sobota, 18 kwietnia 2020

Wiosna w lesie

Kto lubi wczesnopaoranne wędrówki po lesie, wie, co to za wspaniale uczucie. Las o tej porze dnia jest piękny. A wiosną, to już chyba najpiękniejszy. Gdyż nie tylko wygląda pięknie, ale też i pachnie cudnie. Można tak po nim wędrować i wędrować bez końca... Bo:


Las to cudowna ostoja przyrody.
Zieleń, przepiękna woń, ptaszków trele,
Cichutki szum źródlanej wody,
Azyl spokoju... Frajdy w nim wiele.

W lesie najpiękniej jest o brzasku,
Kiedy zwiewną mgłą osnute jeszcze,
Kiedy słoneczko nabiera blasku,
Kiedy na wpół uśpiony jeszcze.





środa, 15 kwietnia 2020

Spójrz w niebo

Chyba nie ma człowieka, który by choć raz w ciągu dnia nie spojrzał w niebo. Jedni patrzą ze względów religijnych, inni z ciekawości Wszechświata. Inni, bo lubią bujać w obłokach albo pasjonuje ich obserwacja chmur, czy też statków powietrznych. A jeszcze inni, z przyczyn czysto praktycznych. O, chociażby po to, żeby wiedzieć jak się ubrać i czy wziąć parasol. Tak czy owak w niebo kierujemy oczy wszyscy... I co tam widzimy?

Obecnie widzimy, że niebo jest czyściutkie jak nigdy dotąd. Żadnych białych smug po samolotach, żadnych śladów po chemtralis. A to wszystko dzięki koranawirusowi. Ten mikrob wszystko na Świecie zmienił. Gdy minie pandemia Świat już nigdy nie będzie taki sam. Czy będzie lepszy? Czas pokaże. Ale jedno jest pewne, atmosfera ziemska się oczyściła. A to, jakby nie patrzeć, wielka korzyść dla ludzkości.





Żywica — dobrodziejstwo Matki Natury

Natura jest niesamowita. Przekonujemy się o tym na każdym kroku. W lesie przykładów jej dobrodziejstw jest mnóstwo. Ostatnio podziwiałam jak zranione drzewa same się ratują i leczą. Często spotyka się drzewa z cieknącą po nich żywicą. Bo też żywica, to substancja, która jest naturalnym opatrunkiem dla zranionego drzewa. Żywica zaczyna wyciekać z wnętrza drzewa, kiedy ono zostanie uszkodzone lub złamie się jego gałąź.



Żywica jest także bardzo wartościową substancją dla człowieka. Ma wiele zastosowań. Z pewnością każdy z nas nieraz spotkał się z nią w życiu codziennym.
Ja używam żywicy na drobne skaleczenia. Ponieważ żywica zabezpiecza ranę przed infekcją, i działając jak klej, tamuje krwawienie. Do tego celu najlepsza jest żywica z sosny. Ma właściwości antyseptyczne i antybakteryjne. Zawiera garbniki, flawonoidy, kwasy fenolowe i witaminę C. No i oczywiście olejki eteryczne. Sosnowy i terpentynowy.

Natomiast maść z żywicy można stosować na stany zapalne skóry, na bolące mięśnie i stawy, a także do leczenia oparzeń i wrzodów. Maść z żywicy można sobie zrobić samemu w warunkach domowych. Wiele prostych przepisów znaleźć można w Internecie. Jak ktoś lubi nalewki, to żywica nadaje się do tego doskonale. Piłam kiedyś taką u wujka na wsi. Smakuje pysznie... A działa, że ho, ho!

Aby pozyskać żywicę na własny użytek najlepiej poszukać zranionych drzew lub złamanych gałęzi i zebrać jej sobie trochę w miejscach, w których spływa po korze. Ale tylko trochę, aby drzewu nie zabrakło na samoleczenie. Jeżeli jednak potrzebujemy jej trochę więcej, to lepiej poszukać innych zranionych drzew.




Pamiętajmy, drzewa są antenami energii Wszechświata. Powinniśmy z niej korzystać. Ale mądrze, nie niszcząc ich przy tym. Drzewa mają duszę, i też cierpią. Ludzi, którzy bestialsko je niszczą — prędzej czy później — spotyka kara. 




poniedziałek, 13 kwietnia 2020

Śmigus dyngus 2020

Śmigus-dyngus to stary słowiański zwyczaj znany tylko w Polsce i kultywowany do dziś. Niektórzy w tym dniu ograniczają się do spryskania domowników paroma kroplami wody, inni idą na całość i w ruch idą butelki, sikawki, a nawet wiadra.
Ale nie w tym roku... W tym roku „dzięki” koronawirusowi Polska zaoszczędzi hektolitry wody. Można by rzec: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.


Pociąg do sportu w czasach komuny

U mnie pociąg do sportu to pewnie dziedziczny jest. Mój ojciec za młodych lat był sportowcem. Grał w piłkę nożną. Dzieciństwo spędziłam na boisku, i to nie tylko na meczach, między meczami również. W późniejszych latach ojciec pełnił społeczną funkcję prezesa Klubu Sportowego, toteż boisko stało przede mną i moimi starszymi siostrami otworem. Ale tylko ja załapałam bakcyla sportowego. I to na całe życie.

Kiedy się urodziłam jako trzecia córeczka kochanych rodziców (a miałam być syneczkiem), ojciec jeszcze grał przez parę lat, ale ja tego nie pamiętam. Byłam pewnie zbyt mała. Pamiętam natomiast późniejsze lata, kiedy ojciec był już prezesem i zabierał mnie na mecze. Bardzo lubiłam być na meczach, zwłaszcza wtedy, kiedy ojca drużyna strzelała gole. Nie to, że aż tak bardzo jej kibicowałam, no, może trochę też, ale przede wszystkim dlatego, że co gol, to ja frrruuu!... w powietrze. Tak tatulko w szale radości za każdym golem podrzucał mnie jak piłkę. Wysoko, bardzo wysoko. Ależ to była dla mnie radocha!


Kochałam sport od dziecka i przez wszystkie lata szkolne byłam sportsmenką. Startowałam na wielu zawodach lekkoatletycznych. Chybabym nie zliczyła na ilu. Wyniki miałam różne, ale nigdy złe. Niekiedy nawet bardzo dobre. Zwłaszcza w sprincie.
Oto moje hasło z tamtych lat: „Niech żyje sport!”. I nie tylko z tamtych. Zdjęcie pochodzi z uroczystych obchodów Dnia Sportu w szkole średniej.

Robiłam za pręcik (hmm... a może za słupek? Nieważne) wyłaniający się z falującej na wietrze biało-czerwonej róży. Pamiętam, że dziewczyny tak krzywo mnie podnosiły, że ledwie utrzymałam równowagę. Mało na łeb na szyję nie spadłam… Ładnie bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem. Ale szarfa z pergaminu i tak mi się porwała przy tym moim balansowaniu ciałem dla utrzymania równowagi.


Niekiedy nawet i w czasie wakacji startowałam w różnych zawodach. Najbardziej upamiętniły mi się zawody sportowe w Chybiu, w których brałam udział na prośbę mojego ojca. Bo to ojca Zjednoczenie organizowało tam zawody, a ojciec koniecznie chciał, aby jego zakład pracy te zawody wygrał. Ku wielkiej radości mojego tatulki zajęłam pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak nie było nam dane z tego faktu się cieszyć, ponieważ po paru zaledwie minutach zdyskwalifikowano mnie. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach (sic!) a nie na bosaka, jak kilka innych zawodniczek. Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. Wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach? A tak w ogóle, to co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku ja się pytam? To znaczy — pytałam. Wtedy. Bo dziś to jedynie ubaw mam z tych wspomnień.


Doskonale jednak pamiętam jaka zła byłam na siebie po tej dyskwalifikacji, że mi się zachciało startować w takich dennych zawodach. Na szczęście później humor mi się nieco poprawił, bo udało mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. Na bosaka oczywiście. Tatuś znów był dumny. Ja mniej, ale przynajmniej już taka zła nie byłam. Ale gdy zobaczyłam jego zadowoloną minę, powoli zaczynałam się już nawet cieszyć, bo to też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tzw. „zawodach sportowych”.
Później jeszcze wiele lat startowałam w różnych zawodach. Nawet kiedy miałam już rodzinkę i dziecko.

Byłam w 2-gim miesiącu ciąży z drugim dzieckiem i nadal brałam udział w zawodach LA. Startowałam m.in. w Młodzieżowych Zawodach Sportowych w Riesie w NRD. Chociaż nigdy do tej „ferajny” nie należałam, udział w igrzyskach wzięłam. Wszak sport to taka dziedzina życia, w której rywalizuje się ponad podziałami.
Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że rodzinka mi się powiększy. Spokojnie wzięłam więc udział jeszcze i w Igrzyskach Młodzieżowych zorganizowanych przez ZMS w naszym mieście. A po igrzyskach uczestniczyłam naturalnie w wielkim bankiecie i odbierałam dyplomy. Po tych igrzyskach przeszłam jednak w stan spoczynku. Po paru miesiącach zostałam po raz drugi szczęśliwą mamą.
Nie bez powodu najbardziej zapamiętały mi się te Igrzyska Młodzieżowe, bo jak się okazało, były to moje ostatnie zawody. Zawody, bo ze sportu nie zrezygnowałam do dziś.