Jak Sylwester, to Sylwester! To już ten czas... Zabawna historyjka sylwestrowa oraz życzenia w obrazie.
INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
Jak Sylwester, to Sylwester! To już ten czas... Zabawna historyjka sylwestrowa oraz życzenia w obrazie.
Sylwestrowe i noworoczne pokazy fajerwerków bez wątpienia mogą być postrzegane jako widowiskowe. Należy jednak podkreślić, że wiążą się one z szeregiem negatywnych konsekwencji. Jakich? Opis w obrazie.
To było wiele lat po tamtym Sylwestrze, gdy w ręce wpadła mi zwyczajna polska gazeta. Zwyczajna — dopóki nie otworzyłam działu „Z kronik kryminalnych”. Czytałam spokojnie, aż w pewnej chwili serce zatrzymało się jak zegar bez sprężyny. Z kilku zdań wynikało jasno, że według rachunku statystyki i losu powinnam już od dawna nie żyć.
Opis dotyczył młodego, seryjnego mordercy-gwałciciela grasującego na Śląsku w latach 70. i 80. Przyznał się do pięciu zbrodni. Wszystkie według tej samej, przerażająco chłodnej metody: noc, kobieta w zaułku, piwnica, śmierć — a potem profanacja ciała. Czytałam dalej, coraz wolniej, jakby litery zamieniały się w kamienie.
W pewnym momencie natrafiłam na opis wizyty „na gościnnych występach” w moim mieście. Dokładna data. Dokładny rys ulicy. I jedno zdanie, przez które wstrzymałam oddech: „Jedna była za silna”.
Kilka dni po lekturze chodziłam jak cień. Nagle zrozumiałam, kto wtedy był po drugiej stronie mojej bezradności. I że moja obecność na świecie nie jest oczywistością, lecz faktem cudem ocalałym z czyjejś decyzji, nieuwagi — albo mojej woli życia.
Nie wiedziałam przez te wszystkie lata, że żyję dlatego, że się nie dałam. Nie złodziejowi. Nie „wariatowi z podwórka”. Lecz mordercy-gwałcicielowi.
A było to tak:
Ostatni dzień 1980 roku pachniał mrozem i czymś na kształt nadziei, którą zwykle obiecuje człowiekowi kalendarz. W szkole mistrzostwa sportowego organizowałam zabawę sylwestrową. Tym razem to ja byłam za wszystko odpowiedzialna — a wszystko było już dopięte, jak się mówi, „na ostatni guzik”.
Zostały trzy godziny dla mnie. Fryzjer, szybki powrót, suknia, makijaż, uśmiech — gotowość do roli gospodyni. Salon znajdował się zaledwie kilkadziesiąt metrów od domu. Wyszłam w ciemność, która spadła na miasto nagle, jak kotara po ostatnim akcie.
Szłam wzdłuż budynku i usłyszałam za sobą kroki. Potem — bieg. Nie zlękłam się. Pomyślałam o bracie, który miał wpaść po apaszkę do przebrania. Chciałam mu zrobić niewinną psotę: wbiec do klatki i zatrzasnąć drzwi. Nie zdążyłam.
Ciężar spadł na moje plecy. Silne ręce zacisnęły się na ramionach. Odwróciłam się ze śmiechem — jeszcze wtedy śmiałam się do kogoś, kogo wzięłam za brata. Zobaczyłam obcą twarz i obce oczy, w których nie było nic, co mogłoby należeć do człowieka.
Nie powiedział ani słowa. Tylko charkotał — jak zwierzę ranione, a jednocześnie głodne. Uniósł mnie, jakbym ważyła zaledwie tyle co płaszcz. Niósł do klatki schodowej — nie mojej, do tamtej, obok. Zrozumienie przyszło nagle i bez wyjaśnienia.
To było jak zimna woda wylana na kręgosłup myśli: „niebezpieczeństwo”. Jeszcze nie znałam jego imienia. Jeszcze nie wiedziałam, co zwykle oznaczał jego dotyk.
Potem pamięć rwie się jak taśma filmowa. Nie wiem, jak długo z nim walczyłam. Nie wiem, czy krzyczałam naprawdę, czy tylko w środku siebie.
Zapamiętałam jedynie echo własnego oddechu, potworne charczenie mężczyzny i wąskie schody prowadzące w dół — do piwnicy, która nagle stała się czymś w rodzaju granicy między światem a nicością.
I wtedy zobaczyłam twarze moich dzieci. Tak wyraźnie, jakby stały tuż obok. Nie wiem, skąd wzięły się we mnie siły. Ciało zapomniało o lęku. Stało się czymś pierwotnym, dzikim, chroniącym życie. Uderzyłam. Gdzieś. Jakkolwiek. Wystarczyło. Zwinął się w pół, syknął — jak gad.
Uciekłam. Nie pamiętam drogi na górę. Nie pamiętam kluczy w zamku. Pamiętam tylko nagłą obecność ścian mojego mieszkania i własne dłonie, które drżały jak liście na wietrze.
Potem były spazmy, nieme łzy, niemożność wypowiedzenia słowa. Mąż, koleżanka, obce głosy przy moim własnym ciele. Dzieci u babci — i jedyna wdzięczność za to, że nie widzą matki w stanie, którego nie potrafiłabym im wytłumaczyć.
A później zadzwonił telefon. Przyjaciele pytali, dlaczego nie witam gości. Poczucie obowiązku podniosło mnie jak dźwignia. Powiedziałam, co się stało — słowami poszarpanymi, kruchymi jak szkło. Padła propozycja milicji. Odrzuciłam ją. Nie znałam wtedy wroga po imieniu. Wydawał mi się kimś obcym, chorym, jakimś zabłąkanym cieniem.
Zdjęłam wreszcie futro. Było porwane jak rozszarpany sen — ocalała tylko podszewka. Plecy i ramiona — czerwone od otarć. A w lustrze ujrzałam kobietę o twarzy białej jak papier i włosach sterczących jak irokez. Obca, a jednak ja.
Wzięłam prysznic. Uczesałam się na nowo. Założyłam suknię, makijaż, uśmiech. Po półtorej godziny stałam już w drzwiach szkolnej auli. Muzyka, światła, śmiech, przyjaciele wstający i bijący brawo. Życie — tak zwyczajne, że aż niewiarygodne, że mogłoby się skończyć na schodach prowadzących do piwnicy.
Zdjęcie z ówczesnego Sylwestra.
Dopisek — 20.05.2025
Los lubi ironię. Jedną z jego ofiar była dziewczynka o moim imieniu. Jego żona również je nosiła. Przypadek? Może. A może tylko kolejny okruch historii, który przyszło mi unieść.
Znam już jego nazwisko. Widziałam jego twarz na zdjęciu. Czy poczułam ulgę? Nie wiem. Staram się o tym nie myśleć. Wiem tylko jedno:
Najwyraźniej miałam jeszcze żyć.
I za to — cokolwiek to było: przypadek, opatrzność, siła — jestem wdzięczna.
***
Piszę
z potrzeby serca i dzielenia się tym, co ważne.
Jeśli moje
słowa są Ci bliskie i masz ochotę wesprzeć mnie
symbolicznie,
możesz to zrobić
tutaj:
https://paypal.me/KacikDlaCzytajacych
Samo czytanie już jest dla mnie darem.
Dziękuję 💓Halszka
Jak co roku z Nowym Rokiem mamy nowe postanowienia. A czy jesteśmy skłonni i takie postanowienie przyjąć jako swoje? Mowa o nim w wierszu na obrazie.
Sylwester i Nowy Rok niosą radość i światło fajerwerków, a jednak ich blask ma także cień. W lesie — cisza jak oddech ziemi, i nagle — niebo rozrywa krzyk ognia, człowiek zapala pierwszą rakietę. Opis w obrazie.
W naszym tutejszym lesie zaobserwowałam zjawisko tak dziwne, że aż chciałam sprawdzić, czy nie nadają tego w telewizji. Jedna połowa lasu była pięknie ośnieżona, jak z pocztówki świątecznej, a druga — ani płatka. Jakby ktoś połowę krajobrazu wysłał na wcześniejsze wakacje.
Choć mróz trzymał wszędzie jednakowo i nie pytał nikogo o zdanie, granica między „zimą” a „prawie-wiosną” była wyraźna jak od linijki. Pomyślałam sobie mądrze, że to pewnie dlatego, iż wschodnia część, choć słońce ją muska i grzeje, po nocy nagrzewa się wolniej niż południowa. A południe — jak to południe — zawsze ma do wszystkiego więcej zapału, więc śnieg stopniał tam szybciej. Poza tym od kilku dni nic nowego z nieba nie dosypało.
Zobaczyłam ten „leśny ewenement” ze szczytu góry i postanowiłam przejść z kijkami przez obie części, żeby żadna nie czuła się pokrzywdzona. Jak postanowiłam, tak zrobiłam, bo ja z tych, co same sobie rozkazują i same wykonują.
Po prawie dwóch godzinach, kiedy schodziłam już ośnieżoną częścią lasu w stronę parkingu, zadzwonił telefon. Sprawnie zdjęłam kijek z lewej ręki, wsunęłam pod pachę (tam przecież nic nigdy nie ginie… tak myślałam) i z saszetki-nerki, której nazwy nadal nie lubię, wyjęłam dzwoniące ustrojstwo.
Dzwoniła moja najstarsza wnuczka. Ton głosu miała taki, jakby przynajmniej leciała rakietą na Marsa, a tymczasem okazało się, że tylko przed Sylwestrem wybiera się z chłopakiem na trzy tygodnie do Maroka. No i potrzebuje kilku „bardzo ważnych” porad babci, czyli rodzinnego centrum dowodzenia.
Rozmawiałyśmy sobie w najlepsze, świat kręcił się dalej, a las słuchał. Gdy skończyłyśmy, schowałam telefon, chciałam przypiąć kijek i… niespodzianka stulecia: kijka nie było. Zniknął. Rozpłynął się w przyrodzie. Pod pachą – pusto!
Wkurzyłam się. I to nie byle jak — bo ja byłam już naprawdę głodna. Jeszcze przed telefonem planowałam w myślach, co sobie po powrocie przygotuję, i byłam już prawie emocjonalnie związana z tym jedzeniem. A tu zamiast obiadu — marsz w górę w poszukiwaniu zbiega!
Nie mam pojęcia, kiedy go zgubiłam. Rozmowa z wnuczką była tak zajmująca, że gdyby w tym czasie obok mnie przemaszerowało stado reniferów, pewnie też bym nie zauważyła.
Kijek znalazłam dopiero na samej górze. Leżał sobie w śniegu jak król sytuacji i, mam wrażenie, bezczelnie się do mnie uśmiechał. Na nieośnieżonej drodze pewnie usłyszałabym jego upadek, ale śnieg, jak przystało na sprzymierzeńca zgub, wszystko elegancko wytłumił.
Z górki potem niemal leciałam, bo mój żołądek już pisał do mnie petycje. Na szczęście parking nie był daleko.
W domu rzuciłam się najpierw na banana, ratując własne życie, a chwilę później znów zadzwoniła wnuczka — po następną „absolutnie niezbędną” poradę. Gdy opowiedziałam jej moją kijkową epopeję, śmiałyśmy się obie do łez. Ona już wie, że różne dziwne przygody znajdują mnie same, bez szukania.
Na szczęście większość z nich jest zabawna. A ja — ich stała bohaterka — mam tylko jedno zadanie: niech się przynajmniej dobrze kończą… i nadają do opowiadania.
To właśnie tam ma dojść do spotkania Wołodymyra Zełenskiego z Donaldem Trumpem — rozmowy przedstawianej jako kluczowa nie tylko dla Ukrainy, ale i dla całego Zachodu.
Czy przyniesie ono realne korzyści dla kraju od lat wyniszczanego wojną? Trudno o optymizm. Nadziei jest niewiele, a wątpliwości — bardzo dużo.
Niepokój budzi fakt, że przyszłe losy Ukrainy, Europy, a w pewnym sensie także świata, zależą dziś od polityka znanego z nieprzewidywalności i upodobania do prowokacji.
Nie jest tajemnicą, że Trump wielokrotnie prezentował pobłażliwy stosunek do Władimira Putina — byłego funkcjonariusza KGB, odpowiedzialnego za tragedię własnego narodu i agresywną politykę wobec sąsiadów. To właśnie ta relacja sprawia, że stawka dzisiejszych rozmów wydaje się jeszcze wyższa.
Dziennikarskim zwyczajem można powiedzieć: „pożyjemy — zobaczymy”. O godzinie 19 czasu polskiego spotkają się dwaj prezydenci, a świat na chwilę wstrzyma oddech, zadając sobie pytanie, czy będzie to początek zmiany — czy tylko kolejny rozdział niepewności.
Wizja upadku i odrodzenia. Spełniające się proroctwo wizjonera Irlmaiera. Mowa o nim w wierszu na obrazie.
Rosja to stan umysłu? Gdy pytamy dlaczego, logika milknie. Zostaje cisza i kolejne pytanie: czy tak już zostanie? Opis znajduje się w obrazie.
Pod choinką zawsze coś na nas czeka. Jedne prezenty wywołują szeroki uśmiech, inne poruszają ciszej, gdzieś głębiej — ale te najpiękniejsze mają w sobie ciepło ludzkich dłoni. Są zrodzone z czyjejś wyobraźni, czasu i serca. Tych w tym roku było u nas najwięcej.
Moja córka, która potrafi zaczarować kamienie szlachetne, zamieniając je w jedyną w swoim rodzaju biżuterię, obdarowała nas swoimi małymi dziełami sztuki. W każdej bransoletce i w każdym naszyjniku była cząstka jej samej.
Z kolei jej córka, moja najstarsza wnuczka, ofiarowała nam obrazy — świeże, pachnące jeszcze farbą, malowane specjalnie dla każdego z nas.
Patrzyliśmy na nie w milczeniu, jak na otwarte okienka do naszych pasji. Wzruszenie krążyło po stole jak dodatkowy wigilijny gość.
Nie zdradzę wszystkich rodzinnych tajemnic. Powiem tylko, że mój obraz trafił prosto w serce. Wnuczka dobrze wie, że od dzieciństwa spoglądam w niebo z ciekawością i tęsknotą — że fascynuje mnie kosmos i tajemnica UFO. Sama zresztą nosi w sobie tę samą iskrę. I właśnie tę moją „kosmiczną słabość” zamknęła w barwach i kształtach płótna.
Tego wieczoru Wigilia była naprawdę wyjątkowa — pełna ciepła, śmiechu i światła. Najmłodsza, dziesięcioletnia wnuczka, dopełniła tę magię dźwiękiem klarnetu. Kolędy rozlewały się po pokoju jak zapach choinki, a „Przybieżeli do Betlejem pasterze”, zagrane specjalnie dla mnie, brzmiało jak najpiękniejszy prezent.
Jestem szczęśliwa. Mam rodzinę, która potrafi kochać nie głośnymi słowami, lecz obecnością i gestem. A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że jesteśmy blisko — w tym samym mieście, w tym samym życiu — i trzymamy się razem, jak gwiazdy w jednym niebie.
Lekka satyra na obżarstwo świąteczne, z przymrużeniem oka. Wiersz satyryczny znajduje się w obrazie.
Lekka satyra na Święta Bożego Narodzenia, z przymrużeniem oka. Wiersz satyryczny znajduje się w obrazie.
Przyroda nie spieszy się nigdy — a jednak czasem zdąża na czas. Kilka słów zachwytu zamknęłam w obrazie.
* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.
https://youtu.be/BC0ulqQ_dns?list=RDBC0ulqQ_dns
To przepiękna, bluesowa interpretacja tej jakże pięknej kolędy. W tym brzmieniu można jej słuchać bez końca... aż po łzę wzruszenia.
Dedykuję ją wszystkim — znajomym i nieznajomym — którzy zaglądają na moje blogi... Zdrowych i radosnych Świąt... i koniecznie bez polityki! Całość życzeń po polsku i po angielsku na obrazku.
Merry Christmas! Frohe Weihnachten! Joyeux Noël! Καλά Χριστούγεννα! Buon Natale! Linksmų Kalėdų! С Рождеством! Veselé Vánoce!
Coś w tym obrazie i w tych życzeniach świątecznych nie daje mi dziś spokoju. To refleksja o świecie, w którym przyszło nam żyć. Całość znajduje się w treści grafiki.
Ludźmi rządzą emocje. Wszystko jest okay, gdy są one pozytywne. Lecz te negatywne — potrafią człowieka przeczołgać niesamowicie. A nawet jego najbliższe otoczenie. Tym bardziej te tłumione, gdy dojdzie do ich eksplozji... bo dojść kiedyś musi. Całość w grafice.
Uśmiechnij się Człowieku! Za trzy miesiące będzie wiosna! A jasne, że będzie. No uśmiechnij się! A od razu ją w sercu poczujesz... Pomocny uśmiech na obrazku.
Życie jak to życie, bywa twarde, czasem wręcz boli. Często mamy takie odczucia. Warto więc znaleźć na siebie metodę. Tak, na siebie. Bo to przede wszystkim od nas zależy, jak bardzo ciężkie będzie dla nas... Czy taka metoda, jaką przedstawia obrazek, jest dobra? Odpowiedz sobie sam.
* Tekst mało wyraźny? Powiększ obraz, klikając w niego.
Same dziwy w przedświątecznym lesie. Cisza koi, ale potrafi też przypomnieć o „potrzebach” świata — nagle, hałasem elektrycznych pił. Drwale wrócili do lasu. Żal zwierząt. W ramach rekompensaty za te niedogodności leśnicy wystroili im bombkami wiele choinek. Tak jak widać na obrazku… Czy to im wystarczy?
Co się dzieje z naszym światem i
dokąd zmierzamy? W obliczu codziennych kryzysów coraz trudniej o
spokój i poczucie normalności. Treść obrazu jest próbą
refleksji nad tym stanem.
Na wycieczce było tak sobie. Ach, bo i pogoda była do kitu, gdyż cały czas lało i chodziłyśmy zmoknięte jak kury, a i atmosfera była mało radosna, bo dziewczyny co rusz miały rozbieżne zdania na temat wszystkiego i wszystkich. Jak zwykle.
Dla mnie jednak był to czas dobry. Od dziecka kochałam góry — ich surowość, dzikość, obojętność wobec ludzkich spraw. Gdzie tylko mogłam, odrywałam się od grupy i zostawałam sama z przyrodą. W ciszy, przerywanej jedynie szumem deszczu i wiatru, próbowałam odzyskać równowagę po ostatnich miesiącach szkolnych zmagań. Widocznie tego właśnie potrzebowałam — przestrzeni, w której nikt niczego ode mnie nie oczekiwał.
Dziwne, ale z samej wycieczki pamiętam niewiele. O wiele wyraźniej zapisały się w mojej pamięci wydarzenia sprzed wyjazdu. Na głównym zdjęciu widać mnie i Marysię dzień przed wyprawą — uśmiechnięte, jakby nic nie mogło nam popsuć humoru. A przecież byłam wtedy skrajnie wyczerpana. Przez dwie noce prawie nie spałam, kończąc album z geografii, który uparłam się oddać profesorowi jeszcze przed wyjazdem. Musiał być idealny.
Po lekcjach wracałam do domu zatłoczonym — jak zawsze — piętrusem. Ścisk, zaparowane szyby, zmęczenie, które nagle stało się nie do zniesienia. Przyciśnięta do drzwi, zasnęłam na stojąco.
Obudził mnie gwałtowny wstrząs. Pociąg szarpnął na złączach torów, a ja z impetem uderzyłam głową w metalową futrynę drzwi. Ból był ostry, nagły, aż zakręciło mi się w oczach. Guz urósł błyskawicznie.
Może właśnie dlatego ten moment pamiętam tak dobrze. Ból potrafi utrwalać wspomnienia czasem skuteczniej niż radość. Natomiast szczegóły samej wycieczki nie bardzo utrzymały mi się w pamięci. Być może dlatego, że mój organizm był wtedy zbyt zajęty wzmożoną odnową sił witalnych i mojej skołatanej duszy — po prawie półrocznych próbach odnalezienia się w nowej szkole, daleko od domu. W dodatku w „babskiej” klasie, z przewagą Ślązaczek, które nas, potomków Kresowiaków, nie darzyły sympatią. Delikatnie mówiąc. I na każdym kroku dawały temu wyraz... Tak, pewnie dlatego. A ja byłam wrażliwą osobą. Czasami aż za bardzo.
A na wycieczce? Wystarczy popatrzeć na miny wycieczkowiczek podczas łażenia po górach, aby dojść do wniosku, że zbyt radośnie nie było. Wyglądamy wszystkie jak zmizerniałe stadko zmokłych kur.
Ja jednak próbowałam coś ratować. Odgrywałam mały teatrzyk, zakładając na palec pacynkę kupioną wcześniej dla mojego pięcioletniego braciszka, Wojtusia. Dziewczyny patrzyły bez entuzjazmu.
— O rany, rozchmurzcie się! — miałam ochotę krzyczeć.
Dopiero za drugim razem coś zaiskrzyło. Pacynka przysiadła na ramieniu Danuśki — na górnym zdjęciu po prawej — i zaczęła swoje wesołe występy. Na twarzach dziewczyn pojawiły się nieśmiałe uśmiechy. Nawet nasza wychowawczyni, profesor Żółcińska, śmiała się głośno.
Następnego dnia zwiedzałyśmy twierdzę w Kłodzku. Miejsce dobrze mi znane — bywałam tam wcześniej z rodziną z Krosnowic, którą odwiedzałam niemal w każde wakacje. Znałam ścieżki, przejścia, korytarze, a nawet niektóre lochy. Czułam się tam niemal jak u siebie.
Dziewczyny jednak nie podzielały mojego entuzjazmu. W twierdzy było zimno — nie tylko na zewnątrz, ale i w środku. Ich miny znów stężały.
Ale to nic! Przestałam się już przejmować nimi. Oddychałam głęboko górskim powietrzem i myślami byłam gdzie indziej — przy zbliżających się wakacjach. Pierwszych wakacjach w średniej szkole.
Wiedziałam, że będą dobre. Z Jankiem i Staszkiem, kolegami z podstawówki, planowaliśmy szaleństwa na naszych „rumakach” — motorowerach. Na tę okazję uszyliśmy sobie jednakowe koszule w kwiaty i niebieskie spodnie, udające dżinsy. A właściwie uszyła je moja ulubiona krawcowa, na moją gorącą prośbę i według mojego projektu.
Już wcześniej robiliśmy próbne jazdy — wystrojeni, dumni, wolni. Wiatr we włosach, śmiech, poczucie, że świat stoi przed nami otworem. I to właśnie to uczucie pamiętam najlepiej.
Trochę
humoru na dziś — bo dystans bywa najlepszym lekarstwem. Całość
wierszyka znajduje się w obrazie.
A tak już całkiem poważnie, warto podkreślić, że między tymi dwoma obecnie najważniejszymi osobami w państwie jest aż 26 lat różnicy. Aż włos się jeży na głowie, gdy pomyśli się, co może się stać z tym młodszym za tyle lat, skoro już teraz jest tak głęboko uzależniony od chemii.
Satyra, żart i odrobina absurdu. Wiersz w treści obrazu.
Wystarczy, że spojrzysz