poniedziałek, 9 listopada 2020

Świat stoi na krawędzi zagłady?

Coraz więcej nienawistnych ludzi dochodzi do głosu na Świecie. Ludzi, którzy nie potrafią żyć w pokoju. Ludzi, którzy żywią się nienawiścią. Ludzi, którzy z lubością doprowadzają do konfliktów społecznych. Ludzi, dla których wojna, konflikt i agresja są głównym żywiołem... Czyżby kolejna wojna światowa była nieunikniona?



Z cyklu: „Przemyślenia z życia wzięte”

  

sobota, 7 listopada 2020

Szmaciareczka

Miałam dzisiaj ogromnie pracowity dzień. Przetrzepywałam swoje opasłe szafy z ciuchów… niepotrzebnych ciuchów. Ależ to ciężka praca! Rany, nawet nie wiedziałam, że mi się ich aż tyle nazbierało. Mimo że nieraz zdarzało mi się z wieszaków i półek co niektóre wywalać. Te, które akurat w danym dniu uważałam, że więcej już na siebie nie założę.

Przyznam szczerze, że chociaż tak uważałam, to jednak z bólem serca wciskałam je do specjalnych worków przez Czerwony Krzyż dostarczonych. Nie dlatego, że nie lubię się dzielić z ubogimi… A broń Panie Boże, dzielę się, i to zawsze. Nigdy nie żałuję. Tylko czort jeden wie, czemu akurat do ciuchów, niektórych ciuchów, mam jakiś taki dziwny sentyment i wcale to nie jest dla mnie takie znowu zwykłe hop-siup!... i ich się pozbyć. Czasami wolałabym wysupłać trochę grosza i w to miejsce do worków wrzucić, byleby moim ciuchom dać jeszcze w mojej osobistej szafie porezydować.

Coś dla mnie te szmatki, szmateczki znaczą. Sama do końca nie wiem co, ale coś na pewno, skoro aż taki sentyment do nich mam. Zwłaszcza do tych, w których kiedyś tam byłam odziana i to „kiedyś”, z jakichś względów, było miłe.

Napracowałam się co niemiara, bo i naprzymierzałam się zawartości szaf co niemiara. Musiałam się przecież całkowicie przekonać, że tego albo tamtego ciucha już na siebie zakładać nie będę. Bo albo mu już nie grozi, aby do mody wrócił, albo totalnie przestał mi się podobać. Momentami aż zła byłam na siebie, że ciągle mam taką samą figurę i wszystkie ciuchy nadal na mnie pasują. O ile łatwiej w takim przypadku mają osoby, które mają tendencję do tycia. Z ciuchów wyrastają i już! Łatwiej jest im podjąć decyzję pozbycia się tego czy tamtego, skoro jest za ciasny. Ale ja? Całe życie taka sama… Do znudzenia.

Pamiętam, że już od dziecka moja mama często do mnie mówiła: — „Córciu, ależ z ciebie szmaciareczka!”. — Bo ja już jako dziecko kochałam ciuchy. I nie to, żebym mojej mamie głowę nieustannie suszyła, by mi coś kupiła. O nie! Zresztą, w sklepach wtedy i tak niewiele ładnych ciuchów było, a jak już, to seryjne. Aż strach było kupić cokolwiek, bo potem na ulicy można było szoku doznać, kiedy się spotykało różne dzierlatki w to samo ubrane. Jak w mundurkach. Och, jakże ja tego nie znosiłam. Nigdy też nie lubiłam mundurków. Zupełnie pozbawiają dziewczęcia oryginalności. Dlatego też, sama sobie szyłam. To znaczy ja projektowałam a moja kochana, cierpliwa krawcowa szyła. A szyła mi wszystko. Od sukienek, bluzeczek, spódniczek począwszy, na płaszczach, kurtkach, żakietach, czapkach, kapelusikach skończywszy. Ba, nawet modne torby jeansowe mi szyła, ta moja kochana krawcowa.

A muszę przyznać, pomysłów to ja miałam zawsze multum. Co rusz jakiś nowy ciuch projektowałam. Dla przykładu wspomnę chociażby o moim prześlicznym żakiecie, który zaprojektowałam z pluszu na kotary w kolorze yellow bahama. Był to fason marynarkowy, z klasycznym kołnierzem, którego klapy zamarzyło mi się oblamować czarną skórką. Niestety nigdzie nie udało mi się takiej kupić. No to ja, pomysłowa Dobromirka, pocięłam w tym celu swoją okładkę na książkę z czarnego skaju. Moja krawcowa zrobiła z niej piękne wypustki wyłogów kołnierza oraz kieszeń. Dwurzędowe guziki również były obciągnięte tym samym skajem. Czynności takie wykonywano wtedy w punktach Praktycznej Pani. Ależ to był śliczny żakiecik. Koleżanki myślały, że go od kogoś z Zachodu dostałam.

Wspomnę też o mojej czapce leninówce, jakże modnej wtedy. Zaprojektowałam ją z czerwonego pluszu w drobniutkie czarne kropeczki. Ależ była bajerancka. Notabene długo się nią nie nacieszyłam, ponieważ pewnego pięknego dzionka, na dworcu, kiedy wracając ze szkoły, wysiadłam z pociągu, jakiś chłopak najnormalniej w świecie zerwał mi ją z głowy i uciekł z nią w siną dal.

Nie mogę się oprzeć, żeby nie wspomnieć jeszcze o moim ulubionym ciemnogranatowym kostumie. Spódniczka mini a żakiet ze stójką i pagonami oblamowanymi czerwonym aksamitem. A także, co bardzo ważne, z dwurzędowymi marynarskimi guzikami. Oryginalnymi oczywiście. Majątek wydałam na nie.

Moim koleżankom w klasie tak bardzo się spodobał mój kostium, że wymyśliły, aby cała klasa uszyła sobie takie właśnie mundurki. Po wielu podejściach udało im się przekonać wychowawczynię. Zgodziła się, ku mojemu minimalnemu zadowoleniu. Potem grono pedagogiczne nazywało nas — „klasą żandarmów”.

Większość moich ubrań była szyta. Rzadko kupowałam coś gotowego w sklepie. Lubiłam oryginalność w ubiorze. I nie tylko. Taki był już ze mnie oryginał… I tak mi chyba pozostało do dziś.

W efekcie mojej dzisiejszej ciężkiej pracy przy osobistej garderobie, udało mi się jednak wypchać trzy worki po brzegi. A niech ubodzy mają. Jutro przyjadą z Czerwonego Krzyża po odbiór. Muszę tylko o wyznaczonej porze wystawić worki na ulicę. Eee tam… zaraz z nimi polecę, coby mnie nie podkorciło jakiś ciuch z powrotem z nich wyciągnąć.

Chodzi mi zwłaszcza o taką białą bluzkę. No szpetota okrutna, a ja mam do niej sentyment, bo byłam w nią ubrana chyba dwadzieścia lat temu na bardzo miłym przyjęciu. Nigdy jej później już nie założyłam, a przez tyle lat szkoda mi było się jej pozbyć. Co jakiś czas ją prałam i wieszałam z powrotem do szafy. No czy to mądre? Wiem, że nie.

Albo jeszcze i futerko, właściwie a`la futerko, które ma... sam Bóg raczy wiedzieć, ile lat. Bo ja pojęcia nie mam. Dostałam je na moją usilną prośbę od mojej babci, i z na wpół zżartego przez mole, jakieś trzydzieści lat temu, kuśnierz przeszył mi je. Przyznam, że wyszło całkiem fajniutkie i zgrabniutkie futerko. Może przez dwa sezony w nim biegałam. Potem już tylko zajmowało miejsce w szafie.

Dzięki temu, że na pamiątkę zrobiłam sobie zdjęcia tych ubrań, jakoś łatwiej mi było wepchnąć je do worka. Myślę, że tym razem już ich z powrotem nie wyciągnę.

Czasami sobie żartuję, mówiąc, że to szkoda że w obecnych czasach nie ma moli, bo gdyby były, pewnie już dawno bym o swoich sentymentach w szafie zapomniała. I tak ogromnej szafy bym nie potrzebowała. A tak, ciągle muszę być tą szmaciareczką. Szmaciareczką? Eee tam… szmaciarą! Przecież wiekowo się już zdrowo posunęłam.

Ale co tam! Co się będę przejmować… Starzenie mam na myśli. Aby się jeszcze w tym upewnić, że się nie przejmuję, pod wieczór wyskoczyłam na godzinkę na inline skates. Wszak sport był i ciągle jest moim zdrowiem... Póki co!


Z cyklu: "Opowieści o poważnej i żartobliwej treści"

 

Nie będzie nam Niemiec... pomagał

 

Służba Zdrowia w Polsce

Bliska załamania.

Niemcy pragną pomóc,

Prezydent zabrania.

Tak fałszywa duma

Przez niego przemawia,

Gdyż swojego guru

Bardzo się obawia.

 


Tymczasem w Polsce... sznur karetek stoi przed szpitalami w oczekiwaniu na przyjęcie chorego na COVID-19... I po co ta fałszywa duma prezydenta i rządu — kosztem chorych Polaków?

 



https://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/wroclaw/koronawirus-w-polsce-sznur-karetek-przed-wroclawskim-sor-em/j62xc86

 

wtorek, 3 listopada 2020

Przed pierwszym śniegiem

Choć to ciągle jeszcze jesień, już od paru dni czuć w powietrzu zbliżającą się zimę. A to znak, że czas na wymianę opon w aucie, z letnich na zimowe. W tym roku zmuszona byłam kupić cztery nowe opony, bo z moich starych zimowych, jak żartował mój syn, mogę ewentualnie już tylko kwietniki w ogródku sobie zrobić. Nie to, że są już aż tak zjechane i profil bieżnika za mały, nie, są już po prostu za stare. Ponoć najpóźniej — co 5 lat trzeba wymieniać opony, i to bez względu na ich stopień zużycia, ponieważ po tym czasie guma opon staje się zbyt twarda i opony już nie spełniają w pełni swojej roli. Można się na nich zdrowo przejechać, że się tak kolokwialnie wyrażę... Znaczy, wpaść w poślizg.

Mając na uwadze powyższe, i to, że moje opony mają już... kurczę, aż wstyd się przyznać... 8 lat, postanowiłam umówić się ze znajomym mechanikiem (Rosjaninem) celem kupna nowych i ich montażu.

Kiedyś swoim autem dużo kilometrów robiłam rocznie (często jeździłam do Polski), toteż opony częściej musiałam wymieniać. Ale od kiedy moim dzieciom się dorosło i mają prawo jazdy i własne auta, to one mnie wożą na dalekie trasy. Ja swoje auto obecnie zużywam jeżdżąc tylko po mieście i najbliższych okolicach.

Po południu byłam już w warsztacie. Postawiłam auto na kanale z podnośnikiem, i upewniając się ile mam czasu, powędrowałam sobie w nieznane mi do tej pory miejsca. Nieznane, bo też warsztat samochodowy znajomego Rosjanina (dumnie noszącego imię: Eduard) mieści się w innej dzielnicy miasta, a tam bardzo rzadko bywam.

Trasa wędrówki wiodła pod górę. Nie mogło być inaczej, bo jak się chce wyjść z miasta — pod górkę jest wszędzie. Wraca się natomiast z górki. To normalne, wszak miasto leży w kotlinie.

 



W czasie ponad godzinnej wędrówki zobaczyłam wspaniałe miejsca. A kiedy dotarłam do ostatniego domu na ulicy położonej w najwyższej partii wzniesienia, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Koniec października a tu pięknie, pachnąco, kolorowo. Widok jak w bajce. Zatrzymałam się i chłonęłam to cudo wszystkimi zmysłami. Zapragnęłam je uwiecznić. Sięgnęłam po aparat fotograficzny... i już miałam pstryknąć zdjęcie, gdy nagle w jednym z okien domu, przez szybę, zauważyłam postać mężczyzny. Starszego pana. Uśmiechnęłam się szeroko do niego i podniesionym kciukiem do góry wyraziłam swój zachwyt. Starszy pan odwzajemnił uśmiech. Ośmielona, spytałam na migi, czy mogę sfotografować to wspaniałe dzieło. Ku mojej radości, z jeszcze szerszym uśmiechem, skinął głową na znak zgody. To napstrykałam sobie kilka fotek. 

 



Widok ten sprawił, że poczułam się jakoś tak pięknie, radośnie. Aż nie chciało mi się stąd odchodzić. Ale kiedy spojrzałam na zegarek, postanowiłam wracać. Obeszłam jeszcze raz dom dookoła, i wtedy, nie wiedzieć skąd, przypominała mi się nagle piosenka „Polskie kwiaty“. Znałam ją długo przed wyjazdem z Polski. Uśmiechnęłam się do swoich myśli, i nucąc pod nosem jej słowa, raźnym krokiem ruszyłam w dół, do miasta, po odbiór auta z rosyjskiego warsztatu samochodowego. 

 

Śpiewa Ci obcy wiatr
Zachwyca piękny świat
A serce tęskni
Bo gdzieś daleko stąd
Został rodzinny dom
Tam jest najpiękniej

Tam właśnie teraz rozkwitły kwiaty
Stokrotki, fiołki, kaczeńce i maki
Pod polskim niebem, w szczerym polu wyrosły
Ojczyste kwiaty. W ich zapachu, urodzie jest Polska.

Żeby tak jeszcze raz
Ujrzeć ojczysty las
Pola i łąki
I do matczynych rąk
Przynieść z zielonych łąk
Rozkwitłe pąki

Bo najpiękniejsze są polskie kwiaty
Stokrotki, fiołki, kaczeńce i maki...

Śpiewa Ci obcy wiatr
Tułaczy los Cię gna
Hen gdzieś po świecie
Zabierz ze sobą w świat
Zabierz z ojczystych stron
Mały bukiecik

Weź z tą piosenką bukiecik kwiatów
Stokrotek, fiołków, kaczeńców i maków...
Pod polskim niebem w szczerym polu wyrosły

Ojczyste kwiaty. W ich zapachu, urodzie jest Polska..."

(B. Ponichter)

***

Nasunęła mi się taka myśl:

Świat jest piękny... i byłby jeszcze piękniejszy, gdyby nie było na nim aż tylu podłych i nienawistnych ludzi”.

Żadna to odkrywcza myśl, ale dzisiaj ma szczególną wymowę.


Grzyby żyją wszędzie

Grzyby możemy spotkać w lasach, parkach, ogrodach, także na łąkach i polach. Żyją wszędzie tam, gdzie występuje dostatecznie duża wilgotność niezbędna dla ich rozwoju. Nawet w organizmie człowieka... fuj! Ale o takich pisać nie będę.

Królestwo grzybów do dziś jest stosunkowo mało poznane. Obecnie opisanych jest ponad 100 tys. gatunków, a jak oceniają naukowcy, jest to jedynie drobna część ich ogólnej liczby, która przez naukę jeszcze nie została zbadana.

Grzyby są użyteczne, albo i nie. Jadalne, albo trujące. Ale wszystkie potrafią zachwycić swoją barwą, fakturą, kształtem… swoją niezwykłością.

Jadalnych grzybów pewnie w lesie już niewiele pozostało, za to trujących jest ciągle dużo. Ale nawet w nich jest coś, co przykuwa wzrok i budzi podziw. Są jeszcze bardziej niezwykłe. I jeszcze bardziej tajemnicze. Lepiej ich jednak nie dotykać, tylko podziwiać.

 



 

Z cyklu: "Co w przyrodzie piszczy"


niedziela, 1 listopada 2020

Dziś bliskich Zmarłych zapraszamy do siebie

 

Drodzy bliscy Świętej Pamięci,

Dziś Was jednak nie odwiedzimy.

Rząd nasz zamknął wszystkie cmentarze...

Przykro nam, bardzo się smucimy.

 

Dzisiaj to Wy przybądźcie do nas,

Czekamy na Was w swoim domu.

W ogrodzie palą się już znicze...

Śmiało, jawnie... Nie po kryjomu.




Zawsze o tym pamiętam: „Czym Wy byliście, my jesteśmy, czym Wy jesteście, my będziemy"... Pokój Waszym Duszom.


Pustostan nie zawsze jest pusty

Niezamieszkałe domy bardzo często tylko na pozór wyglądają na puste. Bo bywa, że życie w nich wręcz wre. Nie wszyscy jednak mogą zobaczyć, co tam się dzieje. Mogą tylko ci, co obdarzeni są szczególnymi zdolnościami. Tak przynajmniej mówił mi pewien starszy pan, którego spotkałam na dzisiejszej wędrówce w pobliżu dwóch opuszczonych domów stojących u podnóża tutejszej góry.

W Niemczech ostatnimi laty jest coraz więcej pustostanów. W mieście, w którym mieszkam, także. Starsi ludzie umierają, a po nich nie zawsze jest komu ich domy przejąć. Wielu młodych uciekło do większych miast w poszukiwaniu pracy, gdyż w ostatnich 20 latach przemysł tekstylno-włókienniczy, z jakiego słynęło nasze miasto, właściwie przestał istnieć. Przeniósł się do… no gdzie? Oczywiście do Chin. Jak wiele innych gałęzi przemysłu z różnych krajów zachodnich. I teraz „chińszczyzna” zalewa nasze europejskie rynki. Okropność! Czego się człowiek na co dzień nie dotknie, to prawie wszystko: Made in China. A jakość wielu ich produktów, nawiasem mówiąc, pozostawia wiele do życzenia. Zwłaszcza zabawki dla dzieci. Często są trujące i niebezpieczne.

No nic, wracam do opuszczonych tutaj domów, które stoją smętne i… czekają. Na co? Trudno powiedzieć. Ale bez względu na to, jak długo już puste stoją, i jaki jest ich stopień moralnego zużycia, nikt do nich nie wchodzi. Są zamknięte. A skoro są zamknięte, to znaczy zamknięte i postronnym wstęp wzbroniony. Tu ludzie wiedzą, co to jest dyscyplina, także wewnętrzna.

Niedawno oglądałam w Internecie zdjęcia opuszczonych domów w Polsce. Byłam zszokowana! Widok był przerażający. Widać, że domy te są w tragicznej sytuacji i każdy może do nich wejść bez problemu. Jedni, żeby tylko zdjęcia sobie zrobić, ale inni już, żeby je splądrować, obrabować z czego się tylko da. A jeszcze inni, aby je po prostu zdewastować, wyżyć się na biednych, wysłużonych ścianach, albo też zrobić sobie melinę pijacką. Czy to nie jest straszne? Jest!

Na dzisiejszej wędrówce obfotografowałam dwa opuszczone domy, każdy inny, ale każdy ma w sobie coś niezwykłego, jakąś nieodgadnioną tajemnicę.

 

  

Po pięknym ciągle ogrodzie można było sobie swobodnie pochodzić. Nie jest ogrodzony. Starszy pan, o którym wspominałam, mówił, że dom stoi pusty od ładnych paru lat. Właściciele zmarli. Ale ogród wygląda tak, jakby tu ktoś ciągle przebywał. Nawet piękne rybki pływają sobie w oczku wodnym. Ktoś z pewnością musi je dokarmiać… Ale kto? Pewnie to jedna z tajemnic tego domu.


Tej chatce przyjrzałam się dokładniej. Oczywiście z zewnątrz tylko. Pajęczyny, niczym plomby, świadczą o tym, że nikt do niej nie wchodził przez bardzo długi czas. No dobrze, przyznaję, do wnętrza też zaglądnęłam, ale tylko przez szybę. Chciałam choć trochę przejrzeć jej tajemnicę.