Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści Martyny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowieści Martyny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 16 sierpnia 2020

Co by było gdyby. Przypadki Martyny

Nie lubię chodzić po mieście w godzinach popołudniowych. Jest wtedy największy ruch. Nawet auto ciężko zaparkować. Trzeba się dobrze naszukać, by jakieś miejsce znaleźć. Ale że czasami nie da się inaczej, i w tych godzinach trzeba w mieście być. No i dzisiaj właśnie byłam.
Po dwóch okrążeniach rynku udało mi się znaleźć miejsca parkingowe koło Sądu Rejonowego. Byłam zadowolona, bo z tego miejsca miałam wszędzie blisko. Kiedy wyszłam z auta, zadowolona być przestałam, i to szybko, gdyż zauważyłam znajomą wychodzącą z jego gmachu. Nie było mi to w nos, bo wiedziałam, co mnie czeka. Że znów będę musiała wysłuchać opowieści o jej perypetiach małżeńskich z jednej strony, i miłosnych z drugiej. A widząc ją z tego przybytku wychodzącą, podejrzewałam, co się u niej święci. I jak się po chwili okazało, nie myliłam się.
A witam panią, pani Martyno! Jak to dobrze, że panią widzę! — głośno zawołała znajoma na mój widok. — Widzi pani skąd wychodzę? Ten mój wredny, ohydny mąż podał o rozwód. Jestem załamana.
Przykro mi bardzo, ale mogła się pani tego spodziewać, skoro nie chciała pani zrezygnować z miłosnych przeżyć na boku — wypaliłam prosto z mostu. Bo co będę w bawełnę owijać, skoro takie jest moje zdanie. — Tego wszystkiego by nie było gdyby...
Co by było gdyby, co by było gdyby... — sarkastycznym tonem przerwała mi znajoma, puszczając mimo uszu resztę mojego zdania.
Potrzeba wygadania się najwyraźniej była dla niej silniejsza od jakiegoś tam zastanawiania się nad moimi słowami. No i się zaczęło! Nabrała powietrza… i poszło!, jak z ckm-u. Głośno i bez żadnego przecinka, czy też kropki, zaczęła trajkotać o swoim wrednym mężu… Zaczęła, ale nie skończyła, gdyż tym razem jej nie pozwoliłam na zbyt długie trajkotanie. Po prostu jej przerwałam, mówiąc raz jeszcze, że jest mi bardzo przykro, ale nie mam czasu, bo śpieszę się na umówiony termin do Urzędu Miasta. Znajoma była bardzo zawiedziona. Ja wcale. Bo też nie cierpię wysłuchiwać o czyichś problemach, które ten ktoś sam sobie z własnej głupoty i na własne życzenie — w tak bezczelny, chamski sposób narobił. A z drugiej strony, dlaczego niby miałabym tracić swój cenny czas na takie rzeczy, które nic konstruktywnego do mojego życia nie wnoszą? W imię czego, się pytam?
Odeszłam zniesmaczona... Pal sześć moją znajomą, bo mnie nagle zaczęła nurtować inna myśl. Myśl. która zawsze do mnie powraca, kiedy znajdę się pod gmachem jakiegoś sądu. Zawsze mi się wtedy przypomina, jak to w młodości bardzo chciałam zostać prawnikiem, i jakoś tak poważnie się wtedy czuję… Serio! Choć to już daleka przeszłość, to ciągle jeszcze mi się ckni za tym zawodem. Z pewnością już bardziej podświadomie niż świadomie, ale jednak. Bo muszę przyznać, że zaraz po maturze to nawet miałam na prawo zdawać. Tak byłam na punkcie prawa zakręcona. Często latałam też na rozprawy sądowe, by móc się napawać tą jakże poważną sądową atmosferą. Nie wiem skąd u mnie takie upodobanie. Może stąd, że jestem straszną pedantką? Chyba tak, bo jakoś już tak mam, iż zawsze preferuję rzeczy konkretne. I tam, gdzie powinny być one czarne, muszą być czarne, a gdzie białe, białe… Ha, ale zaś tam, gdzie mogą być kolorowe, noooo! to już ja ze swoją bujną wyobraźnią chcę tam widzieć rzeczy w kolorach tęczy. Ba, nawet w większej gamie kolorów niż ma tęcza, bo też moja fantazja nie zna granic. Natomiast jeśli chodzi o prawo, rzecz wiadoma, konkretnie — czarno na białym. I tak właśnie w tamtych czasach prawo mi się jawiło. Och, wyraźnie widziałam siebie w roli prawnika… W roli mądrej i sprawiedliwej przedstawicielki Temidy.
Nieraz się zastanawiam, jakby się moje życie potoczyło, gdybym rzeczywiście prawnikiem została. A nie zostałam nim, ponieważ w ogóle do egzaminu nie przystąpiłam, chociaż na blachę byłam obkuta. Nie, nie stchórzyłam. Ani nic mi się nie odwidziało. Smutna sprawa, trzy tygodnie przed egzaminem zmarł mój kochany Ojciec. Potem, choć nie mogę narzekać, moje życie potoczyło się już zupełnie inaczej.
Sentyment do prawa najwyraźniej pozostał mi jednak do dziś. Ale chyba już tylko do mojego wyobrażenia o nim. Bo to, co zewsząd o jego funkcjonowaniu i przestrzeganiu słyszę, nieraz powala mnie z nóg… Chyba jednak dobrze, że nie zostałam prawnikiem.


środa, 12 sierpnia 2020

Cisza po burzy

   Straszna duchota dzisiaj u nas była. Nie było czym oddychać. W taki czas to najlepiej czuję się w domu. Mój dom jest pięknie ocieniony. W domu żaden upał mi niestraszny. A w ogrodzie jedynie w godzinach południowych słońce praży. Ale od czego są parasole? Dzisiaj pewnie bym cały dzień przesiedziała w domu, bo po co się wystawiać do słońca, skoro aż parzy? Ani to zdrowe, ani przyjemne. W taki upał to nawet nad wodą jest mało przyjemnie. Dla mnie. Od paru już lat tak mam. Od kiedy przestało mnie bawić opalanie. Owszem, jeżdżę nad nasze jezioro by sobie popływać, ale tylko wczesnym rankiem albo wieczorem. Popływam sobie ile mam ochotę i wracam do domu. No ale dzisiaj akurat było nieco inaczej. Moja koleżanka Kaśka mnie namówiła.
   — A chodź, no nie daj się prosić… — wierciła mi dziurę w brzuchu. — To są już ostatnie tak piękne dni lata. Obiecuję, że będziemy siedzieć tylko w cieniu… No co, Martyna? Zgadzasz się, prawda?
   — Zgadzam się, zgadzam. Bo co mam już z tobą zrobić? — odpowiedziałam w końcu, bo mi samej chłodną wodą nagle zapachniało.
   Woda to jeden z moich żywiołów. Wprawdzie rybą nie jestem, a tylko rakiem… No ale rak to też przecież wodolubne stworzenie. Jak sięgnę pamięciom trzymam się blisko wody. Zawsze i wszędzie.
   Wiele niesamowitych przygód w różnych akwenach przeżyłam. Raz uratowałam tonące dziecko. A raz nawet sama w jeziorze się topiłam, zaplątana w wodorostach. To była mrożąca krew w żyłach przygoda… W moich żyłach. Chociaż nie, w żyłach moich najbliższych, którzy byli jej świadkami również.
   Okey, wracam do dzisiejszego wypadu nad wodę. Nie miałam dziś zbyt dużo obowiązków, ani też moje dzieci nic ode mnie przy poniedziałku nie chciały to też uległam koleżance i pojechałyśmy moim autem. Po drodze wstąpiłyśmy do cukierni po pyszne pączki, no i wzięłyśmy azymut na jezioro.
Kiedy spocone jak dwa szczury dotarłyśmy do jeziora, aż zamarłyśmy na widok granatowego nieba na wschodnim horyzoncie. Wylazłyśmy z auta i zaczęłyśmy się zastanawiać, co robimy.
   — A niech to szlag! — huknęła Kaśka. — O nie, nie wracamy. To zaraz przejdzie bokiem. Zobaczysz. Wyciągamy nasze plecaki z bagażnika i rozkładamy koce — upierała się.
   — Nie byłabym taka pewna — odrzekłam. — Przy obecnych anomaliach pogodowych wszystko jest możliwe. Nawet tornado w piękny, słoneczny dzień.
   I miałam rację. No, może nie tornado nas dopadło, ale tak gwałtowna i potężna burza, że ledwo żeśmy do auta doleciały. W przeciągu paru minut całe niebo zaciągnęło się ciemnymi chmurzyskami, i nagle, jak nie zacznie walić piorunami. Jeden po drugim. I to tak potężnymi, że aż ciarki mi po plecach przelatywały. Niebo co rusz przecinały zygzakowate ogniste błyskawice. A łomot piorunów był tak potężny, że bębenki w uszach pękały. Nagle, po jednym takim potężnym łomocie, z nieba runęła ściana wody. Przez dobry kwadrans nie mogłam ruszyć z miejsca. Kiedy w końcu ruszyłam, wycieraczki nie nadążały z wycieraniem. Nic nie było widać. To była jazda! Istny horror. Kaśka piszczała jak oszalała, a ja starałam się nerwy trzymać na wodzi i jechać dalej.
   Najbardziej się obawiałam aquaplaningu. To takie zjawisko, kiedy auto, wpadając w dużą kałużę, traci przyczepność. Na prostym odcinku drogi nie można dokonać korekty toru jazdy, zaś na zakręcie nie można podążać zgodnie z łukiem drogi, gdyż wypada się z niego po stycznej do zakrętu. W obu przypadkach, jeśli się natrafi na dużą kałużę można wylecieć z drogi jak z katapulty. Parę razy miałam okazję widzieć jak to w praktyce wygląda. Na szczęście tylko widzieć.
   Wszystkie auta w obu kierunkach jechały jednak bardzo powoli. To mnie uspokajało. A kiedy zbliżałyśmy się do naszego miasta, ulewa powoli traciła na sile. Całe szczęście. Byłyśmy uratowane. Dojechałyśmy. Najpierw zawiozłam Kaśkę do jej domu, a potem siebie do swojego domu.
   Po powrocie, pierwsze co zrobiłam, wskoczyłam pod zimny prysznic. A kiedy pogoda znów błysnęła błękitem nieba, przyszła Kaśka na kawusię i pączki. Trzeba było je w końcu zjeść, skoro nad jeziorem nie dane nam było. Usiadłyśmy w ogrodzie. Było wspaniale. Po burzy powietrze stało się rześkie i cudownie pachnące. Uwielbiam ten czas po burzy… Po każdej burzy. 




piątek, 24 lipca 2020

A lato w pełni... Letnie ekscytacje

Muszę się pochwalić, że lato zaczęło mi się wspaniale. Otóż z początkiem lata zatrudniona zostałam do pracy na wybiegu. Do prezentowania kolekcji letnich sukien. To moja internetowa Psiapsiółka Hania wypuściła mnie na wybieg. Dziękuję Ci Haniu! To fajne przeżycie. Dziękuję Ci również za tę czarną suknię. Uwielbiam czerń. A i fason sukni bardzo mi odpowiada. Tuszuje moje barczyste ramiona.


Tak, lato w pełni... I choć pogoda taka sobie, narzekać nie powinniśmy. Trzeba nam z lata korzystać ile się tylko da. Trzeba nam kości nagrzać na zapas. Trzeba nam naciągnąć mięśnie, pływając w otwartych akwenach. Trzeba nam najeść się do syta wszystkich jego darów, a i zapasów na zimę z nich narobić... No właśnie, jeśli mowa o darach lata, to muszę powiedzieć, że ja w ostatnich dniach objadam się spóźnionymi w tym roku poziomkami… Najpierw bieg po lesie, a potem witaminki. Nie zbieram ich do koszyczka, tylko prosto z krzaczków ładuję do ust. I tylko moich, gdyż tak wczesnym rankiem w lesie żywej duszy nie uświadczysz… Ani krasnoludka. Ani ufoludka. Samiuteńka więc skaczę sobie pomiędzy krzaczkami dorodnych poziomeczek i co rusz podśpiewuję starą jak Ulka Sipińska i ja piosenkę:

Wiem, pamiętam, Ty lubiłeś poziomki.
Pełną garścią wybierałeś z koszyka.
W tamtym lesie, gdzie gałęzie się plączą,
gdzie się drzewo z drugim drzewem dotyka.
Nic się nie martw, nazbieramy poziomek.
Tylko przyjedź zanim całkiem się ściemni.
Zanim noc schowa je do kieszeni…”

Mimo mojego pięknego śpiewu nadal nikt się nie pojawia koło mnie. Ani z przeszłości, ani nawet z teraźniejszości... A może jednak mój śpiew nie jest znów taki piękny i to właśnie dlatego nikt się nie pojawia? Tak czy siak, skoro nikt, dorodne poziomeczki garściami pakuję sobie do swojej osobistej buzi. A co se będę żałować!
Poziomek, mimo długotrwałych i dotkliwych deszczów, jest bardzo dużo tego lata. Tyle że są spóźnione i jakby nie takie słodkie jak powinny być.




Efekt szumiących drzew

Nie wiem, o czym szumią drzewa gdy wiatr im na liściach gra… Ale wiem, że mi dzisiaj tak naszumiały, że aż mnie uszy bolą od tego ich szumienia. Naprawdę. Bo też dzisiaj wiało na dworze jak… w kieleckim, a mi z wizytą do znajomych zachciało się iść akurat piechotą, ubraną, a jakże, na letniaka. Wszak to lato. A żeby do tych moich znajomych dojść, musiałam wędrować przez długi park. A w parku wichura, że mało czerepu nie urwie. Rzadko to robię, tzn. rzadko zasuwam piechotą. Bo od czego ma się auto? Nogami zasuwać to ja lubię konkretnie. O, chociażby joggen, i jak już, to w specjalnym miejscu i o odpowiedniej porze. W specjalnym miejscu, to wiadomo gdzie, tam gdzie się świeżego powietrza nawdychać można. Na ulicach to tylko spalinami się człowiek zaciąga. Aż płuca furkoczą. No niby w parku tych spalin mniej w powietrzu się unosi, ale i tak w końcu z parku trzeba wyjść, żeby gdziekolwiek dojść. No a jak się gdzieś dochodzi, to ni jak inaczej się nie da, jak ulicami. A na ulicach, wiadomo, czyha na człowieka porządna dawka z toksycznymi chemikaliami takimi jak: CO (tlenek węgla), HC (węglowodory), NOx (tlenek azotu), i czort jeden wie, z jakimi jeszcze. I ta cała mieszanina, bez pardonu, ciśnie się człowiekowi w nozdrza, co niektórym także i w usta. Zwłaszcza tym zakatarzonym.
Wspomniałam też, że jak już, to nie o byle jakiej porze, a o odpowiedniej lubię sobie w plenerze nogami poprzebierać, a ta odpowiednia dla mnie pora, to tylko wczesny ranek. A to już chyba całkiem zrozumiałe dlaczego. No właśnie, kiedy to świeże powietrze jest jeszcze bardziej świeże… tak świeże, że aż pachnie świeżością… O rany, ależ się roz… świeżyłam, że aż mi język świerzbieć zaczął. No nie, coś i bredzić już zaczynam. To na pewno przez te drzewa w parku. Ojejej, w głowie szum, w uszach ból, w oczach pulsary… I jak tu nie bredzić? Muszę szybciutko poszukać mojego starego kajeciku, mam w nim zapisane różne porady mojej Babuni Łucji. Na pewno i na tę dolegliwość coś znajdę. Babcia na wszystko miała radę.
O, mam! Co też tu Babcia mi radzi? Aha: Wziąć ząbek czosnku, wycisnąć z niego sok na wacik i włożyć do ucha. Uwalniające się z soku olejki eteryczne działają antyzapalnie...
O rany, Babciu, czosnek? Toż będę śmierdzieć jak chłop małorolny. A przecież makler z ubezpieczalni zapowiedział się na wieczór. Co on sobie o mnie pomyśli?... Zaraz, zaraz, coś jeszcze Babcia radzi. Nooo, to już lepiej wygląda. A więc tak: Podobny efekt możemy uzyskać, zakrapiając do ucha parę kropel soku cytrynowego. Można uczynić to bezpośrednio, można włożyć do ucha zwilżony sokiem wacik...
Babciu, jesteś wielka! Tak właśnie zrobię. Już pędzę do spiżarki po cytrynę… O niech to dunder świśnie… nie ma cytryny!





poniedziałek, 15 czerwca 2020

Niedzielne dolce far niente Martyny

Konieczne chciałam dzisiaj odpocząć po całotygodniowym wypełnianiu swoich obowiązków. Przede wszystkim marzyło mi się, aby móc w zaciszu domowym oddać się zaległemu czytaniu. Kiedy tylko wyszłam z ciepłej pościeli, zrobiłam gimnastykę, po czym wskoczyłam prosto pod prysznic, by jak najszybciej otrząsnąć się ze snu i zacząć spełniać swoje plany i marzenia. Udało się. Zimny prysznic postawił mnie na nogi. Wbiłam się w wygodne ubranie i rześka jak skowronek przystąpiłam do realizacji jednego i drugiego. Na szybko przygotowałam sobie śniadanie, z zamiarem zjedzenia go w odpowiedniej porze, czyli gdzieś tak około godziny 10-tej. Wcześniej, oprócz owsianki, nic nie jadam. Piję tylko. Jakoś nigdy wcześniej głodu nie czuję. Szczęśliwa, że już wszystko przygotowane, kawa też, złapałam za stos czasopism i… fruuu!… do ogródka pod parasol. Filiżankę z kawą postawiłam na stoliku, wzięłam do ręki pierwsze z brzegu czasopismo i z uśmiechem wyłożyłam się na leżaku. I już się miałam zabrać za czytanie, rozkoszując się swoim niedzielnym dolce far niente, kiedy nagle zadzwonił telefon. Niepocieszona wstałam z leżaka i poczłapałam do pokoju po słuchawkę. Po czym razem z nią wróciłam na leżak. Wtedy dopiero odebrałam.
Halo, Martyna, ratuj! — usłyszałam w słuchawce piskliwy głos mojej koleżanki Kasi.
O rany, co zaś? — odpowiedziałam pytaniem, wkurzona, że teraz będę musiała całą litanię Kaśki problemów wysłuchiwać, a moje czytanie będzie leżeć odłogiem.
No i się zaczęło... Kaśka się żaliła, że tak bardzo pragnęła wybyć z domu na niedzielną wędrówkę po okolicznych lasach, a jej Kazek, jak ta dupa wołowa (nie przepraszam, bo to jej słowa), za nic nie chce się dać z domu wyciągnąć. Usilnie mnie prosiła, bym ja, jako ta, której on się najbardziej słucha, wpłynęła na niego w zamian za jej dozgonną wdzięczność.
I co miałam zrobić? Obiecałam Kaśce, że za chwilę do jej Kazka zadzwonię i będę na niego wpływać. Byłam zła jak osa, bo też nagle zdałam sobie sprawę, iż mój osobisty spokój na dłuższą metę będzie zakłócony. Trudno. Już się zaczęłam zbierać w sobie, by do tego leniwca Kazka zadzwonić, a tu nagle… dzyń, dzyń!... telefon rozdzwonił się ponownie. Odebrałam. Bo co miałam zrobić?
Cześć, Martyna! Poratuj człeka w potrzebie! — usłyszałam głęboki tembr głosu Kazka. — Nie mogłabyś dzisiaj Kaśkę na przechowanie wziąć? Bo wiesz, ona już od świtu morduje mnie jakimś bezsensownym łażeniem po lasach kiedy dzisiaj akurat chciałem oglądnąć w telewizorze przegląd sportowy z całego tygodnia… A i kumple ze zgrzewką browarku się zapowiedzieli… A ta nic, tylko jazgota mi nad uchem jak ta pofyrtana o jakiś tam lataniu po lesie… Co, kochana, da się zrobić?
Co ja się z wami mam — wysapałam do słuchawki. — Kaśka przed chwilą właśnie…
Wiem, wiem, słyszałem, że dzwoniła do ciebie — przerwał mi Kazek. — Domyślam się, czego chciała od ciebie, dlatego chciałem cię uprzedzić, byś się nie fatygowała... No jak, załatwione? No nie bądź taka! Pławisz się całymi dniami w luksusie samotności, nikt ci nad uszami nie nadaje, to choć w niedzielę pomyśl o bliźnich…
No nie, ty mi jeszcze będziesz przerzucał mój luksus samotności?! — huknęłam zdegustowana jego słowami. — A co ty w ogóle możesz na ten temat wiedzieć? Na taki luksus trzeba sobie odpowiednio zapracować.
No weź tę moją Kaśkę niewyżytą gdzieś do lasu i daj jej w kość na sportowo — ciągnął dalej, nie reagując na moje słowa. — I to tak, żeby przez cały tydzień miała dość latania. Co to dla ciebie. Przecież sport to twój żywioł.
Ale ja zażywam sportu tylko w dni powszednie… W niedzielę to rzadko kiedy — próbowałam się ratować. — W niedzielę to ja odpoczywam w domowych pieleszach…
A ja ci za to obiecuję wpaść w tygodniu i naprawić ten cieknący kran — nadawał dalej jak nakręcony. Najwyraźniej w ogóle mnie nie słuchał. — Słyszałem wczoraj, że narzekałaś do Kaśki, że Twoi mężczyźni ciągle tacy zajęci i nie ma ci kto naprawić. Martynko, no bądź rozsądna, przecież jeszcze nieraz będzie ci potrzeba chłopa, by ci coś w domu zreperował… Wtedy zawsze będziesz mogła na mnie liczyć. No co, zgadzasz się? No bądź mężczyzną! Błagam!
Chcąc nie chcąc musiałam być mężczyzną i Kaśkę do lasu wyprowadzić, zapominając o swoich planach i marzeniach na dzień dzisiejszy. No bo co jak co, ale w tym jednym Kazek miał rację: kobiecie czasami potrzeba chłopa... by co trzeba ponaprawiał.

Takie to było moje niedzielne dolce far niente. I już do końca dnia prześladowała mnie nieznośna myśl, że kobiecie czasami trudno zachować asertywną postawę kiedy takiego typu argumenty są przed nią stawiane... To nie jest w porządku.