To było wiele lat po tamtym Sylwestrze, gdy w ręce wpadła mi zwyczajna polska gazeta. Zwyczajna — dopóki nie otworzyłam działu „Z kronik kryminalnych”. Czytałam spokojnie, aż w pewnej chwili serce zatrzymało się jak zegar bez sprężyny. Z kilku zdań wynikało jasno, że według rachunku statystyki i losu powinnam już od dawna nie żyć.
Opis dotyczył młodego, seryjnego mordercy-gwałciciela grasującego na Śląsku w latach 70. i 80. Przyznał się do pięciu zbrodni. Wszystkie według tej samej, przerażająco chłodnej metody: noc, kobieta w zaułku, piwnica, śmierć — a potem profanacja ciała. Czytałam dalej, coraz wolniej, jakby litery zamieniały się w kamienie.
W pewnym momencie natrafiłam na opis wizyty „na gościnnych występach” w moim mieście. Dokładna data. Dokładny rys ulicy. I jedno zdanie, przez które wstrzymałam oddech: „Jedna była za silna”.
Kilka dni po lekturze chodziłam jak cień. Nagle zrozumiałam, kto wtedy był po drugiej stronie mojej bezradności. I że moja obecność na świecie nie jest oczywistością, lecz faktem cudem ocalałym z czyjejś decyzji, nieuwagi — albo mojej woli życia.
Nie wiedziałam przez te wszystkie lata, że żyję dlatego, że się nie dałam. Nie złodziejowi. Nie „wariatowi z podwórka”. Lecz mordercy-gwałcicielowi.
A było to tak:
Ostatni dzień 1980 roku pachniał mrozem i czymś na kształt nadziei, którą zwykle obiecuje człowiekowi kalendarz. W szkole mistrzostwa sportowego organizowałam zabawę sylwestrową. Tym razem to ja byłam za wszystko odpowiedzialna — a wszystko było już dopięte, jak się mówi, „na ostatni guzik”.
Zostały trzy godziny dla mnie. Fryzjer, szybki powrót, suknia, makijaż, uśmiech — gotowość do roli gospodyni. Salon znajdował się zaledwie kilkadziesiąt metrów od domu. Wyszłam w ciemność, która spadła na miasto nagle, jak kotara po ostatnim akcie.
Szłam wzdłuż budynku i usłyszałam za sobą kroki. Potem — bieg. Nie zlękłam się. Pomyślałam o bracie, który miał wpaść po apaszkę do przebrania. Chciałam mu zrobić niewinną psotę: wbiec do klatki i zatrzasnąć drzwi. Nie zdążyłam.
Ciężar spadł na moje plecy. Silne ręce zacisnęły się na ramionach. Odwróciłam się ze śmiechem — jeszcze wtedy śmiałam się do kogoś, kogo wzięłam za brata. Zobaczyłam obcą twarz i obce oczy, w których nie było nic, co mogłoby należeć do człowieka.
Nie powiedział ani słowa. Tylko charkotał — jak zwierzę ranione, a jednocześnie głodne. Uniósł mnie, jakbym ważyła zaledwie tyle co płaszcz. Niósł do klatki schodowej — nie mojej, do tamtej, obok. Zrozumienie przyszło nagle i bez wyjaśnienia.
To było jak zimna woda wylana na kręgosłup myśli: „niebezpieczeństwo”. Jeszcze nie znałam jego imienia. Jeszcze nie wiedziałam, co zwykle oznaczał jego dotyk.
Potem pamięć rwie się jak taśma filmowa. Nie wiem, jak długo z nim walczyłam. Nie wiem, czy krzyczałam naprawdę, czy tylko w środku siebie.
Zapamiętałam jedynie echo własnego oddechu, potworne charczenie mężczyzny i wąskie schody prowadzące w dół — do piwnicy, która nagle stała się czymś w rodzaju granicy między światem a nicością.
I wtedy zobaczyłam twarze moich dzieci. Tak wyraźnie, jakby stały tuż obok. Nie wiem, skąd wzięły się we mnie siły. Ciało zapomniało o lęku. Stało się czymś pierwotnym, dzikim, chroniącym życie. Uderzyłam. Gdzieś. Jakkolwiek. Wystarczyło. Zwinął się w pół, syknął — jak gad.
Uciekłam. Nie pamiętam drogi na górę. Nie pamiętam kluczy w zamku. Pamiętam tylko nagłą obecność ścian mojego mieszkania i własne dłonie, które drżały jak liście na wietrze.
Potem były spazmy, nieme łzy, niemożność wypowiedzenia słowa. Mąż, koleżanka, obce głosy przy moim własnym ciele. Dzieci u babci — i jedyna wdzięczność za to, że nie widzą matki w stanie, którego nie potrafiłabym im wytłumaczyć.
A później zadzwonił telefon. Przyjaciele pytali, dlaczego nie witam gości. Poczucie obowiązku podniosło mnie jak dźwignia. Powiedziałam, co się stało — słowami poszarpanymi, kruchymi jak szkło. Padła propozycja milicji. Odrzuciłam ją. Nie znałam wtedy wroga po imieniu. Wydawał mi się kimś obcym, chorym, jakimś zabłąkanym cieniem.
Zdjęłam wreszcie futro. Było porwane jak rozszarpany sen — ocalała tylko podszewka. Plecy i ramiona — czerwone od otarć. A w lustrze ujrzałam kobietę o twarzy białej jak papier i włosach sterczących jak irokez. Obca, a jednak ja.
Wzięłam prysznic. Uczesałam się na nowo. Założyłam suknię, makijaż, uśmiech. Po półtorej godziny stałam już w drzwiach szkolnej auli. Muzyka, światła, śmiech, przyjaciele wstający i bijący brawo. Życie — tak zwyczajne, że aż niewiarygodne, że mogłoby się skończyć na schodach prowadzących do piwnicy.
Zdjęcie z ówczesnego Sylwestra.
Dopisek — 20.05.2025
Los lubi ironię. Jedną z jego ofiar była dziewczynka o moim imieniu. Jego żona również je nosiła. Przypadek? Może. A może tylko kolejny okruch historii, który przyszło mi unieść.
Znam już jego nazwisko. Widziałam jego twarz na zdjęciu. Czy poczułam ulgę? Nie wiem. Staram się o tym nie myśleć. Wiem tylko jedno:
Najwyraźniej miałam jeszcze żyć.
I za to — cokolwiek to było: przypadek, opatrzność, siła — jestem wdzięczna.
***
Piszę
z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje
słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie
symbolicznie,
możesz to zrobić
tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka