Na wycieczce było tak sobie. Ach, bo i pogoda była do kitu, gdyż cały czas lało i chodziłyśmy zmoknięte jak kury, a i atmosfera była mało radosna, bo dziewczyny co rusz miały rozbieżne zdania na temat wszystkiego i wszystkich. Jak zwykle.
Dla mnie jednak był to czas dobry. Od dziecka kochałam góry — ich surowość, dzikość, obojętność wobec ludzkich spraw. Gdzie tylko mogłam, odrywałam się od grupy i zostawałam sama z przyrodą. W ciszy, przerywanej jedynie szumem deszczu i wiatru, próbowałam odzyskać równowagę po ostatnich miesiącach szkolnych zmagań. Widocznie tego właśnie potrzebowałam — przestrzeni, w której nikt niczego ode mnie nie oczekiwał.
Dziwne, ale z samej wycieczki pamiętam niewiele. O wiele wyraźniej zapisały się w mojej pamięci wydarzenia sprzed wyjazdu. Na głównym zdjęciu widać mnie i Marysię dzień przed wyprawą — uśmiechnięte, jakby nic nie mogło nam popsuć humoru. A przecież byłam wtedy skrajnie wyczerpana. Przez dwie noce prawie nie spałam, kończąc album z geografii, który uparłam się oddać profesorowi jeszcze przed wyjazdem. Musiał być idealny.
Po lekcjach wracałam do domu zatłoczonym — jak zawsze — piętrusem. Ścisk, zaparowane szyby, zmęczenie, które nagle stało się nie do zniesienia. Przyciśnięta do drzwi, zasnęłam na stojąco.
Obudził mnie gwałtowny wstrząs. Pociąg szarpnął na złączach torów, a ja z impetem uderzyłam głową w metalową futrynę drzwi. Ból był ostry, nagły, aż zakręciło mi się w oczach. Guz urósł błyskawicznie.
Może właśnie dlatego ten moment pamiętam tak dobrze. Ból potrafi utrwalać wspomnienia czasem skuteczniej niż radość. Natomiast szczegóły samej wycieczki nie bardzo utrzymały mi się w pamięci. Być może dlatego, że mój organizm był wtedy zbyt zajęty wzmożoną odnową sił witalnych i mojej skołatanej duszy — po prawie półrocznych próbach odnalezienia się w nowej szkole, daleko od domu. W dodatku w „babskiej” klasie, z przewagą Ślązaczek, które nas, potomków Kresowiaków, nie darzyły sympatią. Delikatnie mówiąc. I na każdym kroku dawały temu wyraz... Tak, pewnie dlatego. A ja byłam wrażliwą osobą. Czasami aż za bardzo.
A na wycieczce? Wystarczy popatrzeć na miny wycieczkowiczek podczas łażenia po górach, aby dojść do wniosku, że zbyt radośnie nie było. Wyglądamy wszystkie jak zmizerniałe stadko zmokłych kur.
Ja jednak próbowałam coś ratować. Odgrywałam mały teatrzyk, zakładając na palec pacynkę kupioną wcześniej dla mojego pięcioletniego braciszka, Wojtusia. Dziewczyny patrzyły bez entuzjazmu.
— O rany, rozchmurzcie się! — miałam ochotę krzyczeć.
Dopiero za drugim razem coś zaiskrzyło. Pacynka przysiadła na ramieniu Danuśki — na górnym zdjęciu po prawej — i zaczęła swoje wesołe występy. Na twarzach dziewczyn pojawiły się nieśmiałe uśmiechy. Nawet nasza wychowawczyni, profesor Żółcińska, śmiała się głośno.
Następnego dnia zwiedzałyśmy twierdzę w Kłodzku. Miejsce dobrze mi znane — bywałam tam wcześniej z rodziną z Krosnowic, którą odwiedzałam niemal w każde wakacje. Znałam ścieżki, przejścia, korytarze, a nawet niektóre lochy. Czułam się tam niemal jak u siebie.
Dziewczyny jednak nie podzielały mojego entuzjazmu. W twierdzy było zimno — nie tylko na zewnątrz, ale i w środku. Ich miny znów stężały.
Ale to nic! Przestałam się już przejmować nimi. Oddychałam głęboko górskim powietrzem i myślami byłam gdzie indziej — przy zbliżających się wakacjach. Pierwszych wakacjach w średniej szkole.
Wiedziałam, że będą dobre. Z Jankiem i Staszkiem, kolegami z podstawówki, planowaliśmy szaleństwa na naszych „rumakach” — motorowerach. Na tę okazję uszyliśmy sobie jednakowe koszule w kwiaty i niebieskie spodnie, udające dżinsy. A właściwie uszyła je moja ulubiona krawcowa, na moją gorącą prośbę i według mojego projektu.
Już wcześniej robiliśmy próbne jazdy — wystrojeni, dumni, wolni. Wiatr we włosach, śmiech, poczucie, że świat stoi przed nami otworem. I to właśnie to uczucie pamiętam najlepiej.
