniej termin. Kiedy wychodziłam z salonu, było już całkiem ciemno — około godziny 18.

Śpieszyłam się, by jak najszybciej przebrać się w strój wieczorowy i pojechać do szkoły. Chciałam jeszcze raz wszystkiego doglądnąć, aby o godzinie 20 przywitać pierwszych gości. Salon fryzjerski mieścił się w pobliżu mojego domu. Około 50 metrów dzieliło mnie od przydomowego podwórka.

Szłam już wzdłuż budynku, kiedy nagle za plecami usłyszałam, że ktoś biegnie. Pomyślałam, że to z pewnością mój młodszy brat, który zapowiedział się, że wpadnie po apaszkę do swojego przebrania sylwestrowego, gdyby nie udało mu się nigdzie podobnej zdobyć. Szłam dalej, udając, że go nie słyszę. Chciałam zrobić mu psikusa — wbiec na klatkę schodową i zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.

Nie zdążyłam, bo nagle ten ktoś rzucił mi się na plecy i mocno chwycił za ramiona. Odwróciłam się ze śmiechem, ciągle myśląc, że to brat. Gdy zobaczyłam wysokiego mężczyznę i zupełnie obcą twarz, przez ułamek sekundy pomyślałam, że pomylił mnie z kimś innym i zaraz mnie puści. Ale nie. Chwycił mnie jeszcze mocniej i uniósł do góry, chcąc zanieść do klatki schodowej — nie do mojej, tylko do poprzedniej.

Wtedy zorientowałam się już, że grozi mi niebezpieczeństwo, choć nie wiedziałam jeszcze jakie. Dostałam szoku. Nie umiem sobie przypomnieć, jak z nim walczyłam, jak długo to trwało, czy wzywałam pomocy. Wydawało mi się, że krzyczę na całe gardło… a może tylko mi się wydawało, bo nikt nie przyszedł mi z pomocą. Do dziś pamiętam natomiast jego przeraźliwe charczenie — jak rozwścieczonego, dzikiego zwierzęcia.

Gdy wciągnął mnie do klatki i znaleźliśmy się na schodach prowadzących w dół do piwnicy, zobaczyłam przed oczami obraz moich ukochanych, malutkich dzieci. I to chyba sprawiło, że dostałam nadludzkich sił. Szamocząc się z nim na schodach, musiałam zadać mu silny cios — może w genitalia, nie wiem — bo nagle mnie puścił i z sykiem zgiął się wpół.

Wykorzystałam ten moment i uciekłam. Dopiero w mieszkaniu uświadomiłam sobie, co się właściwie wydarzyło. Jak się tam znalazłam — nie pamiętam. Dostałam ataku nerwowego — mój mąż i koleżanka z pracy, która na mnie czekała, nie mogli mnie uspokoić. Cała się trzęsłam, nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Wreszcie dostałam spazmów. Na szczęście dzieci były u babci i mnie w takim stanie nie widziały.

Dopiero gdy zadzwonił telefon, zaczęłam dochodzić do siebie. Przyjaciele ze szkoły pytali, czemu nie witam gości. Moje poczucie obowiązku chyba wzięło górę nad emocjami, bo zdołałam, choć nieskładnie, opowiedzieć, co mi się przytrafiło. Byli zszokowani i oburzeni, chcieli natychmiast zawiadomić milicję. Powstrzymałam ich, wiedząc, że wtedy zabawa sylwestrowa przepadnie, a ja i tak nie wiedziałam, kim był napastnik. Myślałam, że to jakiś psychicznie chory człowiek, nieodpowiedzialny za swoje czyny.

Wysłałam męża z kluczami do szkoły, aby otworzył gościom aulę, a sama, przy pomocy koleżanki, zaczęłam dochodzić do siebie. Zdjęłam wreszcie futerko — wcześniej nikomu nie pozwalałam nawet mnie dotknąć. Nadawało się już tylko do wyrzucenia — zupełnie potargane, cała została tylko podszewka. Gdy zdjęłam sweter, koleżanka pobladła. Moje plecy i ramiona były całe czerwone od obtarć. A kiedy zobaczyłam siebie w lustrze, sama się przestraszyłam: blada twarz, rozmazany makijaż, przekrwione oczy, fryzura zniszczona — włosy sterczące jak irokez.

Nie miałam jednak czasu się rozczulać. Wskoczyłam pod prysznic. Po godzinie byłam gotowa: nowa fryzura, makijaż, sylwestrowy strój. Po półtorej godziny stałam już w drzwiach pięknie wystrojonej szkolnej auli. Znów byłam sobą. Przyjaciele przywitali mnie owacją na stojąco.

Zdjęcie z ówczesnego Sylwestra.

Jak widać, bawiłam się świetnie — nie tylko dlatego, że nie byłam do końca świadoma niebezpieczeństwa, które mi groziło kilka godzin wcześniej, ale przede wszystkim dlatego, że chciałam jak najszybciej zapomnieć o traumatycznych przeżyciach.


HKCz 
12.08.2009

Dopisek z dnia 20.05.2025

Okazało się, że to jeszcze nie koniec tej sprzed czterdziestu pięciu lat historii. Zupełnie przez przypadek natrafiłam na podcast kryminalny Michała Waleszczyńskiego, w którym opowiadał o „wampirze z Bytomia” — i doznałam szoku. W tym, co mówił, niemal wszystko pasowało do mojej historii: ten sam czas, ten sam wygląd mordercy-gwałciciela, ta sama metoda atakowania kobiet.

Mało tego — choć to już może przypadek — zamordował między innymi dziewczynkę o tym samym imieniu co moje. Jego żona również nosiła takie samo imię.

Znam już jego nazwisko. Widziałam jego twarz na zdjęciu. Czy poczułam ulgę?  Nie wiem. Staram się o tym nie myśleć. Wiem tylko jedno: najwyraźniej miałam jeszcze żyć. I za to — cokolwiek to było: przypadek, opatrzność, siła — jestem wdzięczna losowi.


środa, 5 września 2018

Tylko niektórzy lubią poezję

To prawda, tylko niektórzy. A dlaczego tylko niektórzy? Pewnie dlatego, że większość nie lubi się zastanawiać nad udziwnionym bardzo często zestawieniem słów poety. Nad tym, co chciał powiedzieć, używając takich, a nie innych ich połączeń. Ludziom po prostu szkoda czasu na zastanawianie się, co może symbolizować wg poety taka, czy inna rzecz, albo czemu tu użył przenośni, a czemu tu jest synekdocha, a tam zeugma. Toż to ogromny wysiłek tak się zastanawiać… i zastanawiać. A wyszukane metafory poety wielu ludzi po prostu irytuje.

Myślę, że dzieje się tak dlatego, ponieważ ludziom brakuje wyrobionej wrażliwości na poezję. Może to wina szkoły? Być może. Nie wiem, jak jest teraz, ale za moich czasów (za komuny), kiepsko było w szkole z tymi sprawami. Nauczyciel podczas analizowania wierszy z góry narzucał ich interpretację i wbijał uczniakom do głowy „wrażliwość na poezję” — według odgórnie zarządzonych ram. Nie dawał możliwości własnej interpretacji, na wyrobienie własnej wrażliwości. A wiadomo, jak przymus działa na naturę człowieka. Zwłaszcza na naturę młodego człowieka.

Niektórzy, choć za poezją nie przepadają, wiersze jednak czytają. Niektóre. Niektórzy nawet sami wiersze piszą. A w dzisiejszej dobie komputera takich ludzi co piszą namiętnie wiersze jest bardzo dużo. Piszą nawet ci, co pisać nigdy nie powinni. Rany, od takiej poezji broń nas Panie Boże! Można od niej „poezyjnego kociokwiku” dostać. Ci jednak piszą nadal, nie dopuszczając do siebie myśli, że:

Poezja to wielka sztuka...
Niektórzy tylko mogą jej podołać
Niektórzy tylko mogą ją zrozumieć
Niektórzy tylko mogą ją polubić.

A swoją drogą, pomijając już wszystko inne, myślę, że ludzie tak już po prostu mają, iż dzielą się na takich, co kochają poezję, i na takich, co jej nie kochają. Co najwyżej, lubią… Czasami. I nie ma na to rady.

Wiersz naszej noblistki Wisławy Szymborskiej pt. „Niektórzy lubią poezję”, jest niejako odpowiedzią na taki stan rzeczy. W wierszu tym poetka przedstawia swoje refleksje związane z odbiorem poezji przez czytelników. Tylko tyle… i aż tyle.

Niektórzy lubią poezję

Niektórzy-
czyli nie wszyscy.
Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.

Lubią-
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.

Poezje-
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy.


To co to takiego w końcu ta poezja? Myślę, że każdy sam powinien sobie na to pytanie odpowiedzieć… i trzymać się tego, no może nie jak „zbawiennej poręczy”, ale jak czegoś interesującego. A może też i bardzo przyjemnego?

Jest też jeszcze poezja bez słów, milcząca, zawarta w obrazach. Już starożytny grecki poeta Simonides, mawiał: Malarstwo jest milczącą poezją, a poezja — mówiącym malarstwem”.

***
Wiele poezji jest też zawartej w różnych pięknych widokach. I tych widzianych na żywo, i tych uwiecznionych fotkami. O, chociażby jak na tej fotce:


Lewitujące drzewo... I żaden to fotomontaż. Widoczek ten uchwyciłam z pozycji
 horyzontalnej na wędrówce po górach, kiedy to potknęłam się o wystający
 korzeń i wyrżnęłam jak długa. Jestem tym widoczkiem zachwycona…
Jest dla mnie czystą poezją.  

Wrona bez ogona?

— Kra, krra, krrra!!! — zakrakała wrona.  
— Kto powiedział, że nie mam ogona? 
Niech lepiej zamknie swój wstrętny dziób, 
Bo zaraz będzie mój największy wróg!


I jeszcze coś tam zakrakała…
I fruuu… na drzewo poleciała.
Siedzi na drzewie i spod oka
Spogląda wzburzona z wysoka.

Nikt Wrony się jednak nie wystraszył,
Każdy zajęty sobą w gnieździe się zaszył.
— To z tchórzostwa — Wrona pomyślała.
— A nuże, tchórze! — wesoło zakrakała.

— Kto powiedział, że nie mam ogona?!
— Jeszcze raz głośno zakrakała ona
I zrobiła minę niczym obrażona dama…

Och Wrono, nikt nie powiedział… To ty sama!


poniedziałek, 3 września 2018

Blogowy ekshibicjonizm

Wiele w tym prawdy, blogowanie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem. Duchowym. Niekiedy nazywane jest także, tak bardziej naukowo (i łagodniej) — nowoczesną psychoterapią. I tę właśnie nazwę wolę. Pewnie dlatego, że sam termin „ekshibicjonizm” nie kojarzy się dobrze.

Dawniej, kiedy przyszła moda na blogowanie, takie wrażenie właśnie odnosiłam, że prowadzenie bloga to przejaw ekshibicjonizmu. No, może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale w jego wysublimowanej formie. Wtedy mi na myśl nawet nie przyszło, że kiedyś i ja sama zacznę prowadzić bloga. Zaczęłam. A zaczęłam za namową mojej dawnej koleżanki, w celu propagowania naszej wspólnej witryny literackiej. Szybko jednak polubiłam prowadzenie bloga... i lubię do dziś. Bo jakby nie patrzeć, blogowanie to fajna rzecz. Pomaga uporządkować myśli, emocje, nazwać je, i wyrzucić je z siebie, dzieląc się nimi z innymi. Mnie osobiście pozwala również utrzymać kontakty z ludźmi z Polski. A to dla mnie, emigrantki, bardzo ważne. Dzięki komentarzom do moich wpisów mogę się też wiele dowiedzieć o życiu w Polsce, a także o tym, jak czytelnicy odbierają moje poglądy na rzeczy ważne, i mniej ważne. Wiele miłych kontaktów nawiązałam też dzięki mojemu blogowi. Niektóre z nich przerodziły się w przyjaźń. Wprawdzie tylko wirtualną, ale przecież też bardzo cenną. Prowadzenie bloga pozwala mi także na zaprezentowanie swoich tekstów, które wg kategorii publikuję od czasu do czasu.

Prowadzenie bloga to wspaniała rzecz. Kto prowadzi własny blog, z pewnością przyzna mi rację. Jeszcze do niedawna ludzie pisali pamiętniki, albo dzwonili do swoich przyjaciół, by podzielić się z nimi opowieściami o swoim życiu. Teraz, o tym, co nas cieszy, irytuje, niepokoi, czy też bawi, możemy pisać na blogach. No i piszemy. A piszemy mile podekscytowani, ponieważ mamy świadomość, że nie tylko znajomi przeczytają nasze „myśli”, bo także i wielu nieznajomych czytelników. To miłe wiedzieć, że czytelnicy znajdują na naszym blogu coś dla siebie, coś, co ich wzruszy, pomoże, rozbawi. I że ciągle wracają. To dla nas, prowadzących blogi, z pewnością największa nagroda za trud blogowania. A o tym, że zostaliśmy nagrodzeni, świadczą komentarze pozostawione przez czytelników. A także linkowanie naszych wpisów przez administratorów serwisów blogowych na stronie głównej portalu.

Dostaję bardzo dużo komentarzy. W większości są one pochlebne, ale zdarzają się też komentarze bardzo krytyczne, niektóre wręcz obraźliwe. Dotyczą one jedynie moich wpisów na tematy polityczne. Bo ja, czasami, jak mnie poniesie, biorę się też i za politykę. A co! Polką jestem, i to, co się dzieje w Polsce, żywo mnie interesuje. Polityka także. A w Polsce, w ostatnich latach, to główny temat, no to jak mi się nie odnieść i do niej? Kiedyś ktoś napisał mi w komentarzach (oprócz steku wyzwisk), że skoro wyjechałam z Polski, to nie mam prawa zabierać głosu w sprawie polityki w Kraju. No coś takiego! A niby to dlaczego? Wiele razy spotkałam się z opinią, że Polacy za granicą są bardziej polscy niż Polacy w Kraju. Myślę, że wiele w tym prawdy. W wielu też przypadkach więcej wiedzą o sytuacji w Polsce. Na każdy tego typu komentarz, nawet najbardziej obraźliwy, zawsze odpisuję, broniąc swoich poglądów. Niestety, z drugiej strony — już tylko milczenie. Widocznie autorowi komentarza wystarcza, że nazdał mi jak „świni w koryto”... i zniknął, nie odczuwając potrzeby dyskusji. A może z braku argumentów? Nie przejmuję się takimi komentarzami, i dalej od czasu do czasu piszę na temat polityki i swoich politycznych poglądów.

W Internecie można znaleźć wiele interesujących blogów, o różnorodnej tematyce, do których zawsze się powraca. Są też czasami interesujące wpisy, które jak wspominałam, administratorzy serwisów blogowych linkują na swojej stronie głównej. Są też i takie blogi, które czytając, można być zszokowanym, jak piszące je osoby nie mają oporów, by opisywać swoje najintymniejsze strony życia. Piszą z detalami o tzw. sprawach łóżkowych, o zdradzie, depresji, problemach w pracy... Traktują bloga tak, jak przez setki lat traktowano pamiętnik, jako powiernika, przed którym można się wypłakać, nie cenzurując swoich wypowiedzi i nie martwiąc się, jak zostaną zrozumiane. Pewnie stąd się wzięło to określenie „ekshibicjonizm blogowy”. Psycholodzy to zresztą potwierdzają, mówiąc o XXI wieku, jako wieku ekshibicjonizmu.

Wprawdzie nie ma reguły, ani obowiązku, aby prowadzący blog musiał się wywnętrzać, z detalami opisywać swoją prywatność. Jednak wielu blogowiczów tak robi. Podziwiam ich „odwagę”. Współczuję zaś tym, którzy obnażają się na blogu z życia prywatnego, opisując je dzień po dniu, a potem cierpią z powodu krytyki czytelników, czując się niezrozumianym. Czasami się tłumaczą, czasami obrażają i usuwają komentarze. Takie blogi bywają jednak bardzo poczytne. Nic dziwnego, wszak wielu ludzi, to co interesuje najbardziej, jest czyjeś życie. A że czytanie blogów, to trochę tak, jak zaglądanie do sąsiadów przez dziurkę od klucza... ha, dodatkowo za ich zgodą, takie blogi są chętnie odwiedzane.

Moim zdaniem, każdy powinien znać umiar i nie przesadzać ze swoim wywnętrzaniem się na forum publicznym. Powinien znać także granice własnej wrażliwości, by później nie cierpieć z powodu krytycznych komentarzy czytelników. Każdy z nas, swoją intymną sferę życia, powinien zachować tylko dla siebie, do której innym wara. Nie można przecież pozwolić, żeby każdy, kto tylko zechce, właził w naszą intymność z przysłowiowymi buciorami. Nawet anonimowi blogowicze powinni o tym pamiętać. Chociażby po to, aby ich blog nie stał się niesmacznym, czasami wręcz wyuzdanym blogiem. Taki blog nikomu i niczemu nie służy, a jedynie świadczy o niskiej kulturze osobistej autora blogu.


Witamy nowych przedszkolaków

 

Hejże, „wy nowi”, chodźcie tu do nas...

Chłopczyku, dziewczynko, wołamy was!

Wita was całe przedszkole nasze,

Które od dzisiaj — będzie też wasze.


A że przedszkole — to właśnie my,

Bawmy się razem… więc zapraszamy!

Zabawki różne na nas czekają…

Już nas do siebie szeptem wołają.


Książeczki także mamy ciekawe,

A w nich piękny świat, przygody klawe.

Będziemy śpiewać i tańczyć cudnie.

Razem nie będzie nam nigdy nudnie.


Możemy się bawić też i w ogrodzie.

Hasać tam wesoło przy pięknej pogodzie;

Stawiać w piaskownicy duże zamki z piasku;

Zażywać kąpieli w słoneczka blasku.


Tam huśtać się może też każdy z nas.

Wysoko, coraz wyżej... przez długi czas.

Może też wpaść na nasze boisko.

Kto lubi sport, znajdzie tam wszystko.


Nasze przedszkole jest dla nas wspaniałe.

I my to wiemy, przedszkolaki małe.

Dlatego kochamy to miejsce nasze,

Które od dzisiaj — jest też i wasze!

 
 

(to fragment wierszyka z mojego opowiadania dla dzieci 
pt. „Marek i Jarek witają nowych kolegów”).


Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo. 


Marek i Jarek witają nowych kolegów - to opowiadanie dla dzieci i rodziców, mówiące o wesołych perypetiach dwóch braci związanych z przygotowaniami do uroczystego przywitania nowych przedszkolaków. Chłopcy bardzo się cieszą, że do ich grupy „straszaków” dojdą nowe dzieci . Tylko czasami trudno im się porozumieć w niektórych ważnych kwestiach związanych ze sposobem ich przywitania. Głównie szło o czerwoną różę. Różę, która będzie chłopców prześladować od pierwszych stron opowiadania. I nie tylko chłopców. Kogo jeszcze?

Kanonier z przypadku

Z cyklu: - „Świat przygód”
(fragment "Narzuconej autobiografii Halszki")


Wakacje jak zwykle minęły w kosmicznym tempie i już jestem w czwartej klasie. Zaraz na początku roku szkolnego profesor przysposobienia wojskowego, a nasz wychowawca, zorganizował dla nas wycieczkę do Jednostki Wojskowej w Kędzierzynie-Koźlu. Profesor był naszym wychowawcą już od III klasy. Byłyśmy bardzo oburzone tą zamianą wychowawców. Tym bardziej, że profesor od PW ni jak nie pasował nam do naszego wyobrażenia o prawdziwym mężczyźnie. Niby żołnierz, a taki niedorobiony. Małe to to, brzydkie i chude…. A krzykliwe, że nie daj Bóg! I ciągle latał z papierosiskiem w zębach.
Byłyśmy okrutnie zawiedzione. No ale cóż, wpływu na tę zamianę i tak nie miałyśmy, więc trzeba nam było się z nią pogodzić, i tę chudzinę, profesora, zaakceptować. Mus! Po prostu mus. Mało atrakcyjne więc były te nasze lekcje z profesorem. Musiałyśmy jednak zagryźć zęby, i dla naszego dobra, nauczyć się okazywać szacunek dla wrzaskliwego profesora-żołnierza o posturze kurczaka. Na ile było to możliwe.
Nie dla każdej z nas było to jednak możliwe. Na przykład dla Marysi, po pewnym wydarzeniu na lekcji przysposobienia wojskowego, przestało to być możliwe. Bo też to, co się na lekcji wydarzyło, miało prawo taką możliwość jej z głowy wybić.
A było to tak: Kiedy na jednej z lekcji przysposobienia wojskowego ćwiczyłyśmy pod salą gimnastyczną strzelanie z KBKS-u (na sucho oczywiście, bez nabojów), i leżąc na kocach, uczyłyśmy się celowania do tarczy, Marysia, stojąc z KBKS-em w ręku, i czekając na swoją kolejkę, ni stąd, ni zowąd, dla żartów, lufą karabinu zaczęła okładać leżącą Lucynę po pupie. Gdy zobaczył to profesor, jak oszalały podskoczył do niej, i najnormalniej w świecie, strzelił ją w twarz, wrzeszcząc przy tym okrutnie:
Aby mi to było ostatni raz, że któraś z was celuje do człowieka! Ile razy mam wam o tym przypominać?!... A niech to szlag, co za kretynka!
Wśród nas zapanowała, delikatnie mówiąc, konsternacja. Marysia przez moment też w niej trwała, ale wnet obróciła się na pięcie, i bez słowa opuściła „plac boju”. Biedna Marysia, na pewno było to dla niej straszne, taki znienacka piątak na twarzy. Na pewno do dziś go pamięta. No i chcąc nie chcąc, profesora również. Niedługo też po tym incydencie wyjechała do Niemiec. Trudno mi teraz odgadnąć, czy ten incydent z piątakiem na jej twarzy zaważył nad podjęciem takiej decyzji, ale fakt faktem, Marysia już więcej do szkoły nie przyszła.
No ale wracam do naszej wycieczki do Kędzierzyna. Do Jednostki Wojskowej dotarłyśmy w wyśmienitych humorach i zaciekawione weszłyśmy na jej teren. Wśród żołnierzy zapanowała euforia. Zewsząd dały się słyszeć poświstywania i pogwizdywania. Powodzenie miałyśmy, że ho, ho! Nawet profesorowi to podniecenie żołnierzy się udzieliło, i też co rusz, pogwizdywał, albo rechotał na przemian. Na terenie jednostki, wśród żołnierzy, poczuł się prawdziwym żołnierzem. Kiedy dotarliśmy na poligon wojskowy, duża grupa żołnierzy ćwiczyła strzelanie z dział armatnich. Na nasz widok żołnierze przestali strzelać, a zaczęli, podobnie jak ich koledzy z koszar, poświstywać i pogwizdywać. Wtedy ich dowódca z uśmiechem podszedł do nas i zawołał:
Witam was miłe panienki na naszym placu boju! Widzę, że podoba wam się u nas, bo wszystkie takie uśmiechnięte jesteście. To świetnie!... A może któraś z was zechciałaby na ochotnika strzelić z haubicy?
Dziewczyny w pisk, a profesor się speszył, i drapiąc się zawzięcie za uchem, wydukał:
A nie, panie kapitanie, takie działo to zbyt poważna rzecz dla dziewczyn. Dla niejednej z nich, strzelanie z KBKS-u jest wielkim wyzwaniem… To odpada… to odpada, panie kapitanie!
Kiedy usłyszałam słowa profesora, to aż mną zatelepało, i to tak bardzo, i tak skutecznie, że komentując głośno jego słowa, od razu zgłosiłam się na ochotnika.
Profesor, widząc że nie żartuję, pokraśniał jak dziewica, a dziewczyny zaczęły jeszcze bardziej piszczeć. Dowódca zaś podszedł do mnie, i zdjąwszy mi płaszcz, zaprowadził do jednego z dział. Żołnierze ze szczęśliwymi minami zrobili mi miejsce, wyjaśnili jak się strzela, i jak się trzeba przy dziale zachowywać. Nie powiem, miałam trochę tremy, ale nie zamierzałam się wycofywać. Po krótkiej chwili, przyuczona odpowiednio, przymierzałam się już do strzału z haubicy. Dowódca rzucił rozkaz:
Ładuj!
Jeden z żołnierzy załadował pocisk. Dowódca krzyknął:
Celuj!
Drugi żołnierz wycelował lufę. Dowódca krzyknął:
Paaaal!!!
A wtedy ja, zaparłam się nogami, i z całych sił pociągnęłam za linę odpalającą pocisk armatni… Ale się wtedy działo… A że działo to armata, armatniało się jak nie wiem co! Tym bardziej, że po moim wystrzale poszła w niebo cała salwa armatnia z innych dział.
Dziewczyny w oddali piszczały jak oszalałe. Profesor Dziekan, stojący nieopodal, aż pokraśniał i napęczniał w wyniku rozpierającej go dumy. Żołnierze z zachwytu bili brawo. Dowódca, rechocząc, poklepywał mnie po plecach. Pewnie też z zachwytu. A ja? Ja byłam też zachwycona. Ba, chyba nawet szczęśliwa… Ale głucha jak pień. A czemu byłam głucha? Pojęcia nie mam. Przecież pamiętałam, aby przy odpaleniu działa szeroko rozdziawić swą szanowną buziunię… Ale fajnie było, nie powiem! Chociaż głucha chodziłam jeszcze i przez parę ładnych godzin. Nawet kiedy wieczorem wracaliśmy pociągiem z wycieczki do domu, ciągle jeszcze miałam przytępiony słuch. Tak że kiedy opowiadałyśmy sobie wśród naszych dziewcząt wrażenia z poligonu wojskowego, by coś usłyszeć, dobrze musiałam uszu nastawiać. Nie cierpiałam jednak z tego powodu. Wręcz przeciwnie, bo jak się niebawem okazało, ta moja głuchota mi się nawet przydała. Jak to możliwe? Już wyjaśniam.
Kiedy tak sobie opowiadałyśmy i śmiałyśmy się, dosiadł się do nas taki facet, który od jakiegoś już czasu, ciągle próbował mnie poderwać, a którego nie znosiłam od pierwszych dni moich dojazdów do szkoły. A nie znosiłam go za pewien jego komentarz pod moim adresem. Jak dziś pamiętam, że kiedy na początku pierwszej klasy jechałam do szkoły zatłoczonym jak zwykle pociągiem, stałam z kilkoma koleżankami tuż obok tego faceta. Byłam wtedy jeszcze bardzo zahukana, zakompleksiona, wylękniona moją nową sytuacją, i bardzo wrażliwa na każde złe słowo. A ten facet, stojąc ze swoim kolegą przy mnie, popalał sobie papierosa, i dmuchał mi prosto w twarz. Nagle papieros wyleciał mu z ręki i spadł na podłogę. Facet rozpychając nas na boki, schylił się, i chwilę w takiej schylonej pozycji pozostał. Wreszcie się podniósł, i z papierosem w zębach, wyrechotał do kolegi:
Cha, cha, cha…! Ty, ta mała ma nogi jak dwa giewonty!
Myślałam wtedy, że spłonę ze wstydu. Taka zniewaga! W szkole na wszystkich lekcjach siedziałam jak struta. Cały czas dumałam, co mam zrobić, aby nabrać choć trochę ciała, i żeby moje nogi nie były takie chude. Dumałam i dumałam, no i wydumałam. Kiedy tylko przyjechałam ze szkoły do domu, zaraz pobiegłam do apteki i kupiłam sobie ćwiartkową butelkę tranu. Uradowana ze swojego pomysłu, z butelką za pazuchą, przybiegłam do domu. Schowałam się w spiżarce, i w ukryciu (coby nikt kuracji mojej nie wyśmiał), wypiłam całą jej zawartość na eks. A co, miałam sobie łyżeczką dozować? Jak już, to najlepiej iść na całość… i szybciej nabrać ciała. Po paru minutach, myślałam, że umrę. Jak mi było niedobrze! Brzuch mi napęczniał i zrobił się ciężki niczym ołów. A do tego wszystkiego, cały czas odbijało mi się tym wstrętnym tranem. Jeszcze i przez parę dni tą ohydą mi się odbijało. Pomna tych doświadczeń z tranem i facetem w tle, miałam nagle mizdrzącego się do mnie faceta przed sobą. Dobrze, że dzięki przytępionemu słuchowi, nie słyszałam co do mnie mówił, szybciej więc mogłam zdobyć się na odwagę i wywrzeszczeć mu prosto do ucha:
Weź się stary odpieprz ode mnie, bo jak nie, będziesz miał z siłą wyższą do czynienia!
Facet zdębiał. Dziewczyny w ryk. A ja puściłam facetowi jeszcze nad wyraz udaną małpią minę, i odwróciłam się do okna. Wtedy facet zmył się natychmiast. Ale zanim się zmył, usłyszał jeszcze Elę. Nawet ja ją dokładnie usłyszałam, bo Ela tuż nad moją głową krzyknęła w jego kierunku:
Ty, uważaj, i nawet do takiej nie startuj, bo ona z haubicy strzela i może ci coś ustrzelić… Ja… ja… ja ci dobrze radzę, zostaw ją w spokoju!

No i faceta miałam z głowy raz na zawsze. Nie wiem, czy tak się przejął tą siłą wyższą, czy haubicą, ale fakt faktem, od tej pory dał mi spokój. Ha, nawet zaczął mnie unikać. To i dobrze! Bo wkurzona byłam na niego okrutnie. Bo co se facet tak w ogóle myślał? Uderzać do mnie? Nie dość, że stare to to, to jeszcze jakieś takie niechlujne, niedomyte, i do tego śmierdzące… tranem.