piątek, 3 kwietnia 2020

Przywitanie wiosny. Wspomnienia z czasów PRL

Wiosna to najpiękniejsza pora roku. Przyroda budzi się do życia. Człowiek niejako też. Po ostrej, doskwierającej zimie. Wiosna niesie ze sobą wiele nadziei. Poprawia nastrój, regeneruje siły witalne, a co za tym idzie, przywraca chęć do życia. Powoduje, że człowiek rozkwita razem z nią.
Ile to w dniu jej przyjścia Marzann płynie Wisłą i Odrą do Morza Bałtyckiego. Ile to radości, śmiechów, chichów jest wokoło. Po parkach, po lasach. Zwłaszcza nad rzekami. Przecież młodzież szkolna ciału pedagogicznemu robi w tym dniu — a kuku! i wybywa na wagary już od samego rana. A co! Pierwszy dzień wiosny jest tylko raz w roku, a jakże jest ważny, jakże radosny. Trzeba go więc wykorzystać ile się tylko da, i jak się da. A inaczej, jak wagarując — się nie da. Nie na darmo dzień ten zwie się także Dniem Wagarowicza.
Pamiętam doskonale, jak w latach szkolnych sama ochoczo brałam udział w takich paradnych wagarach na cześć przywitania wiosny. Całą klasą, rok w rok, wybywaliśmy nad Odrę celem tradycyjnego zatopienia zimowej panny Marzanny. A potem, po spełnieniu tradycji, konkretny luz-blues wagarowy trwał aż do wieczora. Zawsze było wesoło i radośnie... Oj, tak!
Oto dwa zdjęcia z jednych takich wagarów. Działo się to w klasie przedmaturalnej. Jakością wprawdzie nie grzeszą, ale i mój aparat fotograficzny Фied-2, też już był niczego sobie sfatygowany. Wspomnienia jednak przywołują.


Z częścią klasowych koleżanek i jednym rodzynkiem z Technikum Mechanicznego (skubaniec podprowadził mi moją czerwoną czapkę leninówkę) wybraliśmy się nad Odrą. Za naszymi plecami widać rzekę. To w tym miejscu zimową pannę z impetem wywaliliśmy do rzeki... Hi, hi! ale frunęła, aż nieboraczce spódnica furkotała w powietrzu. W końcu lotem pikującym pacnęła w wodę... i rozchełstana, wraz z nurtem rzeki rozpoczęła swą wodną podróż do Bałtyku.
A my w te pędy na wiszące nad rzeką drzewo. Wyleźliśmy wysoko, aby lepiej widzieć, i dłużej, jak w meandrach rzeki ten symbol odchodzącej zimy w babskim odzieniu oddala się, płynąc ku morzu. Szaleństwom nie było końca... Wiosna została przywitana. I to jak! Z rozmachem. Głośno i radośnie.



Bezdomny to ma klawe życie


Jaka to frajda tak sobie codziennie spać gdzie indziej i budzić się wraz z Matką Naturą. A w ciągu dnia?... Niech żyje wolność, wolność i swoboda...





czwartek, 2 kwietnia 2020

Chamstwo jest ponadnarodowe

Naszła mnie dziś ochota na chałkę. Postanowiłam więc udać się do cukierni. A że jedna z wielu cukierni w moim mieście mieści się tylko dwie ulice dalej od mojego domu, poszłam piechotą. Nie ruszałam auta. Bo i po co. Stoi pod domem przykryte, to niech sobie stoi. Rano, kiedy wróciłam z wędrówki po lesie, przykryłam go pokrowcem, gdyż zapowiadali nowe opady śniegu. Jutro będę miała mniej roboty z jego odśnieżaniem, a zwłaszcza z odmrażaniem szyb. Nie cierpię drapać zamarzniętych szyb. To drapanie to jedyny powód, że czasami wkurzam się na zimę. No to żeby się jak najrzadziej wkurzać, zapobiegliwie staram się przynajmniej szyby przykrywać.
Kiedy już z zakupioną chałką wracałam do domu, podgryzając ją po drodze co rusz (pachniała tak bardzo, że nie sposób było oprzeć się pokusie), zobaczyłam na ulicy mężczyznę i kobietę, którzy rozprawiając o czymś, zawzięcie gestykulują. Podchodząc bliżej, usłyszałam, że się kłócą. Mało tego, zrozumiałam, że choć kłócą się po niemiecku, to jednak nie są to Niemcy. No, przynajmniej nie tak do końca. Zawsze poznaję po akcencie z jakiego kraju pochodzą ludzie. Tym razem też poznałam. Bezbłędnie. Mężczyzna wykrzykiwał coś tam z polskim akcentem, a kobieta z rosyjskim. Z tym, że mężczyzna najwyraźniej był tym atakującym i nie przebierał w słowach… W chamskich słowach. Kiedy byłam już przy nich blisko, nie wytrzymałam i odezwałam się do tego mężczyzny (oczywiście po polsku):
A cóż to pan tak wykrzykuje, przecież kobietę ma pan przed sobą?!
Przecież to Ruska! — huknął w odpowiedzi mężczyzna.
O masz! To znaczy co, że Rosjanka, to nie kobieta? To nie człowiek? — odrzekłam, rozdziawiając buzię ze zdziwienia.
Mężczyznę na małą chwilkę zatkało, ale wnet odzyskał rezon i zaczął do mnie wykrzykiwać, tłumacząc, co też za winę popełniła owa kobieta. Parę razy musiałam faceta upominać, żeby do mnie nie podnosił głosu, bo raz, że głucha nie jestem, a drugi raz, że to wstyd w taki sposób zwracać na siebie uwagę. Nie na wiele się zdało to moje upominanie, bo facet tak bardzo był zacietrzewiony, że już pewnie inaczej nie mógł. No i co się okazało? Otóż okazało się, że kobieta ta zaparkowała sobie auto pod ich wspólnym domem, na miejscu, gdzie on wcześniej odgarnął śnieg, by postawić tam swoje auto. Potem jeszcze gdzieś pojechał i kiedy wrócił, na miejscu tym stało już auto tej kobiety. No i z tego właśnie powodu, wzięli się za czuby. Głośno i po chamsku.

Faktycznie, muszę przyznać, że w czasie zimy jest problem z zaparkowaniem aut na ulicach naszego miasta. To stare miasto i mieści się w kotlinie, uliczki są wąskie, zwłaszcza te, które pną się ku górze. Kiedy więc w innych porach roku problemu z parkowaniem nie ma żadnego, gdyż miejsca do tego celu przeznaczone są oznakowane wzdłuż ulic, z obydwu ich stron, to w zimie, gdy dużo śniegu napada, problem ten się pojawia. Odśnieżające ulice pługi nie mają już gdzie śniegu zepchnąć, to spychają go na jedną stronę ulicy, tym samym, blokując tam możliwość parkowania. Wszystkie auta muszą się wtedy pomieścić z jednej tylko strony ulicy. A że tutaj niemalże każda rodzina ma auto, a niekiedy nawet po kilka, to z zaparkowaniem aut czasami jest nie lada kłopot. Niektórzy, co mnie bardzo śmieszy, odśnieżą sobie kawałek ulicy i w tym miejscu, w kupkę śniegu, wbijają szyld o treści: „Ich habe für mich gebannt” (tłum. „Odśnieżyłem dla siebie”) i pod tą treścią wypisują numer rejestracyjny swojego auta. O właśnie tak to wygląda.


Śnieg się pomału topi i już go niewiele zalega na ulicach, ale szyld nadal tkwi. Co za ludzie?! No tak, zapowiadali nowe opady śniegu. Okazuje się, że takie oto szyldziki to pestka, bo w Polsce bywają jeszcze lepsze. Ależ się uśmiałam, czytając dzisiaj tut. polską gazetę "Samo życie", kiedy przeczytałam, że w Opolu na parkingu jednego z osiedli ktoś ustawił szyld następującej treści: — "Usuwałem śnieg łopatą przez dwie godziny. Wara mi stąd, bo dam w ryj!". No czyż nie wspaniały szyld? Wprost rozbrajający!... Samo życie!

Śmieszy mnie to bardzo, bo raz, że jest to bezprawne, a drugi raz… bezczelne. No bo jak to tak? Ulica jest dla wszystkich, a takie zajęcie sobie jej kawałka jest casłkowicie bezprawne. W ten sposób można postępować tylko wtedy, kiedy miejsce do parkowania jest opłacone, i to specjalnie wyodrębnione, nie na ulicy. No ale widać, że ludzie, jak to ludzie, chwytają się różnych sposobów, byleby sobie ulżyć, nie bacząc na to, że nie jest to w porządku wobec innych, a nawet, że nie jest to zgodne z przepisami.
Mnie też się nieraz tak zdarza, że odśnieżę sobie spory kawał pod moje auto, a kiedy gdzieś pojadę, to po powrocie miejsce to jest już zajęte. Pewnie, że zła jestem wtedy, ale nic poza tym. Łapię się po prostu za łopatę i odśnieżam sobie inne miejsce. A przy tak wysiłkowej pracy — złość szybko mija.

W końcu miałam już dość wrzasku tych dwojga zacietrzewionych sąsiadów, bo kiedy na początku owa kobieta niewiele przy mnie pyskowała, tylko przysłuchiwała się o czym mowa po polsku, to po chwili zaczęła, i to coraz bardziej. Mimo iż stawałam przecież w jej obronie, jako kobiety. Zorientowałam się, że nic tu po mnie, że moje argumenty (w obu językach) do żadnego z nich nie docierają. Odeszłam więc od nich i spokojnym krokiem poszłam dalej w górę ulicy. Po chwili usłyszałam za plecami głośne słowa tej kobiety:
Wot Polaki, pany wielikoje… swołocz proklata!
No nie, na moment mnie przymurowało, ale w końcu, nie odwracając się, buchnęłam śmiechem i pomaszerowałam dalej, w kierunku swojego domu, w kierunku swojej oazy spokoju… wolnej od wszelakiego chamstwa.
Na wspomnienie słów tej kobiety parę razy jeszcze i w domu śmiechem buchałam… Śmiech to najlepsze antidotum na chamstwo. Na głupotę również.

W drodze do domu uwieczniłam widok mojej ulicy. Kłócących się Niemców — różnego pochodzenia — wywaliłam z kadru. A co będę chamstwo uwieczniać.


Wśród nas wiele jest takich ludzi, którzy byli chamami, są chamami, i choć swoim chamstwem największą krzywdę robią właśnie sobie, swojemu zdrowiu, chamami pozostaną. Taka ich natura. Chamstwo mają w genach. Tacy się urodzili. Tacy byli ich rodzice... Takich nikt nie lubi. Takich najlepiej omijać szerokim łukiem.

Cham chamem
pozostanie

Na chamów nie ma rady...
Czy to prostacy, czy wykształceni
w jednym stoją szeregu —
kultury pozbawieni.

Cham chamem pozostanie...
Chamstwo wyniósł z domu.
Choć dumny z tego nie jest,
nie przyzna się nikomu.

I dalej jadem pluje
na lewo i prawo,
myśląc, obrzydliwiec,
że to demokracji prawo.




Wybryki Matki Natury


Wybryki Matki Natury potrafią bawić… Dopóty, dopóki na człowieku i przeciw człowiekowi ich nie wyczynia.




środa, 1 kwietnia 2020

Prima aprilis zrobiłam sobie sama

Wybrałam się dzisiaj na dłuższą wędrówkę po lesie. Miałam parę spraw do przemyślenia. A takie właśnie wędrowanie na łonie natury w ciszy i spokoju na przemyśliwania moje najlepiej działa. Zawsze tak robię.

Wychodząc z domu, wymyśliłam, że tym razem pojadę do innego lasu. Las, w którym biegam, zbyt dobrze znam, a skoro mam wędrować, to najlepiej w nieznane. Zależało mi też na tym, aby iść o wiele dłużej. Iść, i iść... i myśleć. Na wędrówkę przeznaczyłam sobie ca. cztery godziny.

Przed godziną dziewiątą wyjechałam autem z miasta i udałam się w stronę południowej części naszej kotliny. Przyznam, że rzadko tam bywam i nie bardzo znam te okolice. Ale jadąc autem szosą, widać już z daleka, że lasy są tam piękne i bardzo gęste. Na wędrówkę w nieznane w sam raz. Zajechałam na pierwszy lepszy parking, zaparkowałam auto, i zadowolona, pomaszerowałam w las.

Och, jakże wspaniale mi się wędrowało. Wszystkie sprawy do przemyślenia przemyślałam i w głowie sobie poukładałam. Ba, nawet wiele nowych tematów przyszło mi na myśl. Wszystkie je skrupulatnie zanotowałam w kajeciku. Po drodze czasami zaglądałam, gdzie jestem, cobym nie zabłądziła, ale że widziałam swoje ślady na śniegu, którego na dróżkach leśnych było jeszcze sporo, byłam pewna, że do auta wrócę bez problemu.

Niestety, okazało się, że kiedy postanowiłam już zawrócić, po śniegu nie było śladu. Przez cały czas mojej wędrówki słońce mocno operowało i najnormalniej w świecie śnieg się stopił, razem z moimi śladami. Co się naszukałam drogi wyjścia z lasu, to moje. Ponad godzinę szukałam. Miałam już dość tej wędrówki. Chciałam do domu. A las wydawał mi się coraz bardziej nie do przebycia. Nie spotkałam też ani jednej żywej duszy. Nie miałam więc kogo o drogę spytać.

Zaczynałam się już na siebie mocno wkurzać, że taka ze mnie melepeta topograficzna. Komórkę, i owszem, miałam ze sobą, ale przecież nie mogłam policji wzywać, żeby mnie GPS-em namierzyła i z lasu wyprowadziła. To dopiero byłby obciach! Do dzieci też nie chciałam dzwonić. Raz, że pracują o tej porze, drugi raz, że nie wiedziałam, co niby miałabym im powiedzieć. Że co, że mają mnie szukać? Gdzie? Skoro ja sama najmniejszego pojęcia nie miałam, gdzie jestem. Zresztą, poddać się? O nie! To nie leży w mojej naturze. Co to, to nie! Nigdy i nigdzie. Uparta jestem jak łosioł. Wiedziałam, że sama muszę sobie poradzić, by wyleźć z tej matni, w którą na własne życzenie, i też sama, się wpakowałam.

Postanowiłam w końcu iść na przełaj przez las, z nadzieją, że zejdę do jakiejś wsi. Schodziłam cały czas w dół. Bo to przecież kotlina. Momentami zjeżdżałam, nawet kiedy w poślizg wpadłam na wilgotnej ściółce. Biodra mnie już bolały od tego wyhamowywania szybkości, a i trochę pupsko, bo raz nawet i tą częścią ciała hamowałam, kiedy upadłam na stromym i śliskim zboczu. Nie omieszkałam jednak sytuacji tej wykorzystać... i z pozycji horyzontalnej, uwieczniłam piękne zawilce, jakie miałam przed nosem.

 


Mój trud na szczęście nie poszedł na marne. Udało się. Zeszłam do jakiejś wsi. Musiałam jednak przejść jeszcze przez kolejną wieś, aby dojść do parkingu, gdzie stało moje auto. Do domu wróciłam porządnie zmęczona, to fakt, ale bardzo szczęśliwa. Podwójnie szczęśliwa. Raz, że na wędrówce zamierzony cel osiągnęłam, sprawy przemyślane i zapisane, a drugi raz, że sama sobie poradziłam i do domu jednak trafiłam.

Kiedy odpoczywając, siedziałam sobie w moim wygodnym fotelu z filiżanką zielonej herbaty w ręce, zadzwonił telefon. To moja córka chciała wiedzieć, jak minął mi dzień. Opowiedziałam jej wtedy, co mi się w lesie przytrafiło. No i oto co w słuchawce usłyszałam:

Ale jesteś szalona! To tylko tobie może się zdarzyć... Prima Aprilis urządziłaś sobie jak się patrzy.

No coś takiego, a ja nawet zapomniałam, że dzisiaj Prima Aprilis. Musiałam córce przyznać rację. Rzeczywiście, Prima Aprilis mi się udał.

Po chwili zadzwonił też i mój syn. Jemu też opowiedziałam swoją leśną przygodę. No i oto co w słuchawce usłyszałam:

Ale jesteś szalona! To tylko tobie może się zdarzyć... — po chwili zachichotał i dodał: — No, to Prima Aprilis urządziłaś sobie wzorcowo. Ale dobrze, że tym razem, chociaż nikt do ciebie nie strzelał.

Pośmialiśmy się z synem zdrowo, wspominając moją leśną przygodę sprzed paru lat, kiedy to też w dniu 1 kwietnia wybrałam się do lasu na dłuższą wędrówkę... i wlazłam tam, gdzie pod żadnym pozorem wleźć nie powinnam. Nieświadomie, rzecz jasna.

Pamiętam tę przygodę doskonale. Tamtego roku, choć wiosna kalendarzowa trwała już dziesięć dni, zima nie chciała odpuścić i ogromne ilości śniegu zalegały góry i lasy. Ale że ja od zawsze lubię też i takie zimowe wędrówki, pomaszerowałam w las i wtedy. Z tym że pomaszerowałam nie w mój pobliski las a w nieznany, w którym wcześniej nigdy jeszcze nie byłam. Podobnie jak dzisiaj. Pewnie też miałam wiele spaw do przemyślenia. Szłam sobie i szłam zamyślona, nie patrząc w ogóle, gdzie idę. Nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam ostre strzały z karabinów maszynowych. Całą serię. Zdębiałam! Strach mnie na moment sparaliżował, ale już po chwili zerwałam się do ucieczki. Gnałam co sił w płucach i w nogach. A kiedy serie z karabinów spotęgowały się, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że mało nóg w zaspach śnieżnych nie pogubiłam.

Kiedy tak zasuwałam z duszą na ramieniu, zobaczyłam nagle ogromny szyld, którego wcześniej wcale nie zauważyłam. Szyld ogłaszał byczymi literami: „Das Militär Übungsgelände — das Verbot der Übertretung” (tłum. Poligon wojskowy — zakaz przekraczania). Pojęcia nie mam, czemu tego szyldu wcześniej nie zauważyłam. Czy taka zamyślona aż byłam, czy może dlatego, że zbyt dużo śniegu było dookoła. Nieważne. Ważne, że udało mi się wydostać z terenu poligonu bez szwanku. Kurcze... to by było, gdyby mnie Niemiec ustrzelił. I to tak głupio!

Jak już się znalazłam w bezpiecznej odległości, poza zasięgiem kul, przyszło mi przeżyć jeszcze jedną niedogodność, że się tak delikatnie wyrażę. Otóż z nagła poczułam potęgujące pieczenie w okolicy krzyża. Musiałam się co rusz zatrzymywać i nacierać to miejsce śniegiem, aby choć trochę załagodzić ten piekący ból. Skąd to pieczenie? Ano stąd, że przed wyjściem z domu, przez to, że od rana odczuwałam ból w odcinku lędźwiowo-krzyżowym, nasmarowałam się silnie rozgrzewającą maścią z jadu żmii. Widocznie pod wpływem potu maść zaczęła działać ze spotęgowaną mocą. A że w czasie ucieczki spociłam się jak szczur, paliło mnie żywym ogniem.

Po przyśpieszonym powrocie do domu natychmiast wskoczyłam pod zimny prysznic. Moje dzieci, gdy mnie zobaczyły z plecami spieczonymi na raka, i kiedy wysłuchały mojej „poligonowej opowieści”, najpierw były wystraszone, ale już po chwili buchnęły śmiechem i jednomyślnie orzekły — „Szalona ta nasza mamuśka”.

No fakt, przyznam szczerze, że dzieci mają rację, jestem szalona. Ale od razu dodam, że zupełnie nieszkodliwie dla innych. I że lubię siebie taką. Przynajmniej zawsze coś się wokół mnie dzieje, coś, co w sumie wywołuje uśmiech na twarzy... Jak nie na już, to później, z perspektywy czasu, urastając do rangi anegdoty opowiadanej w gronie rodzinnym i bawiącej wszystkich. Mnie też.

Mój syn, jako że jest moim prezentem urodzinowo-imieninowym, siłą natury, jest podobnie szalony jak ja. Kiedy się do siebie dorwiemy i opowiadamy swoje przygody, boki zrywamy ze śmiechu. Moja córka zaś, wsłuchując się w nasze opowieści, puka się palcem w czoło... Ale to pewnie z miłości do nas, bo przy tym pukaniu na twarzy ma zawsze pobłażliwy uśmiech, zmieniający się w mig w serdeczny. Jednak i jej, choć jest poważna z natury, zdarza się czasami spłatać jakiegoś figla. O, chociażby instalacja primaaprilisowa, jaką wykonała dla mnie pewnego 1 kwietnia. Zobaczyłam ją, kiedy, chcąc sięgnąć po śmietankę do kawy, otworzyłam lodówkę... Myślałam, że jakowegoś zawału dostanę. Ale tylko przez ułamek sekundy tak myślałam, bo wnet buchnęłam głośnym śmiechem.



 
* Coś takiego, dopiero teraz zauważyłam, że córka strzeliła byka. A może to też prima aprilis? ;) 
 
 


Domniemanie niewinności (praesumptio boni viri)


Każda oskarżana istota jest niewinna — wobec przedstawianych jej zarzutów — dopóki wina nie zostanie jej udowodniona.*




* Wiodąca teoria mówi, że koronawirus pochodzi od nietoperzy... Czyżby? 





wtorek, 31 marca 2020

Pidi i Midi

Pidi i Midi Marcelka
To dwa milutkie szczurki.
Mają piękne futerka
I szpiczaste pazurki.

Wesołe są bardzo,
Bawią się ochoczo.
Higieną nie gardzą,
Spokojnie śpią nocą.

Papu lubią różniste,
Wsuwają co dostają.
Szczęśliwe są zaiste,
Marcelka zabawiając.