INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
piątek, 7 września 2018
Pokomunijne refleksje
czwartek, 6 września 2018
Bliskie spotkanie z mordercą-gwałcicielem
Niedawno wpadła mi w ręce polska gazeta, w której zainteresował mnie artykuł z cyklu „Z kronik kryminalnych”. W trakcie czytania serce mi nagle zamarło, bo po tylu latach dowiedziałam się, że już dawno powinnam nie żyć. Otóż czytając artykuł, natrafiłam na fragment zeznań jednego z młodych seryjnych morderców-gwałcicieli, który grasował w latach 70./80. na Śląsku.
Morderca ten w swoich zeznaniach przyznał się do pięciu gwałtów i morderstw — wszystkie według tej samej metody. W ciemnościach atakował kobiety w zaułkach, zaciągał je do pobliskich piwnic, tam mordował, a następnie gwałcił. Zeznał też, że kiedy był na „gościnnych występach” w mieście, w którym ja mieszkałam, podał dokładną datę oraz opis ulicy. Dodał również, że „z jedną mu nie wyszło”, bo okazała się zbyt silna fizycznie. Po przeczytaniu tego artykułu przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie.
Przecież to straszne — dowiedzieć się nagle, z kim miało się do czynienia i jakie niebezpieczeństwo mi wówczas groziło. Nawet sobie przez te wszystkie lata nie zdawałam sprawy, że żyję tylko dlatego, że się nie dałam… mordercy-gwałcicielowi.
A było to tak:
Był ostatni dzień 1980 roku. Sylwester. W Szkole Mistrzostwa Sportowego, w której pracowałam, organizowałam zabawę sylwestrową. Tym razem padło na mnie. Wszystko było przygotowane — zapięte na ostatni guzik. Miałam dla siebie zaledwie trzy godziny, by się przygotować do otwarcia imprezy. Pobiegłam więc do fryzjera na umówiony wcześniej termin. Kiedy wychodziłam z salonu, było już całkiem ciemno — około godziny 18.
Śpieszyłam się, by jak najszybciej przebrać się w strój wieczorowy i pojechać do szkoły. Chciałam jeszcze raz wszystkiego doglądnąć, aby o godzinie 20 przywitać pierwszych gości. Salon fryzjerski mieścił się w pobliżu mojego domu. Około 50 metrów dzieliło mnie od przydomowego podwórka.
Szłam już wzdłuż budynku, kiedy nagle za plecami usłyszałam, że ktoś biegnie. Pomyślałam, że to z pewnością mój młodszy brat, który zapowiedział się, że wpadnie po apaszkę do swojego przebrania sylwestrowego, gdyby nie udało mu się nigdzie podobnej zdobyć. Szłam dalej, udając, że go nie słyszę. Chciałam zrobić mu psikusa — wbiec na klatkę schodową i zatrzasnąć mu drzwi przed nosem.
Nie zdążyłam, bo nagle ten ktoś rzucił mi się na plecy i mocno chwycił za ramiona. Odwróciłam się ze śmiechem, ciągle myśląc, że to brat. Gdy zobaczyłam wysokiego mężczyznę i zupełnie obcą twarz, przez ułamek sekundy pomyślałam, że pomylił mnie z kimś innym i zaraz mnie puści. Ale nie. Chwycił mnie jeszcze mocniej i uniósł do góry, chcąc zanieść do klatki schodowej — nie do mojej, tylko do poprzedniej.
Wtedy zorientowałam się już, że grozi mi niebezpieczeństwo, choć nie wiedziałam jeszcze jakie. Dostałam szoku. Nie umiem sobie przypomnieć, jak z nim walczyłam, jak długo to trwało, czy wzywałam pomocy. Wydawało mi się, że krzyczę na całe gardło… a może tylko mi się wydawało, bo nikt nie przyszedł mi z pomocą. Do dziś pamiętam natomiast jego przeraźliwe charczenie — jak rozwścieczonego, dzikiego zwierzęcia.
Gdy wciągnął mnie do klatki i znaleźliśmy się na schodach prowadzących w dół do piwnicy, zobaczyłam przed oczami obraz moich ukochanych, malutkich dzieci. I to chyba sprawiło, że dostałam nadludzkich sił. Szamocząc się z nim na schodach, musiałam zadać mu silny cios — może w genitalia, nie wiem — bo nagle mnie puścił i z sykiem zgiął się wpół.
Wykorzystałam ten moment i uciekłam. Dopiero w mieszkaniu uświadomiłam sobie, co się właściwie wydarzyło. Jak się tam znalazłam — nie pamiętam. Dostałam ataku nerwowego — mój mąż i koleżanka z pracy, która na mnie czekała, nie mogli mnie uspokoić. Cała się trzęsłam, nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Wreszcie dostałam spazmów. Na szczęście dzieci były u babci i mnie w takim stanie nie widziały.
Dopiero gdy zadzwonił telefon, zaczęłam dochodzić do siebie. Przyjaciele ze szkoły pytali, czemu nie witam gości. Moje poczucie obowiązku chyba wzięło górę nad emocjami, bo zdołałam, choć nieskładnie, opowiedzieć, co mi się przytrafiło. Byli zszokowani i oburzeni, chcieli natychmiast zawiadomić milicję. Powstrzymałam ich, wiedząc, że wtedy zabawa sylwestrowa przepadnie, a ja i tak nie wiedziałam, kim był napastnik. Myślałam, że to jakiś psychicznie chory człowiek, nieodpowiedzialny za swoje czyny.
Wysłałam męża z kluczami do szkoły, aby otworzył gościom aulę, a sama, przy pomocy koleżanki, zaczęłam dochodzić do siebie. Zdjęłam wreszcie futerko — wcześniej nikomu nie pozwalałam nawet mnie dotknąć. Nadawało się już tylko do wyrzucenia — zupełnie potargane, cała została tylko podszewka. Gdy zdjęłam sweter, koleżanka pobladła. Moje plecy i ramiona były całe czerwone od obtarć. A kiedy zobaczyłam siebie w lustrze, sama się przestraszyłam: blada twarz, rozmazany makijaż, przekrwione oczy, fryzura zniszczona — włosy sterczące jak irokez.
Nie miałam jednak czasu się rozczulać. Wskoczyłam pod prysznic. Po godzinie byłam gotowa: nowa fryzura, makijaż, sylwestrowy strój. Po półtorej godziny stałam już w drzwiach pięknie wystrojonej szkolnej auli. Znów byłam sobą. Przyjaciele przywitali mnie owacją na stojąco.
Jak widać, bawiłam się świetnie — nie tylko dlatego, że nie byłam do końca świadoma niebezpieczeństwa, które mi groziło kilka godzin wcześniej, ale przede wszystkim dlatego, że chciałam jak najszybciej zapomnieć o traumatycznych przeżyciach.
Dopisek z dnia 20.05.2025
Okazało się, że to jeszcze nie koniec tej sprzed czterdziestu pięciu lat historii. Zupełnie przez przypadek natrafiłam na podcast kryminalny Michała Waleszczyńskiego, w którym opowiadał o „wampirze z Bytomia” — i doznałam szoku. W tym, co mówił, niemal wszystko pasowało do mojej historii: ten sam czas, ten sam wygląd mordercy-gwałciciela, ta sama metoda atakowania kobiet.
Mało tego — choć to już może przypadek — zamordował między innymi dziewczynkę o tym samym imieniu co moje. Jego żona również nosiła takie samo imię.
Znam już jego nazwisko. Widziałam jego twarz na zdjęciu. Czy poczułam ulgę? Nie wiem. Staram się o tym nie myśleć. Wiem tylko jedno: najwyraźniej miałam jeszcze żyć. I za to — cokolwiek to było: przypadek, opatrzność, siła — jestem wdzięczna losowi.
środa, 5 września 2018
Tylko niektórzy lubią poezję
Nawet nie większość wszystkich ale mniejszość.
Nie licząc szkół, gdzie się musi,
i samych poetów,
będzie tych osób chyba dwie na tysiąc.
Lubią-
ale lubi się także rosół z makaronem,
lubi się komplementy i kolor niebieski,
lubi się stary szalik,
lubi się stawiać na swoim,
lubi się głaskać psa.
Poezje-
tylko co to takiego poezja.
Niejedna chwiejna odpowiedź
na to pytanie już padła.
A ja nie wiem i nie wiem i trzymam się tego
jak zbawiennej poręczy.
horyzontalnej na wędrówce po górach, kiedy to potknęłam się o wystający
korzeń i wyrżnęłam jak długa. Jestem tym widoczkiem zachwycona…
Jest dla mnie czystą poezją.
Wrona bez ogona?
Och Wrono, nikt nie powiedział… To ty sama!
poniedziałek, 3 września 2018
Blogowy ekshibicjonizm
Wiele w tym prawdy, blogowanie jest pewnego rodzaju ekshibicjonizmem. Duchowym. Niekiedy nazywane jest także, tak bardziej naukowo (i łagodniej) — nowoczesną psychoterapią. I tę właśnie nazwę wolę. Pewnie dlatego, że sam termin „ekshibicjonizm” nie kojarzy się dobrze.
Dawniej, kiedy przyszła moda na blogowanie, takie wrażenie właśnie odnosiłam, że prowadzenie bloga to przejaw ekshibicjonizmu. No, może nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale w jego wysublimowanej formie. Wtedy mi na myśl nawet nie przyszło, że kiedyś i ja sama zacznę prowadzić bloga. Zaczęłam. A zaczęłam za namową mojej dawnej koleżanki, w celu propagowania naszej wspólnej witryny literackiej. Szybko jednak polubiłam prowadzenie bloga... i lubię do dziś. Bo jakby nie patrzeć, blogowanie to fajna rzecz. Pomaga uporządkować myśli, emocje, nazwać je, i wyrzucić je z siebie, dzieląc się nimi z innymi. Mnie osobiście pozwala również utrzymać kontakty z ludźmi z Polski. A to dla mnie, emigrantki, bardzo ważne. Dzięki komentarzom do moich wpisów mogę się też wiele dowiedzieć o życiu w Polsce, a także o tym, jak czytelnicy odbierają moje poglądy na rzeczy ważne, i mniej ważne. Wiele miłych kontaktów nawiązałam też dzięki mojemu blogowi. Niektóre z nich przerodziły się w przyjaźń. Wprawdzie tylko wirtualną, ale przecież też bardzo cenną. Prowadzenie bloga pozwala mi także na zaprezentowanie swoich tekstów, które wg kategorii publikuję od czasu do czasu.
Prowadzenie bloga to wspaniała rzecz. Kto prowadzi własny blog, z pewnością przyzna mi rację. Jeszcze do niedawna ludzie pisali pamiętniki, albo dzwonili do swoich przyjaciół, by podzielić się z nimi opowieściami o swoim życiu. Teraz, o tym, co nas cieszy, irytuje, niepokoi, czy też bawi, możemy pisać na blogach. No i piszemy. A piszemy mile podekscytowani, ponieważ mamy świadomość, że nie tylko znajomi przeczytają nasze „myśli”, bo także i wielu nieznajomych czytelników. To miłe wiedzieć, że czytelnicy znajdują na naszym blogu coś dla siebie, coś, co ich wzruszy, pomoże, rozbawi. I że ciągle wracają. To dla nas, prowadzących blogi, z pewnością największa nagroda za trud blogowania. A o tym, że zostaliśmy nagrodzeni, świadczą komentarze pozostawione przez czytelników. A także linkowanie naszych wpisów przez administratorów serwisów blogowych na stronie głównej portalu.
Dostaję bardzo dużo komentarzy. W większości są one pochlebne, ale zdarzają się też komentarze bardzo krytyczne, niektóre wręcz obraźliwe. Dotyczą one jedynie moich wpisów na tematy polityczne. Bo ja, czasami, jak mnie poniesie, biorę się też i za politykę. A co! Polką jestem, i to, co się dzieje w Polsce, żywo mnie interesuje. Polityka także. A w Polsce, w ostatnich latach, to główny temat, no to jak mi się nie odnieść i do niej? Kiedyś ktoś napisał mi w komentarzach (oprócz steku wyzwisk), że skoro wyjechałam z Polski, to nie mam prawa zabierać głosu w sprawie polityki w Kraju. No coś takiego! A niby to dlaczego? Wiele razy spotkałam się z opinią, że Polacy za granicą są bardziej polscy niż Polacy w Kraju. Myślę, że wiele w tym prawdy. W wielu też przypadkach więcej wiedzą o sytuacji w Polsce. Na każdy tego typu komentarz, nawet najbardziej obraźliwy, zawsze odpisuję, broniąc swoich poglądów. Niestety, z drugiej strony — już tylko milczenie. Widocznie autorowi komentarza wystarcza, że nazdał mi jak „świni w koryto”... i zniknął, nie odczuwając potrzeby dyskusji. A może z braku argumentów? Nie przejmuję się takimi komentarzami, i dalej od czasu do czasu piszę na temat polityki i swoich politycznych poglądów.
W Internecie można znaleźć wiele interesujących blogów, o różnorodnej tematyce, do których zawsze się powraca. Są też czasami interesujące wpisy, które jak wspominałam, administratorzy serwisów blogowych linkują na swojej stronie głównej. Są też i takie blogi, które czytając, można być zszokowanym, jak piszące je osoby nie mają oporów, by opisywać swoje najintymniejsze strony życia. Piszą z detalami o tzw. sprawach łóżkowych, o zdradzie, depresji, problemach w pracy... Traktują bloga tak, jak przez setki lat traktowano pamiętnik, jako powiernika, przed którym można się wypłakać, nie cenzurując swoich wypowiedzi i nie martwiąc się, jak zostaną zrozumiane. Pewnie stąd się wzięło to określenie „ekshibicjonizm blogowy”. Psycholodzy to zresztą potwierdzają, mówiąc o XXI wieku, jako wieku ekshibicjonizmu.
Wprawdzie nie ma reguły, ani obowiązku, aby prowadzący blog musiał się wywnętrzać, z detalami opisywać swoją prywatność. Jednak wielu blogowiczów tak robi. Podziwiam ich „odwagę”. Współczuję zaś tym, którzy obnażają się na blogu z życia prywatnego, opisując je dzień po dniu, a potem cierpią z powodu krytyki czytelników, czując się niezrozumianym. Czasami się tłumaczą, czasami obrażają i usuwają komentarze. Takie blogi bywają jednak bardzo poczytne. Nic dziwnego, wszak wielu ludzi, to co interesuje najbardziej, jest czyjeś życie. A że czytanie blogów, to trochę tak, jak zaglądanie do sąsiadów przez dziurkę od klucza... ha, dodatkowo za ich zgodą, takie blogi są chętnie odwiedzane.
Moim zdaniem, każdy powinien znać umiar i nie przesadzać ze swoim wywnętrzaniem się na forum publicznym. Powinien znać także granice własnej wrażliwości, by później nie cierpieć z powodu krytycznych komentarzy czytelników. Każdy z nas, swoją intymną sferę życia, powinien zachować tylko dla siebie, do której innym wara. Nie można przecież pozwolić, żeby każdy, kto tylko zechce, właził w naszą intymność z przysłowiowymi buciorami. Nawet anonimowi blogowicze powinni o tym pamiętać. Chociażby po to, aby ich blog nie stał się niesmacznym, czasami wręcz wyuzdanym blogiem. Taki blog nikomu i niczemu nie służy, a jedynie świadczy o niskiej kulturze osobistej autora blogu.
Witamy nowych przedszkolaków
Hejże, „wy nowi”, chodźcie tu do nas...
Chłopczyku, dziewczynko, wołamy was!
Wita was całe przedszkole nasze,
Które od dzisiaj — będzie też wasze.
A że przedszkole — to właśnie my,
Bawmy się razem… więc zapraszamy!
Zabawki różne na nas czekają…
Już nas do siebie szeptem wołają.
Książeczki także mamy ciekawe,
A w nich piękny świat, przygody klawe.
Będziemy śpiewać i tańczyć cudnie.
Razem nie będzie nam nigdy nudnie.
Możemy się bawić też i w ogrodzie.
Hasać tam wesoło przy pięknej pogodzie;
Stawiać w piaskownicy duże zamki z piasku;
Zażywać kąpieli w słoneczka blasku.
Tam huśtać się może też każdy z nas.
Wysoko, coraz wyżej... przez długi czas.
Może też wpaść na nasze boisko.
Kto lubi sport, znajdzie tam wszystko.
Nasze przedszkole jest dla nas wspaniałe.
I my to wiemy, przedszkolaki małe.
Dlatego kochamy to miejsce nasze,
Które od dzisiaj — jest też i wasze!
https://www.e-bookowo.pl/self-publishing/marek-i-jarek-witaja-nowych-kolegow.html


