W naszym tutejszym lesie zaobserwowałam zjawisko tak dziwne, że aż chciałam sprawdzić, czy nie nadają tego w telewizji. Jedna połowa lasu była pięknie ośnieżona, jak z pocztówki świątecznej, a druga — ani płatka. Jakby ktoś połowę krajobrazu wysłał na wcześniejsze wakacje.
Choć mróz trzymał wszędzie jednakowo i nie pytał nikogo o zdanie, granica między „zimą” a „prawie-wiosną” była wyraźna jak od linijki. Pomyślałam sobie mądrze, że to pewnie dlatego, iż wschodnia część, choć słońce ją muska i grzeje, po nocy nagrzewa się wolniej niż południowa. A południe — jak to południe — zawsze ma do wszystkiego więcej zapału, więc śnieg stopniał tam szybciej. Poza tym od kilku dni nic nowego z nieba nie dosypało.
Zobaczyłam ten „leśny ewenement” ze szczytu góry i postanowiłam przejść z kijkami przez obie części, żeby żadna nie czuła się pokrzywdzona. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, bo ja z tych, co same sobie rozkazują i same wykonują.
Po prawie dwóch godzinach, kiedy schodziłam już ośnieżoną częścią lasu w stronę parkingu, zadzwonił telefon. Sprawnie zdjęłam kijek z lewej ręki, wsunęłam pod pachę (tam przecież nic nigdy nie ginie… tak myślałam) i z saszetki-nerki, której nazwy nadal nie lubię, wyjęłam dzwoniące ustrojstwo.
Dzwoniła moja najstarsza wnuczka. Ton głosu miała taki, jakby przynajmniej leciała rakietą na Marsa, a tymczasem okazało się, że tylko przed Sylwestrem wybiera się z chłopakiem na trzy tygodnie do Maroka. No i potrzebuje kilku „bardzo ważnych” porad babci, czyli rodzinnego centrum dowodzenia.
Rozmawiałyśmy sobie w najlepsze, świat kręcił się dalej, a las słuchał. Gdy skończyłyśmy, schowałam telefon, chciałam przypiąć kijek i… niespodzianka stulecia: kijka nie było. Zniknął. Rozpłynął się w przyrodzie. Pod pachą – pusto!
Wkurzyłam się. I to nie byle jak — bo ja byłam już naprawdę głodna. Jeszcze przed telefonem planowałam w myślach, co sobie po powrocie przygotuję, i byłam już prawie emocjonalnie związana z tym jedzeniem. A tu zamiast obiadu — marsz w górę w poszukiwaniu zbiega!
Nie mam pojęcia, kiedy go zgubiłam. Rozmowa z wnuczką była tak zajmująca, że gdyby w tym czasie obok mnie przemaszerowało stado reniferów, pewnie też bym nie zauważyła.
Kijek znalazłam dopiero na samej górze. Leżał sobie w śniegu jak król sytuacji i, mam wrażenie, bezczelnie się do mnie uśmiechał. Na nieośnieżonej drodze pewnie usłyszałabym jego upadek, ale śnieg, jak przystało na sprzymierzeńca zgub, wszystko elegancko wytłumił.
Z górki potem niemal leciałam, bo mój żołądek już pisał do mnie petycje. Na szczęście parking nie był daleko.
W domu rzuciłam się najpierw na banana, ratując własne życie, a chwilę później znów zadzwoniła wnuczka — po następną „absolutnie niezbędną” poradę. Gdy opowiedziałam jej moją kijkową epopeję, śmiałyśmy się obie do łez. Ona już wie, że różne dziwne przygody znajdują mnie same, bez szukania.
Na szczęście większość z nich jest zabawna. A ja — ich stała bohaterka — mam tylko jedno zadanie: niech się przynajmniej dobrze kończą… i nadają do opowiadania.
