piątek, 5 czerwca 2026

Dla tych, którym dziś najtrudniej żyć...

 


Żyje wśród nas wiele osób, dla których życie nagle straciło sens. Żyją z dnia na dzień, nie czując gruntu pod nogami, nie wiedząc, jak żyć. Żyją jak w malignie, zniewoleni problemami, dramatami, tragediami. Porażeni, sparaliżowani, zdruzgotani. Nieważne, z jakiego powodu — ważne, że trzeba im pomóc się odnaleźć i przekonać: że świat się jeszcze nie kończy, że jest po co żyć, że warto żyć, że każdego czeka jeszcze wiele dobrego. Musi tylko wstać, otrzeć łzy... i żyć! wiersz w obrazie.


Poczucie humoru czyni życie lżejszym

Czasem warto spojrzeć na życie z przymrużeniem oka. Wtedy staje się ono lżejsze, jakby mniej uparte w swoim ciężarze, a codzienność — odrobinę bardziej przyjazna.

Ludzie obdarzeni poczuciem humoru wiedzą o tym najlepiej. Potrafią w każdej sytuacji dostrzec coś nieoczywistego — cień absurdu, drobny szczegół, który wywołuje uśmiech. I tym właśnie karmią swój nastrój, nadając mu jasność.

Czy jednak potrafią rozbawić innych? To już zależy — od tych innych, rzecz jasna. Ci, którzy również noszą w sobie lekkość spojrzenia, podejmą tę grę bez trudu.

Uśmiech stanie się pomostem, a żart — wspólnym językiem. Niejeden dorzuci coś od siebie, jakby rozmowa była swobodną improwizacją.

Są jednak i tacy, do których żart nie trafia. Jakby omijał ich szerokim łukiem. Patrzą na świat poważnie, z twarzą nieruchomą, zamkniętą w surowym wyrazie. Dla nich wszystko zdaje się mieć tylko jeden wymiar — dosłowny, ciężki, niepodlegający grze.

A jednak nawet oni nie pozostają zupełnie poza zasięgiem humoru. Bo choć się nie śmieją, mogą się zatrzymać. Zastanowić. Może nawet dostrzec to, co dla innych jest źródłem żartu — i choć na chwilę spojrzeć na świat z innej perspektywy. Bo poczucie humoru nie zmienia życia. Ale bardzo zmienia to, jak się je przeżywa.



czwartek, 4 czerwca 2026

Wolność słowa… czy wolność chamstwa?

Coraz częściej mam wrażenie, że wolność słowa zaczyna znaczyć coś zupełnie innego, niż powinna. Zamiast rozmowy — krzyk. Zamiast argumentów — pogarda. Czy naprawdę o to chodziło?


Podobno żyjemy w czasach wolności słowa. Brzmi dumnie, prawda? Szkoda tylko, że coraz częściej ta wolność mylona jest z czymś znacznie prymitywniejszym — z prawem do bezkarnego chamstwa.

Bo czy naprawdę o to chodziło? Czy wolność słowa miała oznaczać nieustanne opluwanie wszystkich i wszystkiego, byle głośniej, byle dosadniej, byle bardziej wulgarnie? Patrząc na to, co dzieje się w przestrzeni publicznej — można mieć poważne wątpliwości.

Chamstwo przestało być wstydliwe. Dziś jest obecne wszędzie — w języku debaty, w internecie, na ulicy. Rozgościło się na dobre i, co gorsza, wielu uznało je za przejaw szczerości. Bo przecież „mówię, jak jest”. Problem w tym, że to „jak jest” coraz częściej oznacza po prostu brak elementarnej kultury.

Szczególnie wyraźnie widać to wśród młodych. Wulgarność, bezczelność, pogarda — nie jako wyjątek, lecz jako codzienny sposób komunikacji. Oczywiście najłatwiej byłoby wzruszyć ramionami i powiedzieć: „takie czasy”. Tylko że czasy nie biorą się znikąd. Za każdym pokoleniem stoi poprzednie.

To dorośli stworzyli świat, w którym granice się rozmyły, a wymagania zastąpiono pobłażliwością. To oni nauczyli — często nie słowem, lecz przykładem — że wszystko wolno, a konsekwencje są sprawą drugorzędną.

Demokracja miała być fundamentem wolności. I jest — ale wolność bez odpowiedzialności szybko zamienia się w karykaturę samej siebie. W wygodne alibi dla krytykowania wszystkiego i wszystkich, bez potrzeby refleksji, bez próby zrozumienia.

A autorytety? Kiedyś były punktem odniesienia. Dziś coraz częściej są obiektem drwin albo — co gorsza — obojętności. Znikają nie tylko dlatego, że bywają zawodne, lecz także dlatego, że przestaliśmy ich potrzebować. Łatwiej żyć bez punktów odniesienia — choć trudniej wtedy mówić o jakichkolwiek wartościach.

Bo wartości również gdzieś po drodze się rozmyły. Nie zniknęły nagle — raczej powoli się starły, jak moneta przechodząca z rąk do rąk, aż w końcu przestała być czytelna.

I tak dochodzimy do miejsca, w którym wszystko wolno powiedzieć, ale coraz rzadziej ma się coś naprawdę sensownego do powiedzenia.

To już nie jest tylko kwestia stylu. To kwestia kierunku... Quo vadis, Polacy?



Lustro nie kłamie...

 


Nie uciekaj przed sobą. Spójrz w lustro raz jeszcze. Znasz prawdę i wiesz, że jesteś winny. Masz sumienie — wiersz w obrazie.


środa, 3 czerwca 2026

Świadomość końca jest początkiem wyboru...

 Jeśli masz ochotę przeczytać wiersz, kliknij w obraz, by go powiększyć...


Refleksje nad życiem i zarazem próba generalna istnienia. Człowiek jest tym, co odważy się uznać za sens. Wiersz w obrazie. 


O kwiatach, które żyją obok nas

Kwiaty mają w sobie coś, co trudno opisać. Są piękne, żywe, a jednocześnie potrafią wprowadzić spokój tam, gdzie pojawia się codzienny pośpiech. Wystarczy spojrzeć na nie przez chwilę, żeby trochę zwolnić.

Są wszędzie — w parkach, ogrodach, na skwerach, ale też w naszych domach. Jedni mają ich pełno, inni tylko kilka doniczek na parapecie. A są też tacy, którzy nie mają ich wcale — choć mam wrażenie, że to jednak rzadkość.

Ja sama kwiaty bardzo lubię, ale nie mam ich w domu zbyt wiele. Właściwie tylko na oknach. Mówiąc szczerze — nie mam do nich ręki.

Nie odziedziczyłam tego daru po mojej mamie. W moim rodzinnym domu kwiatów zawsze było mnóstwo. Mama dbała o nie z ogromną troską, a czasem miałam wrażenie, że nawet z nimi rozmawia.

Za to moja najstarsza wnuczka zdecydowanie poszła w jej ślady — a może nawet jeszcze dalej. W swoim pokoju ma aż dwadzieścia cztery doniczki z różnymi roślinami. Wiem, bo liczyłam je podczas podlewania, gdy wyjeżdża na urlop z rodziną.

Muszę przyznać, że trochę mnie to niepokoi. Nie wszystkie rośliny nadają się do sypialni, a ona upiera się, że skoro je kocha, to na pewno jej nie szkodzą. Prosiłam ją nieraz, żeby sprawdziła to choćby w internecie, ale pozostaje nieugięta.

U mnie na szczęście panuje spokojniejszy zielony świat. Na parapetach rosną begonie, pelargonie, orchidee i kilka roślin zielonych, które po prostu cieszą oko każdego dnia.



Jest też pewna mała historia — awokado. Pewnej wiosny włożyłam jego pestkę do szklanki z wodą, bardziej z ciekawości niż z planu. Po kilku tygodniach wypuściła kiełki, więc trafiła do doniczki. I tak z małej pestki wyrósł zielony, delikatny okaz, który rośnie do dziś.



Poza kwiatami lubię też zioła. Bazylia, mięta, natka pietruszki, a szczególnie rukola i rzeżucha zawsze są pod ręką. Lubię mieć je blisko — trochę zieleni, która nie tylko cieszy oczy, ale też trafia na talerz.

A w sypialni mam sansewierię (wężownicę) — to najlepsza roślina do spania, ponieważ w nocy absorbuje toksyny z pomieszczenia i produkuje dużo tlenu.



Jako ciekawostkę dodam, że jej właściwości były już pod koniec lat 80. XX wieku — kluczowym obiektem badań NASA w kosmosie i okazało się, że znalazła się ona w ścisłej czołówce roślin o niezwykłych właściwościach.


wtorek, 2 czerwca 2026

Rok 2027 — albo demokracja, albo jej atrapa

Nie oszukujmy się: to nie jest już zwykły spór polityczny. To jest walka o to, czy Polska pozostanie państwem demokratycznym, czy stanie się jego karykaturą.

Polacy formalnie mają wybór. W praktyce od lat muszą patrzeć, jak Jarosław Kaczyński i jego obóz traktują państwo jak prywatny folwark, a obywateli — jak statystów w spektaklu władzy. Prawo? Instytucje? Standardy? Wszystko podporządkowane jednemu celowi: kontroli.

I nie, to nie dzieje się „przy okazji”. To jest plan. Realizowany metodycznie, bez skrupułów, przy użyciu propagandowych narzędzi takich jak Telewizja Republika czy wPolsce24 — mediów, które nie informują, lecz tresują odbiorców, karmiąc ich strachem, wrogiem i prostymi hasłami zamiast rzeczywistości.

Na tym jednak nie koniec. Na scenę wchodzi Konfederacja — ugrupowanie, które próbuje sprzedawać się jako antysystemowe, a w rzeczywistości coraz częściej brzmi jak polityczny eksperyment na granicy odpowiedzialności. Mentzen, dryfujący między populizmem a chaosem, i Braun, który przekracza kolejne granice retoryki, tworzą duet, którego przekaz momentami bardziej przypomina geopolityczne echo Moskwy niż głos polskiej polityki. To już nie są „kontrowersje”. To są sygnały ostrzegawcze.

Jeśli ktoś uważa, że „jakoś to będzie”, niech spojrzy na Węgry. Tam też wszystko zaczynało się niewinnie — od słów, od przesuwania granic, od przekonywania, że demokrację można „trochę poprawić”. Dziś to państwo jest przykładem tego, jak skutecznie można wydrążyć system od środka, zostawiając tylko jego fasadę. Polska stoi dokładnie na tej samej krawędzi.

Rok 2027 nie będzie kolejną datą w kalendarzu wyborczym. To będzie test: czy społeczeństwo jeszcze reaguje, czy już tylko obserwuje. Czy rozumie stawkę, czy daje się zagłuszyć kolejnym sloganom.

Jeśli coś ma się zmienić, potrzebna jest brutalna szczerość. Rządzący muszą w końcu przestać mówić do swoich i zacząć mówić do wszystkich — jasno, konkretnie, bez politycznego bełkotu. Inaczej przegrają nie tylko wybory, ale i narrację.

A media? Czas skończyć z wygodną rolą komentatora. W sytuacji, gdy zagrożone są fundamenty państwa, neutralność przestaje być cnotą — staje się ucieczką od odpowiedzialności.

Nie ma już komfortu „środka”. Nie ma czasu na udawanie, że wszystko mieści się w normie.

W 2027 roku Polacy nie wybiorą między partiami. Wybiorą między demokracją a jej atrapą.