Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragment autobiografii Halintka-Mintka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragment autobiografii Halintka-Mintka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 lipca 2024

Niebanalne dzieciństwo (cz. 5)

Minął cały rok i już jestem uczennicą I klasy. Nie jestem pewna, czy mi się to podoba, wszak w domu było o wiele lepiej. Mogłam robić, co mi się podobało. A w szkole? A niech tam, próbuję się jakoś przyzwyczaić. Choć nasza pani, pani Simon, jest ostra jak brzytwa. Krzyczy nieraz na nas nie wiadomo za co. A i uderzyć jej się zdarza. Mnie na razie nie uderzyła. I całe jej szczęście! Bo nie jestem pewna, czy nie próbowałabym jej oddać. Nie znoszę krzyku i przemocy! Od razu bunt się we mnie rodzi. A gdzie wewnętrzny bunt, tam musi być też i zewnętrzna reakcja na otaczającą rzeczywistość. Na razie jednak udaje mi się mój bunt trzymać w ryzach.

Czas leci i mamy już zimę. Też fajnie. Zwłaszcza kiedy przychodzi miesiąc grudzień, czas prezentów. No i właśnie taki jeden, odgórny, dostaję w tej chwili. Ciekawe co też ten Dziad Mróz (rodem z Tatusia pracy) ma dla mnie w tej papierowej torebce?



Kurka wodna, chłopcy, nie popychajcie mnie tak, bo muszę dokładniej żurawia do torebki zapuścić! Co ten Dziad Mróz do mnie mówi? Aha, pyta, czy byłam grzeczna? Też mi pytanie! Ja zawsze jestem grzeczna… Na swój sposób.

A tak w ogóle, lepiej niech nie zadaje głupich pytań, bo sam się głupio zachowuje. A jeszcze głupiej wygląda. Bo w co też on się tego roku ubrał? Ukradł jakiemuś biskupowi odzienie, czy jaka choinka? Przecież w tym stroju w ogóle nie wygląda na Dziada Mroza. No może tylko te jego sztuczne włosy i broda z waty go trochę upodabniają do… jakiegoś dziada. Ale nic poza tym. Dobrze, że musi dużo dzieci obdarować tymi przydziałowymi prezentami, przez to też wcale mu na jego pytanie nie muszę odpowiadać. O, już o nim zapomniał, bo wręcza torebkę następnemu dziecku. Pewnie mu też to samo pytanie zada i wcale nie będzie oczekiwał odpowiedzi. Bo i po co? Wszak jego to i tak nie interesuje.

Minęło parę miesięcy i jest już wiosna. Kocham wiosnę. Wspaniały czas. Przyroda pięknie budzi się do życia. Wszędzie robi się zielono i coraz więcej kolorowych kwiatuszków wyłania się z ziemi. A pachną, że ho ho! Cudownie.

W ten też wiosenny czas znów mamy w rodzinie Pierwszą Komunię, tym razem moja o dwa lata starsza kuzynka Wiesia (Tatusia brata córka) przyjmie Bozię do serduszka. Tak mówi ksiądz... Czy jakoś tak.

Na przyjęciu komunijnym zebrała się niemalże cała rodzinka. No i oczywiście znów trzeba odbębnić nudną sesję zdjęciową. Nudna, bo już jestem duża i już wszystko wiem, jak się robi zdjęcia.

Jedna rzecz jest jednak dziwna, bo okazuje się, że to nie nasz miejski fotograf robi nam zdjęcia a tylko sam ksiądz wikary, a on ma jakąś taką dużą lampę błyskową. Mówi, że to flesz. Fajna nazwa. Podoba mi się. Podobnie jak magnezja. Chyba nazwę tak moje dzieci, kiedyś tam w przyszłości jak będę już dorosła. Syna Flesz, a córkę Magnezja. Ale cudownie będą się nazywać. Jak w mitologii… Dobrze już dobrze, pamiętam o palcach. Rozmarzyłam się milutko, a tu sprowadzają mnie już na ziemię.

Dla świętego spokoju schowam całą rękę za dłoń Tatusia… Hihihi, ale zrobiłam księdza-fotografa na szaro. Tylko jedną rękę schowałam, a drugą, wyprostowaną, z pięknie rozczapierzonymi palcami, położyłam sobie na Tatusia kolanie… No i wszystko gra.



O rany, znów trzeba siedzieć spokojnie. Kolejne zdjęcia przed nami. Już dobrze, tym razem schowam swoje szanowne paluszki u obu rąk. Chyba ksiądz-fotograf jednak przyuważył, że nie chce mi się go przy każdym pstrykaniu aparatem słuchać i teraz szczególnie do mnie z tymi palcami wyskoczył. Chyba aż głupią minę zrobiłam, bo mnie zaskoczył, że tylko na mnie zwraca uwagę… A Ulki na ten przykład nie widzi, choć ta ma fryzurę, jakby ją piorun strzelił. Kurka wodna! A tak w ogóle, to niech się lepiej skupi na Wiesi, wszak to ona dzisiaj jest tu najważniejsza, bo to jej komunia. Moja i Ulki będzie dopiero za dwa lata. Ciekawa jestem, czy ja wtedy też dostanę dużo prezentów. Bo Wiesia dostała.



Nasz ksiądz-fotograf też ma czasami nieskoordynowane ruchy. Albo ręce mu drżą po czymś… Bo ni stąd, ni zowąd, błysk, świst, i zrobił nam zdjęcie zupełnie jeszcze nieprzygotowanym. Najwyraźniej palec mu się omsknął i niechcący nacisnął na pstrykacza. No i masz! Wyszłam na tym zdjęciu, jakbym potwora ognistego ujrzała.

Nic dziwnego, bo też cały ten błysk jego flesza zobaczyłam odbity na szybie okiennej. Mała Ala też zdębiała ze strachu, bo nikt jej nie przygotował i nie powiedział, że to już. Jedynie Ulka, wpatrując się przez cały czas jak urzeczona w księdza-fotografa, czy robi zdjęcia, czy nie, wyszła tak, jak trzeba. Czyli ładnie.



Fajny nawet ten ksiądz, nie powiem. Umie rozmawiać z dziećmi. Ale najmilej rozmawia jednak z Wiesią. Wiesia to jego pupilka. Czemu? Nie wiem.

Podsłuchałam rozmowę dorosłych przy stole i dowiedziałam się, że ksiądz na wakacje zabiera Wiesię nawet gdzieś pod namiot.

Hmm... chybaby mi się to nie podobało. Z księdzem spać pod jednym namiotem?! Przecież to głupie... A może czegoś nie zrozumiałam?

cdn.


— 1 część: "Niebanalne narodziny i jeszcze bardziej niebanalne dzieciństwo"



— 4 część: "Niebanalne dzieciństwo (cz. 4)"


sobota, 6 lipca 2024

Niebanalne dzieciństwo (cz. 4)

Mam już sześć lat i do przeżycia nową dziwną sytuację. Otóż mamy w domu pierwszą komunistkę. A właściwie dwie. Bo i moja najstarsza siostrzyczka Lodzia i kuzynka Helcia razem przystąpiły do Pierwszej Komunii. Z tej też okazji u nas w domu niemożebny spęd rodzinny.




Nas samych, proszę bardzo, aż dziewięć dziewczątek. Właściwie to dziesięć, ale tej najmłodszej, czyli Czesi, nie ma na zdjęciu z nami, bo scykorała się przed tą iście piekielną sesją fotograficzną i uciekła. Nic dziwnego, wszystkie siedzimy z rozdziawionymi buziami.

Mnie to aż się buzia rozbolała od tego nieustannego rozdziawiania. A pupa z kretesem zdrętwiała, bo do tego wszystkiego każą jeszcze siedzieć. Jakbym mogła sobie postać, to może nie musiałabym tak szkaradnie buzi rozdziawiać. Na stojąco emocje szybciej się rozchodzą. A tak, siedzę, jak ta jełopa i aż jęzor wylazł mi z przejęcia. Sam. Ale że siedzę przy naszej klęczącej najstarszej kuzynki Stasi, którą to uwiecznianie nas na kliszy wręcz bawi, to trochę raźniej mi na duszy.

Wprawdzie już parę razy brałam udział w takiej piekielnej sesji, jednak za każdym razem, każda następna, jest dla mnie takim samym wielkim przeżyciem. Bo też widok, jaki mam przed oczyma, za każdym razem jest niesamowity.

Pan fotograf, zanim zrobi zdjęcie, wyczynia coś, coś odczynia, coś sypie, coś przesypuje, coś miesza, coś leje, coś przelewa, aż wreszcie, po takich dość długawych czarach-marach, zaczepia na długim sztylu od miotły wacik nasączony jakimś śmierdzącym świństwem. Mówi, że to jakaś magnezja, czy coś. Potem wręcza tatusiowi ten sztyl, a komuś innemu każe robić tę najważniejszą rzecz — na trzy. Tym razem kazał wujkowi Staszkowi. Wujek się śmieje, bo to dla niego nic a nic nie straszne, wszak walczył na wojnie wśród wybuchów i ognia.

O rety, emocje rosną… Aż mi oczęta wyszły z orbit. Ale nic, wlepiam te moje wybałuszone oczka w wujka jeszcze bardziej. Wujek bierze do ręki jakąś śmiesznie długą zapałkę i zapala ją, pocierając nią o coś takiego szorstkiego. O mamuńciu kochana, teraz będzie się działo! Pan fotograf woła: raz, dwa, trzy! Wujek przykłada palącą się zapałkę do wacika… i nagle, świst, błysk! Aż mi w oczach pociemniało…

No i po zdjęciu! Tylko dym i smród pozostał. Pan fotograf woła ucieszony, że bać się tego dymu i zapachu nie należy, bo tak działa flesz w postaci magnezji, i basta! Coś takiego, przecież ja się wcale a wcale nie boję. Nie rozumiem tylko, czemu mi się kolana pod stolikiem tak telepią?



To moje ulubione zdjęcie… Tak „trzeci dziurawiec” uczy się opanować jeszcze jeden żywioł w swoim życiu. Wodę. Zaczęłam wcześnie, jak na owe czasy, wszak mam dopiero sześć lat. A ten nasz basen zniszczony całkowicie przez zawieruchę wojenną, dopiero co oddali do użytku. Po gruntownym remoncie. Każdą więc ciepłą niedzielę z całą rodzinką spędzamy na basenie. Uwielbiam to, bo kocham wodę i w niej chlapanie. To nic, że pełno tu ludzi. Mnie to nie przeszkadza. A niech ludziska też mają przyjemność… i niech widzą, jaka ja odważna (zwłaszcza jak Mamusia jest przy mnie, ale o tym sza!).



No dobrze, spuszczam już powietrze z mojej dumy... Ale niech mi nikt nie mówi, że ze mnie mięczak. Bo rakiem jestem. I to od urodzenia. Siostra Lodzia też jest rakiem, ale to ja, pierwsza z siostrzyczek, najszybciej nauczyłam się wchodzić do głębokiej wody. No! Uparta to ja jestem od zawsze i ani krzty swoim słabościom nie popuszczam Morduję się czasem okrutnie, by nie być mięczakiem, choć to też miłe stworzonko. Ale przecież nijak do mnie nie pasuje. Bom ja rak, więc uważać, jak uszczypnę, będzie znak! No! Niech mnie nikt nigdy nawet nie próbuje mięczakiem nazwać.

cdn.

— 1 część: "Niebanalne narodziny i jeszcze bardziej niebanalne dzieciństwo"




czwartek, 16 maja 2024

Niebanalne dzieciństwo (cz. 3)

Mam już aż pięć latek i w kaszę nadmuchać sobie nie daję... Oj nie! Widać to po moim spojrzeniu… A co? Niech se nie myślą. Ja im dam: „trzeciego dziurawca”! No ale nic. Siedzę grzecznie na kolanach Mamusi i zaglądam za tym ptaszkiem, co tym razem już na pewno ma wyskoczyć z obiektywu aparatu fotograficznego wujka Staszka... Też mi, żadnego ptaszka nie widać! Wujek tak samo robi nas w balona.



Ha, zaraz sobie sama ptaszka znajdę! Gdzie? Ano na drzewie. Po zrobieniu zdjęcia chwilę musimy jeszcze postać przy Mamusi, bo Mamusia robi paternoster mojej średniej siostrzyczce Tereni, że się znów umorusała jak nieboskie stworzenie. A ja z najstarszą siostrzyczką Lodzią tego paternostra też musimy wysłuchać. Profilaktycznie. Tak na wszelki wypadek, gdyby się i nam umorusać zachciało.

A dzisiaj niedziela, nie przystoi być brudnym. Ja przecież o tym wiem i brudna nie jestem. Bo też nie znoszę być brudna. Nigdy. Nawet w poniedziałek. I mamusia też o tym wie, bo zawsze się dziwi, że ja po drzewach, po dachach się ciągle wspinam, a umorusana wcale nie jestem. No, może czasami tylko porwana, kiedy zdarzy mi się zawisnąć na jakiejś głupiej gałęzi albo gdzieś na gwoździu. Jednak brudna albo umorusana, jak woli mamusia, co to, to nie!

Ale cóż, stoimy grzecznie i słuchamy, co rodzicielka ma do powiedzenia, choć wiem, że to i tak nic nie pomoże. No bo jak ma pomóc, skoro Tereni brud się szczególnie ima? Mało tego, ona z brudem najwyraźniej żyje w całkowitej symbiozie. Po prostu lubi być brudna i nie ma na to rady... Ale stoimy i słuchamy. A gdy mamusia skończy, pierwsze drzewo moje.

Muszę jednak przyznać, że trochę rozumiem Mamusię, że tak nas pilnuje, żebyśmy wyglądały schludnie, bo też wszystkie ubranka sama nam szyje. Od bielizny i piżamek, po sukieneczki, spódniczki, bluzeczki i płaszczyki.

Taka zdolna jest ta nasza Mamusia. Specjalnie zrobiła nawet Kurs Kroju i Szycia, żeby wszystko, co nam szyje wyglądało profesjonalnie i pięknie. Sobie też różne ubrania szyje, zwłaszcza sukienki. Tatusiowi nieco mniej, bo jak ze śmiechem mówi, na kursie szycia męskich ubrań nie uczono.


Kurs Kroju i Szycia — 1956 rok. Mamusia stoi jako trzecia po lewej stronie.

To jednak nieprawda, bo i Tatusiowi coś tam ciągle szyje. Nawet koszule. Sama widziałam. Mamusia zawsze mówi, że w sklepach niczego dobrego do ubrania nie można kupić, sama więc musi nas obszywać. Tak że stojąca w kuchni ogromna poniemiecka maszyna do szycia często turkocze. A Mamusia potrafi z różnistych materiałów stworzyć coś oryginalnego, niepowtarzalnego. Nikt takich ubrań nie ma.

O, chociażby ta suknia, którą sobie z japońskiego jedwabiu uszyła specjalnie na zabawę karnawałową. Czyż nie jest piękna?! Piękna i bardzo przyjemna w dotyku. Wiem, bo nieraz się w nią ubierałam, kiedy Mamusi nie było w domu.



Wspaniale się też prezentuje nasza rodzinka na tym profesjonalnym zdjęciu. Wszystko, w co jesteśmy ubrani, Mamusia sama uszyła i wyhaftowała. Tatusia marynarkę też uszyła, tyle że mu na niej niczego nie wyhaftowała. Nie wiem dlaczego.



Przed zakludzeniem nas do fotografa siostrzyczka Terenia znów się zdążyła zdrowo wybrudzić, widać to po jej rajtuzkach, które wcześniej były nieskazitelnie białe. I chociaż znów dostała burę od Mamusi, to jednak ustawianie do zdjęcia odbyło się bez większych zgrzytów. A to dlatego, iż nasz znajomy fotograf obiecał zdjęcie wyretuszować i ten brud z jej rajtuz choć trochę usunąć. Moich posiniaczonych zaś kolan retuszować nie musiał, bo zakryłam je, mocno obciągając sukieneczkę.

Obietnica pana fotografa spowodowała, że od razu spokojniej się zrobiło wśród nas. Jednak mnie dalej coś wkurzało… Nie, nie mogę narzekać, na kolanach Mamusi było całkiem wygodnie. Tylko po kiego licha pan fotograf kazał nam palce u rąk schować? Dobrze, że jeszcze i nóg nie kazał schować, by z lenistwa uniknąć retuszowania brudnych rajtuz Tereni. A to by była wtedy niepowetowana szkoda, wszak nóżki mamy bardzo ładne i zgrabne. Szkoda by było ich nie sfotografować.

Och, biedny Tatuś! Ma się z tymi dziurawcami. Jakoś nagle i Tatusia szkoda mi się zrobiło. Czemu? Nie wiem. Co jest, że tak szybko zmieniają mi się myśli, a jeszcze szybciej odczucia? Mętlik w głowie? Niespokojna dusza? A może chora jestem?... Eee tam, chora! Wcale się choro nie czuję. Mamusia zawsze mówi, że jestem najzdrowsza ze wszystkich.

Coś w tym jest. Bo pamiętam, że jak moje siostrzyczki były chore na różyczkę i leżały cierpiące w łóżkach, Mamusia profilaktycznie i mnie kazała w łóżku leżeć. Chociaż ja wcale się od nich nie zaraziłam. Całkiem zdrowo się czułam. I pewnie trochę im obolałym przeszkadzałam. Chyba tak musiało być, bo mnie w końcu wyrzuciły z pokoju, meldując Mamusi, że za bardzo szaleję... Szaleję? Ja? No coś takiego! Ja wcale nie szalałam, ja się tylko bawiłam.

No ale i dobrze, że mnie wyrzuciły, bo za mocno wyproszoną zgodą Mamusi mogłam wreszcie pójść do ogrodu i po swojemu spokojnie bawić się dalej. Spokojnie, bo nikt mi nad uszami tam nie brzęczał. Oprócz pszczółek oczywiście. A pszczółki to ja kocham, bo bardzo mi smakuje ich miodek.

cdn.

— 1 część: "Niebanalne narodziny i jeszcze bardziej niebanalne dzieciństwo"



sobota, 20 kwietnia 2024

Niebanalne dzieciństwo (cz. 2)

Nie poddaję się i rosnę dalej. Mam już 4 latka i żadnego warkocza jak moje siostry. Sama już nie wiem dlaczego? Czy przez to, że mamusia nie miała już siły trzecią córeczkę tak mozolnie czesać, czy przez to, że sama nie chciałam długich włosów?

Całkiem możliwe, że to drugie, wszak długie włosy przeszkadzałyby mi w łażeniu po drzewach w ogrodzie i po dachach na podwórku. Nawet kokarda na czubku mojej głowy nieraz mnie denerwowała, bo też nieraz zdarzyło mi się na niej zawisnąć na gałęzi… A to bolało.

No ale do robionych nam czasem rodzinnych zdjęć umiem pozować spokojnie, bo Mamusia zawsze prosi i mówi, że to na pamiątkę są one potrzebne. Że jak będę już duża i będę miała swoje dzieci, to będę mogła im pokazać, jak ja sama wyglądałam, kiedy byłam malutka.

Stoję więc grzecznie i patrzę moim dzieciom prosto w oczy. Niech zobaczą, że ładna ze mnie mama w dzieciństwie była. Nie rozumiem tylko, dlaczego moje siostrzyczki nie patrzą na swoje dzieci... Czyżby nie chciały ich mieć jak będą duże?

No dobra, przyznam szczerze, że mnie też nie całkiem wychodziło z tym patrzeniem na moje dzieci, bo bardziej mnie interesował buchający ogień na kiju od miotły, który Tatuś sam zapalał... Że się nie bał?! Dziwne! Może czuł, że to taki jego obowiązek wobec jego dziurawców (jak nas czasem nazywał), bo Pan fotograf mówił, że dzięki temu błyskowi ognia lepsze zdjęcia mu wyjdą, a Tatuś na pewno chce, żebyśmy ładnie na nich wyglądały.




Do drugiego zdjęcia Mamusia nas znów ustawiła i prosiła, żebyśmy się nie ruszały. Nie rozumiem tylko, dlaczego kazała mi stać, w końcu to ja jestem najmłodsza i to ja powinnam siedzieć. Czy coś ze mną nie tak? No chyba tylko to, jak Mamusia nieraz mówi, że ja nigdy nie usiedzę, bo mam pieprz w pupie. Hmmm... może to i prawda. Tak czy siak i jak już go mam, to sama go sobie tam nie wsadziłam. Chyba mnie Mamusia już taką popieprzoną urodziła.

Ale to prawda, nie lubię siedzieć. Zawsze sterczę jak… jak jakowyś wyrzut sumienia co najmniej. Tak nieraz Tatuś mówi.

Eee tam, nie wiem, co to jest wyrzut sumienia, ale z wyrzutem, czy bez jednak wolę sobie posterczeć. A nuż będę bardziej zauważalna?

Do drugiego zdjęcia zebrałam się w sobie i patrzę już prosto w obiektyw aparatu fotograficznego pana fotografa, bo on powiedział, że zaraz jakiś ptaszek z niego wyskoczy. 



No i wkurzył mnie strasznie, bo nie wyskoczył! Na kolejne zdjęcia nie dałam się już namówić, bo nie znoszę, jak mnie ktoś okłamuje. Przecież już umiem dobrze patrzeć i tak samo czuć. Pan Tabisz, nasz sąsiad, ciągle powtarza, że Halintek-Mintek, czyli ja, to bardzo mądre dziecko. A on jest już stary i chyba wie, co mówi... No!

Nie mogłam się więc nie wkurzyć na pana fotografa za to jego oszukaństwo. Fuknęłam "coś" pod nosem (ale nie powiem co), odwróciłam się na pięcie i poszłam do ogrodu się bawić — z mocnym postanowieniem, że jak znów przyjdzie do naszego domu robić nam zdjęcia, to się przed nim schowam.

cdn.


— 1 część: "Niebanalne narodziny i jeszcze bardziej niebanalne dzieciństwo"


niedziela, 28 stycznia 2024

Niebanalne narodziny i jeszcze bardziej niebanalne dzieciństwo




No proszę, jakie ładne zdjęcie. A mnie na nim nie ma. Chyba rzeczywiście rodzice nie za bardzo byli uradowani moim przyjściem na świat, skoro mnie do rodzinnego zdjęcia nie wzięli.

Kiedy po latach pytałam mamusię, dlaczego mnie razem ze sobą nie uwiecznili, mamusia odpowiadała, że już nie pamięta… I tyle! Och, ja nieszczęsna!… A może ja dopiero rosłam w maminym brzuszku, a mamusi po prostu wyleciało to z głowy? Kto wie...

Po kolejnych latach metodą dedukcji doszłam do wniosku, że faktycznie tak musiało być. Bo skoro moja najstarsza siostrzyczka jest cztery lata starsza ode mnie, a średnia o trzynaście miesięcy, to sądząc po jej bobasowym wyglądzie, ja musiałam wtedy dopiero nabierać ciałka u mamusi pod sercem... O, i ta myśl mnie uspokoiła.

Bo to by oznaczało, że zdjęcie to zostało zrobione wczesną wiosną w 1951 roku. Siłą rzeczy więc mnie na nim nie może być widać. Ale zapewne już jestem i kręcąc się w ciasnocie maminego brzuszka, rosnę na przekór wszystkim i wszystkiemu.

Dlaczego na przekór? Ano dlatego, że chyba nikomu wielkiej radości nie sprawiało to moje „pchanie się” na świat. To były ciężkie czasy, dopiero pięć lat po wojnie, moje obydwie siostrzyczki jeszcze malutkie... A tu już trzecie dziecko? Czy można się było cieszyć? Mnie to jednak chyba niewiele obchodziło i wyrzutów sumienia nie miałam, bo trzymałam się mocno... i rosłam.

Bo jakżeby inaczej? Nie prosiłam się na ten dziwny świat, to jakoś tak samo wyszło. Jednak na wszelki wypadek poprzez pępowinę chłonęłam jak najwięcej testosteronu, ponieważ podsłuchałam, że rodzice mocno liczą na syneczka.

No i? Hurra! Jestem! 1 lipca 1951 roku wrzaskiem wniebogłosy oznajmiłam światu swoje na nim zameldowanie. Niestety, jako trzeci dziurawiec (jak mawiał tatuś), a nie jako wyczekiwany chłopczyk... Hmmm? No ale jestem, i już! Ku chwale swojej i swojej rodzinki. Takie podjęłam postanowienie jeszcze w maminym brzuszku… i trzymam się go do dziś.



Zdjęcie niezbyt wyraźne, ale dla mnie ma wielką wartość. A tak swoją drogą, to musiało mi być gorąco w tym pierzastym beciku. Przecież to lato. Ale w proteście pewnie nie wrzeszczałam. Mamusia zawsze mówiła, że byłam spokojnym niemowlakiem.... Hmm! Pewnie dlatego, że od narodzin miałam zakodowane, że lepiej mamusię nie denerwować swoją nieoczekiwaną osóbką, bo a nuż zechce się mnie pozbyć… Albo co?

Podskórnie czułam jednak, że muszę jakoś odkupić swoje dziewczęce wtargnięcie na świat i zasłużyć sobie na dobre imię, ale takie w ogólności, bo imię do nazwiska, to od razu dostałam, a właściwie samo się do mnie przykleiło. Automatycznie. Bo też rodzice, jako że czekali na chłopczyka, mieli przygotowane tylko męskie imię. Niewiele się więc zastanawiając, zapisali mnie w USC z takim imieniem, jakie akurat stało w kalendarzu 1 lipca.

Z tego też powodu w późniejszych latach w dniu swoich urodzin byłam na rodziców wkurzona, że moje siostrzyczki obchodzą swoje święta dwa razy w roku, a ja tylko raz. Przecież to takie niesprawiedliwe! No niech mi kto powie, że tak nie jest?! To!... to!, to się z nim nie zgodzę.

No dobrze, ale już jestem i rosnę nad wyraz zdrowo. Czas leci szybko i już jest wiosna. Piękna pora. Wszystko budzi się do życia i kwitnie. To ja też. Mam już dziesięć miesięcy i potrafię już nawet sama stawać na nóżki. Robię to często, bo wszystko dookoła mnie bardzo interesuje. Chyba fajny jest ten świat! A pewnie, że tak! Coraz bardziej się cieszę, że już na nim jestem.

To nic, że czasami słyszę te niezbyt miłe słowa: „trzeci dziurawiec”, ważniejsze jest to, że na mnie nie krzyczą. Spać dają. Jeść dają. Zwłaszcza to mleczko z cycuszek mamusi mi bardzo smakuje. A i rosnę po nim jak na drożdżach.



Lubię też na dwór być zabierana. Wszystko mnie ciekawi. Rozglądam się zawsze dookoła, aż mnie nieraz szyjka boli od tego kręcenia główką. Na zdjęciu widać, że jesteśmy akurat na spacerku. Ja, wiadomo, na mamusi rękach, a moja o rok starsza siostrzyczka na rękach tatusia. Najstarszej siostrzyczki nie ma. Nie wiem, gdzie ją wcięło. Jest też z nami mamusi koleżanka z harcerstwa, pani Grekowa ze swoim syneczkiem a moim o miesiąc starszym kolegą.

Lata pędzą jak szalone i nie sposób je zatrzymać. Mam już trzy latka i bardzo lubię bawić się w ogrodzie. Kwiatki sięgają mi do kolan. Uwielbiam je zrywać i przystrajać nimi moją lalę.



Wszystkie trzy dziewczynki albo jak kto woli dziurawce, miałyśmy naprawdę radosne dzieciństwo. Rosłyśmy zdrowo i zawsze pięknie byłyśmy wystrojone przez mamusię. Wszystkie nasze ubranka mamusia szyła zawsze sama. Ba, nawet dla siebie i tatusia. Pamiętam, że maszyna do szycia często wieczorami turkotała. Miała kogo obszywać. Po wojnie trudno było cokolwiek kupić, a co dopiero ładne ubranka.



Czasami, kiedy mamusia była zajęta, opiekowała się nami ciocia Róża, tatusia kuzynka. Bardzo ją lubiłam. W niej też duża dawka testosteronu buzowała. I nigdy, co było dla mnie bardzo ważne, nie wypominała mi mojego dokazywania.



Powoli już chyba wszyscy zapominali, żem trzecim dziurawcem. Zresztą, ja też im w tym zapominaniu intensywnie i efektywnie pomagałam. Nie na darmo w mamusinym brzuszku z całych sił chłonęłam testosteron. Z roku na rok coraz bardziej stawałam się chłopczycą. Czasami tak dawałam rodzicom psoceniem popalić, że wystarczyłam im za dwóch synów... Tak zgodnie mówili.

W końcu wszyscy zaczęli wołać na mnie Mintek. To tatuś mi takie imię wymyślił. Zapewne nie bez kozery. A dlaczego takie akurat? To proste. Bo takie mu wyszło po zamianie mojego imienia na formę męską, czyli Halintek-Mintek. Bardzo byłam dumna z tego imienia... Też nie bez kozery.

cdn.