Pod choinką zawsze coś na nas czeka. Jedne prezenty wywołują szeroki uśmiech, inne poruszają ciszej, gdzieś głębiej — ale te najpiękniejsze mają w sobie ciepło ludzkich dłoni. Są zrodzone z czyjejś wyobraźni, czasu i serca. Tych w tym roku było u nas najwięcej.
Moja córka, która potrafi zaczarować kamienie szlachetne, zamieniając je w jedyną w swoim rodzaju biżuterię, obdarowała nas swoimi małymi dziełami sztuki. W każdej bransoletce i w każdym naszyjniku była cząstka jej samej.
Z kolei jej córka, moja najstarsza wnuczka, ofiarowała nam obrazy — świeże, pachnące jeszcze farbą, malowane specjalnie dla każdego z nas.
Patrzyliśmy na nie w milczeniu, jak na otwarte okienka do naszych pasji. Wzruszenie krążyło po stole jak dodatkowy wigilijny gość.
Nie zdradzę wszystkich rodzinnych tajemnic. Powiem tylko, że mój obraz trafił prosto w serce. Wnuczka dobrze wie, że od dzieciństwa spoglądam w niebo z ciekawością i tęsknotą — że fascynuje mnie kosmos i tajemnica UFO. Sama zresztą nosi w sobie tę samą iskrę. I właśnie tę moją „kosmiczną słabość” zamknęła w barwach i kształtach płótna.
Tego wieczoru Wigilia była naprawdę wyjątkowa — pełna ciepła, śmiechu i światła. Najmłodsza, dziesięcioletnia wnuczka, dopełniła tę magię dźwiękiem klarnetu. Kolędy rozlewały się po pokoju jak zapach choinki, a „Przybieżeli do Betlejem pasterze”, zagrane specjalnie dla mnie, brzmiało jak najpiękniejszy prezent.
Jestem szczęśliwa. Mam rodzinę, która potrafi kochać nie głośnymi słowami, lecz obecnością i gestem. A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że jesteśmy blisko — w tym samym mieście, w tym samym życiu — i trzymamy się razem, jak gwiazdy w jednym niebie.