czwartek, 16 maja 2019

Co z tobą, Temido?

Ludzie się rodzą...
I jak to w życiu:
Jedni żyją wolni,
Inni siedzą w kiciu.
Tymczasem nie każdy,
Co w kiciu garuje
Jest winny przestępstwa
A pokutuje.
Podważać wyroki
Ktoś chyba może?
Na Boga nie liczmy...
On nie pomoże.
Bogini Temida?
Powinna i może...
Jak plamy pozmywa
Na swoim honorze.

Słyszysz, Temido?
Niewinni błagają,
Wstaw się za nimi,
Nim w pierdlu skonają.
Raz jeszcze się pochyl
Nad dolą skazanego
I osądź od nowa
Więźnia niewinnego.

***
Niestety w życiu
I tak też bywa,
Że wolny — choć winny,
Swój sekret ukrywa...
Tymczasem powinien
Spakować manatki,
I w pierś się bijąc,
Ruszyć za kratki.


Obrazek z Internetu (animasi-bergerak-kriminal-0028)

K-X ląduje (11 cz.)

Dzieci jechały ze śpiewem na ustach coraz dalej i dalej. Śpiewu nie przerywały, bo same się nim rozkoszowały.
Tylko Chwatko przestał śpiewać i rozglądał się po lesie, gdyż wydawał mu się jakoś dziwnie znajomy. Po chwili był już pewien, że zna te dwa pagórki, które akurat mijali. Że zna też te trzy wysokie świerki, które stykają się czubkami jak gdyby w wielkiej czułości braterskiej. Był już pewny, że zbliżają się do miejsca docelowego. Chcąc nie chcąc, głośnym nawoływaniem przerwał śpiew dzieci i ogłosił postój.
— No, moi mili! — zawołał, kiedy dzieci wreszcie ucichły. — Czas abyśmy rozprostowali kości i się posilili. Dojeżdżamy już do domu samotnych dzieci.
— Coś ty powiedział, Chwatko? — wrzasnęli przerażeni Gaga i z wybałuszonymi oczami wpatrywali się z niedowierzaniem w starszego brata.
— Dokładnie to, co żeście słyszeli — odpowiedział Chwatko, robiąc przy tym wesołą minę. — Chyba nie macie zamiaru się spietrać?
— No wiesz! — wrzasnął jeszcze głośniej Gagatek, próbując nawet zrobić obrażoną minę. — Tu nie ma mowy o żadnym spietraniu. Ale czemu, u licha, nikt nam nie powiedział, że tu jedziemy? Że jedziemy do miejsca zabronionego przez starszych. Nie to, żebym się bał. O nie! Tylko dlaczego trzymaliście to przed nami w tajemnicy? Chcę to wiedzieć.
— A jak myślisz, Gagat? — poważnym głosem odezwał się Chwatko. Lecz zaraz się zreflektował, bo przyszło mu na myśl, że może Gaga czują się zlekceważeni, a może i nawet przestraszeni, więc już na wesoło dodał: — Bo ty gaduło mógłbyś się znów wygadać przed starszymi i nici by były z naszej wycieczki. A tak, macie miłą niespodziankę.
— No dobra! Masz rację, Chwatko — odrzekł Gagatek, robiąc niewinną minę.— Wypaplałem z tym zawałem. To fakt. Ale nie wypaplałem do końca. A tak między Bogiem a prawdą, to ty sam mnie do tego zmusiłeś, bo rzuciłeś się na mnie jakbyś, nie przymierzając, kręćka dostał. A ja niewinny byłem. Skąd mogłem wiedzieć, o co ci chodziło? Myślałem, żeś zwariował z kretesem.
— Cicho już, cicho! — zawołała Śmieszka, głaszcząc Gabcia po głowie, bo Gagatka głowy nie mogła dosięgnąć. — Wiemy, że to nieładnie z naszej strony, że nic wam wcześniej nie powiedzieliśmy. Ale zrozumcie nas. Musieliśmy zachować wszelką ostrożność przed starszymi. A że wy sami nie dopytywaliście się o cel naszej dzisiejszej wycieczki, to też my nic nie mówiliśmy. Zresztą, sam Gagatku mówiłeś, że ci wszystko jedno gdzie jedziemy, byle razem. Co, nie było tak?
— Gra i buczy… już nic nie mówię… Ale tylko to jeszcze powiem, że wymyśliliście wycieczkę, że ho, ho! Mucha nie siada! Będzie co wspominać… No nie, Gabciu? Podoba ci się, nie?
— A co by się miało nie podobać? Jesteśmy wszyscy razem. Jesteśmy szczęśliwi i kolorowi. Życie jest piękne! Więc idźmy żyć… A to, co razem przeżyjemy, pozostawi nam wiele wspomnień. A wspomnienia nasze będą nas zawsze do siebie przybliżać, zwłaszcza wtedy, kiedy nie będziemy mogli być razem.
— Brawo, mój kochany braciszku! — zawołał Chwatko i zaraz przyłożył palec do ust, aby uciszyć pozostałe dzieci, bo te równie ochoczo zabrały się za owacje. — Od teraz musimy się zachowywać bardzo cicho, żeby nie zdradzać swojej obecności i nie narażać się niepotrzebnie… K-1, zatrzymajmy się tam między tymi dwoma wapiennymi pagórkami. O, dokładnie pod tym rozłożystym dębem. Patrzcie, jaką ma wspaniałą i ogromną dziuplę, a jakie gęste zarośla w tle.
K-1 wykonał polecenie przyjaciela i zajechał wprost pod wejście do olbrzymiej dziupli. Dzieci zwinnie pozeskakiwały z samopojazdu i zaczęły zaglądać do wnętrza dziupli. Dziupla była bardzo przestronna. W razie czego, mogłyby się w niej bezpiecznie ukryć. A to dodało dzieciom otuchy w skrywanej gdzieś w podświadomości obawie.
K-1 chciał od razu schować samopojazd w dziupli, ale nie wiedział, co ma zrobić z motylkiem witeziem żeglarzem, bo ten ciągle siedział na kierownicy, i jak było widać, nie miał zamiaru odfrunąć. Dzieci zachwycały się pięknym żeglarkiem. A on chyba to wyczuł, bo zaczął zgrabnie poruszać swymi wspaniałymi, żółtoczarnymi skrzydełkami. Zapewne chciał zaprezentować siebie w pełnej krasie.
Śmieszka pobiegła w zarośla, gdzie rosły dorodne krzewy głogu oraz parę krzewów tarniny. Zerwała kilka listków z każdego krzewu, no i zadowolona z siebie przyniosła je żeglarkowi. Śmieszka już wiedziała, że listki tych krzewów to wielki przysmak motyli. Witeź żeglarek, widząc takie wspaniałości w ręce dziewczynki, sfrunął z kierownicy prosto na jej otwartą dłoń. Wtedy Śmieszka położyła go wraz z listeczkami na mięciutkim mchu, by spokojnie mógł się posilać.
Dzieci się nawet nie domyślały, że jeszcze kilka par zwierzęcych oczu ich obserwuje. Były to oczy dwóch sarenek i dwóch zajączków, które przybiegły za nimi aż do tego miejsca i wcale nie miały zamiaru się oddalać. Zwierzątka swoim zwierzęcym instynktem wyczuwały ich dobre serca i promieniującą z nich radość życia. Dobrze się czuły w ich pobliżu i chciały z nimi zostać jak najdłużej.
K-1 ściągnął z kierownicy samopojazdu pojemnik z prowiantem i podał go Chwatkowi, sam zaś zajął się ukryciem samopojazdu w dziupli.
Dzieci zasiadły do uczty. A uczta była nie byle jaka. Pojemnik zawierał przecież same pyszności do jedzenia i picia. Dzieciom na widok jedzenia aż oczy się śmiały, bo po tak długiej podróży były już bardzo głodne. Siedziało więc towarzystwo ziemsko-księżycowe na przyjemnie miękkim mchu, tuż obok motylka, i wyjadało wszystko, co tylko Śmieszka i K-2 wyciągnęły z opasłego pojemnika z prowiantem.
Humory mieli wspaniałe. Bo też czuli się razem wspaniale. Wszyscy polubili się od razu, od samego początku, choć każdy z nich był inny. Każdy z nich miał inną osobowość i inny temperament. Ale razem, właśnie tacy, jacy byli, tworzyli wspaniałą i zgraną grupę młodych ludków z dwóch różnych światów.
Kiedy dzieci posiliły się już, przyszedł czas na omówienie spraw organizacyjnych dalszej, ale tej najważniejszej już części ich wspólnej wycieczki. Czyli, jak dotrzeć bezpiecznie do ogrodu wielkich ludzi, i jak zdobyć białe lilie. To były dwa najważniejsze punkty do omówienia. I gdy się głośno nad nimi zastanawiały, Śmieszka nagle przymknęła lekko oczy i zaczęła deklamować:

„Białe lilie cicho drzemią,
Otulone w cień,
Kołysane ponad ziemią
Falą chłodnych tchnień.

Noc zamyka im kielichy,
Strzegąc czystych szat,
W niewinności pozór cichy
Stroi biały kwiat;”*
----------------------------------------------------------------
* Urywek wiersza Adama Asnyka pt. „Panieneczka”

— Och, najukochańsza moja Luno! — zawołała rozpromieniona K-2. — Ależ to było piękne i romantyczne. Siemieszko, nauczysz mnie tego wiersza?
— Nauczę. Całego wiersza cię nawet nauczę, bo to był tylko jego fragment. Prawda, że piękny? Chłopcy, a co wy myślicie?
— Myślimy, że teraz to już naprawdę musimy zdobyć te białe lilie, bo K-2 gotowa jest sama się po nie wybrać — ze śmiechem odpowiedział K-1 za wszystkich chłopców i jakoś tak cieplej popatrzył na Śmieszkę, a po chwili dodał: — Ale muszę przyznać, że pięknie deklamowałaś.
— No, siostrzyczko, masz talent — potwierdził Chwatko i podniósł kciuk do góry. Po czym popatrzył na wszystkie dzieci i powiedział: — I takim oto miłym akcentem rozpoczynamy akcję pod kryptonimem: „Biała lilia”. A teraz wam powiem, jakie są moje propozycje jej rozpoczęcia. Otóż, uważam, że ja i K-1 powinniśmy najpierw pójść na zwiad, aby się zorientować w sytuacji wokół domu samotnych dzieci. Wy wszyscy pozostaniecie tutaj, i to bez żadnego oddalania się od dziupli. Gryzio, przy pomocy Nosolka, przejmie nad wami dowodzenie aż do naszego powrotu. A potem zobaczymy, co będziemy dalej robić. Bo to oczywiście będzie zależało od tego z jakimi wiadomościami wrócimy ze zwiadu. No co? Zgadzacie się?
— Rzecz oczywista, nasza gwiazdo przewodnia! — huknął gromko Gryzio i chyba trochę za głośno, bo zaraz ręką zatkał sobie buzię.
— Czy wszyscy się zgadzają? — Chwatko nie przestawał pytać.
— No co by nie? Jasne, że się zgadzają — odpowiedział Gagatek za wszystkich pozostałych. — Każdemu odpowiednia funkcja, do odpowiedniego wieku. Na rolę dowódcy muszę jeszcze poczekać… Zaraz, zaraz, przecież ja nigdy nie będę mógł w tym towarzystwie być dowódcą, bo nigdy swoim wiekiem was nie dogonię. A to ci pech… i co ja biedny zrobię? Gabciu, czy ty to rozumiesz? My nigdy… tylko oni. A to ci pech…
— A po co ci dowodzenie? Przecież to ogromna odpowiedzialność — powiedział poważnym głosem Gabcio, i już z uśmiechem dodał: — Nie wystarczy ci, że ja ci pozwalam sobą dowodzić? A tak na poważnie, to myślę, że my, dowodzeni, mamy też bardzo ważną rolę w grupie do spełnienia. I bez nas, nie byłoby też dowódcy…
— Och, Gabciu, ty mnie zaskakujesz ostatnio coraz bardziej — rzekł Chwatko i zmierzwił z czułością włosy braciszkowi. — A ty, Gagatku, mam nadzieję, że przynajmniej na jakiś czas dasz się sobą podowodzić?
— Melduję posłusznie, że jakiś czas tak. Ale po tym jakimś tam czasie, to już ja wam pokażę, co znaczy moje dowództwo. No!
— No to wszystko załatwione — zawiadomił wszystkich ubawiony Chwatko, patrząc na ich równie ubawione twarze. Ale kiedy zatrzymał wzrok na twarzy Nosolka, nieco się zdziwił. — Ty, Nosolek, a ty co masz taką minę? Nie zgadzasz się z moimi propozycjami?
— Ależ oczywiście, że się zgadzam! — szybko odpowiedział Nosolek i troszeczkę się zarumienił. — Ja… ja… ja tylko delektuję się jeszcze słowami tego wspaniałego wiersza, co go Śmieszka deklamowała.
— Ot, romantyczna dusza! — wydał ocenę Gryzio. — Ale będą z niego ludzie. Już ja go przypilnuję. Możecie iść spokojnie na ten zwiad. I wracajcie szczęśliwie. A o nas się nie martwcie. My sobie poradzimy, spokojna wasza głowa, to znaczy… głowy. No, to bywajcie towarzysze! Darzbór!
— Darzbór! — odpowiedział Chwatko, a za nim powtórzył K-1. I chłopcy zniknęli w gęstwinie lasu.
Chwatko i K-1 przedzierali się podszyciem leśnym w niewielkim oddaleniu od ścieżki biegnącej do skraju lasu. A że skraj lasu był już niedaleko, tego Chwatko był pewien, bo i bez Nosolka czuł wyraźnie dziwny zapach, którego nie ma w lesie. Czuł zapach miasta wielkich ludzi. Zapach, przed którym miał wielki respekt. W każdej już chwili spodziewał się zobaczyć, wyłaniający się pomiędzy koronami drzew, ogromny dom samotnych dzieci.
Chłopcy szli coraz wolniej, ale spokojnie, bez żadnego lęku. Nie rozmawiali wiele, tylko rozglądali się wokół. Aż tu nagle, uszu ich dobiegł żałosny płacz. Stanęli jak wryci, nie wiedząc, co mają począć. Płacz stawał się coraz bardziej głośny i żałosny. Chłopcy stali bez ruchu, zastanawiając się, jak mają zareagować. I chociaż dalej nie odzywali się do siebie, to każdy z nich już wiedział, że nie odejdzie z tego miejsca dopóty, dopóki się nie dowie kto to płacze i dlaczego, i jak można mu pomóc. Wreszcie Chwatko odezwał się pierwszy:
— Czy ty myślisz to samo co ja, że musimy temu komuś pomóc?
— No przecież nie zostawimy kogoś w potrzebie.
— Właśnie. Słuchaj, podejdziemy bliżej do tego miejsca skąd dochodzi płacz, i pozostając w ukryciu, rozglądniemy się najpierw po terenie. Musimy sprawdzić, czy nam nic nie będzie zagrażać, bo skoro mamy komuś pomóc, to musimy w pierwszym rzędzie zadbać o własne bezpieczeństwo.
— Ma się rozumieć, Chwatko. Idziemy. Ale uważajmy na zeschłe gałęzie leżące na ziemi, żeby nie narobić hałasu.
Chłopcy skradali się cichutko jak dwa lisy. Płacz dziecka nie ustawał. Stawał się jeszcze bardziej żałosny. Kiedy chłopcy byli już całkiem blisko tego miejsca, zatrzymali się na chwilę i zaczęli porozumiewać się wzrokiem. Chwatko nakazał K-1 podejść tam od prawej strony, sam zaś udał się lewą stroną. Podchodzili w oddaleniu od siebie, jednak w tym samym momencie, oczom ich ukazał się jakże żałosny widok. Pod ogromną sosną siedziała dziewczynka z twarzyczką zalaną łzami i trzęsła się na całym ciele. K-1 widok ten sparaliżował na ułamek sekundy. Po raz pierwszy w swoim życiu zobaczył na żywo wielkiego człowieka. Domyślał się, że to jeszcze dziecko, poznał to po twarzy dziewczynki, ale jakby nie patrzeć, to jednak wielki człowiek. Człowiek, o którym się tyle naczytał w ich księżycowej bibliotece. Człowiek, który rządzi tym ziemskim światem. Kiedy tego typu myśli przelatywały niczym huragan po głowach K-1, Chwatko już rozglądał się po najbliższym terenie wokół dziewczynki. On nie miał już takich problemów, jakich doświadczał akurat jego przyjaciel. Nie doznał też żadnego szoku, gdyż w swoim życiu zobaczył wielkiego człowieka już po raz drugi. K-1 jednak szybko wziął się w garść i starał się zachować zimną krew. Udało się. I to również w ułamku sekundy.
Chłopcy popatrzyli na siebie porozumiewawczo i szybko wycofali się na małą odległość. A gdy spotkali się już razem, Chwatko odezwał się szeptem:
— Wiesz, ja myślę, że zrobimy tak: podejdziemy teraz razem, i stojąc w ukryciu za sosną, ja będą próbował porozumieć się z tą biedną dziewczynką, a ty zaś będziesz rozglądać się wkoło, czy nikt inny nie pojawia się na horyzoncie. W razie niebezpieczeństwa, uciekamy. Ale pamiętaj, uciekaj tam gdzie ja, bo ja już wiem, gdzie szukać bezpiecznego miejsca. OK?
Po chwili chłopcy stali już za sosną, tuż za plecami płaczącej dziewczynki. Chwatko wziął głęboki oddech i odezwał się. Żadnej reakcji ze strony dziewczynki jednak nie zauważył. Zmartwił się na moment, ale zaraz pomyślał, że może mówi za cicho. Chrząknął więc i zrobił jeszcze głębszy wdech, i prawie krzycząc, zapytał:
— Dlaczego płaczesz, dziewczynko? Co ci się stało?
— Bo się zgubiłam i nie mogę znaleźć drogi do domu — odpowiedziała dziewczynka i zaniosła się płaczem. Po chwili przestała jednak płakać i zapytała: — A kto mnie pyta? Kto ty jesteś, i gdzie ty jesteś?
— Nie bój się, nic złego ci nie zrobię. Chcę ci tylko pomóc. Nazywam się Chwatko i jestem leśnym ludkiem. Stoję za tobą i aż mi serce pęka od twojego płaczu.
Dziewczynka od razu się poruszyła i już chciała się odwrócić, aby zobaczyć z kim rozmawia, ale Chwatko ją powstrzymał.
— Nie odwracaj się! Najpierw porozmawiajmy. Może mi powiesz jak się nazywasz i jak się tu znalazłaś sama w lesie.
— No dobrze, powiem. Ale potem podejdziesz tu do mnie, bo ja się boję być sama — powiedziała dziewczynka już nieco spokojniejszym głosikiem. — A więc, nazywam się Basiurka… no, właściwie Basia, ale wszyscy do mnie mówią Basiurka. Mieszkam w naszym Domu Dziecka pod lasem. Dzisiaj rano wyszłam z domu i poszłam sama na spacer do lasu, no i… nie wiem kiedy zaszłam tak daleko i teraz nie mogę znaleźć powrotnej drogi. Tak długo szukałam i szukałam, aż się bardzo zmęczyłam. A drogi do domu i tak nie znalazłam. I teraz nie wiem gdzie jestem. No wiem, że w lesie, ale nie wiem gdzie w lesie, i nie wiem gdzie jest mój, to znaczy, nasz dom… Ale ty Chwatko będziesz taki dobry i zaprowadzisz mnie do domu, prawda?
— Tak, zaprowadzę. Tylko musisz mi zaufać.
— Kochany jesteś! Na pewno ci zaufam. Już ci nawet ufam i proszę cię prowadź mnie już do domu, bo bardzo jestem zmęczona. A i pani moja z pewnością już się martwi o mnie. No co? Idziemy? Chodź już tu do mnie.
— Słuchaj, Basiurka, z tym właśnie jest mały problem, bo ja jestem… no, już ci mówiłem… ludkiem leśnym, więc jestem o wiele mniejszy niż ten mały problem… Och, co ja gadam? A więc, jestem o wiele mniejszy niż… no wiesz… niż ty. Dlatego chcę, abyś mi zaufała i nie patrzyła na mnie, a ja już ci na pewno pomogę.
— Nie, Chwatko! Ja chcę ciebie zobaczyć. Nie musisz się mnie wstydzić, że nie urosłeś. Ja też jestem mała. Mam dopiero osiem lat, ale jak na swój wiek jestem wzrostem i tak o wiele za niska. Dlatego też niektóre dzieci przezywają mnie karzełek, albo leleput, bo to gorzej brzmi niż liliput. Proszę cię bardzo, chodź tu do mnie. Tak mi smutno być samej.
Co było robić? Chwatko poprosił Basiurkę, aby się nie ruszała spod sosny i dała mu tylko chwileczkę, a on zaraz się pojawi z powrotem. Sam zaś szybko oddalił się od drzewa, ciągnąc za sobą zaskoczonego K-1. Po krótkiej naradzie chłopcy ustalili, że Chwatko spełni prośbę dziewczynki i pokaże się jej. Natomiast K-1 pozostanie dalej w ukryciu i będzie miał rękę na pulsie. I w razie jakiegoś niebezpieczeństwa, da o nim znać Chwatkowi poprzez swój głośny śmiech. Dla K-1 nie bardzo było to zrozumiałe, dlaczego akurat swoim śmiechem ma alarmować przyjaciela. Nie było jednak czasu na głębsze zastanawianie się, więc się zgodził. No i chłopcy udali się z powrotem pod sosnę.
— Już jestem! — odezwał się Chwatko, kiedy stanął za plecami Basiurki. — Zaraz przyjdę do ciebie, ale musisz mi najpierw obiecać, że nie będziesz komentowała mojego wyglądu. Dobrze?
— Obiecuję! Jakkolwiek byś nie wyglądał, to i tak już ciebie lubię, bo nikt tak ze mną miło nie rozmawiał jak ty. Na pewno jesteś dobrym człowiekiem… albo ludkiem. Wszystko jedno, ludek też jest człowiekiem, bo rozmawia jak człowiek, i to rozmawia milej niż niejeden człowiek. Chodź do mnie, mój miły Chwatko.
— Uważaj! Nadchodzę! — wydzierał się Chwatko, aby dziewczynka nie miała wątpliwości, że ktoś przed nią zaraz stanie.
Chwatko podchodził bardzo powoli. Parę razy oglądał się za siebie i patrzył na K-1. Wreszcie doszedł i stanął przed Basiurką. A gdy zobaczył jej piękną blond główkę zadartą do góry, zrozumiał, że dziewczynka w ogóle nie zdaje sobie sprawy z jego wzrostu, bo siedząc na ziemi, wypatruje jego nadejścia — spoglądając do góry. Zawahał się na moment. Jednak postanowił nie wycofywać się już.
— No gdzie ty jesteś, Chwatko? — zapytała zniecierpliwiona Basiurka. — Chyba nie chciałeś mnie brzydko okłamać?
— Nie, to nie leży w mojej naturze — odpowiedział Chwatko, zaniepokojony reakcją dziewczynki. — Tu jestem, koło twojej nogi, i macham do ciebie ręką. Widzisz już mnie?
— Chwatko mój kochany! Pewnie, że cię widzę. Jaki ty jesteś śliczny! — zawołała szczęśliwa Basiurka, szeroko się uśmiechając.
Na twarzyczce dziewczynki nie było już śladu po rozpaczy. Siedziała bez ruchu i wpatrywała się w Chwatka swymi ogromnymi niebieskimi oczami z wielką czułością i roztkliwieniem. Bała się nawet poruszyć, aby niechcący nie zrobić krzywdy swojemu nowemu przyjacielowi. Uśmiechała się tylko serdecznie.
Chwatko, widząc milutką buzię dziewczynki, uspokoił się już i też zaczął się do niej uśmiechać. Przez dobrą chwilę wpatrywali się w siebie z przyklejonymi uśmiechami na twarzy, aż w końcu razem zaczęli się głośno śmiać. No i napięcie zostało rozładowanie.
— Chwatko, ty jesteś naprawdę piękny! — zawołała Basiurka, przestając się śmiać. — Przepraszam, ja wiem, obiecałam ci, że nic nie będę wspominać o twoim wyglądzie, ale nie mogę się powstrzymać, bo jeszcze nigdy w życiu nie widziałam ludka, i to takiego ślicznego ludka.
— A ja muszę ci się przyznać, że ja też dopiero pierwszy raz z tak bliska widzę dużego człowieka. Jest mi bardzo miło cię poznać, moja droga Basiurko.
— Mnie też jest miło i jestem bardzo szczęśliwa. Wiesz, Chwatko, już nie musisz mnie tak szybko odprowadzać do domu. Ja przy tobie niczego się nie boję. Jeszcze chwilkę porozmawiajmy, a potem pomalutku pójdziemy w stronę domu… Ojej, co to? Słyszysz te głosy? Uciekajmy stąd. To na pewno Bronek i Rafał szukają mnie.
W tym samym czasie rozległ się donośny śmiech K-1. Basiurka, usłyszawszy to przeraźliwe zgrzytanie, wystraszyła się okropnie. I pomyśleć, że ta mała i wylękniona dziewczynka, zachowała jednak na tyle zimnej krwi, by ostrożnie złapać Chwatka do ręki i wdrapać się razem z nim na sosnę. A zrobiło to tak szybko i zwinnie jak małe małpiątko.
Chwatko też się wystraszył, ale tylko odgłosów wielkich chłopców, nadchodzących ścieżynką z głębi lasu. No i może troszeczkę szybkiej akcji Basiurki. A gdy już znalazł się z nią na sośnie i popatrzył w dół, aby sprawdzić czy K-1 zdążył się schować, to aż mu się w głowie zakręciło od tej wysokości.
Ledwie Chwatko i Basiurka zdążyli się jakoś usadowić na drzewie i zaprzeć się nogami o gałęzie, by nie spaść w dół, a pod drzewem zjawili się dwaj wielcy chłopcy. W milczeniu rozglądali się wkoło, próbując się jednocześnie ukryć za grubym pniem. Po chwili słychać było ich przytłumione głosy:
— Ty, Rafał, co to mogło być? Jak żyję, takiego zgrzytu w lesie nie słyszałem. Myślisz, że to może jakiś groźny zwierz jest gdzieś w pobliżu?
— Bronek, do stu piorunów! Nie wkurzaj mnie. A skąd to ja mam wiedzieć? To ty głupolu pochodzisz ze wsi, więc lepiej musisz wiedzieć niż ja. A może Kazek faktycznie miał rację, mówiąc, że twój stary po pijanemu spulchnił ci twoją mózgownicę i na gładko wybronował? Co? Co za naród?!... Jak ja dorwę w końcu tę twoją karłowatą smarkulę, to nie chcę cię widzieć przynajmniej przez tydzień. Dość już mam ciebie i tej twojej siostruni. Co za pofyrtana rodzinka. Że też mi przyszło od takich być zależnym.
K-1 schował się w krzewach niedaleko miejsca gdzie rozgrywała się ta scena i przysłuchiwał się rozmowie wielkich chłopców, a właściwie bardzo nieprzyjemnemu monologowi chłopca imieniem Rafał. Gdyż ten jeszcze długo złorzeczył Basiurce i jej bratu Bronkowi. — „Ach, to tak, ten cały Bronek jest bratem Basiurki. Dlaczego więc nie pomoże własnej siostrze, tylko ją straszy?” — zastanawiał się. Nie podobała mu się ta sytuacja. Poczuł ogromną niechęć do wielkich chłopców, zwłaszcza do Rafała.
Chwatko, siedząc na sośnie jak na rozżarzonych węgielkach, czuł podobnie. Nie wiedział, co ma zrobić. I to go dobijało. Siedzieć tak jak tchórz na drzewie i nic nie działać? Nie, to było ponad Chwatkową wytrzymałość. To był cios w jego dumę. Postanowił na już, bez dalszej zwłoki, pomóc Basiurce. Popatrzył na dziewczynkę ze współczuciem, i wtedy zobaczył, że ona drży na całym ciele i szlocha bezgłośnie, a łzy spływają jej po policzkach i kapią na ziemię, akurat w to miejsce, gdzie stoją wielcy chłopcy. Chwatka zamurowało, bo wystarczyło, aby któryś z nich popatrzył do góry, a będą zgubieni. Zaczął szukać wzrokiem K-1, i gdy ujrzał między krzewami jego połyskujący kombinezon, wychylił się daleko poza gałąź. Chciał, ażeby przyjaciel go zauważył. I gdy tak się stało, mimiką twarzy nakazał mu zaśmiać się głośno.
K-1 zdążył już zrozumieć znaczenie swojego śmiechu w tej dziwnej i niebezpiecznej zarazem sytuacji. I chociaż nie miał najmniejszej ochoty na śmiech, zaśmiał się najgłośniej jak tylko potrafił, dodając do śmiechu dużą dozą ironii. Zgrzytało więc straszliwie. A że echo natychmiast rozniosło ten straszliwy zgrzyt po całym lesie, zgrzytało więc długo i przeciągle. W samą porę, jak się okazało, gdyż wielcy chłopcy już się zorientowali, że coś kapie na nich z drzewa. Już chcieli popatrzeć do góry, by sprawdzić, co to takiego może być, ale gdy usłyszeli ten „przepiękny” śmiech K-1, kapanie stało się nieważne. Śmiech K-1 odniósł piorunujący efekt. Obydwaj wielcy chłopcy odskoczyli od drzewa jak piorunem rażeni i pognali w las, sprawiając wrażenie obłąkanych.
Chwatkowi i K-1 o to właśnie chodziło, aby pozbyć się wielkich chłopców i zacząć robić coś wreszcie dla Basiurki. I kiedy K-1 kręcił się nerwowo w zaroślach, bo złość go brała, że musi tak stać jak ostatnia niemota i nic nie może począć, to Chwatko już działał. Wspinając się w szybkim tempie na wyższe gałęzie, zamierzał uspokoić znów zrozpaczoną Basiurkę. Nie był jednak pewien, czy wielcy chłopcy oddalili się na tyle daleko, by mógł normalnie z nią rozmawiać, dlatego zamierzał mówić jej wprost do ucha. Gdy już stanął pewnie na gałęzi na odpowiedniej wysokości, nachylił się i szeptem zaczął mówić:
— Nie bój się. Już jesteś bezpieczna. Ci dwaj chłopacy uciekli dalej niż pieprz rośnie. A uciekli dzięki mojemu przyjacielowi, który ich wystraszył tym głośnym zgrzytem. Mówię ci o tym, abyś wiedziała, że nie masz się co bać tych odgłosów, bo to sprawka K-1…
— Co ty mówisz, Chwatko? Jaki przyjaciel? To ty nie jesteś tutaj sam? Co to znaczy „sprawka kajeden”? — Basiurka zasypała Chwatka lawiną pytań, i nie czekając na odpowiedź, wytarła ręką mokrą od łez buzię, uśmiechnęła się miło, i dodała: — Jesteś kochany, Chwatko i wierzę, że twój przyjaciel jest tak samo kochany jak i ty… A gdzie on jest? Chodźmy do niego. Chcę go poznać… A pokaże mi on tę głośną „sprawkę kajeden”?
— Poczekaj, Basiurka. Pomału. Zaraz ci wszystko wyjaśnię — zaśmiał się cichutko Chwatko, bo dziewczynka bardzo go ubawiła. — Ale najpierw musimy zejść z drzewa. Poczekaj chwileczkę, bo muszę coś załatwić.
Chwatko znów wychylił się za gałąź i pomachał ręką do K-1, aby ten zbliżył się do drzewa, ale wprzódy, nakazał mu gestem ręki rozglądnąć się po okolicy, czy jest bezpieczna. K-1 szybko wykonał polecenia Chwatka, zadowolony, że wreszcie może działać. Po czym stanął pod sosną i znaczącym gestem pokazał przyjacielowi na wysokościach, iż okolica jest czysta. Chwatko bardzo się ucieszył i odezwał się wesołym głosem do Basiurki, i na tyle głośnym, aby K-1 też go słyszał:
— No to schodzimy z drzewa, moja droga Basiurko. I ty, mała dziewczynko, niestety, ale musisz pomóc starszemu od siebie chłopcu zejść na dół. Śmiech mnie ogarnia, ale tak jest. Skoro mnie więc tu wyniosłaś, to musisz mnie teraz stąd zdjąć. Przykra sprawa, ale akurat na to nic nie poradzę… A gdy będziemy już na dole, to przedstawię ci mojego przyjaciela, który nazywa się K-1, rozumiesz? K-1, to jest jego imię. Przyleciał do nas z Księżyca. I jest moim najlepszym przyjacielem na Ziemi. Na pewno też go bardzo polubisz… No co? Schodzimy?
— No pewnie, Chwatko! — wesolutko już zawołała Basiurka i wzięła Chwatka ponownie do ręki i zeszła z nim z drzewa. Postawiła go delikatnie na ziemi i zaczęła się rozglądać, wypatrując K-1.
Dziewczynka nie wiedziała na jakiej wysokości może ujrzeć księżycowego przyjaciela Chwatka. Zaglądała więc raz do góry, raz na dół. I gdy nikogo nie ujrzała, popatrzyła zawiedziona na Chwatka.
— Zaraz ci K-1 przedstawię… — odezwał się Chwatko, zadowolony, że czuje już pewny grunt pod nogami. — Chodź tu, mój drogi K-1... Basiurko, to jest K-1… K-1, to jest Basiurka… No, to się już nawzajem poznaliście.
— Jaki ty jesteś złociutki, K-1! — zawołała rozpromieniona Basiurka, ale jednocześnie niebywale zaskoczona. — Jesteś tak samo piękny jak Chwatko i… na pewno masz takie samo dobre serduszko jak i on. Bardzo się cieszę, że zechciałeś mnie poznać, i że mi pomogłeś, przeganiając stąd chłopców tą swoją „sprawką ka…” to znaczy, nie wiem już czym, ale podziałało to wyśmienicie na chłopców, bo uciekali jak szaleni. Ja też się na początku wystraszyłam, ale Chwatko mi powiedział, że nie mam się co bać. I miał rację. Z wami to już niczego się nie boję.
— Ja też się bardzo cieszę, że ciebie poznałem — powiedział K-1 ucieszony widokiem Basiurki w pełnej okazałości. W ogromnej okazałości, jak na jego wyobrażenia.
— Chodźmy w pobliże krzewów. Tam będzie bezpieczniej. I tam też będziemy mogli się spokojnie naradzić — wtrącił się Chwatko i zaniepokojony popatrzył na dziewczynkę. — Basiurko, co ci jest? Dlaczego utykasz? Boli cię noga?
— Nie wiem sama. Coś chyba mnie bucik uwiera, czy co?
— Podejdźmy do samych krzewów, to tam zaraz sprawdzimy, co jest z twoją nóżką.
Po chwili dzieci, te małe-starsze, i ta duża-młodsza, siedziały pod krzewami i zajęte były rozwiązywaniem bucika Basiurki. Sznurowadła były tak strasznie poplątane, że Basiurka nie mogła sobie poradzić, więc chłopcy zabrali się za ich rozplątywanie. Walczyli dzielnie z tymi niesfornymi sznurowadłami aż w końcu wyzwolili stopę dziewczynki z dziwnie za ciasnego bucika. I wtedy się okazało, że jej stopa była cała opuchnięta. Biedna dziewczynka, pewnie skręciła sobie gdzieś nogę w czasie swej długiej wędrówki po lesie.
K-1 przystąpił od razu do działania. Nakazał Basiurce zamknąć oczy i niczego się nie bać. Po krótkiej chwili pozwolił jej oczka na powrót otworzyć. Ku Basiurki wielkiemu zaskoczeniu, stopa była taka sama jak zawsze. Żadnego śladu po opuchliźnie. Żadnego bólu. Basiurka była wniebowzięta. Najchętniej wycałowałaby chłopców z radości. Ale nie wiedziała jak to zrobić. Zawołała więc tylko radosnym głosem:
— Jesteście tacy dobrzy! Nikt nigdy nie był jeszcze dla mnie taki dobry. Tak bardzo się cieszę, że zabłądziłam dzisiaj w lesie. I nie żałuję wcale, że się tak bałam, i że się tak zmęczyłam. Inaczej nie spotkałabym was. Nie chcę do domu. Chcę zostać z wami.
— Słuchaj, Basiurka — odezwał się Chwatko, czując, że łzy cisną mu się do oczu. Tak mu było szkoda dziewczynki. — Przede wszystkim musisz nam powiedzieć, co ci chłopcy chcieli od ciebie. Czy ten Bronek to rzeczywiście jest twój brat?
— Tak, Bronek jest moim starszym bratem. Ma czternaście lat — powiedziała Basiurka i posmutniała na buzi. — On nie jest takim złym chłopcem, to tylko ten Rafał go ciągle zmusza do złych rzeczy. Przepraszam, Chwatko i ciebie też, K-1, że nie powiedziałam od razu, że to od nich uciekłam do lasu. Na początku troszeczkę bałam się przyznać, a potem to już nie było kiedy, bo oni się sami nagle zjawili.
— A co oni tak w ogóle chcą od ciebie? — zapytał zatroskany K-1.
Dziewczynka posmutniała jeszcze bardziej. Włożyła rączkę do kieszonki swojej sukieneczki i wyciągnęła garść drobnych pieniążków. Chłopcy nie bardzo rozumieli o co tu może chodzić z tymi monetami, które Basiurka trzymała w otwartej dłoni. Po krótkiej chwili, Basiurka ze łzami w oczach, sama zaczęła im opowiadać:
— Te pieniążki dostałam od mojego tatusia. Bo wiecie, ja i mój brat mieszkamy w Domu Dziecka, ale my mamy tatusia. Nie mamy tylko mamusi, bo ona… nasza mamusia, umarła, jak ja byłam jeszcze bardzo malutka. A potem nasz tatuś z rozpaczy po mamusi, jakoś się rozchorował i… iii nie może się nami zaopiekować. I nas zabrali do Domu Dziecka. I w tym Domu Dziecka, to my już mieszkamy długo, i nasz tatuś przychodzi nieraz do nas na odwiedziny, bo on mieszka na wsi za naszym miastem. To nie ma daleko do nas. Piechotą przychodzi. I czasami daje nam trochę pieniążków na cukierki. Ale ja nie kupuję cukiereczków. Ja zbieram te pieniążki dla tatusia, bo moja pani z Domu Dziecka powiedziała, że jak ja urosnę i będę już dorosła, to będę mogła tatusiowi pomóc w jego chorobie. Moja pani nic nie mówiła o pieniążkach, że będą potrzebne. To ja tak sama od siebie je zbieram, bo ja bym chciała najlepszego lekarza dla tatusia sprowadzić. Bo ja kocham mojego tatusia i… iii bardzo chciałabym mu pomóc…
Basiurka przerwała swoje opowiadanie, bo zaczęła się dławić własnymi łzami. Chłopcy też milczeli, gdyż i ich oczy wypełniły się łzami, i by nie pokazać tego przed Basiurką, zmuszeni byli połykać je od wewnątrz, a to zajęło im trochę czasu. W głowach im aż szumiało od złości na wielkich chłopców i zarazem od współczucia dla biednej dziewczynki.
Wreszcie Chwatko nie wytrzymał dłużej tego galimatiasu w głowie. Zwłaszcza ogromnej złości rozsadzającej mu skronie. Pewnie też dlatego, że jego pojedyncza głowa pojemnością była dużo mniejsza od głów K-1. Tak czy siak, Chwatko jako pierwszy nie wytrzymał, poderwał się na równe nogi, i wrzasnął:
— Nasz bór mi świadkiem, że zrobię porządek z tymi nicponiami, a przede wszystkim z tym całym Rafalskim. Nie martw się Basiurka, już my im przetłumaczymy, co jest dobre, a co złe. I na pewno zapamiętają to do końca życia… K-1, musimy się naradzić, co robimy dalej, bo że robimy, to jest pewne. I że musimy się pośpieszyć, to też jest pewne. Bo tu biedna Basiurka, a tam nasi najbliżsi czekają… — To ostatnie zdanie Chwatko powiedział już szeptem i tylko w stronę K-1.
Narada chłopców była krótka. Basiurka wprawdzie nic nie rozumiała o czym oni rozmawiali, ale i tak była bardzo szczęśliwa. Siedziała cichutko pod krzewem głogu i obserwowała swoich wybawicieli. Czuła się już zupełnie bezpieczna i spokojna...

 cdn.

Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

wtorek, 14 maja 2019

Jak kompensować kompleks niższości?


Mały wywyższać się zawsze musi,

inaczej zafascynować sobą

nigdzie nikogo nigdy nie zmusi.



(Zdjęcie z Internetu)

K-X ląduje (10 cz.)

Dzień się budził. Na dworze świtało. Słońce wyłaniało się powolutku z różowej poświaty zza horyzontu i zaglądało ciekawym okiem na Ziemię. Ziemia również budziła się ze snu. Ptaki coraz głośniej śpiewały, ćwicząc swoje głosy przed całodziennym koncertowaniem. Zwierzęta podnosiły się ze swoich legowisk, przeciągając się na wszystkie strony. Tak prostowały swoje zdrętwiałe od spania grzbiety i nogi. Pomrukując i popiskując przy tym cichutko, z zadowoleniem witały nowy dzień. Gdzieś w oddali słychać było głośne: — „huhu, huhuuu, huhuuuu!”, które umilkło po chwili. To sowa powracała z nocnych łowów i swoim pohukiwaniem dawała znać wszystkim nocnym zwierzętom i ptakom, że oto nadszedł czas, aby po pracowitej nocy udać się na spoczynek. Był to również znak i dla dzięcioła, lekarza lasu, że nadszedł już czas, aby przystąpić do pracy. Słychać było więc jak głośno, coraz głośniej opukuje drzewa. A to jego lecznicze stukanie dziobem, rozbudzone już na dobre echo, roznosiło po całym lesie.
Las ożywał po nocnym uśpieniu. Wiaterek zaczynał poranną igraszkę i dmuchał delikatnie w liście drzew, a te, poruszały się lekko i cichutko szumiały. Wtedy rozbawiony wiaterek przystąpił do mocniejszego dmuchania i wiał już między drzewami z dźwięcznym poszumem. Przenosił się coraz dalej i dalej, aż w końcu zaczął hulać wśród strzelistych skał, dorzucając do porannej, jakże łagodnej i spokojnej muzyki, coraz to mocniejsze akordy. Zadowolone echo ochoczo roznosiło je do najmniejszych nawet zakamarków leśnych. I gdy one, odbijając się od nich wracały z powrotem, rzucało nimi radośnie o pojedyncze skały, rozdrabniając na wiele drobniutkich taktów. Te takty wiaterek podrywał radośnie i bardzo już mocnym podmuchem wdmuchiwał je we wszystkie szczeliny skalne, nawet w najmniejsze. A te, przeciskając się przez nie, nabierały mocy tysięcy fujarek i przekształcały się w głośną, melodyjną muzykę, która już swobodnie docierała wprost do komnat jaskini.
Takie to właśnie cudownie brzmiące takty poranka budziły leśne ludki codziennie ze snu w ich podziemnym pałacu. Każdy z nich po przebudzeniu uwielbiał poleżeć sobie jeszcze chwileczkę w łóżku i z zamkniętymi oczami się w nie wsłuchiwać. One zawsze wprawiały ich w miły i radosny nastrój na cały dzień.

Chwatko już nie spał, ale bez ruchu i zamkniętymi oczami leżał ciągle w swoim łóżku. Z przyjemnością wsłuchiwał się w dobiegające z zewnątrz odgłosy leśnej przyrody. Ogarniał go błogi spokój i przyprawiał o krótkotrwałą amnezję. Zapomniał o wszystkich problemach dnia poprzedniego, a nawet o czekających na niego w obecnym dniu. Pragnął choć na chwilę jeszcze taki stan przedłużyć, ale podświadomie bardziej niż świadomie czuł, że coś mu w tym przeszkadza i karze otworzyć oczy. I gdy je otworzył, zobaczył dwie pary oczu wpatrujące się w niego. Wrzasnął przerażony:
— Borze mój zielony!
— Przykro mi, Chwatko, że cię tak wystraszyłem — powiedział K-1 i spuścił ze smutkiem głowy.
— No coś ty, K-1! Wcale mnie nie wystraszyłeś. Miałem tylko jakiś niezbyt miły sen. — Chwatko na szybko wymyślił małe kłamstewko, aby nie sprawiać przykrości K-1.
— Właśnie. Już od jakiegoś czasu obserwuję ciebie, bo obudziły mnie twoje głośne postękiwania. Raz nawet zacząłeś machać rękami i krzyknąłeś: „uciekajmy!”. Już chciałem cię obudzić, aby przerwać ci ten koszmar senny, ale nagle się uspokoiłeś, leżałeś już cichutko i spokojnie… a nawet zacząłeś się uśmiechać.
— Słyszysz tę muzykę?
— Słyszę. Od dawna się w nią wsłuchuję. Co to za muzyka?
— Poranna rapsodia. Po najstraszniejszych nawet koszmarach sennych, gdy ją usłyszysz i się w nią wsłuchasz, ona jak balsam ukoi twą duszę. Uwielbiam takie przebudzenie.
— Muzyka istotnie piękna.
— No, to piękne przebudzenie mamy już za sobą. Czas na przywitanie dnia. A dzień ma być dzisiaj bardzo ciekawy. I nie ukrywam, że nieco niebezpieczny. Ale jak tu dziewczynom odmówić?
— Nie, Chwatko, na pewno nie można odmówić. Jeszcze by pomyślały, że z tchórzami mają do czynienia. Damy sobie radę. Zobaczysz!
— Myślę nawet, że nie mamy innego wyjścia.
Po godzinie wszystkie dzieci były gotowe już do drogi. Szczęśliwe i uśmiechnięte zapakowywały jeszcze tylko swój prowiant na wycieczkę. A było tego bez liku. Już wszystkie trzy mamy i dwie babcie zadbały o to i dołożyły wiele starań, by im niczego nie brakowało. Przecież miały być, za ich zgodą, cały dzień poza domem. Były tam więc pyszne kanapki, słodkie ciasteczka, osiem smakowitych naleśniczków z dnia poprzedniego, a nawet dla każdego po kawałku szarlotki, którą babcia Miła specjalnie dla nich upiekła wieczorem. Było także dużo napojów: sok malinowy, kompot z jabłek, a nawet woda źródlana. Wszystkie te pyszności dzieci pakowały do dużego pojemnika specjalnie przygotowanego przez K-Y, który można było bez problemu przymocować do kierownicy samopojazdu. I kiedy K-1 wraz z ojcem K-Y już go solidnie przymocowali, wtedy podoczepiali jeszcze kilka nowych rzeczy do oprzyrządowania samopojazdu. Chwatko, widząc to, tylko się uśmiechał do K-1 i dalej pakował swój plecak. A trzeba przyznać, że pakował go o wiele staranniej niż zwykle.
Zaraz po śniadaniu wszystkie dzieci ludkowe przebrały się w swoje podróżne kombinezony, aby tym razem wygodniej im się jechało na spotkanie z przygodą i… w poszukiwaniu białych lilii... Ale o tym sza! Żadne z dzieci nie mogło głośno wypowiedzieć tych magicznych dwóch słów, bo gdyby je starsi usłyszeli, to mogłyby zapomnieć o swojej wycieczce. Starsze dzieci na wszelki wypadek nie wtajemniczały bliźniaków w plan wycieczki, bo jeszcze któryś z nich mógłby się niechcący wygadać. Jak Gagatek z tym „zawałem”. Dobrze, że poprzedniego wieczoru Gaga poszli szybciej spać i nic na ten temat nie słyszeli. Teraz wystarczyło im tylko trzymać język za zębami. Gaga też jakoś dziwnie nie dopytywali się, gdzie jadą tym razem. Byli szczęśliwi jak dwa skowronki o poranku i zadowoleni, że w ogóle jadą.
Wszystko było już zapięte na ostatni guzik. Tylko wskakiwać na samopojazd... i w drogę! Witaj przygodo! I już dzieci prawie zamierzały to zrobić, gdy nagle K-2 zawołała:
— Popatrzcie tam! Kogo ja widzę? Moje kochane zawiniątka szczurkowate pełzną do nas… I co zrobimy? Patrzcie, jak się śpieszą. Coś mi się zadaje, że one zamierzają z nami się udać na wycieczkę.
— No wiecie co? Rzeczywiście, pędzą jak szalone, jak na swoje możliwości — powiedział Chwatko, ubawiony widokiem śpieszących się jaszczurek. — Gaga, skoczcie no szybko po ich koszyczek do pokoju Śmieszki i K-2. Nie ma wyjścia, muszą jechać z nami, bo się jeszcze rozchorują z tęsknoty za K-2. No, jazda chłopaki, ruszajcie się!
— I znowu my? — z niezadowoloną miną burknął Gagatek, ale gdy zobaczył proszące spojrzenie K-2, od razu ochoczo wystartował z miejsca. Po kilku krokach zawrócił jednak. Złapał Gabcia za pasek kombinezonu i pociągnął za sobą. — No, rusz się wreszcie. Coś taki niemrawy? Wyglądasz na okrutnie zblazowanego. A już wiem, to ten szarobury kombinezonik tak na ciebie działa. Mnie się też ten smutny kolor nie podoba. Wiesz, poprosimy K-2, aby jakoś upodobniła te nasze odzienia do swojego. Co, K-2? Jest to jakimś księżycowym cudem do zrobienia?
— Pędźcie już, pędźcie Gaga! Już K-2 odstawi malowanie jak się patrzy. Możecie być pewni. To akurat ona uwielbia — zawołał ubawiony K-Y. Po czym nachylił się do papcia Chwata i powiedział: — Lepiej niech wezmą ze sobą te nieszczęsne jaszczurki, bo nie wiem, co miałbym z nimi robić. Jakoś mi się one nie bardzo podobają, no… z wyglądu przynajmniej, a K-2 prosiła mnie, abym się nimi zajął podczas jej nieobecności. A tak, to ona sama się nimi zajmie. Ona już wie, co im potrzeba.
Po krótkiej chwili wszystko już było zupełnie gotowe do drogi. Jaszczurki siedziały już w koszyczku pod nogami K-2 i wystawiały swoje łebki z ciekawości. Dzieci też już stały na swoich miejscach i ze szczęśliwymi minami trzymały się poręczy. A już najbardziej tryskał szczęściem Gagatek, gdyż podczas załadunku zwinek na pokład samopojazdu, został zapewniony przez K-2, iż na pierwszym postoju zmieni jego i Gabcia wygląd. Zrozumiałe więc, że miał jeszcze więcej powodów do radości.
Dzieci były gotowe do startu w nieznane. Czekały tylko na komendę papcia Chwata. A papcio Chwat z komendą zwlekał. Tak bardzo mu się dzieci na tym „nieziemskim” ziemskim pojeździe podobały, że chciał sobie tym obrazkiem trochę dłużej oko nacieszyć. W końcu popatrzył na wszystkich starszych zebranych na podwórku celem pożegnania dzieci, potem jeszcze raz na wszystkie dzieci i ich rozjechane w uśmiechu buzie, i głośno oraz przeciągle zawołał:
— W droooooogę!!!
Jakie to wspaniałe uczucie ruszyć tak w drogę w nieznane, na spotkanie z przygodą. Wszystkie dzieci doświadczały tego wspaniałego i emocjonalnego uczucia pełną piersią. Radosne pędziły przed siebie i rozglądały się po soczystozielonym lesie. Wpatrywały się w drzewa kołyszące się na wietrze. Podziwiały malutkie polanki przyozdobione pięknym kwieciem. Co rusz spoglądały też w błękitne niebo skąpane w złotych promieniach słońca. Wsłuchiwały się w melodyjne śpiewy ptaków i przeróżne odgłosy lasu, jakie cudowna ziemska przyroda ofiarowywała swoim wrażliwym słuchaczom.
Dzieci mogłyby tak gnać przed siebie w nieskończoność, rozkoszując się wszystkim dookoła, gdyby nie jeden towarzysz podróży. Chodziło naturalnie o Gagatka. Gagatkowi i owszem, bardzo się podobała jazda i to wszystko dookoła, czego był świadkiem, ale przecież nie mógł zapomnieć o tak ważnej sprawie, jak zmiana jego wizerunku w wykonaniu K-2. Nalegał więc, aby wreszcie zrobić pierwszy postój. Nie zamierzał ukrywać w jakim celu. Cel miał tylko jeden.
— Popatrzcie tylko, jaki ten nasz świat jest piękny i kolorowy — zachwycał się głośno. — Tylko my psujemy całe to jego piękno naszym szaroburym wyglądem. Zatrzymajmy się więc i niech nas K-2 wreszcie upiększy… No, chociażby mnie, jak wy nie chcecie. Bo też to tylko ja wpadłem na taki kolorowy pomysł… K-1, słyszysz co mówię?! Ja wiem, że to ciężko ci zrozumieć, bo ty sam swoim wyglądem aż razisz w oczy, tak pięknie wyglądasz. A my…
— Już dobrze, dobrze! — K-1 przerwał Gagatkowi mowę. — Zaraz zatrzymamy się na chwilę, bo i tak muszę z Chwatkiem pogadać na temat dalszej drogi.
— Kochany jesteś! — zakwilił z radości Gagatek. I nagle się zadumał, a po chwili zapytał: — Ty, K-1, a gdzie my właściwie dzisiaj jedziemy?... A zresztą, wszystko mi jedno gdzie. Byle razem, byle daleko, no i… byle kolorowo.
Dojeżdżali akurat do niewielkiej polanki, która wyłoniła się nagle zza leśnej gęstwiny i ukazała się oczom dzieci w swej pełnej krasie. A było na co popatrzeć, tak bajecznie była kolorowa. Na zielonym tle traw przeważały białe stokrotki, pomiędzy nimi wystawiały swe łebki: chabry bławatki, czerwone maki, żółte mniszki, szafirowe krokusy, liliowe storczyki, czerwone koniczynki, a nawet drobniutkie żółte kaczeńce. Widok był przepiękny. Dzieciom aż dech zaparło. A Nosolek to już był w siódmym niebie. Przymykał tylko oczy, i by nie uronić żadnego zapachu, delikatnie wciągał nosem powietrze. Wymarzone miejsce na postój. K-1 zatrzymał samopojazd i dzieci zeskoczyły z niego z wielką radością. Chciały z bliska przyjrzeć się temu kolorowemu arcydziełu matki natury. Biegały więc po polanie i rozkoszowały się jej widokiem i zapachem. Nosolek zaś wyłożył się na trawie i tyle było go widać. Ale słychać było, bo swym kinolkiem dość głośno wciągał aromaty polanki. A Gagatek, skacząc po polanie niczym konik polny, wykrzykiwał, że każdy ma wybrać dla siebie taki kolor, w jakim jest kwiat, który mu się najbardziej podoba. K-2 zaś nakazywał mieszać już farby i przygotowywać się do malowania każdego w wybranym przez niego kolorze.
Wcześniej nikt oprócz Gagatka nie uskarżał się na kolor podróżnego kombinezonu. Pomysł Gagatka wydał się jednak wszystkim nawet dość zabawny. Tym bardziej, że K-2 z dziwnie tajemniczą miną wyrażała natychmiastową chęć do malowania.
K-2 wyciągnęła z pasa bezpieczeństwa jakieś malutkie pojemniczki i kazała wszystkim ludkom ustawić się w szeregu oraz zamknąć oczy i buzie. Kiedy to uczynili, od razu oddała się swemu artystycznemu zajęciu. Naciskając na zaworki różnokolorowych pojemniczków, kierowała syczący strumień farby na kombinezon każdego ludka z osobna. Każdego z nich malowała według jego życzenia.
Chwatko wymyślił dla siebie kolor chabrowy. Gryzio oczywiście wybrał kolor czarny, ale po protestach dzieci zmienił na purpurowy. Nosolek, nieustanny marzyciel, nie mógł innego koloru wybrać jak tylko błękitny. Śmieszka koniecznie chciała się upodobnić do K-2, i ku jej radości, wybrała kolor złoty. Wyglądała rzeczywiście jak urodzona kosmitka. Z Gaga było trochę więcej problemu, gdyż we dwójkę ubzdurali sobie, że ich kombinezony muszą być dwukolorowe. I choć o kolory byli już pewni, bo bez żadnych dyskusji zdecydowali się na kolor żółty i niebieski, to jednak nie mogli się dogadać, czy te kolory mają się łączyć w poziomie, czy też w pionie. Jeżeli łączyłyby się w poziomie, to u jednego niebieski byłby od pasa w górę, a żółty od pasa w dół, a u drugiego naturalnie na odwrót. Jeżeli łączyłyby się w pionie, to u jednego niebieski z prawej strony, a żółty z lewej, a u drugiego oczywiście na odwrót. Taki zróżnicowany zabieg uznali za konieczny, aby ich ze sobą nie mylić. Tak długo się między sobą przekomarzali, aż się w końcu pokłócili.
Starsze dzieci zaczęły się już niecierpliwić z powodu niezdecydowania Gaga. Wreszcie K-2 postanowiła sama zadecydować jak ich pomaluje i wybrała malowanie pionowe. Co nawet bliźniakom bardziej pasowało, gdyż im dodało wizualnie nieco wzrostu. Sprawiali wrażenie wyższych. Niebieski kolor dostało się Gagatkowi z prawej strony, żółty zaś z lewej. Gabciowi naturalnie na odwrót, z prawej strony żółty, z lewej niebieski. W efekcie końcowym bliźniacy byli bardzo zadowoleni.
Malowanie mieli załatwione. Wszystkim przypadły do gustu stare kombinezony w nowym wydaniu i z wielkim zachwytem chwalili K-2 za jej pracę artystyczną.
K-2 pochwały tak bardzo schlebiały, iż każdemu, zupełnie już od siebie, domalowała jeszcze jakiś motyw. Każdemu inny i każdemu według jej własnego uznania. I tak: Chwatkowi na tle jego chabrowego kombinezonu, przypominającego kolorem noc, namalowała piękną złotą kometę. Jej głowę na piersiach po lewej stronie, zaś warkocz po prawej. Nad warkoczem bardzo się napracowała, gdyż malowała go w kilku odcieniach złota. W efekcie wyglądał naprawdę cudownie. Wyrastając z głowy komety, rozplatał się na całej swej długości, i stając się coraz szerszy, przechodził przez prawe ramię Chwatka aż do połowy jego pleców.
Gryzio na tle purpurowego kombinezonu, kolorem przypominającego zachód słońca w wietrzny wieczór, otrzymał głowę tygrysa z rozdziawioną paszczą, ukazującą ostre kły i zębiska. K-2 namalowała dwie takie głowy tygrysa. Jedną mniejszą na jego lewej piersi, a drugą dużą, i wyglądającą jeszcze groźniej, na plecach.
Jaki motyw pasowałby najlepiej do Nosolka? K-2 nie musiała się długo zastanawiać i namalowała mu na jego marzycielskim błękicie kilka białych obłoczków o fikuśnych kształtach. Kilka mniejszych z przodu, i kilka większych z tyłu. A wszystkie te obłoczki miały rozmarzone oczy i błogi uśmiech.
Śmieszka natomiast w odpowiednim miejscu na piersi przyozdobiona została pięknym czerwonym serduszkiem. I takim samym serduszkiem, tyle że o wiele większym, na plecach. Co na tle jej złotego kombinezonu dawało wspaniały efekt, jakby biło naprawdę.
Na samym końcu K-2 zabrała się za Gaga. Chwilę musiała się zastanowić, jakich motywów użyć w stosunku do bliźniaków. W końcu zdecydowała się na jeden wspólny dla obu i namalowała im na piersiach, na żółtym tle, takie samo duże oko. A na niebieskim tle z kolei, Gagatkowi namalowała czerwone, szeroko uśmiechnięte usta, i takie same, tyle że bardzo duże — na plecach. W połowie na tle niebieskim, w połowie na tle żółtym. Gabciowi zaś na niebieskim tle z przodu namalowała ucho, i takie samo, ale też bardzo duże — na plecach. Oczywiście tak samo w połowie na niebieskim tle i w połowie na żółtym.
Wszystkie dzieci były bardzo zadowolone i zarazem ubawione swoimi motywami. Nie mogły się nadziwić K-2 trafności skojarzeń. Oglądając siebie nawzajem, głośno zachwycały się też jej pięknym wykonaniem. Dzieci wcale tego nie ukrywały, że w pewnym sensie utożsamiają się ze swoimi motywami. Wyglądało więc na to, że K-2 udało się odgadnąć, jakie moce drzemią w ich młodych duszach.
— K-2, jesteś ekstra! — wołał Gryzio, któremu głowa tygrysa ogromnie się podobała. Zdjął nawet swój kombinezon do połowy i przekręcił jego tył do przodu, aby dokładnie przyjrzeć się dziełu K-2. — Z ciebie artystka nie od parady… Patrzcie no, jaką cudowną buzię ma ten mój superowy tygrys! Niesamowite, lepiej nikt by nie namalował. Dzięki, K-2! Jestem z ciebie dumny! Brawo, K-2! Brawo nasza kochana kosmitko!
— Brawo, brawo! — wołały wszystkie ludkowe dzieci.
— Już dobrze! Uspokójcie się! — przekrzykiwała ludki K-2. — Cała przyjemność po mojej stronie. I jestem naprawdę szczęśliwa, że spodobało wam się moje malowanie. Ale teraz już jedźmy dalej… Prowadź nas, Chwatko, nasza gwiazdo przewodnia!
— Jeszcze chwileczkę! Daj mi pogadać z naszym przewodnikiem — zawołał wesoło K-1, którego całe to malarstwo siostrzyczki bardzo ubawiło. — Musimy dokładnie ustalić jak dalej jechać. Chwatko, mów, co i jak, a ja te dane naniosę do systemu nawigacyjnego, no i możemy już dalej spokojnie jechać.
Kiedy najstarsi chłopcy zajęci byli ustalaniem trasy i miejsca docelowego, pozostałe dzieci dalej zachwycały się swoim wyglądem.
— Ty, K-2. Mów, co chcesz, rób, co chcesz, ale ja ciebie i tak nie puszczę z powrotem na Księżyc — powiadomił Gagatek przyjaciółkę. — Ty jesteś tu na Ziemi nam bardzo potrzebna. Co tam będziesz na Księżycu robić? Sama mówiłaś, że u was nie jest tak ładnie jak u nas na Ziemi. No a przede wszystkim, nie jest tak kolorowo…
— Ani tak pachnąco — podpowiedział Nosolek.
— Kochani jesteście! — zawołała szczęśliwa K-2 i popatrzyła na wszystkie dzieci dwoma parami ogromnych oczu. — Cieszę się, że jestem wam potrzebna. Bo to jest bardzo ważne w życiu, aby czuć się komuś potrzebnym. Ja jednak należę do księżycowej społeczności, więc na Księżycu jest moje miejsce. Ale jedno wam mogę obiecać na pewno, że będę… że będziemy was często odwiedzać. No i jak tylko to będzie już u nas możliwe, to i wy będziecie nas odwiedzać. Bo wiecie, warunki na Księżycu są zbyt ciężkie dla was. Ogromna różnica temperatur w ciągu dnia, a przede wszystkim brak atmosfery, powoduje, że nie moglibyście u nas normalnie żyć. Potrzebne są odpowiednie skafandry, które ochroniłyby was od niekorzystnych dla was księżycowych warunków. I właśnie taki jeden skafander udało się naszym naukowcom skonstruować. Przywieźliśmy go ze sobą, dlatego papcio Chwat będzie mógł z nami bezpiecznie polecieć na Księżyc. A gdy już będziemy mieli tych skafandrów więcej, no to wtedy każdy z was będzie mógł nas odwiedzać. Jak tylko będziecie chcieli…
— No, może raz, z samej ciekawości trzeba by było polecieć i zobaczyć jak nasi Księżycowi Pobratymcy żyją — poważnym głosem Gagatek wszedł w słowo K-2. Potem chwileczkę podumał i już wesoło powiedział: — Ale będzie lepiej, jak wy do nas będziecie przylatywać, bo sama ciągle powtarzasz, że u nas, na Ziemi, jest najpiękniej.
— I póki co, i póki jesteśmy tu na Ziemi razem, musimy się rozkoszować każdą wspólną chwilą — odezwał się milczący do tej pory Gabcio. — A gdy już przyjdzie czas rozstania, wtedy będziemy myśleć o tym, aby jak najszybciej znów być razem. Bo przecież dobrze jest nam razem. Prawda?
— Prawda! — głośno krzyknęły wszystkie młodsze dzieci, aż starsi chłopcy, którzy ciągle byli zajęci wytyczaniem trasy, popatrzyli zaskoczeni w ich kierunku.
— Dla uczczenia tej tak ważnej chwili, proponuję wznieść toast za naszą przyjaźń! — zawołała Śmieszka i pobiegła do samopojazdu, aby z pojemnika na prowiant wyciągnąć sok malinowy.
— Co tam z wami się dzieje? — spytał Chwatko siostrę, gdy ta dotarła do samopojazdu. — Czemu tak wrzeszczycie?
— A nic, nic, to tylko tak z radości, bo nasz kochany Gabcio strzelił znów krótką, ale mądrą gadkę. Chodźcie już do nas, bo będziemy wznosić toast. Przyszłam właśnie po sok, a i jeszcze wezmę dla każdego po kawałku babcinej szarlotki. No co? Jesteście już gotowi?
— Już akurat kończymy — powiedział K-1 i na szybko coś tam jeszcze postukał palcem po tablicy rozdzielczej samopojazdu. — No, gotowe! Chodźmy Chwatko do nich, bo będą świętować bez nas.
Wszystkie dzieci usiadły na trawie obok leżącego znów Nosolka i po wzniesionym toaście za wspólną przyjaźń, zajadały się pyszną szarlotką. Miło i sympatycznie było tak sobie siedzieć na pachnącej polance wśród serdecznych przyjaciół i rozkoszować się każdą chwilą. Ale czas było ruszać w dalszą drogę. A droga była jeszcze daleka. Nie trzeba było więc dzieci popędzać. Chwatko rzucił tylko krótkie hasło: — „Czas na nas!”, i wszystkie momentalnie poderwały się z trawy. Otrzepały swoje śliczniutkie kombinezony z źdźbeł trawy i okruszków po szarlotce, i były już gotowe do drogi.
Dzieci szczęśliwe i kolorowe pędziły znów duktem leśnym w kierunku… No właśnie, w jakim kierunku? Tego dzieci niestety same nie wiedziały dokładnie. Nawet Chwatko nie bardzo wiedział jak mają jechać. Wiedział tylko tyle, że to miejsce, do którego zmierzają, znajduje się gdzieś na skraju lasu w zachodniej jego części. Gdzieś, gdzie las się kończy i zaczyna się duże miasto wielkich ludzi. Wtedy, kiedy byli tam jedyny raz na niedzielnej wycieczce na sarenkach wraz ze starym gajowym, Chwatko w ogóle nie starał się nawet zwracać uwagi na drogę, był niemalże pewien, że tam nigdy więcej nie pojedzie. Bo i po co, zresztą, skoro papcio Chwat wraz ze starym gajowym orzekł, że to miejsce jest nazbyt niebezpieczne dla nich i lepiej będzie nie zapuszczać się tam nigdy więcej. Z daleka tylko przypatrywali się wielkim ludziom krzątającym się wokół olbrzymiego domu. Stary gajowy powiedział wtedy, że to jest dom samotnych dzieci. Dzieci, których rodzice z różnych przyczyn same zostawili na świecie. Dlatego żyją one w dużej grupie w tym domu, bez mamy i taty, ale pod opieką kilkoro starszych osób. I wtedy też gajowy pokazał im ten niesamowity ogród wielkich ludzi, gdzie rosły przepiękne, różnokolorowe kwiaty. Gajowy wymieniał nawet nazwy tych kwiatów, bo na kwiatach gajowy znał się jak mało kto. Kwiaty to jego hobby. Chwatko zapamiętał najbardziej białe lilie, Śmieszka zresztą też. Może dlatego, że gajowy opowiedział im wtedy piękną baśń. A była to baśń o księciu i królewnie, którzy żyli w bardzo dawnych czasach i bardzo się kochali. Matka królewny nie była jednak z tego zadowolona i nie chciała się zgodzić na ich małżeństwo. Odważny książę porwał więc królewnę i chciał ją wywieźć w swoje strony. Niestety zła matka przeklęła córkę i jej narzeczonego, a za uciekającymi wysłała pościg. Młodego księcia ujęto i zabito, a królewna umarła z żalu i tęsknoty. W miejscu gdzie zginął książę rosną białe lilie, a obok wypływa strumyk. Są to łzy królewny, a są one tak gorące, że woda w strumyku nigdy nie zamarza. Dlatego białe lilie o pięknych białych kielichach rosną tam zawsze i są bardzo dorodne. Ich kielichy zamykają się tylko w nocy. W dzień zaś, w pierwszych promieniach słonecznych, otwierają się i kierują swą nieskazitelną biel w stronę słońca. Od tamtej pory białe lilie stały się symbolem czystości i niewinności. Czystości uczuć i niewinnej miłości.
Usłyszaną od gajowego baśń o księciu i królewnie, Śmieszka opowiedziała K-2 już wcześniej, kiedy zbierały borówki dla chłopaków. K-2 tak bardzo się spodobała ta historia nieszczęśliwej miłości, że tym bardziej postanowiła zrobić wszystko, aby zdobyć te piękne kwiaty. Aby zdobyć białe lilie, które wyrosły z kilku kropel mleka Hery — dla dziadka K-X, ale i też dla siebie, bo białe lilie już zawsze będą się jej kojarzyć z symbolem czystości i niewinności.
Droga była daleka. Żeby się zbytnio nie dłużyła, dzieci znów zaczęły sobie po kolei opowiadać o różnych swoich przeżyciach. Najpierw o najśmieszniejszych, potem o najgroźniejszych, to znów o najdziwniejszych, aby na koniec ponownie przejść do najśmieszniejszych. W większości było więc wesoło wśród podróżnych. A jeszcze weselej zrobiło się, gdy nawzajem zaczęli się uczyć różnych piosenek, i tych ziemskich, i tych księżycowych. Nauczaniem piosenek zajęły się dziewczynki. I o ile nauczane przez Śmieszkę słowa do ziemskich piosenek, mniej lub bardziej znane przez dzieci ludkowe, były proste i łatwe do zapamiętania, nawet przez rodzeństwo K, o tyle słowa piosenek księżycowych niestety nie. Po każdym jednym słowie do piosenki księżycowej nauczanym przez K-2, wszystkie dzieci ludkowe buchały salwą śmiechu, bo nie w sposób było im powtórzyć dokładnie choćby jedno. K-2 i K-1 również pękali ze śmiechu, słysząc, co za parodia wychodzi z ich języka ojczystego. W końcu K-2 postanowiła przy pomocy brata na szybko przetłumaczyć na ziemski język słowa choć jednej ich piosenki. Wtedy nauka poszła sprawniej. Śpiewali więc raz ziemską piosenkę, raz księżycową. Potem kilka ziemskich i znów raz księżycową. A trzeba przyznać, że śpiewali bardzo ładnie. Najładniej dziewczynki, bo wprawiły się w śpiewaniu na dwa głosy i wychodziło im to naprawdę wspaniałe. Chłopcy byli zachwyceni.
Pięknym śpiewem dziewczynek zachwycały się też zwierzęta leśne, które niezauważone przez dzieci podążały za nimi, zachowując bezpieczną odległość. Jako pierwsze ich śpiew usłyszały dwie małe sarenki i z rozkoszą pobiegły za samopojazdem, aby choć jeszcze przez chwilkę posłuchać ich wspaniałego głosu.
Dwa zajączki szaraczki, widząc biegnące sarenki, przez moment zastanawiały się co się dzieje, czy aby nie trzeba uciekać. Ale gdy długich ich uszu dobiegł śpiew dzieci, pobiegły za sarenkami i za tym pięknym śpiewem.
Cztery wiewiórki zabawiały się między sobą orzeszkami, rzucając je jedna do drugiej i przeskakując z drzewa na drzewo, kiedy nagle ich malutkim uszom dobiegał śpiew dzieci. Na początku nie mogły odgadnąć, co to za dźwięki. Myślały nawet, że to wiaterek tak melodyjnie gwiżdże im w uszach od tego szybkiego skakania po drzewach. Lecz kiedy dzieci zbliżały się do drzewa, na którym one się właśnie zatrzymały, by dokładniej wsłuchać się w odgłosy dochodzące najwyraźniej jednak z dołu, stała się rzecz dziwna. Otóż wszystkie wiewiórki zorientowawszy się już, że te piękne dźwięki to nie sprawka wiatru, zeskoczyły momentalnie z drzewa na ziemię, i to tuż przed nadjeżdżający samopojazd, i znieruchomiały. K-1 o mały włos a byłby je przejechał, ale na szczęście zrobił szybki zwód i zdążył ominąć oniemiałe z wrażenia wiewiórki. A te, oniemiały wtedy jeszcze bardziej. Stały dalej bez ruchu, patrząc tylko za oddalającymi się dziećmi i wsłuchując się w ich oddalający się śpiew.
Nawet dzięcioł, lekarz lasu, gdy usłyszał ten niespotykany w lesie śpiew, zaprzestał na moment opukiwanie starego klonu i wsłuchiwał się z wielką przyjemnością.
Nieopodal, na gałęzi innego klonu, spała sowa uszatka, umordowana nocnymi łowami. Ale gdy dzieci ze śpiewem na ustach przejeżdżały ścieżynką akurat tuż obok jej miejsca spoczynku, obudziła się od razu. Ze zdumienia szeroko otworzyła swe ogromne oczy i bardzo się zdenerwowała. Bo któż to śmie ją budzić? I już chciała głośno huknąć oburzona, gdy do jej wrażliwych uszu dobiegł melodyjny śpiew. Zdenerwowanie i oburzenie zarazem, opuściło ją natychmiast. Huknęła tylko półgłosem: — „hu, huu, huuu!” w rytm usłyszanej melodii i z błogim westchnieniem ponownie zapadła w głęboki sen.
Kiedy dzieci mijały niewielkie wzniesienie usypane zeschłymi liśćmi, u jego podnóża stary jeżyk wykłócał się akurat z burą łasicą o swoje terytorium. Zwierzątka natychmiast przerwały kłótnię, i nastawiając uszu, popatrzyły w stronę przejeżdżającego samopojazdu. Śpiew dzieci, który usłyszały, wydał im się tak przyjemny w tym momencie, że nawet kłótnia stała się nieważna, wręcz niepotrzebna.
Tuż za wzniesieniem rozciągała się dość rozległa równina pokryta grubą warstwa ściółki leśnej, a po środku tej równiny, znajdowało się ogromne mrowisko rudych mrówek. Tysiące mrówek, jak na pracusie przystało, uwijały się jak w ukropie, wykonując swoje ważne prace budowlane. Ale kiedy do ich mrowiska dobiegł piękny śpiew dzieci, nawet one, te niestrudzone pracownice, przerwały na chwilę pracę i podniosły swe małe łebki, aby wyłapać choć parę tych wspaniałych dźwięków. Po czym, w rytm usłyszanej melodii, zabrały się jeszcze chyżej do pracy.
W pogoń za dziećmi, a właściwie za ich pięknym śpiewem, wybrał się również motylek witeź żeglarz. Żeglarek akurat romansował na wapiennym pagórku z innym motylkiem, zwanym paziem królowej, gdy usłyszał nagle coś, co poruszyło go do żywego. Długo się nie zastanawiając, rozłożył swe piękne żółte skrzydełka z czarnym deseniem i rozpoczął lot za nigdy nie słyszanymi, a pięknie brzmiącymi dźwiękami. Nie miał ani chwili do stracenia, bo dźwięki te szybko się oddalały. Frunął więc co sił. I kiedy zbliżył się już do samopojazdu, bez żadnego lęku sfrunął na kierownicę i z rozrzewnieniem w swych malutkich oczkach wpatrywał się w kolorowe dzieci.
K-1, siłą rzeczy, pierwszy zobaczył tego niezwykłego motyla i zaniepokoił się nieco. Niepokój jednak bardzo szybko mu minął, bo żeglarek wydał mu się piękny i uroczy. A urocze piękno nie powinno być przecież niebezpieczne. I też nie było.
Motylek witeź żeglarz nie miał zamiaru sfrunąć z kierownicy samopojazdu. Mało tego, oparł się wygodniej swymi pięknymi skrzydełkami o jej tablicę rozdzielczą i dalej przyglądał się dzieciom, które też wydawały mu się urocze, bo uroczo wyglądały, a przede wszystkim uroczo śpiewały.
Nawet jaszczurki zwinki wypełzły z głębi koszyczka na wierzch, i kręcąc łebkami, zerkały na K-2 szczęśliwe...

 cdn.

Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

piątek, 10 maja 2019

Po co to anty odnośnie kleru?

 Antyklerykalizm?
A cóż to takiego?
 Kto go wymyślił, 
po co, dlaczego?

   Kler dobrodusznie
    owieczki wiedzie...
      Pomaga w troskach,
    pomaga w biedzie.

    Skąd więc to anty?
             Niech ktoś mi powie...   
Nie ateista!
              On z diabłem w zmowie.
gallery_1420479405_174920 Demotywatory.pl