wtorek, 5 marca 2019

Szalone wakacje (IX cz.)



Dziewczynki w wyśmienitych humorach wyszły z lasu i poszły na parking stadniny. Na parkingu stało już kilka samochodów. A to oznaczało, że w każdej chwili można było napatoczyć się już na jakiegoś jeźdźca, i konia oczywiście.
Kiedy do Zuzy to dotarło, dostała parę skurczów żołądka. Ale postanowiła się trzymać. Dla własnej otuchy te osobiste skurcze jej osobistego żołądka w myślach zwaliła na oznakę głodu, nie strachu. Na wszelki jednak wypadek, popchnęła Mirę przed siebie a sama zaczęła się rozglądać wkoło.
Mira, idąc przodem, już z daleka zauważyła babcię Michalinę jadącą stępa na swoim Gladiatorze od strony pastwiska. W pierwszym odruchu chciała krzyknąć z radości na jej widok, ale zaraz pomiarkowała, że to mogłoby zaszkodzić Zuzce. Postanowiła więc przygotować ją jakoś do tego widoku.
Zuza, nie będę owijać w bawełnę, bo już i tak za późno, więc powiem ci wprost, że powinnyśmy tu o głodnym pysku momencik odczekać. Z daleka… ale to z bardzo daleka, widzę babcię Michalinę na Gladiatorze… Tylko nie panikuj, są naprawdę daleko.
Chryste eleison! wrzasnęła Zuza w pierwszym odruchu trwogi, ale zaraz zacisnęła zęby i pięści i postanowiła jakimś cudem znieść ten widok. Mira trzymaj mnie za rękę, a ja spróbuję się nie bać… Kurna, trzymasz mnie jak omdlewający łabędź! Mooocniejjj!
Zuzieńko kochana, nic na siłę. Wcale nie musisz się zmuszać. Nikt od ciebie tego nie oczekuje…
Zamknij się Mira! Ja chcę. Ja sama chcę… Rozumiesz?! Zuza wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Rozumiem, Zuziu kochana! Trzymam cię mocno. Nic ci się nie stanie… Jestem z tobą… Nic a nic stać ci się nie może… nic a nic.
Szybciej mnie szlag tu trafi, aniżeli stchórzę… Zuzanna Bardecka niczego się nie boi… nawet przy hordzie koni ustoi… A co mi tam! Koń jest najlepszym przyjacielem człowieka. Tak, koń to przyjaciel… przyjaciel… przyjaciel… Wiara?! Tak, wiara czyni cuda. Cuda? Ano właśnie, cuda. Więc ja wierzę. Wierzę, że koń to przyjaciel… Tak, koń to mój przyjaciel…
Zuza początkowo stała w miejscu jak wryta i na głos przekonywała samą siebie, a i przy okazji Mirę, że się nie boi i że chce stawić czoła swojej końskiej fobii. Nagle zmilkła. Chwilę podumała. I ni stąd, ni zowąd, z ogromną determinacją zaczęła popychać Mirę dalej do przodu. A potem nawet ciągnąć ją. Robiła to powoli. Bardzo powoli. Ale jednak razem z Mirą posuwała się do przodu, naprzeciw nadjeżdżającej babci Michaliny. Naprzeciw swojemu wyzwaniu.
Babcia Michalina zobaczyła dziewczynki również już z daleka. W pierwszej chwili nie wiedziała, co ma zrobić, zawrócić Gladiatora, czy jechać dalej. Obawiała się reakcji Zuzi i wolała jej nie straszyć. Ale kiedy zauważyła, że dziewczynki idą powoli jej naprzeciw, zdecydowała się bardzo wolniutkim stępem zbliżyć się do nich. Gdy odległość między nią i dziewczynkami coraz bardziej się zmniejszała, zaczęła machać do dziewczynek ręką i wołać:
Zuziu, mam do was podjechać, czy lepiej będzie jak poczekam aż wy odejdziecie?
Pani Michalino, proszę się zatrzymać, my… to znaczy ja sama… z Mirą… do pani przyjdę odpowiedziała blada jak ściana Zuza, trzymając się kurczowo ręki przyjaciółki. Idziemy Mira, idziemy, i nic się nie boimy… Idziemy… idziemy…
Zuziu, proszę cię, tylko się nie bój. Jestem z tobą. Mira uspokajała przyjaciółkę, choć sama była przerażona. Bardzo bała się o nią. Już Zuziu, już zatrzymajmy się. Popatrz jaki Gladiatorek jest śliczny. Widzisz? Ty tu stój, a ja podejdę do niego i zobaczysz jak będę go głaskać…
Nie, nie, nie, jeszcze nie. Poczekaj, poczekaj chwileczkę… zaraz będziesz mogła mnie tu zostawić i podejść do niego… Jeszcze malutką chwileczkę. Zuza zrobiła kilka głębokich oddechów i zbladła jeszcze bardziej, ale po chwili puściła rękę Miry i drżącym głosem wycedziła przez zęby: Idź… idź… No idźże!
Mira posłusznie krok po kroku odchodziła od Zuzy. Lecz co chwilę oglądała się za siebie by sprawdzić jej stan. Szła jednak dalej i dalej. I coraz bardziej zbliżała się do spokojnie stojącego Gladiatora z babcią Michaliną na grzbiecie.
Babcia Michalina również obserwowała Zuzę. A widziała ją o wiele lepiej niż Mira, gdyż siedząc na grzbiecie Gladiatora, miała Zuzę wprost przed sobą. Było jej bardzo żal dziewczynki. Widziała po jej zachowaniu i twarzy jak bardzo się męczy ze swoim lękiem. Z drugiej jednak strony, bardzo ją podziwiała, gdyż widziała też, że Zuza nie poddaje się i zacięcie toczy wewnętrzną walkę z tym paskudnym i paraliżującym ją lękiem. Bardzo chciała jej pomóc.
No popatrz, Gladiator, kto do ciebie idzie? To jest Mira, poznajesz ją, prawda? Już ją parę razy widziałeś. A tam dalej stoi najlepsza przyjaciółka Miry. To jest Zuzia! Widzisz? Zuzia, to bardzo dobra dziewczynka. Chce się z tobą zaprzyjaźnić, więc proszę cię, pokaż się jej z jak najlepszej strony. Chcę, żeby ciebie polubiła.
No właśnie, Gladiatorku, tak jak ja ciebie lubię! zawołała Mira, poklepując konia po szyi i po pysku. Ty się nigdy mnie nie bałeś. Ani ja ciebie się nigdy nie bałam. Bo ty jesteś taki wspaniały… taki kochany… taki bardzo kochany konik.
Gladiator łasy na pieszczoty i przymilne słowa z zadowoleniem strzygł uszami i nastawiał swój olbrzymi łeb do głaskania. A na znak, że sprawia mu to przyjemność i chce jeszcze, zarżał przeciągle.
Zuza z wrażenia padła na ziemię jak stała. Babcia Michalina i Mira przeraziły się potwornie. Ale na szczęście Zuza w mig pozbierała się do kupy i wstała jeszcze szybciej niż upadła.
Nic, nic… ja się nie boję… Ja sama po… po… podejdę do Gladiatora. Zuza jąkając się, przekonywała siebie. Już… już… już idę… Właśnie, że idę…! Ja niczego się nie boję…! Gladiator jest kochany… Gladiator jest przyjacielem… moim przyjacielem…
Mira truchlała na widok podchodzącej Zuzy. Ale była też pełna dla niej podziwu.
Babcia Michalina była również zachwycona postawą Zuzy i jej odwagą. Była przekonana, że Zuzia jest bardzo odważna. Bo czymże może być odwaga, jak nie wewnętrzną i otwartą walką z własnymi lękami i słabościami. Wpatrywała się w Zuzę z nieskrywanym podziwem, i poklepując Gladiatora po szyi, szybko zaczęła przygotowywać go na spotkanie z odważną dziewczynką. Szeptem nakazała wnuczce chwycić konia za nachrapnik. Sama zaś chwyciła go jedną ręką za wędzidło, a drugą lekko spięła cugle, po czym bardzo łagodnym głosem przemówiła:
Popatrz, Gladiator, Zuzia idzie do ciebie. Stój grzecznie i przywitaj się z nią serdecznie… Chodź Zuziu, nie bój się niczego. To jest najspokojniejszy koń pod słońcem. Chodź Zuziu… chodź.
Zuza podchodziła jak na ścięcie, ale podchodziła. Nie zatrzymywała się. Szła dalej i dalej. Wreszcie z szeroko otwartymi oczami, raz blada na twarzy, raz czerwona, stanęła obok Miry, tuż przy łbie Gladiatora. Podniosła drżącą rękę do góry i położyła ją na ręce Miry, którą Mira trzymała konia za nachrapnik.
Witam cię Gladiator wyszeptała drżącym głosem. Ja jestem Zuzanna. Bardzo bym chciała zaprzyjaźnić się z tobą. Pozwolisz mi?... Matko przenajświętsza, ja stoję przy koniu… Gladiator to przecież koń… Matko złocista, ja się już nie boję… Ja dotykam konia… Mamusiu moja kochana, czy ty w to uwierzysz?
Zuzi głos drżał coraz bardziej. W końcu zamilkła i rozpłakała się bezgłośnie. Stała bez ruchu, wpatrując się tylko w olbrzymie oczy Gladiatora i łzy jej strugami płynęły po policzkach. Ręki jednak nie cofnęła. Dalej ją trzymała na ręce Miry na łbie konia.
Widzisz, Zuzieńko, nie trzeba się bać. Koń to twój przyjaciel wyszeptała wzruszona babcia Michalina.
Zuzulka, jestem z ciebie taka dumna szeptała również Mira, wolną ręką tuląc do siebie przyjaciółkę i roniąc łzy razem z nią.
Całe szczęście, że Gladiator jakby wyczuł, że oto przed nim rozgrywa się jakaś niezwykle ważna scena, bo stał bez ruchu i tylko wpatrywał się w Zuzę swoimi olbrzymimi i przyjaznymi oczami. Nawet ani razu nie zarżał, choć rżeć bardzo lubił.
Zuza istotnie była odważną dziewczyną i niewielu rzeczy się w życiu bała. Nie lubiła się bać. Lęk przed koniem miała zakorzeniony od wczesnego dzieciństwa. Ale to był takiego rodzaju lęk, który właściwie jej nie przeszkadzał. Po prostu zapomniała o nim. W codziennym życiu nie musiała o nim pamiętać. Bo i po co? Nie miała styczności z końmi i w ogóle się nad nim nie zastanawiała. I chybaby już zawsze tak było, gdyby nie Mira, która razem ze swoją babcią przypomniała jej o nim i jednocześnie uzmysłowiła, że oto ona, Zuzanna Bardecka, musi stawić mu czoła i pokazać, że pozbędzie się go raz na zawsze. To i Zuza pokazała.
Jaki ty jesteś wspaniały, Gladiatorku. Zuza łkając, odezwała się znów po chwili. Wolną ręką otarła łzy, a ręką którą wytrwale trzymała przez cały czas na ręce Miry, zaczęła nagle gładzić łeb konia. Widzisz jaka ja głupia byłam? Panicznie się bałam ciebie. Teraz sama widzę, że zupełnie niepotrzebnie. Przyrzekam ci, że to się już zmieni. Będę ciebie kochała i… wszystkie konie będę kochała… Pani Michalino, Mira, dziękuję wam!
Ależ Zuzieńko, ty nie nam dziękuj tylko sobie rzekła babcia Michalina z serdecznym uśmiechem. Jesteś naprawdę zuch dziewczyna. Wcale nie tak łatwo jest się pozbyć własnych lęków. Trzeba mieć wiele samozaparcia i hartu ducha. Ty się jednak pozbyłaś. Jesteśmy z ciebie bardzo dumne.
Tak, Zuza. Jesteśmy z ciebie dumne potwierdziła Mira, głaszcząc już razem z nią łeb Gladiatora. Jesteś niczym gladiator na arenie. Odważna i waleczna. Jesteś niczym babci Gladiator. Silna i wytrzymała. Nie poddałaś się swoim słabościom. Cieszę się bardzo, że mam tak wspaniałą przyjaciółkę.
Mirka skończ już, bo zaraz znów się rozbeczę. Zuza uśmiechnęła się przez łzy i cmoknęła przyjaciółkę w policzek. Jesteście dla mnie takie dobre i wyrozumiałe. I Gladiator też… Pani Michalino, a mogę razem z Mirą odprowadzić was do stajni?
Zuzieńko, jesteś wspaniała! Oczywiście, że możecie odpowiedziała uradowana babcia Michalina. No, to jazda Gladiator, prowadź nas do stajni!
Zuza dumna jak paw szła razem z Mirą obok Gladiatora. Powody do dumy miała przecież ogromne. Bo oto ona, przeszła samą siebie i nagle przestała się bać tego potężnego zwierzęcia. Strach spłynął po niej niczym woda po kaczce. Tak po prostu. Spłynął… i nie ma. To wielka radość czuć się wreszcie wyzwolonym z okowów obezwładniającego i panicznego strachu.
Kiedy Gladiator z babcią Michaliną na grzbiecie oraz z obstawą Miry i Zuzy wkraczał do stajni, ze stajni akurat wychodził Platon ze swoim jeźdźcem. Platon to koń z jego sąsiedniego boksu. Gladiator na jego widok zarżał donośnie.
Babcia Michalina i Mira struchlały i wylęknionym wzrokiem natychmiast popatrzyły na Zuzę.
A Zuza nic. Po plecach przeleciał jej wprawdzie dreszcz, ale był to już tylko przyjemny dreszcz emocji. Zuza poklepała przechodzącego obok Platona po zadzie i z głową dumnie zadartą do góry, szczęśliwa weszła do stajni.
W stajni babcia Michalina zeskoczyła z siodła i pierwsze co zrobiła, to wyściskała Zuzę. Potem z rozpędu wyściskała i Mirę, a po chwili jeszcze raz Zuzę.
Obie dziewczynki były przeszczęśliwe. I chociaż każda nieco inaczej, to jednak ich szczęście miało wspólny mianownik: było ogromne i aż promieniowało.
Babcia Michalina wprowadziła Gladiatora do jego boksu i go rozsiodłała. Potem nasypała mu do żłobu otrębów pszennych i zanim wyszła z boksu, widłami równomiernie rozrzuciła mu siano na podściółkę. Wychodząc już, odwróciła się i jeszcze raz wróciła do konia. Objęła go ramionami za szyję, coś mu tam naszeptała do ucha, głośno cmoknęła w pysk i w końcu wyszła.
Zuza nie mogła oderwać oczu od Gladiatora. Babcia Michalina wprawdzie zamknęła za sobą drzwiczki boksu, ale Zuza stała przy nich i przez metalowe szczebelki zaglądała do środka.
Mira stała za Zuzą i uśmiechała się do jej pleców, a przede wszystkim do samej siebie. Była bardzo zadowolona. Nawet nie przypuszczała, że tak wspaniale się wszystko ułoży. I że Zuza ją tak mile zaskoczy, pokazując, iż jest w stanie oprócz komputera jeszcze coś innego pokochać.
Hej, Gladiator, ty to masz dzisiaj szczęście! Same niewiasty koło ciebie. Dziewczynki i babcia Michalina usłyszały nagle za swoimi plecami. I wszystkie trzy jak na komendę odwróciły się.
A witam pana, panie Aleksandrze! zawołała radośnie babcia Michalina. Proszę pozwolić, że przedstawię panu: moja wnuczka Mira, a to jej najlepsza przyjaciółka Zuzia.
Dzień dobry dziewczynki! przywitał się pan Aleksander, szarmancko się kłaniając. Nazywam się Aleksander Wielki. Jestem właścicielem tej stadniny.
Dzień dobry panu! zawołały jednocześnie obydwie dziewczynki i uśmiechnęły się jakoś tak dziwnie.
No, widzę szczególny uśmiech na waszych twarzach, to od razu wam powiem, że on mnie wcale nie dziwi. Już jestem przyzwyczajony do takiej reakcji każdego, komu się przedstawiam. Cóż, moi rodzice tak oszaleli z radości na widok syna, że po moich narodzinach nadali mi takie a nie inne imię. Bo skoro na nazwisko mieli Wielki, to dlaczego ich pierworodny syn nie mógłby się nazywać Aleksander? Ano mógłby. I tak też mnie nazwali. Mało tego, kiedy miałem sześć lat, kupili mi kucyka, którego nazwali: „Bucefał”, jak na Aleksandra Wielkiego przystało. No i od tej pory każdy mój osobisty koń nazywa się Bucefał.
— I w tym miejscu trzeba by było również wspomnieć, że pańska stadnina jest też przedłużeniem tej tradycji, gdyż nazywa się: „Stadnina Bucefała” — dodała od siebie babcia Michalina z szerokim uśmiechem. 
Jaka piękna tradycja! zawołała Zuza radośnie. I pańska stadnina jest taka piękna. A te konie? Ech… brak słów…
Ho, ho, ho, aż tak? Mnie nie zabraknie jednak słów, by ci podziękować za twoje komplementy… Dziękuję ci Zuziu! Pan Aleksander śmiejąc się rubasznie, uścisnął obie dłonie dziewczynki. Miło was poznać, ale muszę lecieć do swoich obowiązków. Mam nadzieję, że się jeszcze nieraz zobaczymy. A teraz znikam i życzę przyjemnej przejażdżki na Gladiatorze…
A nie, nie! Nie na Gladiatorze, tylko na wrotkach zachichotała babcia Michalina niczym mała dziewczynka. Teraz będziemy jeździły na wrotkach. Bo wie pan, my mamy dzisiaj bardzo ważny dzień. Nawet nie mógłby pan sobie tego wyobrazić, jak ważny… Prawda Zuzieńko? Ale wie pan, to są takie tam… nasze babskie sprawy. A oprócz tego, że ten akurat dzień jest dla nas bardzo ważnym dniem, to też jest dla nas dniem sportowym. I zamierzamy właśnie poszaleć na wrotkach po stadninie, a i wokół stadniny również.
Aż mnie język świerzbi, by się spytać, co to za ważny dzień. Ale uszanuję wasze „babskie sprawy” i pytać nie będę. No a że i sportowy dzień mamcie panie przy okazji, to gratuluję! Nie ma to jak ruch na świeżym powietrzu. Ale proszę uważać, żebyście nie weszły w kolizję z jakimś koniem. Cha, cha, cha…! Bo wtedy, to koń by się uśmiał.
Będziemy uważać! ze śmiechem zawołało babskie grono jednocześnie.
Proszę pana, a czy ja mogłabym zobaczyć pańskiego Bucefała? — spytała rozpromieniona Zuza, której temat koni najwyraźniej przypadł do gustu.
I owszem. I to nie raz… ale akurat nie w tej chwili. Przykro mi. A to z powodu mojej córki, bo ona już przed godziną pocwałowała na Bucefale gdzieś w las. Myślę jednak Zuziu, że będziesz miała jeszcze masę okazji, by go poznać z każdej jego wspaniałej strony. Bo koń z niego przepiękny… Bajeczny wprost.
Prawie jak mój kochany Gladiator — zaśmiała się babcia Michalina, filuternie przekrzywiając swój toczek na głowie. — Tyle że dużo młodszy, no i… droższy. Bardzo dużo droższy. I przez to jeszcze bardziej wartościowy.
Biorąc pod uwagę ocenę eksterieru naszych koni, to w pewnym sensie ma pani rację. I to, że Bucefał jest młodszy od Gladiatora, to też fakt. Ale jeżeli chodzi o wartość konia, to tu bym z panią polemizował. Bo dla każdego miłośnika koni własny koń jest największą wartością. A pani Gladiator to jest wyjątkowy koń. Przeszedł przecież tak wiele. Żył dla ludzi i przez tych ludzi został tak okrutnie potraktowany i wyniszczony. A dzięki pani, wrócił do zdrowia i pokazał co jest wart. A wart jest wiele. Jest pięknym, mądrym, pogodnym i bardzo dobrze ułożonym koniem.
Ma pan rację, panie Aleksandrze — rzekła po chwili babcia Michalina, ocierając skrycie łzę wzruszenia.
Wiem, pani Michalinko — powiedział wesoło pan Aleksander i dla żartu naciągnął jej daszek toczka na oczy. — No to jazda dziewczynki! Życzę wam przyjemnej jazdy na wrotkach!
Pan Aleksander Wielki z sympatycznym uśmiechem oddalił się do swoich zajęć. I kiedy był już na zewnątrz i szedł po dróżce wzdłuż stajni, uszom dziewczynek i babci Michaliny dobiegł nagle jego śpiew: — „Siwy koń nas niesie po prerii, po lesie, a ja nucę piosnkę tę…”
— „Siwy koń nas niesie, po prerii, po lesie, a ja nucę piosnkę tę...” — Do śpiewu pana Aleksandra dołączyły się trzy gardła w stajni.
Babcia Michalina, śmiejąc się, objęła dziewczynki ramionami i wyprowadziła je ze stajni.
Ze stajni poszły prosto do samochodu. Wyciągnęły swoje plecaki z bagażnika i poszły z nimi na mały skwerek na środku stadniny. Na skwerku tym był stół i ławki. Mogły więc spokojnie sobie usiąść i zjeść śniadanie. Przy śniadaniu rozmawiały i obserwowały wzmagający się ruch w stadninie.
Była niedziela, a jak w każdą niedzielę, w stadninie od wczesnych godzin rannych było zawsze dużo ludzi. Każdy kto miał swojego własnego konia, po tygodniu pracy, właśnie w niedzielę najwięcej przesiadywał w stadninie. Zajmował się swoim ukochanym koniem, pielęgnując go i rozpieszczając. I wyruszał nim oczywiście na przejażdżki, cwałując po łąkach, wzdłuż pól i po lesie. W Stadninie Bucefała była też Szkoła Jeździecka. Pan Aleksander osobiście uczył w niej tej jakże wspaniałej sztuki jeździeckiej. Zatrudniał też kilku instruktorów, którzy równie jak on, z pełnym zaangażowaniem, oddawali się swojej pasji i uczyli innych końskich zapaleńców.
Ruch na dróżkach stadniny wzmagał się z minuty na minutę. Jedni wyprowadzali konie ze stajni z zamiarem udania się na przejażdżkę, inni wracali już z przejażdżki i wprowadzali konie do stajni. Gwar robił się coraz większy. Słychać było rozmowy, śmiech, nawoływania i rżenie koni. Tudzież poszczekiwania psów rasy Baset, które pan Aleksander również w swojej stadninie hodował. Z megafonów dolatywała piękna piosenka Czerwonych Gitar pt. „Wschód słońca w stadninie”:

„…Konie, dumne konie zasłuchane w szum traw.
Lekkie i swobodne, jak na czystym niebie ptak. (…)
Konie, dumne konie w blasku wstającego dnia.
Czułe i szalone, czemu was uwielbiam tak?...”

Dziewczynki były wniebowzięte tą wspaniałą atmosferą w stadninie. Rozglądały się wszędzie i podziwiały każdego konia, jaki tylko się pojawił w zasięgu ich wzroku.
Babcia Michalina tłumaczyła dziewczynkom jakiej rasy jest każdy koń i jak się nazywa. A że był to jej ulubiony temat, odpowiadała na wszystkie zadawane przez dziewczynki pytania z wielką przyjemnością. Opowiadała im też różne zabawne historyjki o niektórych koniach. O tych, które zdążyła do tej pory lepiej poznać, albo o których usłyszała od innych, ale takich samych jak ona pasjonatów koni.
Kiedy wszystkie się już posiliły i napatrzyły na wspaniałe konie i ich jeźdźców, zaniosły plecaki do samochodu i wyciągnęły swoje wrotki.
Gdy zakładały wrotki na nogi śmiechu było co niemiara, bo Mira ciągle nie mogła uwierzyć, że babcia nie żartowała i… naprawdę będzie razem z nią i Zuzą jeździć. Z podziwem przypatrywała się babci z każdej strony i wreszcie stwierdziła, że babcia wygląda jak ich rówieśniczka, a może i lepiej, gdyż ma o wiele ładniejszą figurę.
Milutka jesteś, Miruniu. Teraz będę musiała chyba cały czas tyłem do was jeździć, by nie psuć ci wizerunku młodej osoby — zaśmiała się babcia Michalina, robiąc szykowny piruecik. — No bo wiesz, z tyłu to jeszcze jakoś wyglądam, ale z przodu? Twarz zdradza tył i mówi o wszystkim przeżytych latach.
Ale nie u babci. — Mira trzymała się swego.
Też tak myślę — dopowiedziała Zuza. — Gdybym pani nie znała, to myślałabym, że jest pani mamą Miry, a nie babcią.
Jejku, jejku! Chyba zaraz zacznę z radości rżeć jak Gladiator — parsknęła śmiechem babcia. — Komplemenciary z was, że ho, ho! Ale to miłe, co mówicie. Dziękuję! Będę musiała częściej z wami przebywać, żeby nasycić swoją próżność.
Nie masz nam babciu za co dziękować. My nie prawimy komplementów, my mówimy prawdę. A za prawdę się nie dziękuje. Sama tak zawsze mówisz. Więc? A przebywać razem mogłybyśmy jak najczęściej. Cała przyjemność po naszej stronie, co nie Zuza?
A pewnie, i to jaka! — krótko i zwięźle skonstatowała Zuza.
No widzisz, babciu? — Mira dojechała na wrotkach do babci i wycelowała jej buziaka w policzek. — Jeżeli będziesz miała czas dla nas, to my już na pewno zjawimy się u ciebie.
Byle byśmy pani nie przeszkadzały — dodała Zuza, dojeżdżając do Miry i babci.
O przeszkadzaniu nawet mowy być nie może — zapewniła dziewczynki babcia Michalina. — Zawsze jestem dla was. O każdej porze dnia i nocy. Zapamiętajcie to sobie… A teraz jazda, moje najmilejsze! Niech żyje sport!
Sportowa drużyna ruszyła asfaltową dróżką pomiędzy zabudowaniami stadniny.
Mira była zachwycona babcinymi umiejętnościami jazdy na wrotkach. By ją móc lepiej podziwiać, raz jechała równo z nią, raz puszczała ją do przodu, a raz wyprzedzała ją i robiła obrót i jechała tyłem do przodu. Z zachwytu aż piszczała.
Zuza zaś chichrała się bez przerwy, bo wyobrażała sobie swoją babcię jadącą na wrotkach.
Babcia Michalina natomiast, dyskretnie kierując kierunkiem jazdy dziewczynek, jechała ze śpiewem na ustach:

Jeden koń czarny jest jak murzyn
Tak jak aksamit jak góra duży
Drugi koń biały jest tak jak mleko
Jak śnieg ten koń biega tak lekko
A trzeci koń to koń ze stali
Chrapy chrapliwe oko się pali
A czwarty koń to koń czerwony
A wszystkie spętane są
I skrępowane są
I powiązane są
I warkoczyki mają te cztery ogony…” *
----------------------------------------------------
* „Konie Apokalipsy” - Jacka Wójcickiego

Jadąc przed siebie w radosnych nastrojach, drużyna wrotkarek z babcią Michaliną jako kapitanem drużyny na czele zrobiła dwie rundki po stadninie. W trakcie jazdy babcia i dziewczynki zachowywały szczególną ostrożność, aby rzeczywiście nie wejść w kolizję z kimkolwiek, a co dopiero z koniem. Co rusz musiały wykonywać zwinny slalom by wyminąć albo wyprzedzić jeźdźców na koniach albo też i pieszych. Każdy z wymijanych albo wyprzedzanych ze śmiechem pozdrawiał trzyosobową drużynę wrotkarek. A konie? Konie widocznie przyzwyczajone już były do takiego widoku, gdyż w ogóle nie wpadały w panikę, tylko rżały cichutko i człapały dalej ze swoim jeźdźcem na grzbiecie albo obok prowadzącego je jeźdźca.
Po dwóch wesołych rundkach po stadninie drużyna wrotkarek wyjechała ze stadniny i jeździła asfaltową dróżką dookoła jej zabudowań. Po jej zewnętrznej stronie. Tam ruch był nieco mniejszy i rozproszony, bo każdy pogalopował już w swoją stronę, a droga była o wiele szersza. Wrotkarki mogły jechać swobodniej i przede wszystkim szybciej. Pruły więc jak trzy wichry, śmiejąc się i nawołując nawzajem.
Jeździły tak ponad godzinę. Potem wspólnie postanowiły, że pójdą jeszcze pospacerować po lesie.
Kiedy znalazły się w lesie było już późne popołudnie. Najpierw usiadły sobie na skraju lasu i zabrały się za wyjadanie zawartości plecaka babci Michaliny. A było tam co wyjadać, bo babcia specjalnie na tę wycieczkę nasmażyła kotlecików z mięsa mielonego i zrobiła sałatkę jarzynową. Mało tego, upiekła nawet pyszny makowiec. A do picia zaparzyła w dwóch termosach orzeźwiającej herbaty miętowej, z cytryną oczywiście.
Gdy były już syte, ruszyły na wędrówkę po lesie. Wędrowały wąziutkimi ścieżynkami wśród drzew i krzewów i miło sobie rozmawiały.
Przepiękną niedzielę mamy dzisiaj, nie Zuza? — Mira z błyskiem w oku popatrzyła na przyjaciółkę.
Przepiękną? To za mało powiedziane. Cudowną, wręcz bajeczną. A do tego: pouczającą, uzdrawiającą, regenerującą, budującą, a nawet romantyczną. Aż serce rośnie i chce się żyć. Żyć i brać życie pełnymi garściami… Pani Michalino, dziękujemy pani!
Pięknie powiedziane, Zuzieńko. — Babcia Michalina była zadowolona z pochlebnych ocen ich wspólnego wyjazdu za miasto. — A dziękować mi wcale nie musicie. Ja sama jestem szczęśliwa, iż mogę z wami spędzić tak miło niedzielę. I ten dzień jest też dla mnie wspaniały.
A może nam pani znów poopowiadać o pani wakacjach w Pilczu? — spytała Zuza po chwili.
Zuzi bardzo się podobały babci Michaliny historie z jej młodzieńczych lat i chętnie je słuchała. Ale tym razem, przede wszystkim miała nadzieję, że babcia wreszcie opowie coś o tych Miry dwóch kuzynach z trzeciego pokolenia. Bo czego jak czego, ale tego tematu nie miała zamiaru odpuścić.
Jeszcze chcecie słuchać? — zaśmiała się babcia Michalina.
Ależ oczywiście, babciu! — zawołała Mira. — Z tobą to nawet powrót do przeszłości jest wspaniały, nie tylko teraźniejszość.
Mira przeżywała wewnętrzny tryumf. Nie dość, że oto spędzała najmilszy dzień w swoim życiu w ukochanym gronie, to jeszcze jej sprawa pod kryptonimem: „Zuza-komp” nabierała takich rumieńców, że aż jej się fruwać chciało z radości. A to wszystko dzięki babci Michalinie. Och, jak ona kochała tę swoją babcię. Teraz jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
No więc będę wam opowiadała dalej, bo nie będę ukrywać, iż mnie samej sprawia to przyjemność, bo przypominam sobie o moich minionych latach. O moich wspaniałych latach…
— „Minęły te lata, te lata szalone…” — zawyła Zuza, przypominając sobie odgłosy tej piosenki dochodzące z pokoju jej babci. — Ale pani na pewno nie minęły, bo pani lata są ciągle szalone i tak wspaniałe, że tylko pozazdrościć, a już z pewnością wsłuchiwać się w opowieści o nich z zapartym tchem. Proszę więc opowiadać, pani Michalino. Zamieniamy się w słuch, co nie Mira?
Jasne. Całe jesteśmy w skowronkach, słuchając babci opowieści. A ile możemy się przy nich nauczyć?
Oj, dziewczynki, dziewczynki… Cieszę się bardzo, że właśnie wam mogę opowiadać o Michaśce, waszej rówieśniczce. — Babcia Michalina zaśmiała się serdecznie i ucałowała obydwie dziewczynki, tuląc je do siebie. — A więc, opowiem wam o moich wakacjach w Pilczu, gdy miałam akurat tak jak wy trzynaście lat. A były to wspaniałe wakacje. Wprawdzie z upadkiem z Kasztanki w tle i niespodziewanym wodowaniem w Białej, ale nawet ten upadek w tamtym czasie miał swój urok. No to słuchajcie...

cdn.


Link do powieści: "Szalone wakacje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

niedziela, 3 marca 2019

Nadchodzi Wiosna

Wiosenka choć dopiero u progu,
widać że nic a nic nie próżnuje…
Wonią wyciąga zwierzynę z barłogów
i swoje cudeńka wszystkim pokazuje.


Niezwykłe przypadki Karolka Gratki (IV cz.)

Ruszyli. Szli gęsiego. Na przedzie JuPi, za nim Karolek, za Karolkiem TeRka, a na końcu TeR. Szli raźnym krokiem w dobrych humorach i bardzo rozgadani. Rozmawiali jednak półgłosem, ażeby niepotrzebnie nie płoszyć leśnej zwierzyny. Ani tej, która w nocy śpi, ani tej, która w nocy poluje. Wszyscy byli tego samego zdania, że należy uszanować prawa natury. Tym bardziej, że to właśnie leśna zwierzyna jest u siebie, nie oni. Temat zwierząt okazał się być bardzo ciekawym tematem, gdyż prawie całą drogę rozmawiali właśnie o nich. Karolek o zwierzętach mógł opowiadać godzinami. Wiele przecież książek przyrodniczych przeczytał. I kiedy wcześniej za nic nie mógł sobie czegokolwiek o nich przypomnieć, to teraz, wiadomości o nich pojawiały się w jego pamięci niemalże lawinowo. Opowiadał więc z wielką przyjemnością i z wielką przyjemnością też, odpowiadał na każde pytanie przyjaciół związane z ich tematem. Rodzeństwo Jowiszanów też wiele pytań zadawało, gdyż każdy z nich wręcz uwielbiał zwierzęta. Zgodnie uważali, że zwierzęta to wspaniały dar Wszechświata dla Planety Ziemia, gdyż na żadnej innej planecie tak wspaniałych zwierząt nie widzieli. Podziwiali je za ich różnorodność gatunków i ras, za ich niewiarygodne wręcz przystosowanie do warunków życia, wreszcie, za ich ogromny instynkt samozachowawczy. Mówili, że zawsze, kiedy są na Ziemi, z wielką pasją je obserwują i dla tych właśnie obserwacji poświęcają najwięcej czasu. Oprócz TeRki oczywiście, bo ta więcej czasu poświęca na czytanie o zwierzętach. Ale, jak mówili, i to ma swoje dobre strony, ponieważ TeRka to nie tylko mól książkowy, to też wielka gaduła i nad wyraz chętnie dzieli się swoimi wyczytanymi wiadomościami. A bracia jej teoretyczną wiedzę zawsze skrzętnie wykorzystują do późniejszych obserwacji.
Miło się wszystkim szło i rozmawiało. Ciągle szli gęsiego, ale nie ścieżynką lecz na przełaj przez las. Jednakże całkiem wygodnie im się szło. Widoczność była dobra. Księżyc, tak jakby chciał nadrobić spóźnienie, nieustannie rzucał promieniami w szczeliny pomiędzy koronami drzew i jasno oświecał drogę. A i rodzeństwo Jowiszanów samoistnie emanowało światłem. Pięknym, niebieskawym i dziwnie rozproszonym.
Karolek momentami zastanawiał się, czy jest to rzeczywiście ich własne światło, czy tylko efekt odbicia promieni księżyca od ich srebrnych kombinezonów. Nie pytał jednak, gdyż uznał, że w tym przypadku — nie wiedzieć, jest ciekawiej. Jeszcze jedno Karolka bardzo zastanawiało. A mianowicie to, że jakoś dziwnie lekko mu się idzie. Wydawało mu się, że nie czuje w ogóle własnego ciała. Tak jakby był w stanie nieważkości. Swoimi spostrzeżeniami nie podzielił się jednak z przyjaciółmi. Też uznał, że tak będzie ciekawiej. Ważne, że czuł się przyjemnie. Bardzo przyjemnie. Szedł więc raźnym krokiem i w skrytości ducha rozkoszował się swoim niezwykłym odczuciem.
Po drodze Karolek usłyszał od swoich przyjaciół, że to tylko ze względu na niego oni idą, bo gdyby nie on, to oni już dawno byliby na miejscu i pożywiali się już, czyli tankowali. Bardzo go to zdziwiło. Zdziwienie jednak szybko ustąpiło miejsca ciekawości, poprosił więc przyjaciół (pomny tego, co mu JuPi wcześniej powiedział), aby mu wytłumaczyli, już nie, jak to jest możliwe, ale jak by to zrobili. Trójka rodzeństwa zademonstrowała mu to natychmiast. Karolek mało szoku nie dostał. Bo nagle, ni stąd, ni zowąd, znalazł się sam w głębi lasu, i to w zupełnych ciemnościach. Nawet księżyc, jakimś dziwnym trafem, przestał nagle świecić. Zatrzymał się momentalnie, i stojąc bez ruchu, zacisnął zęby i dzidę w ręku. Wreszcie, strwożony już na dobre, zaczął się rozglądać dookoła. Nikogo jednak nie zobaczył. Przyjaciele z Jowisza zniknęli tak nagle, jakby się pod ziemię zapadli. Szepcąc cichutko pod nosem, zaczął prosić ich, aby wrócili, bo dziwnie się czuje sam i nie wie, w którą stronę ma iść. I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jupiterowe rodzeństwo zmaterializowało się z powrotem.
Ależ mnie wystraszyliście! — zawołał ucieszony, że przyjaciele stoją koło niego i pełna jasność znów zapanowała.
Nie chcieliśmy ciebie wystraszyć — zdziwionym głosem powiedziała się TeRka.
Wiem. Ale mnie tak zaskoczyliście tym nagłym zniknięciem, że trochę się jednak wystraszyłem. Teraz już będę wiedział, jak docieracie do celu… Jak w czapce niewidce.
Podobnie — zachichotała TeRka. — Czytałam o tej waszej bajkowej czapce.
Ale podobało ci się Karolku, co? — spytał JuPi.
Jeszcze jak! — Karolek zawołał w odpowiedzi, speszony nieco swoim kłamstwem. — Z tym, że teraz martwię się jeszcze bardziej, iż przeze mnie musicie tak długo znosić głód.
A nie, tym się wcale nie musisz martwić — uspokoił Karolka TeR. — My mamy w sobie jeszcze rezerwy. Ja przedtem tylko tak sobie żartowałem. Wierz mi, jeszcze długo moglibyśmy wytrzymać bez tankowania.
Właśnie! — wtrącił JuPi. — Chcemy tylko nasze rezerwy zwiększyć, by potem, w szczególnym celu, móc jeszcze dłużej bez tankowania wytrzymać… O, patrzcie, las się rozrzedza i widać już światła suszarni rzepaku. O, tam, widzicie, jak prześwitują pomiędzy ostatnimi drzewami lasu?
Po chwili cała czwórka stała już przy ogromnym ogrodzeniu, a Karolek zastanawiał się, co to za fabryka.
Ejże, to nie jest suszarnia rzepaku, tylko cukrownia — wyszeptał, kiedy rozpoznał zabudowania.
Jak zwał, tak zwał, ale że tam w środku suszy się rzepak, tego jesteśmy pewni — odrzekł JuPi. — Tankowaliśmy już tu nieraz.
Dziwne. Rzepak w cukrowni? — zastanawiał się Karolek. — Ale wiecie co, teraz tak sobie myślę, że to całkiem możliwe, bo w lecie cukrownia stoi, kampania cukrownicza rozpoczyna się dopiero na jesień. Może więc w lecie suszarnię wysłodków, no wiecie, tych odpadów buraczanych przy produkcji cukru, rzeczywiście wykorzystują do suszenia rzepaku.
Myślę Karolku, że całkiem mądrze to wydedukowałeś — zgodził się JuPi. — Też to zauważyliśmy, że ludzie na Ziemi potrafią dobrze organizować. No, może nie zawsze, ale w dużej mierze.
To znikajcie już — powiedział Karolek, rozglądając się dookoła. — Ja tu zostanę i poczekam na was.
No coś ty. Chodź z nami — nalegała TeRka.
Nie chcę was niepotrzebnie narażać — tłumaczył Karolek. — Wy możecie niezauważeni przez nikogo wejść na teren cukrowni a ja niestety nie. Przecież czapki niewidki nie mam. A tu na pewno jest straż nocna.
A nie, nie obawiaj się. Nikt o tej porze do suszarni nie zagląda — zapewnił TeR. — Nigdy nikogo jeszcze tam nie spotkaliśmy. Na pewno straż chrapie sobie smacznie w strażnicy. Bo to akurat widzieliśmy nieraz, a i słyszeliśmy… Chrapią, aż echo między zabudowaniami niesie.
Jak tak, to jazda, wchodzimy — zgodził się Karolek i chwycił dzidę w zęby.
Poczekaj, przesadzę cię przez płot — powiedział JuPi i splótłszy dłonie w koszyczek schylił się przed Karolkiem.
Fajnie, już przeskakuję — wycedził przez zęby Karolek i jedną nogą stanął na splecionych dłoniach JuPi a drugą na płocie.
Jakie było Karolka zaskoczenie, kiedy ledwie przesadził płot i stanął na ziemi po drugiej stronie, a tu nagle, obok niego, z rozciągniętymi w uśmiechu serduszkami wyrośli jego przyjaciele.
Chyba się nie wystraszyłeś, co? — spytała TeRka, widząc minę Karolka.
Nie, skąd.
Ani też zaskoczony nie jesteś? — dociekał JuPi z szelmowskim uśmieszkiem.
Też nie — skłamał Karolek. — Niczym mnie już nie zaskoczycie, bo w końcu do mnie dotarło, że jesteście z innej planety.
To dobrze — ucieszył się TeR. — Bo szkoda by było czasu na zastanawianie się, co i jak, po co i dlaczego, skoro razem mamy tyle do zrobienia. My już taką postawę przyjęliśmy i niczym nas już nie zaskoczysz. Nawet tą twoją dzidą.
A co jest z moją dzidą nie tak? — zdziwił się Karolek. — Nie, wróć. Nie ma sprawy. Nie musicie odpowiadać. Zapomniałem, że dla was ja też jestem z innej planety. Tak że wszystko gra. Precz z zaskoczeniem. Precz ze zdziwieniem. Od tej pory wszystko staje się dla nas jasne… Cokolwiek by to nie było.
O to to! — ucieszyła się TeRka.
Wszyscy razem z zadowolonymi minami ruszyli w stronę ogromnego zabudowania, gdzie mieściła się suszarnia rzepaku. Po chwili byli już w środku. Hala suszarni była słabo oświetlona, lecz ni stąd, ni zowąd, zupełna jasność w niej zapanowała. Karolek uśmiechnął się tylko i palcem wskazał na olbrzymią hałdę wysuszonego ziarna rzepaku. Jupiterowe rodzeństwo odpowiedziało mu serdecznym uśmiechem i natychmiast rzuciło się na hałdę. Karolek pozostał nieco w tyle i przyglądał im się. JuPi z głośnym pomrukiem zadowolenia szybkim krokiem zaczął wchodzić na szczyt hałdy. To samo zrobił TeR. Po chwili też i TeRka maszerowała już w górę po zboczu hałdy, mlaskając przy tym pociesznie swoimi serduszkowymi ustami. Kiedy we trójkę znaleźli się już na szczycie, stanęli obok siebie i znieruchomieli. Uszu Karolka dobiegł dziwny szum, który po chwili zamienił się w jeszcze dziwniejszy odgłos. Odgłos pracującej młockarni. Tak się on przynajmniej Karolkowi kojarzył. Lecz i ten odgłos szybko zamienił się na inny. Tym razem Karolek skojarzył go sobie ze świszczącym odgłosem pras. Nieraz taki słyszał w tłoczarni blach sąsiadującej z jego domem dziecka. Tyle że w tłoczarni był nieco głośniejszy. Karolek z rozdziawioną buzią wpatrywał się w jupiterowych przyjaciół. Był pełen dla nich podziwu. Żałował tylko, że stali na hałdzie tyłem do niego i nie mógł zobaczyć ich twarzy. Szybko jednak przestał żałować, gdyż nagle zobaczył niesamowite zjawisko. Otóż zobaczył, że każdy z nich zaczyna rosnąć i dookoła nich coś też zaczyna rosnąć. Od razu domyślił się, że to coś, to nic innego jak kupki łusek z ziaren rzepaku. — "A więc, to tak odbywa się to ich tankowanie" — pomyślał zaskoczony, rozdziawiając buzię jeszcze bardziej. I choć zaskoczonym miał już nie być, był, i to bardzo. Bo też wrażenie było niesamowite. W końcu od tego rozdziawiania buzi poczuł zupełną suchość w gardle. Sięgnął ręką do kieszonki plecaka i wyciągnął butelkę z wodą. Zrobił kilka łyków i schował butelkę z powrotem. Oczu od swoich tankujących przyjaciół jednak nie odrywał. Nagle, wszystkie odgłosy ucichły i Karolek spostrzegł, że przyjaciele powolutku odwracają się w jego stronę. A kiedy całkiem się już odwrócili, znów znieruchomieli. Karolek wystraszył się, bo nagle silne wstrząsy zaczęły targać ich ciałami. Coraz częstsze i coraz silniejsze. Aż tu nagle, wstrząsy ustały w momencie. Jak na zawołanie. Coś zaszumiało, coś zasyczało, coś zaświszczało, jak gdyby powietrze z nich uchodziło. Po chwili jeszcze raz wstrząsnęło nimi potężnie. Aż podskoczyli. I nagle, cisza, bezruch, spokój. Wszystko ustało. Żadnych wstrząsów, żadnych odgłosów. Tylko jakiś żółtawy obłoczek unosił się nad ich głowami.
Jupiterowe rodzeństwo trwało w bezruchu i ciszy dobrą chwilę. Aż wreszcie, jak nie huknie potężną salwą dudniącego śmiechu. Karolek zdębiał z kretesem i wytrzeszczył oczy. W końcu zrozumiał wszystko i również huknął śmiechem. Głośnym i radosnym.
No, jestem syty! — zawołał JuPi, śmiejąc się ciągle. — Chodź tu do nas Karolku, pozjeżdżamy sobie trochę ze szczytu. Zobaczysz, jaka to fajowa zabawa.
Karolkowi aż się w głowie kręciło od natłoku wrażeń, ale na słowa JuPi, zareagował natychmiast. Zdjął plecak z ramion i wraz z dzidą położył na posadzce. Po czym jednym susem podskoczył do hałdy i zaczął się wspinać. Jednak ta wspinaczka coś mu nie bardzo wychodziła. Ciągle zapadał się w sypkim ziarnie po kolana. Zdziwiło go to. Przecież widział, z jaką łatwością weszli na hałdę jego przyjaciele. Wreszcie TeRka, widząc Karolka mordęgę, zbiegła do niego z góry i podała mu rękę. Karolek poczuł nagle, że idzie po zboczu hałdy jak po twardej i prostej drodze. Śmiać mu się chciało z tak zadziwiającego zjawiska. Znów czuł się lekko i przyjemnie, jak wcześniej.
Ojej, ale wy urośliście! — zawołał, kiedy stanął już wraz z TeRką na szczycie hałdy.
A tym się nie przejmuj, stopniowo będziemy wracać do poprzedniej wielkości — poinformował Karolka JuPi.
Nie, ja się nic a nic nie przejmuję. Uważam nawet, że wasz wzrost bardzo wam pasuje. W końcu jesteście z innej planety… I wszystko wam pasuje — stanowczym głosem powiedział Karolek, pełen podziwu dla potęgi przyjaciół. — Teraz wyglądacie jak prawdziwi kosmici.
Ty też jesteś kosmitą — zachichotał JuPi i tak jak stał, puścił się w dół.
Za JuPim, pięknym ślizgiem zjechał TeR, śmiejąc się jak szalony. TeRka zawtórowała braciom piskliwym śmiechem, i nie czekając dłużej, szarpnęła Karolka za rękę. Karolek przez moment poczuł lęk, bo dopiero z góry zobaczył jak stroma jest ta hałda. Nie zdążył się jednak głębiej wczuć w swój lęk, gdyż w szalonym tempie jechał już po zboczu. TeRka ciągle trzymała Karolka za rękę, a to spowodowało, że Karolkowi zaczęło się nagle wydawać, iż stał się jednym z nich. I że wszystko, co niemożliwe, stało się dla niego możliwe. Że może robić już wszystko zupełnie inaczej niż normalnie. Nic go już nie dziwiło. Ani to, że zjeżdża na stojąco po hałdzie sypkiego rzepaku i w ogóle się nie zapada, ani to, że wchodzi z powrotem na szczyt hałdy jak po normalnej prostej drodze. Ani też to, że nie czuje żadnego zmęczenia. Wydawało mu się wreszcie, że może sobie tak zjeżdżać i zjeżdżać i że nic ani nikt nie może mu w tym przeszkodzić.
Po pewnej chwili okazało się jednak, że to, co się wydaje, to się tylko wydaje, i prawdą być nie może. Niestety. Dotarło to do Karolka momentalnie, kiedy usłyszał, pomimo głośnych śmiechów i chichów w suszarni, dochodzące z zewnątrz szczekanie psa. Przykre, ale natychmiast musiał wrócić do rzeczywistości. A w tym niemiłym momencie powrotu do rzeczywistości zjeżdżał akurat już chyba z dziesiąty wspaniały raz z TeRką i był już prawie na dole. Od razu puścił rękę TeRki i w odruchu bezwarunkowym chciał skoczyć po dzidę. Ku jego ogromnemu przerażeniu, zapadł się nagle w rzepaku po sam pas i nie mógł się ruszyć.
Uciekajcie! — krzyknął, kiedy zdał sobie sprawę z sytuacji. — Uciekajcie! To pies strażnika ujada. Na pewno zaraz tu będzie. A i strażnik też.
Popłoch się zrobił w suszarni niesamowity. Karolek szarpał się w rzepaku i nie mógł wyciągnąć nóg. TeRka piszczała ze strachu i biegała po hałdzie to w górę, to w dół. JuPi i TeR, wprawdzie zachowali zimną krew i nie wpadli w panikę, ale w pierwszym momencie nie wiedzieli co mają zrobić. Nie mogli się przecież zdematerializować i zostawić Karolka samego na pastwę psa i strażnika. Biegali więc również, aby w biegu móc się szybciej zastanowić nad wyjściem z sytuacji. Wreszcie podbiegli do Karolka i podali mu ręce. Karolek natychmiast stanął na powierzchni rzepaku. Otrzepał się odruchowo jak kaczka po wyjściu z wody i jednym susem skoczył z hałdy na posadzkę. W głowie mu się kręciło, w skroniach waliły młoty, ale nie zważał na to, tylko pędem pobiegł po dzidę. Ledwie złapał za swoją broń, a w bramie suszarni stał już ogromny wilczur. Nie wystraszył się go jednak. W ogóle przestał już odczuwać jakikolwiek lęk. Ściskając w ręku dzidę, zaczął podchodzić do psa, który, choć szczekał nadal, z bramy się nie ruszał.
Pies zachowywał się bardzo dziwnie. W każdym bądź razie nie tak, jak przystało na psa obronnego. Najwyraźniej zbaraniał na widok kosmitów. A może bardziej na ich zapach?
Uciekajcie teraz! — Karolek krzyknął do przyjaciół. — Ja go tu w bramie przytrzymam, a wy wyskakujcie przez okno. Szybko!
O nie, nigdzie nie będziemy uciekać! — zawołał JuPi. — Zostajemy z tobą.
Na psa urok! — wrzasnął Karolek, podchodząc jeszcze bliżej psa.
Nie zostawimy ciebie samego. Prawda, JuPi i TeR? — piskliwym głosem zawołała TeRka, zbiegając już po raz któryś ze zbocza hałdy. — Ja się już nie boję i też zostaję.
JuPi i TeR chwycili wystraszoną TeRką za ręce, i nie bacząc na rozwścieczonego psa, zaczęli podchodzić z nią do Karolka. I kiedy podeszli do niego całkiem już blisko, stała się rzecz dziwna. Bo oto, olbrzymi wilczur, na ich tak bliski widok, nagle znieruchomiał i przestał ujadać. Wreszcie padł w progu bramy i zaczął żałośnie skomleć.
Teraz, wychodźcie — wyszeptał Karolek. — Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy.
Bez ciebie nie wychodzimy — powiedział JuPi świszczącym z przejęcia szeptem.
Właśnie — dopowiedziała płaczliwym szeptem TeRka.
Ależ wy uparci — syknął Karolek. — No dobra, idę z wami. Ale wy pierwsi. Ja będę dzidą przetrzymywać psa, a wy bez obawy przechodźcie za moimi plecami. Ale powoli i spokojnie.
Dobrze, Karolku — zakwiliła wystraszona TeRka i mocniej ścisnęła ręce braci. — Ale ty zaraz za nami. Bo jak nie, to my tu i tak po ciebie wrócimy… Słyszysz? A wtedy ten dziki pies może mnie zjeść — dodała jeszcze, bliska już płaczu.
Idźcie już. — Karolek odwrócił głowę i popatrzył na JuPiego, piorunując go wzrokiem.
Poczekaj. Wezmę tylko twój plecak — powiedział JuPi.
Po krótkiej chwili jowiszowe rodzeństwo przechodziło już za plecami Karolka przez bramę suszarni. Powoli, spokojnie, stanowczo, choć z duszą na ramieniu ze strachu. Karolek w tym czasie stał bez ruchu, i wbijając wzrok w ślepia leżącego psa, przemawiał do niego:
Dobry piesek, dobry. Leż, leż, i ani się nie ruszaj… Dobry piesek, dobry. Leży, leży, spokojnie leży…
Wilczur leżał posłusznie i ani drgnął. Skomlał tylko cichutko. A w tym momencie, kiedy jowiszowe rodzeństwo, przechodząc przez bramę, było bardzo blisko niego, zaskomlał głośniej i ze strachu wcisnął łeb między przednie łapy. I tak leżał nieborak, znów w bezruchu, i znów skomlał tylko cichutko.
Karolkowi żal się zrobiło psa, ale cóż miał zrobić, przecież trzeba mu było jak najszybciej brać nogi za pas i uciekać. Zdawał sobie sprawę, że lada moment zjawi się strażnik. I kiedy jowiszowe rodzeństwo było już na zewnątrz, powoli zaczął się wycofywać z bramy suszarni, powtarzając wkoło do psa: — „Dobry piesek, kochany piesek. Nie bój się. Zostań, zostań…” — Będąc już na zewnątrz, postanowił biec po rampie, aby z góry lepiej widzieć, z której strony nadejdzie strażnik. Wbiegł na rampę po schodkach i pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to to, że dzień się budzi. Niebo na horyzoncie wyraźnie jaśniało czerwonawą pożogą. Zastanowił się na moment, czy to dobry znak, czy zły. Nie znalazł jednak odpowiedzi. Przestał się więc zastanawiać. Rozglądnął się tylko czy nie widać gdzieś strażnika. Na szczęście nikogo nie zobaczył. Przyśpieszył wtedy biegu i pognał za przyjaciółmi, którzy biegli po betonowej drodze wzdłuż rampy i ciągle się za nim oglądali. Przy końcu rampy, rozpędził się i poderwał do wyskoku. Poleciał w powietrzu na znaczną odległość i wylądował tuż za biegnącymi przyjaciółmi. Ledwie zdążył ich dopaść, a usłyszał krzyk strażnika:
Stój, bo strzelam!
Karolek bez namysłu rzucił się wtedy na TeRkę i powalił na ziemię, zasłaniając ją swoim ciałem.
JuPi i TeR zatrzymali się natychmiast, i patrząc na Karolka z podziwem, ściągnęli go z TeRki.
Znikajcie, proszę was! — krzyknął Karolek, wodząc wystraszonym wzrokiem po twarzach przyjaciół. — Strażnik nie może was zobaczyć. Słyszycie?! Grozi wam wielkie niebezpieczeństwo. Mnie może on nic nie zrobi, ale wam z pewnością tak. No, zniknijcie wreszcie. Proszę. Błagam… A sio! — wrzasnął rozpaczliwie, słysząc krzyk strażnika po raz drugi.
Nie zostawimy ciebie samego. Nawet nie myśl! — huknął dudniącym głosem JuPi. — Teraz nasza kolej… Patrzcie, tam na torach stoi jakiś pojazd. Wskakujemy na niego i jazda. Uciekamy!
JuPi, przecież to stara, zardzewiała, ręczna drezyna — wycedził przez zęby Karolek, czując nagły szczękościsk ze strachu o przyjaciół.

No i co z tego, że stara, zardzewiała i ręczna? Ma koła? Ma. A to wystarczy. Biegiem! — zakomenderował JuPi, podnosząc TeRkę i Karolka z ziemi...

cdn.


Link do opowiadania: "Niezwykłe przypadki Karolka Gradki" 
(w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

sobota, 2 marca 2019

Zima z Wiosną się mijają

Pani Zima okulary zakłada,
W podróż się wybiera… Uwierzycie?
U progu Pani Wiosna już stoi rada
I aż się rwie — by umilić nam życie.

Szalone wakacje (VIII cz.)



Zrobiło się późno. Zapadał zmierzch. Milicja z trójką chuliganów na pokładzie odjechała już. Na podwórku Pawlaków jednak długo jeszcze było gwarno i wesoło.
Kiedy radiowóz milicyjny odjechał w swoją stronę, wszyscy wrócili z powrotem do stołu i długo jeszcze rozmawiali i dowcipkowali. Okazało się, że stara Pawlakowa potrafiła doskonale opowiadać dowcipy. I wiele też śmiesznych dowcipów opowiedziała. Najwięcej ze swojej młodości. Michalina dokładała swoje dowcipy. Znała ich też całą masę. Tak że wesoło było przy stole bardzo. Co chwilę biesiadnicy buchali gromkim i niepohamowanym śmiechem. Aż podwórkowy pies Pawlaków, nieprzywykły do takiego rodzaju dźwięków, wyskakiwał z budy i ujadał jak na trwogę.
W końcu nastała noc. A była piękna, ciepła, pachnąca, jasna. Gwiaździste niebo ze wschodzącym na horyzoncie księżycem ogarniało powracających do domu nie tylko jasnością. Ogarniało ich czymś więcej. Jakąś cudowną magią. Jakąś niesamowitą energią, lekkością, zwiewnością. Jakimś przejmującym na wskroś miłym ciepłem.
Jechali powoli. W milczeniu. Wczuwali się w otaczającą ich przyrodę spowitą nocą. Wczuwali się w siebie, w swoje jakże przyjemne uczucia.
Powinni czuć się zmęczeni, śpiący, ale nie, czuli się wspaniale. Wiele przeżyli tego dnia. Wiele smutku, wstydu, a nawet trwogi. Wiele wysiłku, a nawet mordęgi. Lecz wszystko to, opłaciło się. Byli bardzo zadowoleni. Dzień kończył się dla nich niezwykle przyjemnym akcentem. A to co było dla nich najwspanialsze, to to, że sami sobie zapracowali na te miłe uczucia. Byli tego świadomi. Każdy z nich obiecał sobie w duchu, że słowa danego starym Pawlakom na pożegnanie nigdy nie złamie. Zawsze będzie ich odwiedzał i w razie potrzeby będzie im pomagał.
Babcia Michalina zamilkła. Wstała od stołu i podeszła do okna. Mira i Zuza wpatrywały się w nią z rozdziawionymi buziami.
Boże, jak ten czas szybko zleciał z rozrzewnieniem wyszeptała babcia po chwili i odwróciła się od okna. Zbyt szybko…
Ależ pani potrafi wspaniale opowiadać zachwycała się Zuza. Moja babcia nigdy mi nic nie opowiadała.
No to wiesz, Zuzka, my zawsze możemy razem przychodzić do mojej babci to ona już to nadrobi… i za twoją babcię. Mira szybko zareagowała, by przyjaciółka nie popadła, co nie daj Bóg, w jakąś melancholię. Prawda babciu? Będziesz nam częściej opowiadała?
Będę. Jak tylko będziecie miały ochotę słuchać. Ale musicie mnie też częściej odwiedzać.
Widzisz, Zuziu? Czuj się u mojej babci jak u swojej… to znaczy… jeszcze lepiej jak u swojej… Mira zająknęła się, bo przypomniała sobie jaki stosunek jej przyjaciółka ma do swojej babci.
Zuza nic nie odpowiedziała. Ale Mira, wpatrując się w nią i z nadzieją doszukując się w niej jakiejś pozytywnej reakcji, z radością zauważyła, że jej oczy same się zaśmiały. I to jej wystarczyło. Znała Zuzkę i wiedziała, że taki wyraz jej twarzy oznacza aprobatę. Poklepała przyjaciółkę po ramieniu i uradowana popatrzyła znów na babcię.
Ależ ta Michaśka miała wspaniałe wakacje. Takie inne, a takie wspaniałe. I właśnie przez tę swoją inność, jeszcze wspanialsze i jeszcze ciekawsze. Takie sobie niby całkiem zwyczajne wakacje na wsi, a przez tę swoją zwyczajność, jeszcze bardziej bajeczne. Mira zachwycała się prawdziwie. Szkoda, że ja nie mam żadnych kuzynów na wsi.
Jak to nie masz? Masz. Tylko ich nie znasz. Wprawdzie są to kuzynowie z trzeciego już pokolenia. Ale są… Ojej, telefon! Muszę odebrać — zawołała babcia i wybiegła z kuchni do przedpokoju. … A witam cię córciu! A cóż ty mi tyle znowu nadawałaś? Dziewczynki ledwie przyniosły… Co mówisz…? Nie, no cieszę się, oczywiście, że się cieszę, ale martwi mnie to, że znów wydałaś na mnie pieniądze… Tak, wiem… sama ciebie uczyłam, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze… Oj, córciu, córciu, dziękuję za twoje dobre serce… Co mówisz o Mirze?... A nie, Mira ciągle jest u mnie, i Zuzia też… Obiad? A nie mówiły mi nic o obiedzie. Ale nie martw się, dałam im jeść… Że co…? Aaa, mama jej szuka?... No dobrze, zaraz Zuzi przekażę… Jak to co tak długo tu robią? Rozmawiamy... O czym? O wakacjach… Poczekaj, poczekaj… a cóż ciebie ten temat wakacji tak zainteresował?... Aha, no dobrze, milknę i zamieniam się w słuch.
Babcia Michalina ze słuchawką w ręku zaglądnęła z przedpokoju do kuchni i gdy zobaczyła, że dziewczynki siedzą sobie spokojnie i rozmawiają, ucieszyła się. Wsłuchując się w konspiracyjny głos córki wydobywający się ze słuchawki, poszła do pokoju stołowego. Dobrze że miała telefon bezprzewodowy, bo głos córki, choć konspiracyjny, był donośny.
Mama Miry, dowiadując się iż w mieszkaniu na ulicy Moniuszki odbywa się rozmowa na temat wakacji, od razu chciała ten moment wykorzystać. Prosiła swoją matkę, aby jakimś sposobem przemówiła Mirze i Zuzi do rozsądku i namówiła je do wyrażenia zgody na urlop w Tunezji. „Bo Tunezja to piękny kraj” mówiła „I spędzenie dwóch tygodni na łonie tunezyjskiej ziemi powinno być dla nich nie byle jaką atrakcją. A te, nie wiedzieć czemu, kręcą nosami i nie chcą jechać… Mamusiu kochana, zrób coś! Masz na to tydzień, no, może dziesięć dni, ale nie dłużej, bo właśnie za dziesięć dni, Jurek będzie miał ostatni już dzwonek, by w biurze podróży opłacić te wczasy. Pamiętaj, w tobie nadzieja”.
Babcia Michalina wysłuchała tyrady córki, i chcąc nie chcąc, obiecała coś zaradzić. Odłożyła słuchawkę i weszła z powrotem do kuchni.
Babciu, jesteś wreszcie! zawołała Mira. Domyślam się, że to mama nadwerężała twoje ucho tak długo. Co ona chciała?
Masz rację, to była moja kochana Haniutka zaśmiała się babcia Michalina. Okazuje się, że wasi rodzice chcieli już za wami listy gończe słać. Nie mogli uwierzyć, że tak długo siedzicie u mnie. A to przecież wcale nie długo… Nie wiem o co im chodzi… Aha, Hania prosiła żebym ci Zuziu przekazała, że twoja mama potrzebuje ciebie i że zaraz musisz wrócić do domu.
Och, na pewno zapomniała coś kupić na tych swoich wielkich zakupach z ojcem. Będę musiała teraz gnać do sklepu i uzupełnić jej listę zakupów wyjęczała Zuza. A tak tu miło u pani, że się nawet wychodzić nie chce. I miała pani jeszcze opowiedzieć Mirze o tych dwóch kuzynach z trzeciego pokolenia…
Nic straconego! zaśmiała się serdecznie babcia Michalina, wkładając do siatek plastikowe talerze z pozostałymi naleśnikami dla dziewczynek do domu. Możemy się umówić na inny dzień. To wam znów trochę poopowiadam.
I o kuzynach Miry też? Zuzę najwyraźniej zainteresował ten temat.
Też. I o czym tylko będziecie chciały.
To może jutro? Co Mira, jak myślisz? Zuza popatrzyła rozpromieniona na przyjaciółkę, ale nie czekając na jej odpowiedź, wzrok przeniosła znów na babcię Michalinę. — Jutro jest niedziela, i jakby to pani nie przeszkadzało, to może jutro. Bo w poniedziałek to my z Mirą mamy dużo zajęć po lekcjach.
Może być jutro zgodziła się babcia Michalina. Z tym, że rano muszę jechać do stadniny do mojego Gladiatora… Zaraz, mam pomysł. A może miałybyście ochotę jechać tam ze mną?
Ojojojojoj, to już od razu jutro muszę stawiać czoła memu osobistemu wyzwaniu?! Zuza zlękła się.
Nie, Zuziu. Nie musisz się martwić. Nikt ci nie będzie kazał zbliżać się do konia jak sama nie będziesz miała ochoty uspokajała babcia Michalina. Myślałam, że ja się zajmę trochę Gladiatorem, a wy będziecie za ten czas mogły sobie pochodzić po stadninie, albo po lesie, bo przecież obok rośnie piękny las… Albo… może pojeździłybyście sobie na wrotkach? Ty Miruniu masz wrotki, to wiem, bo dostałaś ode mnie na ostatnią gwiazdkę, a ty Zuziu, też masz?
Ma, babciu. Tylko nie chce jej się jeździć, chociaż umie doskonale. Od kiedy dostała w prezencie na urodziny… ten… no… Mira się zająknęła, bo przyszło jej na myśl, że jak wypowie to znienawidzone ostatnio przez siebie słowo: „komputer”, to całe jej odczynianie nałogu Zuzy straci moc i nadzieja pryśnie jak bańka mydlana. Podumała chwileczkę, cichutko chrząknęła, i dokończyła: … ten ostatni prezent urodzinowy, to zapomniała o poprzednich prezentach urodzinowych.
Nic z tego nie rozumiem, ale to, że ma Zuzia wrotki, zrozumiałam. Babcia Michalina zachichotała jak mała dziewczynka. A więc w czym problem? To pojeździcie sobie. A potem ja do was doszlusuję. Na wrotkach naturalnie…
Babciu, coś ty? Ty na wrotkach? Mira dostała aż wytrzeszczu oczu ze zdziwienia.
Mirusiu, bo zaraz ugryzę cię w ucho! Babcia Michalina udała obrażoną. A co ty sobie myślisz, że ja to już jestem taki stary i niemrawy zgred? Żebyś wiedziała, ja bardzo często jeżdżę po stadninie na wrotkach… Przyswajasz? Cha, cha, cha…! Ale macie miny, jakbyście kijankę połknęły.
Nie mogę w to uwierzyć! Mira zawyła przeciągle, wytrzeszczając oczy jeszcze bardziej. Zuza, ty widzisz jaką szaloną babcię ja mam? Niesamowite!... Babciu, nie znałam ciebie jeszcze z tej strony.
To może czas najwyższy, abyś poznała chichrała się w najlepsze babcia Michalina. Wiesz, bo mój czas, czas szalonej babci, jest ograniczony. Kiedyś przyjdzie mi spoważnieć i usiąść dostojnie w fotelu z robótką ręczną w rękach i ciepłym pledem na kolanach. Tak że jak macie ochotę poszaleć jutro ze mną na wrotkach, to bardzo proszę. A potem możemy robić wszystko inne, co tylko będziecie chciały. Rodzicom powiemy, że znikamy na cały dzień i że mają „chatę wolną”. Na pewno nie będą mieli nic przeciwko temu. No co? Dobry pomysł?
Chryste, babciu, ty jesteś więcej niż szalona! wrzasnęła uszczęśliwiona Mira, bo podbudowana dodatkowo radosną miną Zuzy. I przez to, jeszcze bardziej kochana! Dużo, dużo bardziej!
Następnego dnia, skoro świt, obydwie dziewczynki wyskoczyły ochoczo z łóżek i każda we własnym mieszkaniu przygotowywała się do wyjazdu z babcią Michaliną.
Poprzedniego wieczoru, po powrocie od babci Michaliny miały jeszcze tyle zajęć, że nie miały już siły spakować co trzeba. Najpierw naturalnie dodatkowe zakupy dla mamy Zuzy, na których były razem. Potem pomoc przy wspólnej, jak zwykle w sobotę, dwurodzinnej kolacji. A potem, jak zawsze w takiej wspólnocie, długie rozmowy z rodzicami. Tak że nie wiele miały czasu dla siebie. Po kolacji wpadły tylko na chwilę do pokoju Miry (bo tym razem wspólna, sobotnia kolacja przypadła — w kolejności na dom rodziny Czarneckich), omówiły tylko co powinny ze sobą wziąć na wyjazd, i trzeba było już iść spać. Ale zanim udały się do łóżek, obydwie na krótko zajęły się jeszcze omawianiem swojego ogromnego zdziwienia, jakiego doznały przy kolacji. Bo przecież kolacja była taka długa, a przy niej, z ust rodziców ani razu nie padły słowa: „urlop w Tunezji”. Było to dla nich zaskakujące, a nawet bardzo, bardzo dziwne i podejrzane.
Rodzice obydwu dziewczynek byli bardzo zszokowani niezwykle wczesnym krążeniem dziewczynek po domu i to akurat w tak leniwym dniu, jakim jest niedziela. I chociaż dziewczynki starały się poruszać po domu cicho, to chyba jednak nie do końca im to wychodziło, skoro rodzice w wielkiej konsternacji również powyłazili z łóżek. Zarówno na parterze w mieszkaniu Zuzy, jak i na drugim piętrze w mieszkaniu Miry. I w obu ruch się nagle zrobił jak na Marszałkowskiej.
Dziewczynki w pośpiechu zbierały swoje rzeczy potrzebne na wyjazd. Niejednokrotnie musiały za niektórymi rzeczami szukać, bo okazywało się, że te rzeczy, które akurat według ich mniemania będą im potrzebne, dostały nóg i wywędrowały dokądś z miejsc im przynależnych.
Mira szukała za lotkami do badmintona, bo pomyślała, że im więcej sportu Zuźce zaaplikuje, tym lepiej. A tu lotki jakby wcięło i nigdzie nie mogła ich znaleźć. Biegała więc po mieszkaniu i przekopywała każdy zakamarek. Rodzice biegali za nią i też szukali. Czasami biegali w różnych kierunkach, po wszystkich pokojach i spotykali się z bezradnymi minami w przedpokoju. Bieganinie nie było końca.
Natomiast u Zuźki w mieszkaniu szukano za jej drugim tenisówkiem, bo gdzieś się schował. I za krótkimi spodenkami, tymi czerwonymi, bo akurat te Zuza zamierzała zabrać ze sobą. Żadne inne. Chociaż ich miała kilka równie dobrych. Szukano również za ochraniaczami do jazdy na wrotkach. Dobrze że Zuzy mieszkanie znajduje się na parterze, bo w nim to już był tumult niesamowity.
Po jakimś czasie udało się wreszcie przy pomocy mam wszystko odnaleźć i spakować. (Ojcowie też pomagali, ale najwięcej w bieganiu). Dziewczynki gotowe już i radosne spoglądały przez okno na ulicę. A były tak podniecone swoją wycieczką za miasto, że nawet nie przyszło im na myśl, by spożyć coś w rodzaju śniadania. Mama Miry już poprzedniego dnia wieczorem przygotowała kanapki i owoce. Spakowała je do plastikowego pojemnika i włożyła do plecaka Miry. Jedną zaś kanapkę wciskała jej do ręki by ta choć coś trochę przed wyjściem z domu przegryzła. Ale nie było mowy, żeby Mira dała się namówić. Wymawiała się zbyt wczesną porą na jedzenie. Zgodziła się tylko na miseczkę płatków z kukurydzy z mlekiem. I z tą miseczką w jednej ręce i z łyżką w drugiej stała przy oknie i powoli jadła.
Zuza zaś nie dała się zupełnie na nic do jedzenia namówić. Kiedy jej mama w pośpiechu przygotowywała jej prowiant na wycieczkę, ona stała ze szklanką herbaty przy oknie i obserwowała przez szybę leniwie budzący się dzień.
Zuziu, proszę cię zjedz chociaż tost z dżemem nalegała mama.
Mamuś, nie przełknę. No co żeś się uparła? Nie chcę, żebyś się denerwowała, ale ja naprawdę nie jestem głodna. Nie trzeba było wychodzić z łóżka. Mogłaś sobie spokojnie dalej spać w objęciach tatulka, a ja bym sobie sama wszystko przygotowała. No po co wstawałaś? Teraz się tylko złościsz na mnie.
Nie złoszczę się, tylko martwię.
No to już się nie martw, tylko postaw mój plecak przed drzwiami i wskakuj z powrotem do łóżka, tak jak to zrobił tatuś… Oooo, słyszysz? Mira już pedałuje po schodach… A gdzie pani Michalina? Aaa, jest! Wjeżdża białe Polo. No jasne, Czarneccy mieszkają na wyżynach, to i widok na miasto mają lepszy i widzą wszystko szybciej… Pędzę, mamuś, cmoknij ode mnie tatka, no i przyjemnego dnia życzę. Zuza złapała za plecak i worek z wrotkami, pocałowała mamę w policzek, i zamaszyście zamykając za sobą drzwi, zawyła: „Córki nie ma, chata wolna… Oj, będzie bal!”.
A ty co za koncert dajesz z samego rana? spytała Mira, zbiegając ze schodów, i zatrzymując się tuż pod drzwiami rodziny Bardeckich.
A tam zaraz koncert. Odśpiewałam tylko mamie pewną zawoalowaną sugestię na pożegnanie. Niech się starzy nacieszą swoją wolnością. Nie często im się to zdarza. A niech mają!
Dziewczynki w wyśmienitych nastrojach wybiegły z domu i popędziły do samochodu babci Michaliny.
Witam was, dziewczynki! zawołała babcia Michalina, stając przy otwartym bagażniku swojego Polo. Wkładajcie swoje rzeczy… Ho, ho, ho, widzę, że sportowy dzień będziemy dzisiaj miały. Są wrotki, są rakiety do badmintona, są stroje sportowe i nastroje również. Iście sportowo-nastrojowa niedziela nas czeka. Cieszę się. Bo sport to zdrowie! Emerytowana nauczycielka wychowania fizycznego wam to mówi… No to jazda!
Po półgodzinnej jeździe sportowa drużyna wysypywała się już z samochodu zaparkowanego przez kapitana drużyny na parkingu przy stadninie.
Był jeszcze wczesny ranek. Cisza dookoła. W niedzielę o tej porze zawsze tu było jeszcze bardzo spokojnie. Słychać było tylko poszczekiwania psów i rżenie koni.
Na te odgłosy Zuzę trochę potrzepało, ale wzięła się w garść i nie pokazała żadnych lęków przed pozostałymi członkami niedzielnej drużyny. Starała się trzymać fason. Ale gdy Mira i babcia Michalina na nią nie patrzyły, niepewnym wzrokiem zerkała po zabudowaniach stadniny.
Piękny słoneczny poranek i wspaniały zapach natury zdziałał cuda. Dziewczynkom przyszła nagle ochota pójść do lasu, by pooddychać leśnym powietrzem i posłuchać śpiewu ptaków.
Babci Michalinie spodobał się ich pomysł. Pokazała im którędy powinny pójść, aby się nie zgubić i sama z uradowanym sercem pobiegła do swojego ukochanego Gladiatora.
Dziewczynki wędrowały po lesie, rozkoszując się jego świeżością i zielenią. Była to dla nich niesamowita nowość. Nigdy do tej pory nie miały okazji tak wcześnie być w lesie i napawać się jego pięknem i dostojeństwem. Uradowane więc chodziły po ścieżynkach leśnych i nozdrzami głośno wciągały jego zapach. Wsłuchiwały się w jego odgłosy. Wsłuchiwały się w świergotanie ptactwa leśnego i zabawiały się jednocześnie w zgadywanie: jaki to ptak. A spierały się przy tym co rusz. Ale na wesoło. Wyszło na jaw, że na temat leśnych ptaków obie niewiele wiedzą.
Zuza, co ty gadasz, to na pewno sikorka, a nie żadna tam pliszka. Albo nie, to może być strzyżyk… a może to pustułka?
A co ty za herezje opowiadasz? Pustułka… jeszcze czego. Pusto to ty masz w głowie. Jak to nie jest sikorka, to z pewnością musi to być dzierlatka…
Cha, cha, cha…! Dzierlatki to przecież my, zapomniałaś? Ojciec mój nas tak zawsze nazywa.
Ale to przede wszystkim nazwa ptaków, a twój tato zapożyczył sobie od nich nazwę. I nazywa nas ich imieniem dlatego, że my mamy tak jak i te ptaszki czuby na głowach, to znaczy my mamy końskie ogony, ale twój tato uważa, że my mamy czuby.
Ale z nas czubki! My nic nie wiemy… Ciii, słyszysz ten śpiew? To na pewno słowik. Jestem stuprocentowo pewna, bo tylko słowiki potrafią tak ślicznie śpiewać.
Aha, uważaj bo ci uwierzę. Ptasia znawczyni się znalazła. Nie zgrywaj się, że się znasz na ptakach lepiej niż ja. I nie popisuj się przede mną, bo mnie się wydaje, że my obie jesteśmy do kitu. Wymieniamy tylko znane nam nazwy ptaków… i tyle. I nawet nie wiemy, czy te ptaki, to są w ogóle leśne ptaki. Może to są całkiem inne ptaki…
No a jakie mogą być, jak nie leśne?
Czy ja wiem? Może… jakieś bagienne, albo wodne. A może górskie, albo na przykład miejskie, jak te nasze gołębie.
Miejskie to my jesteśmy.
Dobrze, że nie niebieskie… Cicho! Zamknij dziób dzierlatko miejska i nie zakłócaj tego wspaniałego śpiewu… Słyszysz? Ku-ku, ku-ku, ku-ku…! Kukułka, głowę dam!
Też mi tam… to żadna trudność zgadnąć. Kukułka sama to mówi, że jest kukułką, żeby jej nie pomylić na przykład… z puchaczem.
O rany! Puchacz to sowa i teraz jej na pewno nie usłyszysz, gdyż śpi. Bo to chyba pamiętasz z lekcji przyrody, że sowa jest ptakiem nocnym, co?
To niby wiem… Kurczę pieczone, ale z nas tłuki, ze wszystkich ptasich śpiewów nasze uszy poprawnie wyselekcjonowały tylko kukułczy śpiew. Dużo, nie?
Tak, przyznaję moja droga, nasza wiedza jest uboga. Skończmy pleść już dyrdymały, bo z nas pęka lasek cały. Cokolwiek byśmy na temat ptaków nie gadały, to to, i tak nie przyniesie nam żadnej chwały…
Wow, ale masz rymowaną rację!
I w ogóle i w szczególe mam rację. Nie ma wyjścia trzeba nam zaglądnąć do Internetu i zapoznać się z leśnymi ptaszętami i z ich kwileniem. Bo to wstyd i hańba, że jesteśmy takie ciemne jak tabaka w rogu.
Co racja, to racja przyznała Mira po chwili zadumy.
Mira musiała chwilę pomyśleć, bo przecież tak wspaniały i wzniosły zarazem temat ptaków, zszedł nagle za przyczyną Zuzy na śliski grunt komputera. Zuza była według Miry mniemania mistrzynią w bajtlowaniu. Dlatego nic dziwnego, że po głowie Miry w tempie iście komputerowym przeleciała niepokojąca bardzo myśl. Czy aby to nie był ze strony Zuzki jakiś sygnał, że zatęskniła już za tą złodziejską maszyną, kradnącą tyle drogocennego czasu. Ale gdy się głębiej zastanowiła, doszła do wniosku, że w dzisiejszych czasach tak całkiem bez komputera, to chyba się nie da już żyć. Że czasami ta maszyna to nawet się przydaje. Zwłaszcza dla poszerzenia horyzontów wiedzy i światopoglądu. Musiała więc przyznać przyjaciółce rację, że w tak konkretnym przypadku warto jest zaglądnąć w to okno na świat i na wiedzę. Ale co będzie, jak Zuzkę przy okazji poznawania ptasiego świata i ptasich treli, znów dopadnie nałóg cybernetyczny i z kretesem wsiąknie w komputer? Wtedy z pewnością nie da się od niego oderwać. I znów będzie ją zmuszała do tych przeklętych gier. Brrr… na tę myśl Mira dostała aż trzęsionki. „Trudno” pomyślała jeszcze. „A kto powiedział, że będę miała łatwe zadanie ze sprawą pod kryptonimem Zuza-komp? Ja się będę męczyła po to, by ona też się męczyła. Będziemy męczyły się więc razem i… aż do skutku. Kiedy komputer stanie się dla niej rzeczą tylko przydatną, ale nie zniewalającą”.
No pewnie, że racja prychnęła Zuza. Ale dlaczego przy przyznawaniu mi tej racji robisz taką przygłupawą minę?
Wiesz co, Zuzka?! Ja mam przygłupawą minę? Wcale nie. Dumam tylko nad tym, że fajnie by było naszą wychowawczynię namówić na klasową wycieczkę do lasu. Wiesz, bo myślę, że kiedy ona już nas przepyta i odpyta i zamknie wreszcie drugie półrocze ocenami, to chyba powinna się zgodzić wyruszyć z klasą na łono natury. W końcu coś nam się należy na koniec roku szkolnego za tę całoroczną harówę, co nie?... No i wiesz, my mądralińskie dzierlatki, wcześniej sobie ściągniemy z Internetu wszystkie ptaszki zamieszkujące nasze tereny i zapoznamy się z ich ćwierkoleniem. No i damy czadu swoim popisem przed klasą, aż im gały wylezą na wierzch z podziwu. Co, dobry pomysł, nie?
Pomysł jak pomysł, ale czy aż taki dobry? Latać po lesie z całą hałastrą klasową? Toż oni zakłócą wszystkie ptaszki.
Nie, to nasza już w tym będzie głowa, by przygotować grunt i zamknąć im w odpowiednim momencie jadaczki.
Dobra. Niech będzie. To poserfujemy sobie trochę po Internecie… No co się tak na mnie patrzysz z przerażeniem? Chyba o to ci chodziło, nie?
O to, o to… i tylko o to! Mira po krótkiej zadumie zapewniła przyjaciółkę i postanowiła nie martwić się na zapas.
W tym momencie Mirze musiało to wystarczyć, iż Zuza nic innego nie powiedziała, a tylko mówiła o serfowaniu po Internecie w celach naukowych. Mówiła, bo co myślała, to i tak Mira nie mogła wiedzieć. „Ale może nie będzie aż tak źle” pomyślała i uspokojona już podreptała za Zuzą po wąskiej ścieżynce leśnej.
Dziewczynkom tak bardzo podobało się w lesie, że nie bardzo chciało im się z lasu wychodzić. Ale z czasem poczuły silne ssanie w żołądku i usłyszały głośne burczenie w brzuchu. Nie zjadły przecież śniadania. A taka wędrówka po lesie szybko przypomina o czymś takim jak głód. Z głodu więc, postanowiły powoli wracać. Prowiant przecież został w plecakach, a plecaki leżały sobie spokojnie w bagażniku Polo.
Wychodziły już z lasu, kiedy Zuza, zwana czasami przez Mirę „Sokole Oko”, wypatrzyła na jego skraju kępki dorodnych czerwonych poziomek. Rzuciły się na nie jak wygłodniała sfora wilków i garściami zaczęły zbierać pierwsze tego roku poziomki.
Zuzka, ty to masz oko. Ja to bym przelazła po poziomkach i bym ich nie zauważyła…Widzisz, co to znaczy natura? Nie dość, że przyjemnie spędza się z nią czas, to jeszcze zgłodniałych nakarmi… Nie mogę tego pojąć, jak mogłyśmy do tej pory gnuśnieć tylko w czterech ścianach i żadnej z nas nawet na myśl nie przyszło, by wyjechać za miasto na tak cudowne i przyjazne łono natury.
To taka miejska choroba. Dopada większość mieszczuchów. A już na pewno większość naszych rówieśników. Nas też powiedziała Zuza z buzią pełną poziomek. No bo czy słyszałaś kiedyś, aby ktoś z naszej klasy opowiadał, że uwielbia wyjazdy za miasto i już nieraz biegał po lesie skoro świt? Nie… A widzisz?
Dobrze powiedziałaś. To jest choroba. Aż choroba i… tylko choroba… Aż choroba: bo człowiek, żyjąc w mieście w blokowiskach wśród betonu i smogu ulicznego, cierpi. Choć często nie zdaje sobie nawet z tego sprawy. I tylko choroba: bo z większości chorób można wyjść. Ważne by znaleźć odpowiednie lekarstwo i chcieć się z niej wyleczyć. No i przede wszystkim trzeba wierzyć, że lekarstwo pomoże pozbyć się choróbska. Bo tylko wiara czyni cuda. Bez wiary, to lepiej się nawet nie brać za leczenie, gdyż efektów się nie uświadczy. A w przypadku tej naszej miejskiej choroby, najlepszym lekarstwem jest częsty kontakt z naturą. A więc, jeśli natura ma być lekarstwem, to wiadomo, nie ma innego wyjścia, tylko trzeba ruszyć te swoje cztery litery i wybyć za miasto. Tak jak my to dzisiaj zrobiłyśmy… Kochana babcia Michalina, to dzięki niej dochodzimy do takich mądrych wniosków. Szkoda, że tak późno! Ale, że lepiej późno niż wcale, to cieszmy się iż udało nam się to jeszcze w porę zrozumieć. No i będziemy się teraz starały zmieniać nasze dotychczasowe życie… A więc jak, ptaszyno moja kochana, zgadzasz się ze mną?
Wow, ale mi wykład strzeliłaś! Zuza zachichotała komicznie i włożyła do buzi następną porcyjkę zerwanych poziomek. Jak ta pozamiejska natura będzie nas tak hojnie obdarzać, to czemu nie… Można by było się nawet zgodzić z tobą, mój ty ptasi móżdżku…
Ja ci zaraz dam ptasi…! zakwiliła pociesznie uszczęśliwiona Mira, gdyż wyczuła, że łono natury zaczyna się przyjaciółce coraz bardziej podobać. Ja tu wysilam swoje szare komórki, by ci temat mądrze wyłuskać, nieomalże naukowo, a ty mnie tak nisko cenisz?
Jak to nisko? Wysoko. Przecież ptaki wysoko latają.
Wysoko latają, ale móżdżki malutkie mają.
Ale ty to jesteś taki szczególny ptak. Jesteś niczym feniks. Symbol odradzającej się duszy i regeneracji ciała… i jeszcze tam czegoś, ale zapomniałam czego. Wyleciało mi z głowy co historyca na lekcji historii wkładała nam do naszych zakutych pał…
Zmartwychwstania i odmładzania się w oczyszczającym ogniu dodała zadowolona Mira.
No, no, no, popatrz tylko, jak ta natura działa na nas wzniośle.
Że od tej wzniosłości zaraz się aż w powietrze uniesiemy. Niczym dwie turkaweczki. Miejskie turkaweczki.
A z pustymi żołądkami to nam łatwo pójdzie zarechotała Zuza, rozchylając krzaczki poziomek w poszukiwaniu chociażby jeszcze jednej jedynej poziomeczki. I gdy już nie znalazła, dodała: A właśnie, jeśli mowa o pustych żołądkach, to muszę powiedzieć, że ta nasza natura połaskotała mi tylko ścianki żołądka tym swoim darem. Bo teraz to dopiero jestem głodna. Zarządzam więc powrót do cywilizacji. A konkretnie do bagażnika samochodu babci Michaliny...

cdn.


Link do powieści: "Szalone wakacje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach).