sobota, 6 kwietnia 2019

Szalone wakacje (XVII cz.)



Kiedy ocknęła się z tej nierealnej wizji, w której widziała siebie jakby z lotu ptaka, światła w oknach wiejskiego zabudowania w realnej rzeczywistości były już bardzo blisko. Poczuła wtedy z ulgą, że oto zbliża się do miejsca swojego wybawienia. Do miejsca, gdzie ktoś jej pomoże. Gdzie ktoś ją uchroni przed atakiem wściekłego psa. Przed atakiem zdziczałej bestii. Zapragnęła znaleźć się tam jak najszybciej. Podniosła się z ziemi i puściła się biegiem w stronę oświetlonego domu. Gnała jak wicher, nie bacząc, co ma pod nogami. I już prawie dobiegała. Już chciała krzyczeć, aby otworzono jej drzwi, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd, straciła grunt pod nogami i… na moment świat zawirował jej w oczach. Nie wiedziała, co się z nią stało. Gdzieś wpadła. Coś zachlupało. Coś wyhamowało jej bieg. — „Co to było? Gdzie ja jestem? Dlaczego nie mogę biec?” — pytała samą siebie. Powoli zaczynało jednak do niej docierać, że musiała wpaść do jakiejś wody. Do jakiejś cuchnącej wody. Bo ponad wszystko, czuła ohydny fetor. Chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle. Z przerażeniem zaczęła rozglądać się wokół siebie. Nic i nikogo nie widziała. Stała w bezruchu w tej cuchnącej wodzie zanurzona do pasa i czuła, że grzęźnie w mulistym dnie coraz bardziej. Strach sparaliżował ją na moment, ale po chwili dotarło do niej, że musi się ratować. Głosu nadal nie mogła z siebie wydobyć. Próbowała kilkakrotnie, ale tylko jakieś charczenie się jej z gardła wydobywało. Resztkami świadomości zaczęła szukać jakiegoś brzegu. Ruszyła jedną nogą… ciężko, bo ciężko, ale udało się ją wyszarpać z mulistego dna. Zrobiła krok do przodu. Potem to samo zrobiła z drugą nogą. Uszła tak może ze cztery kroki i nagle zobaczyła przed sobą jakąś belkę. Chwyciła się jej z taką desperacją, z jaką tonący brzytwy by się chwycił. Było jej już wszystko jedno co nastąpi potem, byleby tylko nie wypuścić belki z rąk. Czuła, że ta oto belka, to jej ostatnia deska ratunku. Na szczęście belka była stabilna i nie ruszała się. Mogła się jej mocno trzymać. Znów stała w bezruchu. Dookoła nadal było cicho i spokojnie. Zaczynała wreszcie ogarniać swoje myśli i powoli się uspokajać. Więcej, poczuła się już nawet trochę bezpieczniej. Dziwiła się sama sobie jak w takich warunkach może czuć się bezpieczniej, przecież nie wiedziała gdzie się znajduje i dlaczego woda, w której stoi, tak okropnie śmierdzi. Ale wiedziała na pewno, że to dzięki belce, którą mocno ściska, czuje się lepiej, a przede wszystkim, może już rozsądniej myśleć. I wtedy przyszło jej na myśl, że powinna być wręcz szczęśliwa, że stoi właśnie w wodzie, gdyż przypomniało się jej, że gdzieś czytała albo słyszała, iż zwierzę cierpiące na wściekliznę ma wodowstręt i światłowstręt. Skojarzyła od razu, że to właśnie ta woda może być jej ratunkiem. Wściekłe psisko chociaż nawet tu przyleci, to i tak jej nie dorwie i nie pogryzie, bo gdy zobaczy wodę ucieknie gdzie pieprz rośnie. Gdyby jednak próbowało się do niej zbliżyć, mogłaby mu też latarką między oczy zaświecić. Lecz ta myśl niestety zaraz ją zasmuciła, bo przypomniała sobie, że latarkę ma w kieszeni spodni, a spodnie ma całe zanurzone w wodzie. Przemoknięta latarka nie będzie działać. Musiała więc zrezygnować z ewentualnego przyprawiania psa do światłowstrętu i zadowolić się samą wodą w której stoi, a którą to może wściekłego psa przyprawić o wodowstręt. Te jej myśli spowodowały, iż poczuła się odważniejsza. Zaczęła planować dalszy ciąg akcji samoratunkowej. Postanowiła, że gdy się tylko trochę rozjaśni, spróbuje się wyzwolić z tej niechcianej kąpieli i w końcu wypełznąć jakoś na suchy ląd. Jedyne co ją w tym momencie najbardziej smuciło, to to, że chłopcy będą za nią szukać i martwić się, że jej nigdzie, gdzie się umawiali, nie ma. Miała natomiast ogromną nadzieję, że chłopcy unikną ataku wściekłego psa. Nie chciała nawet myśleć, że mogłoby być inaczej. Zmuszała siebie, aby wręcz uwierzyć w to, że tak będzie. — „A może wściekła bestia pójdzie sobie stąd precz i chłopcy jakimś cudem mnie tu odnajdą?” — pocieszała się też w duchu. — „Muszę mieć nadzieję i wierzyć, że wszystko się dobrze zakończy”. — Wiara i nadzieja, dwa wszechmocne uczucia, jakie nagle przepełniły jej duszę pod wpływem własnych myśli, wlały w jej serce trochę ciepła i otuchy. Strach opuszczał ją. Czułaby się już całkiem dobrze, gdyby nie fakt, że zaczęła odczuwać autentyczne zimno. Woda była zimna, a ona stała bez ruchu. Zdała sobie sprawę, że do świtu jeszcze wiele godzin. Targające całym jej ciałem dreszcze sprawiły, iż zaczęła się obawiać, że jej organizm takiego wychłodzenia nie zniesie. Pomyślała wtedy, że może by tak spróbować zagwizdać na chłopców? Może wściekłego psa już nie ma? Przecież nie może się ze swoją wścieklizną obnosić w jednym tylko miejscu? Zdecydowała się gwizdnąć. Wprawdzie najlepiej i najgłośniej umiała gwizdać na czterech palcach, ale ze względu na to, że belki nie mogła puścić, chciała zagwizdać na zgiętym palcu wskazującym. Tak też umiała dobrze gwizdać. Nie tak głośno z pewnością, ale chłopcy znali ten rodzaj jej gwizdu. Lewą ręką puściła belkę i ze zgiętym już palcem wskazującym podniosła ją do ust. Niestety, palca do ust nie dała rady włożyć, gdyż ohydny smród, jaki wtedy poczuła, spowodował u niej odruch wymiotny. Aż się jej w głowie zakręciło. Zaczęła szybko oddychać, aby się odruchu tego jak najszybciej pozbyć. Wiedziała, że nie może dopuścić do wymiotów, gdyż wtedy zdarza jej się tracić przytomność. Po prostu mdleje. A w takiej sytuacji, w jakiej się znajdowała, nie mogła przecież zemdleć. To byłby jej koniec. Otwartymi ustami łapała powietrze i oddychała szybko niczym zziajany pies. Pomogło. Po chwili poczuła się już lepiej. Przez chwilę nawet przestało jej być zimno. Wydawało jej się, że jest wręcz spocona. Jednak wkrótce znów targnęły nią dreszcze. — „Boże, to co ja mam robić? — Ponownie zaczęło ją dopadać obezwładniające uczucie beznadziei. I kiedy tak stała, obejmując z całych sił zbawienną belkę i walcząc ze swoimi na powrót ogarniającymi słabościami, nagle gdzieś w oddali usłyszała jakieś szmery. W pierwszym momencie się wystraszyła, ale wytrwale patrzyła w tamtym kierunku skąd one dochodziły. Ku jej przeogromnej radości, na tle gwieździstego nieba zauważyła trzy przemykające postacie. Od razu rozpoznała w nich chłopców. Po ich ruchach. Mogła przecież dość wyraźnie widzieć, gdyż, zważywszy na to, że wpadając do tej dziwnej wody, znalazła się o wiele niżej powierzchni łąki, najlepiej co widziała, było właśnie niebo. Widok chłopców tak bardzo ją uszczęśliwił, że natychmiast odrzuciła od siebie wszystkie swoje słabości, zebrała się w sobie, i ile tylko tchu w płucach, wrzasnęła:
Rooobek…! Chłoooopcy…! Tu jeeesteeem!
Jaka była jej radość, kiedy zauważyła, że chłopcy momentalnie się zatrzymali i po krótkiej chwili zaczęli biec w jej kierunku.
Tuuu… tuuu jeeesteeeem! — wołała dalej.
Rany boskie! Michaśka, co ty robisz w tym gnojowniku? — spytał Robek przerażonym głosem, zatrzymując się wraz z braćmi Potylickimi tuż nad głową kuzynki.
Chryste Panie, gnojownik…?! Jaki gnojownik? — wydusiła z siebie Michaśka.
Toż stoisz na samym środku zbiornika na gnojówę — poinformował kuzynkę Robek.
I co, muszę już tu zostać? Czy mi jakoś pomożecie z tej wody się wydostać? — Michaśka nie chciała dopuścić do siebie tej obrzydliwej prawdy.
Daj mi rękę, Michaśka. Ja ci pomogę — zaofiarował się Emil.
No coś ty głupi, chcesz wylądować obok niej?! — Robek zgromił kolegę. — Kamil, ty jesteś cięższy, ważysz prawie tyle co ja, więc ty wyłaź na belkę… Poczekaj, sprawdzę tylko czy belka jest stabilna… W porządku. Powinno nam się udać…. Wyłaź więc z tej strony, a ja wejdę po jej drugim końcu, i kiedy spotkamy się na środku, podamy Michaśce ręce i powoli będziemy ją wyciągać do góry. Gdy będzie już na belce, będziemy ją prowadzić aż na brzeg zbiornika. A ty Emil szukaj za jakimś kijem, tyczką, albo coś w tym rodzaju. Będziesz nas asekurował w razie czego i pomagał zachować równowagę.
Trójka chłopców bez szmerania ruszyła do wykonania zadania. Robek jeszcze raz sprawdził czy przerzucona przez połowę zbiornika belka nie będzie się chybotać i gdy z zadowoleniem stwierdził, że wszystko gra, dał hasło do rozpoczęcia akcji. I kiedy niczym dwóch gimnastyków na równoważni zaczęli podchodzić z obydwu końców belki, by ponad głową Michaśki spotkać się w jej połowie, Emil zdążył już znaleźć kawał jakiegoś kostura i stał w pogotowiu. Wyglądało na to, że akcja ratunkowa przebiegnie pomyślnie.
Michaśka, widząc zbliżające się wybawienie, poczuła ogromną wdzięczność do Opaczności. I tak samo ogromną, a może nawet i ogromniejszą, do chłopców. Wreszcie będzie uratowana. Bez żadnego już lęku puściła belkę i podała chłopcom ręce.
Chłopcy szybko i sprawnie wyciągnęli Michaśkę na belkę i bez potrzeby asekuracji Emila wyprowadzili na suchy ląd.
Chryste Panie, chłopcy, co tak śmierdzi? — spytała Michaśka, stojąc już pewnie na nogach na twardej ziemi.
To tylko normalny zapach gnojówy — poinformował kuzynkę Robek. — Wiesz, bydło robi siusiu i kupkę, a ludzie to zbierają do takiego zbiornika jak ten, w którym zażywałaś kąpieli, i potem spożytkowują na polach jako naturalny nawóz.
Robek, chcesz się ze mnie teraz akurat nabijać?! — Michaśka wrzasnęła cała rozdygotana, i z zimna, i z obrzydzenia. — Muszę do wody! Do normalnej wody… Biegiem!... Zaraz, a gdzie wściekły pies?
Jaki wściekły pies? — zdziwił się Robek.
No ten, co jak zdziczała bestia po łące latał.
Żadnej bestii nie było zapewnił Michaśkę Emil. Potem będziemy gadać. A teraz dawaj rękę i biegiem do rzeki.
Michaśka posłusznie podała rękę Emilowi i razem ruszyli z kopyta. Za nimi ruszyli Robek i Kamil. Michaśka gnała tak szybko, jakby chciała co najmniej uciec od smrodu, jakim była przesiąknięta. Narzuciła takie tempo, że Emila wprost ciągnęła za sobą. A Robek i Kamil ledwie nadążali za nimi.
Kiedy po paru minutach dobiegli już do rozlewiska Nysy, Michaśka w biegu skoczyła do wody. Zanurzyła się cała i dobrą chwilę siedziała pod wodą.
Chłopcy stali na brzegu, i sapiąc jak stare lokomotywy, uważnie wpatrywali się w to miejsce, w którym zniknęła. Dopiero wtedy, kiedy wystawiła głowę ponad powierzchnię wody, zrobiło im się lżej i sapać przestali.
Wiecie co, chłopaki, nie ma wyjścia, musimy się podzielić z Michaśką naszym ubraniem rzekł Robek po namyśle, wpatrując się w wystającą z wody głowę kuzynki. W swoim ubraniu nie może przecież zostać. I to aż z dwóch powodów… nie może. Po pierwsze: jej ubranie jest mokre, a po drugie…
Chłopcy, bylibyście tacy kochani? Michaśka usłyszała o czym mówił Robek.
Nie ma sprawy! zawołał Emil. Ja mogę ci dać moje spodnie, bo na szczęście pod spodem mam dłuższe spodenki.
To ja koszulę zadeklarował się Kamil.
To w takim razie ja daję swoje buty. Robek zakończył kompletowanie ubioru dla Michaśki.
Kochani jesteście! Co ja bym bez was zrobiła?! Michaśka głośno wyraziła swoje zadowolenie i ponownie zanurkowała pod wodę.
Tym razem jeszcze dłużej siedziała pod wodą. Chłopcy zaczęli się już na poważnie niepokoić. I kiedy Robek chciał już skakać jej na ratunek, nagle wystawiła głowę na powierzchnię.
No co, jeszcze tu ciągle stoicie ubrani w moje ubrania? spytała bulgocząc wodą. Pośpieszcie się, bo jestem goła już jak święty turecki. Moje ubranko podarowałam Nysie… Za nasze szczęście.
Czyś ty zwariowała?! wrzasnął Kamil. Takie porządne, miejskie rzeczy puściłaś do morza z nurtem Nysy. Zdurniałaś z kretesem… Ciekawy jestem, co ci tak zaszkodziło?
Ty, Kamil, ty nie bądź taki dociekliwy! warknęła Michaśka, prychając wodą na wszystkie strony. Miałabym to prać? W życiu! Natura spaskudziła. Natura wypierze… Ojejku, chłopaki, zimno mi!
Już, już, Michaśka, już się rozbieramy uspokajał przyjaciółkę Emil. Proszę, tu są moje spodnie… Chłopaki, wyskakujcie z ciuchów!
Właśnie, już się robi zgodził się Robek, zdejmując swoje trampki. Michaśka, wszystkie te rzeczy położymy ci tu na brzegu, a sami pójdziemy nazbierać trochę chrustu na ognisko, żebyś się mogła rozgrzać. Zrozumiałe, że jest ci zimno po takiej podwójnej kąpieli, tu i…
Nie musisz być aż tak dokładny i mówić po jakiej… Michaśka weszła w słowo kuzynowi. Chłopaki, mam prośbę. Moglibyście być dla mnie teraz trochę delikatniejsi niż normalnie? I przede wszystkim nie nabijać się ze mnie? Niedługo… Aż wywietrzeje ze mnie ten ohydny zapach i o nim zapomnę.
Da się zrobić zarechotał Robek. Tu masz nasze ubranie. I wyłaź już wreszcie z wody. Mało się namokłaś? W końcu się rozchorujesz. Patrz, tu masz moją koszulę po jabłkach. Wytrzyj się nią do sucha. Aha, nasze rzeczy są niestety trochę przepocone… No wiesz… to twoja wina. Podyktowałaś nam takie tempo, od jednej twojej kąpieli do drugiej, że siłą rzeczy musieliśmy się spocić. A swoją drogą, nie wiedziałem, że z ciebie taka sprinterka. W pogoni za Krasulą pokazałaś już mistrzowską klasę, ale teraz to przeszłaś samą siebie… No dobra, już dobra… Jadaczkę swą szanowną zamykam i w poszukiwaniu chrustu w krzakach znikam.
Chłopcy pognali w krzaki. A Michaśka powoli zaczęła się wynurzać z wody. I gdy chłopcy już zupełnie w krzakach zniknęli, wyszła na brzeg. Wytarła się szybko Robkową koszulą i ubrała się w ich ubrania.
Wyglądała nieco komicznie, gdyż ubrania chłopców były na nią za małe. Zwłaszcza spodnie Emila były zbyt krótkie. Choć wszyscy byli rówieśnikami (jedynie Emil był o rok młodszy), to jednak Michaśka była o wiele wyższa. No cóż, tak to już bywa w tym wieku, że prawie wszystkie dziewczynki są wyższe od chłopców. Ale Michaśkę jej wygląd wcale nie interesował. Ważne, że było jej już sucho, ciepło, a przede wszystkim nie tak... śmierdząco. W każdym razie nie aż tak ohydnie jak przedtem.
Och, jak mi dobrze! westchnęła na głos i pobiegła za chłopcami w krzaki.
Ledwie minął kwadrans, a wszyscy już siedzieli przy ognisku strzelającym skrami. Robek był specem od rozpalania ogniska. Ogniomistrz Robek (jak go Michaśka czasem nazywała) zawsze był przygotowany do zrobienia ogniska i zawsze miał przy sobie zapałki oraz kawałek gazety na rozpałkę. Sam zresztą uwielbiał ogień i bardzo chętnie i sprawnie ognisko potrafił rozniecić. Dla uciechy własnej i swoich przyjaciół.
Wszyscy, wpatrując się w magię ognia, znów byli szczęśliwi i zadowoleni z życia. Chłopcy piekli sobie jabłka na długich kijach, a Michaśka zajadała się świeżymi jabłkami.
Michaśka, coś ty plotła o jakiejś dzikiej bestii? spytał Kamil, podając jej następne dwa dorodne jabłuszka.
Nawet mi nie przypominaj! Michaśka rzuciła ogryzkiem w ogień. Myślałam, że umrę ze strachu. Ogromne, wściekłe psisko latało mi przed nosem, a ja tam na łące nie miałam nawet gdzie się schować przed nim.
Co ty pleciesz? zachichotał Kamil. My żeśmy tego psa też widzieli. I on wcale nie był wściekły, tylko normalny. To był pies naszego leśniczego. Leśniczego zresztą też widzieliśmy.
Coś ty, oprócz psa nikogo innego nie widziałam. Michaśka była strasznie zaskoczona tym, co usłyszała. Przecież się rozglądałam bez przerwy. Nikogo tam nie było.
Był. Skoro my go widzieliśmy przekonywał kuzynkę Robek. Nawet się dziwiliśmy dlaczego ty nie gwiżdżesz. Obawialiśmy się już, że może leśniczy ciebie dorwał. Dlatego czekaliśmy jeszcze chwilę, choć byliśmy już gotowi i worek był pełny. Chcieliśmy się zorientować w sytuacji i zobaczyć, czy mamy ci wyskakiwać na pomoc, czy lepiej się nie ujawniać. Ale kiedy zobaczyliśmy, że leśniczy ze swoim psem Brutusem poszedł w kierunku Pilcza, wyleźliśmy z sadu. Nawoływaliśmy ciebie wszędzie, lecz ciebie wcięło z kretesem. Poszliśmy potem na nasze umówione miejsce przy rowerach. Tam ciebie też nie znaleźliśmy, no to już się wystraszyliśmy. Zostawiliśmy jabłka i w te pędy zaczęliśmy ganiać dookoła sadu, a nawet plebani. Tam też żadnego śladu po tobie nie znaleźliśmy. Potem rozdzieliliśmy się i każdy z nas szukał ciebie gdzie się dało. Po godzinie spotkaliśmy się znów nad brzegiem Nysy i wtedy postanowiliśmy iść do pierwszych zabudowań Krosnowic. No i na szczęście, tym razem udało nam się ciebie odnaleźć… Powiedz, Michaśka, jakie licho cię podkusiło, żeby tam poleźć?
Nie licho, tylko wściekły pies… jak przypuszczałam. Michaśka poczuła się głupio, a płomienie ogniska uwidoczniły jej zażenowaną minę.
Eee tam… było minęło. Nie przejmuj się już tym. Emil natychmiast zabrał się za uspakajanie przyjaciółki. Każdemu z nas tak by się wydawało. I tak jesteś odważna. Sama bez szmerania zostałaś na obcym terenie i nie bałaś się. Dam głowę, że gdyby naszej starszyźnie nie przyszło na myśl dzisiaj akurat straszyć nas wścieklizną, to byś się żadnego psa nie wystraszyła… Już ja cię znam. Tak że zapomnij już o całej tej historii i… bawmy się dalej.
Dzięki, Emil! Od razu mi lżej. Michaśka odsapnęła, że całkiem na tchórzliwego durnia w oczach chłopców nie wyszła. A to, co przeszłam, zapamiętam jednak do końca życia. Bo w życiu nie byłam jeszcze tak przerażona. Mówię szczerze. Najpierw z powodu wścieklizny, a potem z powodu… no, dość powiedzieć… z bardzo śmierdzącego powodu… A w ciemnościach nie wiedziałam gdzie wpadłam. Myślałam, że się tam utopię, bo grzęzłam w mulistym dnie coraz bardziej… No dobra, Kamil, nie rób takiej rozweselonej miny! Teraz wiem, co to za muł był, ale przedtem, skąd miałam wiedzieć? Teraz tak sobie myślę, że to i dobrze, że nie wiedziałam, bo chyba wcześniej umarłabym z obrzydzenia, a dopiero potem bym się utopiła.
Biedna Michaśka! Emil pożałował przyjaciółkę.
Nie, biedna to ja chyba nie jestem. Michaśka poklepała Emila po ramieniu. Jestem…
Tylko pechowa dokończył Robek, chichocząc.
Pechowa, powiadasz…? Czy ja wiem? zastanawiała się Michaśka. Ale jedno, co jest pewne, mam zawsze szczęście. No, może bardziej w nieszczęściu, ale zawsze to szczęście. A ono cieszy mnie jeszcze bardziej niż samo szczęście.
No, to cieszymy się razem z tobą rzekł Robek z uśmiechem od ucha do ucha. A cieszymy się tym bardziej, że swoim szczęściem w nieszczęściu szalenie ubarwiasz nam nasze wakacje.
Cieszę się szalenie! Michaśka parsknęła śmiechem i palnęła Robka po plecach. No to jak macie ze mnie tyle pożytku, to dla mnie też powinniście coś zrobić…
Jasne! zadeklarował się Emil, spoglądając na miny Robka i Kamila. Gadaj co.
Nikomu ani mru-mru!
Łeee, tylko tyle? — zdziwili się wszyscy chłopcy naraz.
Aż tyle... Bo zdaję sobie sprawę, że milczenie jest dla was bardzo ciężkim zadaniem. Zawsze was jęzory swędzą, aby o mnie przynajmniej Przemkowi poopowiadać, i to z szeroką gamą ubarwienia. Nalać wody ile wlezie. Byleby tylko śmieszniej było i było się z czego pośmiać. Już ja was znam, ananaski… O cholewcia! Tak gadam i gadam i macam się po kieszeni spodni i dziwię się, że mam latarkę, a przecież podarowałam ją Nysie wraz ze spodniami. I teraz dopiero sobie uzmysłowiłam, że przecież mam na sobie spodnie Emila. No i przypomniało mi się od razu, że niestety, ale podarowałam Nysie też i moje pieniądze. Kurka wodna, całkiem zapomniałam, że miałam je w kieszeni spodni.
Jakie pieniądze? zaniepokoił się Emil.
No, te sto złotych. Pięćdziesiąt złotych od wujka Stacha i drugie pięćdziesiąt od waszego ojca. Na siłę wcisnęli mi je, jak mówili: „za pracę przy żniwach”. A przecież to była dla mnie przyjemność a nie praca. Sami widzieliście jak się wzbraniałam i nie chciałam ich przyjąć. Już chyba podświadomie wyczuwałam, że nie powinnam ich wziąć. No i widzicie, straciłam je…
Nie martw się, Michaśka, my się złożymy i damy ci pieniądze pocieszał Emil. Co nie, chłopaki? Zgadzacie się?
Jasne! Robek i Kamil zgodzili się jednocześnie.
Ani mi się ważcie! wrzasnęła Michaśka.
Ja nie potrzebuję żadnych pieniędzy. I niech wam nawet do głowy nie przyjdzie urządzać jakieś składki. Pierwszy raz, tak na poważnie, pogniewałabym się na was. Mówię serio!
Nie błaznuj, Michaśka! Robek próbował ułagodzić kuzynkę, poklepując ją delikatnie po ramieniu. Przecież jesteśmy razem i razem odpowiadamy za siebie. Sama zawsze mówiłaś: „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, więc w tym przypadku, też musi tak być. Nie będziemy tolerować takich twoich widzimisię. Porządek musi być!
Masz rację, że tak mówiłam. I dalej się tego trzymam. Ale nie w tym akurat przypadku. Michaśka nie dawała za wygraną. Siedzę u was przez całe wakacje i jeszcze pieniądze mam za to brać?... Rany, po co ja w ogóle pozwoliłam im wcisnąć je sobie do kieszeni? Za karę chyba mi umysł zaćmiło głupotą, dlatego nie wyciągnęłam ich wcześniej z kieszeni spodni, tylko łaziłam z nimi cały czas… Miałam pewien plan związany z tymi pieniędzmi. I teraz nici z mojego planu. No trudno, za głupotę trzeba płacić. Ale to ja muszę za nią zapłacić. Nie wy. Wiem, że zawsze mogę na was liczyć. I bardzo to sobie cenię. Ale wierzcie mi, nie w tym przypadku. Nie, jeżeli chodzi o pieniądze. Nie, nie, i jeszcze raz nie!
Michaśka, opamiętaj się! My chcemy dla ciebie dobrze. Robek nadal próbował stać przy swoim. Nie chcemy, żebyś tylko ty ponosiła jakieś straty. Wszystkie nasze przyjemności dzielimy na czworo, to wszelkie straty też muszą być na czworo podzielone. I nieważne, kto z nas bezpośrednio przyczynił się do powstania danej straty. Bo my i tak wszędzie jesteśmy razem. Strata jest stratą, a nas jest czworo do jej ponoszenia. Kapujesz?!
Nie! krótko i zwięźle odpowiedziała Michaśka, a po namyśle dodała: Chłopcy, proszę was, ten jeden jedyny raz pozwólcie mi samej ponieść moją własną stratę. Proszę!... Bo jak nie, to się wkurzę i więcej do Pilcza nie przyjadę… No! Zapamiętajcie sobie!
Ty szantażystko, ty! Robek objął ramionami kuzynkę i potarmosił nią, śmiejąc się przy tym głośno. Nie zapomnij, że moje życzenie musisz spełnić, bo inaczej… myszy cię zjedzą.
Właśnie! I to z kopytami dodał od siebie Kamil, tarmosząc Michaśkę z drugiej strony.
A wtedy byłoby nam bardzo przykro podsumował Emil...

 cdn.

Link do powieści: "Szalone wakacje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

Dobry Bóg pomaga?

Jak przysłowia głoszą
I opowiadania,
Zło i Dobro wespół
Walczą od zarania.

Na Zło nie ma mocnych,
Dobro z nim przegrywa.
Lecz choć Zło triumfuje,
Dobro wciąż odżywa.

To więc zapamiętaj,
Mój Dobry Człowieku...
Walcz ze złem wytrwale
I to w każdym wieku.

Jeśli Bóg istnieje,
Dobru dopomoże.
Inaczej u ludzi
Straci na honorze...



Obrazek pożyczony od Giwery.


czwartek, 4 kwietnia 2019

K-X ląduje (2 cz.)



Ani mi nie przypominaj. Myślałam, że umrę ze strachu — przerwała dziadkowi babcia Miła. — I gdyby nie ten twój wtedy szeroki uśmiech, to by tak było.
A ja myślałem, że ty prowadzisz przebierańców na mamy uroczystości urodzinowe — powiedział papcio Chwat i zarechotał rubasznie. — I pamiętam, że zaraz jednego chwyciłem za rękę. Chciałem się z nim bawić…
No właśnie! I gorzko tego pożałowałeś, bo on nie odgadł twoich intencji, no i poczęstował cię jakimiś promieniami. Dokładnie było widać snop świetlistych, czerwonych promieni przelatujący z jego ręki do twojej. Przez chwilę stałeś jak wryty, bez ruchu i bez świadomości. Wtedy ja się wystraszyłem i popatrzyłem błagalnie na dowódcę. Ten momentalnie zrugał swojego towarzysza, i to w naszym języku. No, ale potem to już było miło, serdecznie i wesoło. Nasi goście ucztowali całą parą. Zjedli doszczętnie wszystko, co Miła zdążyła już wówczas przygotować na swoje urodziny. A już najbardziej smakował im placek z jabłek. Pałaszowali go, głośno mlaskając ustami dolnej twarzy i komicznie cmokając ustami górnej twarzy. To był pierwszy taki moment, w którym zauważyłem jakąś wyraźniejszą reakcję ich górnej twarzy. Chociaż jej oczy dalej wyrażały powagę. Kiedy zjedli już wszystko, co Miła podała, dużo rozmawialiśmy. Okazało się, że nie tylko dowódca mówi naszym językiem, ale pozostali jego towarzysze również. No, może nie tak wyraźnie jak on, bo więcej w ich mowie było zgrzytania, ale dobrze się wsłuchując, można było ich zrozumieć. Chwalili się, że znają też inne języki ziemskie, bo od setek lat odwiedzają naszą planetę i chcą nasz świat rozumieć. W trakcie pobytu na naszej Ziemi przeprowadzają naukowe badania skorupy ziemskiej, a zwłaszcza ziemskiej roślinności. Latają też na inne planety, ale rzadziej. Bo po pierwsze, że są to zbyt duże odległości, a po drugie, i to jest najistotniejsze, że Ziemia ze wszystkich planet we Wszechświecie podoba im się najbardziej. Wręcz są w niej zakochani. Opowiadali więc o urokach naszej Ziemi, o pięknych morzach i oceanach, górach i dolinach, rzekach i jeziorach, pustyniach i puszczach. A przede wszystkim o ziemskiej florze. To właśnie nasza roślinność wzbudzała w nich najwięcej emocji. Byli tak rozentuzjazmowani własnymi opowieściami, że aż im się podwyższyła temperatura ciała. Stwierdzili wtedy, wycierając srebrzysty pot z podwójnych czół, że takie uczucie ciepła to dla nich nowość… i zdjęli z głów swoje obcisłe, srebrne kaptury. Ku naszemu zdumieniu, oczom naszym ukazał się niesamowity obrazek. Oni mieli długie, gęste i… co znów bardzo dziwne, zielone włosy, które wyrastały im na górnej głowie, opadały na dolną i sięgały aż do ramion. Górna głowa miała bardzo krótką szyję, wyłaniającą się wprost z dolnej, czego wcześniej nie zauważyłem. Natomiast ich obydwie twarze, na tle zielonych włosów stały się tak jakby jeszcze bledsze. Prawie białe jak śnieg. Ale czasami, jak zauważyłem, gdy opowiadali o czymś, co ich jeszcze bardziej wewnętrznie pobudzało i ich emocje sięgały zenitu, na ich białych twarzach ukazywał się lekki rumieniec. No, może bardziej wpadający w fiolet niż w róż, ale na pewno był to rumieniec. Zaś swe włosy z kolei, odruchowo, raz po raz, odgarniali za ucho dolnej głowy. Byli niesamowici, ale na swój sposób wspaniali. A i ich opowieści były wspaniałe. Potrafili bardzo interesująco opowiadać, jak mało kto. A zresztą… nie ma co tu dużo ukrywać, że bardzo miło się słucha dobrych słów na temat tego, co nasze. A oni właśnie tyle dobrego opowiadali o naszej kochanej Ziemi. Byli naszym światem zafascynowani. Było to widać i czuć. Jedyne czego żałowali i do czego się przyznali, to to, że nie poznali jeszcze świata zwierząt, no i ludzi. Wpatrywałem się w nich i wsłuchiwałem z wielkim zainteresowaniem. Miła również. Nawet Chwat siedział jak skamieniały (co do niego było niepodobne) i wpatrywał się z rozdziawioną buzią w naszych gości, sprawiając wrażenie, jakby cały zamienił się w słuch…
A widzisz, ojcze, ja prawie nic z tego nie pamiętam. Coś tam, mało co, i to tylko tak jakby przez mgłę — z zadumą w głosie powiedział papcio Chwat. — Wiem, że wtedy byłem jeszcze małym wyrostkiem, ale nie na tyle małym, aby tak prawie nic… chyba, że to te promienie jeszcze tak działały?
Całkiem możliwe, synu. Sami się wtedy przyznali, że nic o nas nie wiedzą. Więc może niechcący dostałeś nieodpowiednią dawkę promieni.
Biedny papcio! — z głębokim współczuciem powiedziała Śmieszka i popatrzyła na miny swoich braci, które również wyrażały współczucie.
Ale tak czy inaczej, mamy bardzo sympatyczne wspomnienia z ich pobytu. No, przepraszam, Chwat może mniej. Ale, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Oni ten błąd zapamiętali, i chcąc Chwatowi to wynagrodzić, już go wtedy zaprosili na przyszłość do siebie. No i jak widać: słowa dotrzymują. To było też czuć i widać, że bardzo chcieli się z nami zaprzyjaźnić. Sami siebie wówczas nazwali: „Księżycowymi Pobratymcami wszystkich dobrych ludzi na Ziemi”. To było naprawdę miłe. Obiecali utrzymywać z nami kontakt. I tak było i jest. Wysyłali do nas różne wiadomości o sobie, o swoich rodzinach, o życiu na Księżycu, no i o swoich interesujących podróżach kosmicznych po Wszechświecie. Bo musicie wiedzieć, że oni w tym czasie, od ostatniego pobytu na naszej Ziemi, wykonali wiele planowych lotów międzyplanetarnych. Raz nawet, może około dziesięciu lat temu, otrzymaliśmy od nich wiadomość z Jowisza. Wprawdzie tekst był niezbyt wyraźny, ale nazwę planety można było odczytać całkiem dobrze. Tak więc, co jakiś czas, czasami co parę miesięcy, czasami co parę lat, dawali nam znać o sobie i o swoich planowanych lotach na przyszłość. I tego lata właśnie, mają planowany lot na naszą planetę. Właśnie do nas. O czym nas powiadomili przed miesiącem…
Oj, dziadziuniu kochany, a opowiedz, jak oni nawiązują z wami kontakt? — poprosił Nosolek, słuchając z wielkim zainteresowaniem.
Nie, nie, to my…! — z wielkim podnieceniem krzyknęli razem bliźniacy, po czym Gagatek szturchnął łokciem Gabcia, nakazując mu tym samym milczenie, a sam zwrócił się do dziadka Hardego: — Dziadku, pozwól mi opowiedzieć, bo przecież wszystko widzieliśmy i wiemy, jak to wygląda…
Oczywiście, ale daj zacząć Gabciowi, a potem ty dalej będziesz opowiadał — ze śmiechem rzekł dziadek i puścił oczko do mamci Radosnej.
No bo wiecie… — Gabcio ochoczo przystąpił do opowiadania: — Wtedy to była Noc Świętojańska i rodzice pozwolili nam pierwszy raz w naszym życiu wziąć udział w poszukiwaniu kwiatu paproci. A to dla mnie i Gagata było bardzo ważne, bo babcia Miła mówiła nam kiedyś, że ten chłopak, który znajdzie taki kwiat, będzie w przyszłości bogaty i pozyska dar przepowiadania przyszłości. Będzie umiał leczyć ludzi i zwierzęta, a i uzyska też zdolności stawania się niewidzialnym… Ale my tam bogaci nie chcemy być… nam tylko chodziło o te inne rzeczy… no wiecie… a przede wszystkim przydałoby się nam umieć być niewidzialnym… Była już noc, za trzy kwadranse północ, kiedy wyszliśmy wszyscy z jaskini, ale że to była pełnia Księżyca, było dość jasno i nie tak strasznie, i wtedy…
Nagle usłyszeliśmy dziwny dźwięk — wpadł bratu w słowo zniecierpliwiony Gagatek. — Iii…
Ależ Gagatku, daj Gabciowi chociaż dokończyć zdanie i postawić kropkę — pouczyła syna mamcia Radosna, kryjąc przy tym grymas uśmiechu.
Aha, no dobra. Gabciu postawiłeś już kropkę, co? Tak?... No… i wszyscy zatrzymaliśmy się momentalnie. — Gagat szybko przystąpił do kontynuowania przerwanego mu zdania, czym wywołał nagły atak śmiechu u swoich słuchaczy. Ale niezrażony tym w ogóle, odczekał tylko małą chwilkę aż się trochę uciszyli, ciągnął dalej: — Ten dźwięk można by było porównać do brzęczenia pszczoły. Brzęczało i brzęczało. Aż tu nagle, na jaskini rozbłysnął żółty kwadrat i na nim czarnymi literami coś się pisało, co papcio Chwat odczytywał nam głośno. A to było o tym, że oni przylecą do nas, a papcio poleci na Księżyc…
No właśnie, myślę, że Gaga dokładnie opisali Nosolkowi i pozostałym Poważalskim jak Księżycowi Pobratymcy nawiązują z nami kontakt — włączył się już dziadek Hardy, ubawiony opowieścią bliźniaków. — Tak to wygląda, a odbywa się to zawsze przy pełni Księżyca. Tym razem nasi przyjaciele trafili dodatkowo na Kupalnockę*, jak wspominał Gabcio. Tą wiadomością sprawili nam naprawdę wielką przyjemność i jeszcze bardziej umilili nam nasze tamtejszego dnia zabawy sobótkowe. Ale wróćmy jeszcze na chwilę do ich ówczesnego pobytu na Ziemi i w naszych progach. Otóż, okazało się, że oni w ogóle nie śpią. Miła przygotowała im posłanie w komnacie dla gości, a ja pokazałem im gdzie mogą się odświeżyć. Patrzyli na nas ze zdziwionymi minami na wszystkich twarzach i nie mogli pojąć, co my od nich chcemy. Wyszło na to, że my też nie spaliśmy tamtej nocy. No bo jak zostawić gości? Nawet Chwatowi nie kazaliśmy iść spać, gdyż po takiej dawce promieniowania jaką otrzymał, woleliśmy mieć go na oku. Siedział więc nieborak przy stole jakiś taki przymulony, trzymając w rękach swoją ociężałą głowę, i co chwilę mrugał sennymi powiekami… A więc skoro nikt nie spał, bo co niektórzy spać nie chcieli, poszliśmy wszyscy razem po żywicę do lasu. A że było już ciemno, wziąłem ze sobą świetlikową latarenkę, aby trafić do tych drzew, na których moim zwyczajem miałem porozwieszane zbiorniczki na żywicę. Wtedy to nasi nowi przyjaciele zaskoczyli nas ponownie. Bo nagle zrobiła się taka jasność, że aż na chwilę zdębiałem. Po czym odstawiłem swoje skromne źródło światła, no i poprowadziłem ich do drzew żywicznych w zupełnej jasności. Możecie sobie wyobrazić? Oni wyglądali jak chodzące żarówki. Całe kaptury im jaskrawo świeciły, dookoła głów. A cztery takie kaptury razem, wiecie ile dawały światła? Nieprawdopodobna i niesamowita wręcz jasność... i jeszcze bym dodał: nieziemska jasność… No dobrze, opowiadam dalej. Kiedy już dotarliśmy do żywicodajnych drzew, ucieszyłem się bardzo, bo na szczęście w zbiorniczkach było wyjątkowo dużo żywicy. Zacząłem się uwijać razem Miłą i Chwatem i zbierać to uszczelniające cudo natury do wiaderka, które przezornie wziąłem ze sobą. Nasi goście w tym czasie zajęli się rozmową i zgrzytali coś tam między sobą po swojemu. Jak już wiaderko było pełne, podszedłem do nich i pokazałem nasze zbiory. Cieszyli się jak dzieci, skacząc w powietrzu bez dotykania ziemi stopami. Chwat był wniebowzięty na widok ich umiejętności. Sam nawet spróbował raz tak skoczyć… i wyrżnął jak długi na twardą ziemię…

-------------------------------------------------------------------------------------------
* Kupalnocka to inna, słowiańska nazwa Nocy Świętojańskiej z 21 na 22
czerwca, w której następuje letnie przesilenie Słońca i odbywają się związane 
z nim obrzędy oraz zabawy sobótkowe.

Ooo, zaraz, zaraz, już sobie coś przypominam — rzekł uradowany papcio Chwat. — To było związane z moim guzem. Z kosmicznym… chyba… guzem. Czy jakoś tak… W każdym bądź razie, coś w tym rodzaju.
Masz rację, synu! — śmiejąc się powiedział dziadek Hardy. — To był kosmiczny guz. Tak nazwała go twoja mamcia Miła, kiedy ty leżałeś wyciągnięty na wystających z ziemi korzeniach drzew i brałeś głęboki oddech, aby rozryczeć się wniebogłosy. Powiedziała ci też, że ten guz, to będzie pamiątka po gościach z kosmosu. Ale zaraz doskoczył do ciebie jeden z Pobratymców i dotknął twoje czoło jakimś kamieniem. Przestało cię boleć i guz zniknął. Wtedy ty się zbuntowałeś. Chciałeś z powrotem mieć tego guza… nawet z bólem. Podszedł znów ten sam Księżycowy Pobratymiec, i przeraźliwie zgrzytając ze śmiechu, przyłożył do twojego czoła tym razem tylko swój palec wskazujący i… guz pojawił się z powrotem, tyle że ładniejszy, bo kolorowy. Różowo-fioletowo-zielony. Byłeś bardzo zadowolony. No i potem, mogliśmy się już zająć żywicą. Tłumaczyłem im, że musimy się wrócić do domu, aby rozgrzać wiaderko z zawartością, celem rozmiękczenia żywicy, bo z twardą nic nie zdziałamy. Na to ich dowódca powiedział, że to zbyteczne. Że oni muszą at home, i to niezwłocznie. Wziął ode mnie wiaderko i powiesił go na swoim haczykowatym kciuku. W wiaderku coś zaskwierczało, zabulgotało… i w powietrzu rozniósł się intensywny zapach rozgrzanej żywicy. Wtedy on z szerokim uśmiechem na dolnej twarzy spytał: „A co to takiego, to trudne słowo: rozmiękczenia?”. I nie czekając na moją odpowiedź, powiedział: „Konsystencja stała, nie musi być stała. Zmienić ją w płynną, to żadna chwała… Czy jakoś tak podobnie. Czytałem o tym w naszej księżycowej bibliotece, w Leksykonie Ziemskiej Fizyki, wydanym w języku… w tym… no wiesz, w tym, co go najwięcej na waszej planecie… ach, już wiem, amerykańskim… Czy angielskim? Sam już nie jestem pewien. Bo może po awarii naszego statku kosmicznego moje receptory przetwarzania języków ziemskich nie działają prawidłowo”. I wiecie, co on potem zrobił? Nie uwierzycie. Krzyknął głośno: „Kocham cię” i… cmoknął mnie w rękę dolnymi ustami, po czym spytał: „Tak to się u was robi?”. I jak zwykle, nie czekał na odpowiedź, tylko pobiegł z wiaderkiem w stronę Łysej Polany, a za nim jego towarzysze. A ja zaskoczony i kompletnie skołowany stałem jakiś czas z rozdziawioną buzią i tylko patrzyłem za nimi, nie mogąc zrobić kroku. No ale do porządku szybko przywołała mnie Miła, swoim głośnym śmiechem. Ta moja wspaniała żona, a wasza matka i babcia, aż pękała ze śmiechu. Tak ją ta sytuacja ubawiła…
Bo gdybyś wtedy mógł zobaczyć swoją minę, też byś się śmiał do rozpuku — przerwała dziadkowi babcia Miła, dławiąc ponowny atak śmiechu. — Tak głupio zdziwionej miny nie widziałam u ciebie nigdy.
Zazdroszczę ci mamciu, że ty to pamiętasz — powiedział wesolutko papcio Chwat i zwrócił się do ojca: — Musiałeś papciu, delikatnie mówiąc, fajnie wyglądać.
No, no…! Cicho już tam! — nakazał dziadek Hardy rozbawionym głosem i popatrzył na podłogę, na siedzących tam wnuków. — A wy, trzpioty, co tak rechoczecie? Wiecie, gdyby można było personifikować uczucia, to tamtego długiego dnia, byłbym: „chodzącym zdziwieniem”… Ale, że mnie Miła w porę spamiętała, machnąłem tylko ręką na wszystkie dziwy tego świata, i nie tylko tego, chwyciłem Miłą i Chwata za ręce i pognaliśmy jak szaleni za naszymi gośćmi. Bo żeby chodzić przy nich, jak widzicie, nie było mowy. Gdy ich wreszcie dopadliśmy, oni uwijali się już jak w ukropie wokół swojego statku kosmicznego. Powiedziałem im wtedy, że wcale nie muszą się tak śpieszyć, że ja im pomogę i że spokojniej będzie wszystko nazajutrz naprawić. I już prawie miałem powiedzieć: „o świcie, kiedy już będzie jasno”, ale na szczęście w porę się powstrzymałem, bo wygłupiłbym się okrutnie, mówiąc to w zupełnej jasności, jaką oni dawali sobą dookoła. Wysłuchali mnie z uśmiechem, no i z powagą jednocześnie. A ich dowódca po krótkim namyśle powiedział, że muszą koniecznie tej nocy wystartować, gdyż mogą to zrobić tylko przy pełni Księżyca. W przeciwnym razie będę musiał gościć ich przez następne dwadzieścia siedem dni*, to znaczy, do dnia kolejnej pełni Księżyca. Nie od razu pokapowałem o co mu chodzi, ale powiedziałem, że to dla nas żaden problem, że chętnie będziemy ich gościć tak długo, jak

----------------------------------------------------------------------------
* 27 dni — w ciągu tylu dni Księżyc obiega Ziemię i tyleż czasu
trwa jego obrót dookoła osi, wskutek czego z Ziemi widoczna 
jest zawsze ta sama część jego powierzchni.

tylko zechcą. I szybko, tak na wszelki wypadek, schowałem swoje ręce za siebie. Wszyscy jednocześnie zazgrzytali ze śmiechu, nie przerywając pracy. Tylko dowódca wpatrywał się we mnie z wyrazem namysłu na obydwu twarzach. Po czym rzekł, że są wdzięczni za naszą pomoc i gościnność, że nigdy nam tego nie zapomną. Że na pewno nam się odwdzięczą, ale tym razem muszą wracać planowo, aby nie zakłócić ich Planu Lotów Kosmicznych. Domyślałem się, że taki plan to ważna sprawa, więc zamilkłem i zabrałem się do pomocy. Niewiele jednak miałem roboty, bo oni, że tak powiem: w kosmicznym tempie uwinęli się ze wszystkim i po pęknięciach w obudowie pojazdu nie było śladu. Na koniec jeden z Pobratymców pobiegał jeszcze dookoła pojazdu z wyciągniętymi palcami wskazującymi, kierując je w stronę uszczelnionych pęknięć, i wyobraźcie sobie, w miejscach tych z dziwnym świstem powstawała gruba warstwa szronu. W ten sposób utwardzał i utrwalał uszczelnienia. I pomyśleć, nasza ziemska żywica jest tak niezawodna. No i wylądowała na Księżycu… Księżycowi Pobratymcy nie kryli zadowolenia. Dowódca nacisnął swój mały metalowy przedmiocik i drzwi pojazdu się otworzyły, a za moment, z cichym poszumem wysunęły się spod nich schodki. Dowódca jednym susem wskoczył do środka. Na krótką chwilę zaległa cisza. Wszyscy wstrzymaliśmy oddech, wyczekując jego reakcji. Ale na szczęście nie czekaliśmy długo, bo już po paru sekundach dało się słyszeć leciutki pomruk pojazdu i głośne, zgrzytające: „hurrrrra!”, najpierw dowódcy, a potem już nas wszystkich. Z tym, że nasze ludkowe było mniej zgrzytające. Po chwili dowódca stanął w drzwiach i głośno ogłosił krótkie: „at home!”. Uradowany zeskoczył do nas, a ja po jego minie, naturalnie dolnej, poznałem, że znów nam będzie wylewnie dziękował. Podsunąłem więc Miłą do przodu, i on, ku jej zachwycie, wycałował jej obydwa policzki, a Chwata wziął na ręce i powiedział: „Teraz you, little boy* będziesz naszym gościem. Versprechen!”.** No to wtedy też zauważyłem, że jego receptory odpowiedzialne za przetwarzanie naszych ziemskich języków co nieco szwankują. Ale to nam nie przeszkadzało. A zwłaszcza Chwatowi, bo i tak nic nie zrozumiał, tylko zachwycał się jego świetlistym kapturem z tak bliska. Potem pozostali Księżycowi Pobratymcy

--------------------------------------------------------
* you, little boy — ty, mały chłopcze (jęz.ang.)
** Versprechen — obietnica (jęz.niem.)

podchodzili po kolei i robili to samo, co ich dowódca. A ja stałem nieco w tyle. Gdy zakończyli swój dziękczynny ceremoniał, podszedłem do nich i powiedziałem, że my wszyscy czujemy się ogromnie zaszczyceni gościć ich w swoich progach i że nie mają nam za co dziękować. Zaprosiłem ich do nas na przyszłość i powiedziałem, że mogą nas zawsze odwiedzać, kiedy tylko mogą i chcą. Następnie pokazałem im ziemski uścisk „na niedźwiedzia”. Byli zachwyceni. A ja widziałem wyraźnie, że im się łzy zakręciły w oczach, i to (w co nie mogłem uwierzyć) w oczach górnej twarzy... A może w uścisku z nimi, zbyt mocno byłem oślepiony ich jasnością? Ale wtedy nie zastanawiałem się nad tym, bo sam poczułem wilgoć pod oczami. Nie będę ukrywał, oni mi bardzo przypadli do serca… I kiedy już wszystko było przygotowane do ich startu, wręczyłem dowódcy wiklinowy kosz pełen przeróżnych sadzonek i ziarenek, jakie tylko Miła zdołała na szybko przygotować. A on, uszczęśliwiony niesamowicie, wręczył mi w rewanżu dwa kamienie. Widząc moje zdziwienie, powiedział, że to nie są zwykłe kamienie. Że jeden nazywa się: „gagat”*, a drugi: „gabro”**…
Och, mamciu najmilejsza! A to co?! — wrzasnęli Gaga jednocześnie.
Gagatek zerwał się z podłogi jak poparzony. Stanął naprzeciw dziadka Hardego i wywrzeszczał jeszcze jedno pytanie:
Czy my aby dobrze słyszymy?!
O rany, niesamowite! To naprawdę niesamowite! — z ogromnym zainteresowaniem na twarzy zawołał Chwatko, który do tej pory siedział cicho i milcząco chłonął każde wypowiedziane słowo. — Siadaj, Gagatku, i bądź cicho. Dziadziuś na pewno nam wszystko opowie… Tak, dziadku? Dobrze słyszymy? Mówisz: gagat i gabro?
Tak, moi drodzy, dobrze słyszycie — poważnie odpowiedział dziadek, ale i z lekką wesołością w głosie. — Zaraz wam wszystko wytłumaczę. Ale po kolei. Otóż, dowódca wyjaśnił mi, że podobne kamienie występują na Ziemi, że wie o tym dokładnie, bo od dawna badają naszą skorupę ziemską, ale nasze, ziemskie, nie mają aż takich właściwości, jak ich, księżycowe. A nazwali swoje kamienie tak samo jak nasze, bo im się nasze nazwy spodobały. Zrazu pomyślałem, że to na pewno ze względu na ich zgrzytający sposób wymowy, ale to w końcu nie takie ważne. Opowiedział mi potem, jakie właściwości mają podarowane mi kamienie. A więc: gagat zawraca złe energie tam skąd przyszły, chroni przed przemocą zarówno ludzką, jak i astralną***, wzmacnia kreatywność i twórczość, pomaga pokonać bariery czasowe. Odpędza również negatywne myśli, pobudza ciekawość, pomaga pożegnać się z tym co odeszło, lub powinno odejść. A i w chorobach przeróżnych jest niezastąpionym lekarstwem. Wystarczy przyłożyć go do chorego miejsca i w mig jest się zdrowym, sprawnym jak wprzódy. Natomiast gabro daje ogromną siłę fizyczną i psychiczną oraz hart ducha. Ugruntowuje w człowieku dobre cechy charakteru i nieugiętość. Zapewnia również odporność na ogień. Nowo wzniesione domy, czy inne budowle, po zetknięciu z promieniami tegoż kamienia stają się ogniotrwałe. A droga, którą podążamy, łatwiejsza do pokonania… Tak że widzicie, były to naprawdę cudowne kamienie… i są do tej pory.

---------------------------------------------------------------------------------------
* gagat odmiana węgla brunatnego, zwany też czarnym bursztynem.
Używany do wyrobu ozdób.
** gabro — magmowa skała głębinowa. Materiał drogowy i dekoracyjny.
*** astralna — gwiezdna; zaświatowa; niematerialna; związana z kultem
ciał niebieskich.

No dobrze, dziadziuniu. Ale co my mamy wspólnego z tymi cudownymi kamieniami? Albo one z nami? — zapytał zniecierpliwiony Gabcio.
Gagatek, nie czekając na dziadka odpowiedź, dołożył jeszcze jedno pytanie:
Czy my mamy takie same właściwości jak te kamyki?
Cha, cha, cha!... Zaraz… już… już wam mówię… — wykrztusił z siebie dziadek, śmiejąc się rubasznie. I śmiał się dalej, bo śmiech jest zaraźliwy, a całe towarzystwo zanosiło się aż od śmiechu. Po dobrej chwili, kiedy wszyscy już się trochę uspokoili, gryząc swój wąs, by znów nie parsknąć śmiechem, powiedział: — No, może nie macie takich samych właściwości jak kamienie podarowane mi przez Księżycowych Pobratymców, ale nieraz działacie na nas tak jak te kamienie. A całkiem już poważnie, to muszę wam powiedzieć, moje kochane wnuczęta, że u nas, w naszym społeczeństwie leśnych ludków, jest taka tradycja, że nowo narodzonym dzieciom imiona nadaje senior rodu. To znaczy, że w myśl tej tradycji ja nadawałem wam imiona. I kiedy w przypadku was starszych wnuków nie miałem żadnych problemów z wyborem imienia, bo każdy z was urodził się już z wypisanym tak jakby na twarzyczce imieniem, to w przypadku najmłodszych, czyli was bliźniaków, problem ten się pojawił. Otóż wtedy, wszyscy byliśmy podwójnie szczęśliwi, bo byliście naszymi pierwszymi bliźniakami w rodzinie, dlatego też chciałem was nazwać jakoś szczególniej, wznioślej. Długo obmyślałem jakie by tu imiona wam nadać. I kiedy raz znów byłem zajęty wymyślaniem wam imion, nagle usłyszałem charakterystyczne brzęczenie… To nasi przyjaciele z Księżyca wchodzili z nami w kontakt… I zanim jeszcze cokolwiek wyświetliło się na ekranie, byłem już pewny, że nazwę was Gagat i Gabro. No i tak się stało.
Och, jak ja kocham Księżycowych Pobratymców! — wrzasnął Gabcio na wskroś przejęty tym, co usłyszał. A Gagatek rzucił się na niego i w przypływie nagłej euforii zaczął ściskać go jak imadło i również wrzeszczeć, tyle że jeszcze głośniej: — Ja też, ja też, ja też... też, też, też!
Gagatku, ty utrapienie nasze, puść biednego Gabcia, bo go udusisz! — zawołał Chwatko i zwrócił się do dziadka. — Dziadku kochany, a powiedz… powiedz nam, gdzie są teraz te kamienie?
Są, są… i to w dobrym miejscu. Gabro leży sobie w pięknej szkatułce w naszym sejfie. Kiedy zachodzi potrzeba, wyciągamy go z wielkim namaszczeniem, a po pomyślnym użyciu, z takim samym namaszczeniem chowamy go z powrotem. Natomiast gagat... jest… no dobra, Miła, demonstruj!
Voila`! Proszę bardzo! — zawołała babcia Miła, zdejmując z szyi tiulowy szal i demonstrując wszystkim swój piękny naszyjnik. — No widzicie, gagat ma się dobrze. Od tamtej pory noszę go zawsze na szyi. Zmieniam tylko aksamitki, w zależności od koloru mojego stroju. A gdy zajdzie taka konieczność, aby go niezwłocznie wykorzystać, mam go stale pod ręką. Już nieraz miałam okazję, a właściwie potrzebę jego użycia. I muszę przyznać z pełną odpowiedzialnością, że mnie jeszcze nigdy nie zawiódł. Wręcz przeciwnie. Noszę go już tyle lat, a on mnie ciągle zaskakuje swą nieziemską mocą. Macie rację, Gaga, Księżycowi Pobratymcy są bardzo kochani.
Wszystkie dzieci zerwały się z poduszek, i podchodząc po kolei do babci Miłej, dotykały wiszącego na jej szyi gagatu. Kamień był koloru ciemnobrązowego. Aksamitka zaś, na której wisiał, w kolorze babcinej zielonej sukni. Dzieci były nim zachwycone. A już najbardziej Gagat.
Po chwili i Dumko zerwał się z ciekawości z zajmowanego miejsca na sofie. Podszedł do babci Miłej i nieśmiało spytał:
Droga teściowo, czy ja też to cudo mogę dotknąć?
Ależ oczywiście, Dumko. Ty go też jeszcze nie widziałeś.
Właśnie. Radosna coś mi tam kiedyś o nim wspominała, ale nie bardzo chciałem wierzyć — powiedział rozpromieniony Dumko i drżącą ręką dotknął kamienia. A kiedy poczuł go pod palcami, przez głowę przeleciała mu myśl, że może by tak on sprawił, iż urośnie jeszcze chociaż ździebko? Ale zaraz zawstydził się sam przed sobą i tylko głośno, może nawet ciut za głośno, powiedział: — No tak, taki szlachetny kamień musi być używany tylko do szlachetnych celów.
I przysięgam, Dumko, zawsze do takich tylko celów był używany — oznajmił z powagą dziadek Hardy. — Kiedy tylko byliśmy w jakiś poważnych tarapatach, albo nękały nas choroby, jego działanie sprawiało, że wszystko wracało szybko do normy, a my do zdrowia. Tak, masz świętą rację, Dumko. Nie godziłoby się używać go do innych celów… Tylko do szlachetnych.
No widzisz, Gabciu, jacy my jesteśmy szlachetni?! — bardziej stwierdził niż zapytał Gagatek i wyrżnął brata poduszką w głowę, ale ostrożnie, aby nie trafić w guza, którego on ciągle ukrywał pod kapelusikiem.
Akurat. Różnie z tą waszą szlachetnością bywa — stwierdziła ze śmiechem Śmieszka. — Ale miejmy nadzieję, no, przynajmniej mamcia i papcio ją mają, że z wiekiem nabierzecie szlachetności. W myśl wyrażenia: nomen omen*.

----------------------------------------------------------------
* nomen omen — imię znaczy (łac.), w imieniu osoby
objawia się jej charakter.

Będzie dobrze — zawyrokował dziadek Hardy. Po czym zabrał Gagatkowi z rąk poduszkę, rzucił ją na podłogę i posadził go na niej z powrotem. Gabciowi zaś poprawił przekrzywiony kapelusik i poklepał po ramieniu, puszczając jednocześnie do Śmieszki oczko. Szeroko się do wszystkich uśmiechnął i mówił dalej: — Wtedy, kiedy dowódca wręczał mi te kamienie, nie miałem zielonego pojęcia, jak będzie wyglądała nasza przyszłość, bo i skąd zresztą. Ale jakoś dziwnie, podświadomie bardziej niż świadomie, wyczuwałem, że nasze życie będzie bezpieczniejsze i przeto jeszcze bardziej szczęśliwe. I nie myliłem się. Patrzcie, ile może zdziałać przyjaźń i wiara w dobro. Żałowałem wówczas najbardziej tego, że tak szybko musieliśmy się pożegnać. Że oni musieli w wkrótce wracać at home, jak to mówili. Przez te wszystkie lata ciągle tego żałowałem. Jak już wspominałem, oni mi bardzo przypadli do serca. Pomimo swej niespożytej energii i ruchliwości, emanowali wewnętrznym spokojem, ciepłem i wielką dobrocią. Byłem nimi zafascynowany. I chociaż co rusz zaskakiwali mnie, to jednak muszę przyznać, że to były miłe zaskoczenia. Czułem też, że i oni nas polubili. Wyrażały to ich wszystkie twarze, nawet te górne, choć stale były poważne. Tak, to się po prostu czuje… No i niestety, w końcu przyszedł taki moment, że musieli wsiadać już do swojego pojazdu kosmicznego. Pojazd uruchomiony wcześniej przez dowódcę, nabrał już odpowiedniej mocy i nad wejściem do niego włączył się dźwiękowy sygnał: „pip, pip, pipirrrri-pip…” i wyświetlił się jakiś napis, same esy-floresy w ich języku, co dowódca mi przetłumaczył na: „ready!* start!” I dalej: „pip, pip, pipirrrripip…” Aż w uszach piszczało, takie to były przeraźliwie wysokie dźwięki. Wprawdzie dowódca znów trochę pomylił ziemskie języki, ale zrozumiałem, że oto pożegnanie stało się rzeczywistością. Wszyscy nasi księżycowi przyjaciele ustawili się w szereg i oddali nam coś w rodzaju salutu. Obiema rękami najpierw złapali się za górne głowy, a następnie wyciągnęli ramiona do przodu, i z rękami złożonymi w koszyczek, skierowali je w naszą stronę. I tak, w takiej pozycji, na chwilę w bezruchu postali. A my poczuliśmy jakieś miłe ciepło, rozchodzące się po naszym ciele. Potem usłyszeliśmy

-----------------------------------------------------------------------------
* ready — gotowy
** confetti — (wł.) maleńkie krążki z różnokolorowego papieru,
którymi obrzucają się uczestnicy zabaw, balów itp.

jednogłośne: „dooowidzzzeniaaa”… i jednym skokiem, wszyscy, jak jeden Księżycowy Pobratymiec, znaleźli się w środku statku kosmicznego, a właz z ledwo słyszalnym szelestem zamknął się za nimi. Zrobiło się nam bardzo smutno, ale był to uroczysty smutek. Bo i sytuacja była niezwykle uroczysta i podniosła. Po chwili pojazd zaczął się pomału unosić do góry… wyżej… coraz wyżej. I nagle, kiedy był już wysoko ponad naszymi głowami, zawisł w bezruchu. To co się potem działo nie można opisać słowami. To trzeba przeżyć osobiście… To była bajeczna iluminacja świetlna połączona z anielską muzyką… No nie, na serio brak mi słów… Miła, może ty opowiesz. Kobiety są przecież wrażliwsze i lepiej potrafią opowiadać o pięknie…
A piękno było ujmujące — zaczęła opowiadać babcia Miła, patrząc gdzieś w dal rozmarzonymi oczami. — Setki pulsujących, różnokolorowych światełek. Każde światełko jak gdyby uśmiechało się do nas i rzucało w naszym kierunku złociste confetti**. Aż chciało się je złapać. Ale to tylko optyczna iluzja. Złote krążki rozpływały się w powietrzu, zastępując wizualne złudzenia dźwiękiem… Ciche dzwoneczki drżały na wietrze, intonując swą delikatną muzyczką głośniejszej i nagle rozbrzmiałej muzyce. Muzyce anielskich fujarek. Była to przecudna muzyka. Balsam dla duszy. Tkliwość dla serca. Czuliśmy się jak gdyby zawieszeni na błękitnych obłokach, gdzieś w niebiańskiej przestrzeni, kołysani przez delikatny i cieplutki zefirek. A wokół nas wszystko tchnęło miłością. Niebiańską miłością. Chciałoby się tak zostać na wieczność… Ale niestety, statek kosmiczny drgnął nagle i muzyka ucichła… Wszystkie światełka rozbłysły niebieskim kolorem, a po środku ukazał się złoty napis: „As you like it?”.* Nasi przyjaciele jeszcze raz... i niestety przedostatni (jak się po chwili okazało) pomylili nasze ziemskie języki. Wprawdzie nie za bardzo znaliśmy wtedy angielski, ale słowo: „like” kojarzyło nam się dobrze. Zaczęliśmy więc wiwatować i bić brawo. Bo widok był niebiański. Iluminacja gwieździstego nieba. W odpowiedzi na nasz entuzjazm usłyszeliśmy ich zgrzytający, ale miły śmiech, rozbrzmiewający jakby z megafonów, gdzieś wysoko z nieba… A może już nam się tylko tak wydawało? Może był to tylko dźwięk wchodzących na obroty silników? Po chwili poczuliśmy silny podmuch wiatru. Pojazd zerwał się do odlotu, pokonując wysokość kilkudziesięciu metrów. Jeszcze raz zatrzymał się na moment i zawisł w powietrzu. Światełka przybrały kolor zielony i na ich tle, po środku, rozbłysło olbrzymie czerwone serce z napisem: „Love!”.* I nagle wszystko znikło. Silniki zaryczały jeszcze głośniej, po to, żeby za moment zupełnie zamilknąć i buchnąć olbrzymimi kłębami czerwonego dymu z obu stron pojazdu. Ten ich wspaniały pojazd wyglądał z tej wysokości jak gigantyczna fujarka ziejąca ognistym dymem. Staliśmy tak jak zaczarowani, wpatrując się w to nieziemskie zjawisko. Lecz już niedługo mogliśmy podziwiać to cudo, bo za chwilkę coś zaszumiało, zagrzmiało, i błysło jak potężna błyskawica… i tyle żeśmy ich widzieli. Zniknęli tak nagle z naszych oczu, że nie byliśmy już pewni, czy to była prawda, czy to tylko sen…

----------------------------------------------------------
* As you like it? (ang.) Jak wam się podoba?
* Love — (ang.) miłość.    


cdn.

Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach). 

Z potęgą skał na ty

Potęga skał i kruchość ludzka
Od wieków ku sobie się mają...
Toteż na swoim tle — na przemian
Niejednokrotnie przebywają.


wtorek, 2 kwietnia 2019

K-X ląduje (1 cz.)


Gdzieś daleko, za wieloma miastami i wieloma wioskami, na olbrzymich połaciach ziemi rósł piękny, gęsty las. A w jego zielonej gęstwinie, w otoczeniu pojedynczych skał sterczących wysoko ku niebu, między którymi hulał wiatr, wygrywając magiczne melodie, żyło małe społeczeństwo leśnych ludków. Była to miła i radosna, a przede wszystkim bardzo szczęśliwa rodzina Śmieszalskich.
Głową tej rodziny był papcio Chwat Śmieszalski, który wraz ze swą mądrą żoną Radosną i swoimi sędziwymi rodzicami oraz czworgiem dzieci wiódł dostatnie życie, bez większych trosk, w miłej atmosferze kochającej się rodzinki. A otaczająca ich zewsząd przyroda tworzyła dopełnienie ich szczęścia.
Leśne ludki z wyglądu niczym się nie różniły od ludzi żyjących w miastach i wsiach, poza jednym szczegółem: byli bardzo niskiego wzrostu. Dorosłe ludki mierzyły jedną stopę. Zdarzało się jednak, że niektóre były dużo wyższe. I do takich ludków właśnie należał papcio Chwat. Jego ojciec Hardy także. A to sprawiało, że wśród leśnych ludków obaj uchodzili za bardzo wysokich i postawnych mężczyzn.
Ich niewysoki wzrost miał też wiele zalet. Mogli być prawie niezauważalni. Jak tylko chcieli, albo zaszła taka potrzeba, ze względów bezpieczeństwa na przykład, w mig potrafili się schować. A przy ich wzroście mieli bardzo dużo możliwości.
Najwięcej i najczęściej ze swojego niskiego wzrostu korzystało wesołe rodzeństwo Śmieszalskich. Był dla nich nie bez znaczenia i dawał wiele radości. Zwłaszcza w różnego rodzaju zabawach. Najstarszy z rodzeństwa, czternastoletni Chwatko, wprawdzie rósł i rósł i zanosiło się na to, że w przyszłości też będzie bardzo wysokim mężczyzną, ale póki co, w wielu zabawach młodszego rodzeństwa ciągle chętnie uczestniczył. Papcio Chwat i dziadek Hardy lubili go obserwować jak staje się mężczyzną. Wychowywali go przecież na następcę rodu Śmieszalskich.
Rok młodsza Śmieszka była dużo niższa, ale za to serce miała ogromne. Była bardzo miłą i wesołą dziewczynką, ale jednocześnie szczerą i wrażliwą na czyjąś krzywdę. Dla wszystkich miała czas i dobre słowo.
Najmłodsi z rodzeństwa natomiast, dziewięcioletni bliźniacy: Gagat i Gabro, byli bardzo mali jak na swój wiek, ale za to bardzo żywotni. Energia ich rozpierała. Wszędzie było ich pełno, czy ktoś sobie tego życzył, czy nie. Wyrastali nagle jak dwa grzyby po deszczu i głośno oznajmiali wszem wobec i każdemu z osobna swoją obecność. Rodzice i dziadkowie często musieli ich upominać, dlatego też, dla potrzeb wychowawczych, wymyślili wspólne imię dla obu bliźniaków naraz. Było to imię: „Gaga”, powstałe z połączenia dwóch pierwszych liter imion chłopców. Tak im było o wiele łatwiej obu jednocześnie przywoływać do porządku. Mamcia Radosna nieraz załamywała ręce nad ich postępkami, ale miała nadzieję, że z wiekiem nieco się uspokoją i spoważnieją. Bliźniacy byli bardzo do siebie podobni z wyglądu, ale różnili się usposobieniem. Rozrabiali zawsze razem, jednak prym wodził nieustająco Gagat. Gabro natomiast, choć aktywnie uczestniczył we wszystkich poczynaniach „Wesołej Dwói” (jak ich też czasami nazywała babcia Miła), wolał podporządkowywać się bratu. A że prześladował go pech, zawsze musiał się w coś wpakować. Niechcący, ma się rozumieć. Te cechy ich charakteru nie omieszkało wykorzystać ich starsze rodzeństwo i dla jasności wszelakich sytuacji, w jakie pakowali bliźniacy siebie i ich przy okazji, nazwało ich bardziej pasującymi do ich osobowości imionami: Gagatek i Gabcio. I tak już zostało. Bliźniacy mieli więc wiele imion i chociaż ich prawdziwe imiona miały zupełnie inne znaczenia, bardziej wzniosłe, to mimo tego nie przeszkadzało im być nazywanym zupełnie inaczej, wręcz ich to bawiło.
Rodzinka Śmieszalskich żyła sobie wśród strzelistych skał w olbrzymiej jaskini wyżłobionej dawno temu przez podziemną rzekę. A rzeka ta musiała być wielką artystką, jak to mawiał dziadek Hardy, bo wyrzeźbiła jaskinię przecudnie. Utworzyła piękne pomieszczenia, wręcz proszące się, aby w nich zamieszkać. Urządzili więc sobie Śmieszalscy jaskinię jak wnętrze pałacu, w której mieli dziesięć komnat, dwie kuchnie i trzy łazienki. Wszystkie pomieszczenia były pięknie umeblowane rzeźbionymi meblami zrobionymi własnoręcznie przez dziadka Hardego i papcia Chwata. Udekorowane były zaś haftowanymi jedwabiami i wełnianymi dywanami, tudzież wspaniałymi gobelinami wykonanymi przez babcię Miłą i mamcię Radosną. Gdzieniegdzie można było również zobaczyć małe dziełka Śmieszki. Na przykład: szydełkowane kolorowe serwetki pod doniczkami z kwiatami oraz wiele wyszywanych wesołych makatek.
W jaskini mieszkało się rodzince Śmieszalskich jak w bajce, szczęśliwie i radośnie. A wytryskujące spod skał wapiennych źródło swoim melodyjnym szumem dodatkowo akcentowało tę atmosferę bajecznej szczęśliwości. Jego magię odczuwało się nie tylko wewnątrz jaskini. Przebijając się pod jej frontową ścianą na zewnątrz, utworzyło ludkom tam mieszkającym coś w rodzaju długiego korytarza łączącego ich ze światem zewnętrznym. A tam już, na zewnątrz, wśród soczystej zieleni lasu, błękitu nieba i igrających wesoło złocistych promieni słonecznych szumiało jeszcze bajeczniej. Swoim poszumem współgrało z leśną orkiestrą, w której podmuchy wiatru wygrywały cichutką muzyczkę na drgających liściach drzew, dodając coraz to mocniejsze akordy. Wiatr potrafił to doskonale. Dmuchał mocno pomiędzy strzeliste skały a te odpowiadały mu przepięknymi dźwiękami niczym piszczałki w olbrzymich organach po naciśnięciu klawiszy. Natura, jak profesjonalny dyrygent ze swoimi muzykami, wyczarowywała niezapomnianą muzykę. Chóralny śpiew ptaków dopełniał jej dzieła. Zachłanne na różne dźwięki echo leśne też miało udział w tym muzykowaniu. Rozkoszując się muzyką, niosło ją daleko po lesie.
Sielankową i spokojną atmosferę rodzinki Śmieszalskich od paru dni zakłócało podniecenie związane z przygotowaniami do odwiedzin ciotki Pogodnej (siostry papcia) i jej męża Dumka Poważalskiego wraz z dwoma ich synami: trzynastoletnim Gryziem i jedenastoletnim Nosolem.
Odwiedziny siostry papcia Chwata i jej rodzinki nie miały tym razem charakteru zwykłych, gościnnych odwiedzin. Rodzina miała się spotkać po to, aby omówić i przygotować podróż papcia na Księżyc. Bo gdzieś tak przed miesiącem, Księżycowi Pobratymcy (dziadek Hardy tak nazywał swoich przyjaciół z Księżyca) nawiązali kontakt z Chwatem i oznajmili, iż w połowie lata (czyli jutro) przybędą na Ziemię po nowe roślinki. Zabawią więc jakiś czas na Ziemskiej Planecie. Przy tej okazji chcieliby poznać jego rodzinę i w drodze powrotnej zabrać go ze sobą na Księżyc. Pragną ugościć go u siebie, jak również pochwalić się florą, jaką udało im się wyhodować z ziarenek i sadzonek podarowanych im przez dziadka Hardego przy ostatniej ich wizycie. Chcieliby też zaopatrzyć papcia Chwata w księżycowe kamienie energetyczne i uzdrawiające, jakich nie ma na Ziemi.
Papcio Chwat tylko mgliście pamiętał Księżycowych Pobratymców. Był małym chłopcem, kiedy jego ojciec, Hardy Śmieszalski, gościł ich u siebie uroczyście. Siostra Pogodna natomiast w ogóle ich nie widziała, gdyż wtedy nie było jej jeszcze na świecie. Wszyscy byli więc bardzo podekscytowani wizytą Księżycowych Pobratymców, a już najbardziej dzieci.
W jaskini i poza jaskinią prace wrzały. Mamcia Radosna i babcia Miła w kuchni gotowały i piekły pyszności. Babcia Miła dobrze wiedziała, komu jakie przysmaki przygotować. Pamiętała nawet, jak bardzo smakował Księżycowym Pobratymcom placek jabłkowy w jej wykonaniu. Znajomy Jeżyk przyniósł jej dorodne jabłka, mogła więc z myślą o nich upiec dużą blachę tego ciasta. Spiżarnia była już cała zastawiona wszelkiego rodzaju jadłem i napitkiem, a obie kobiety ciągle jeszcze krzątały się po kuchni.
Śmieszka i Chwatko zajęci byli sprzątaniem całego jaskiniowego pałacu. Starszyzna męska zaś odpowiedzialna była za przygotowanie palenisk kuchennych i kominków w komnatach. Wieczory i noce w jaskini były chłodne, a że mieli zamiar ucztować ze swoimi gośćmi do późnych godzin nocnych, trzeba było zadbać o duże ilości drwa. Najstarsi z rodu Śmieszalskich doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że następna okazja spotkania przyjaciół nie nadarzy się szybko. Pragnęli więc, aby wszystko było jak najlepiej przygotowane, toteż rąbali drwa i rąbali, aż echo ziewało niemiłosiernie, znudzone monotonnym odgłosem rąbiącej siekiery.
Pod wieczór, kiedy już wszystko było zrobione i przygotowane do przyjazdu pierwszych gości, czyli ciotki Pogodnej z rodziną, papcio Chwat zrobił obchód po swojej posiadłości. Był zadowolony, wszystko grało. Już prawie zamierzał skierować się w stronę jaskini, gdy nagle zauważył, że na podwórku nieopodal źródła i tuż obok placu, zwanym lądowiskiem, poniewierają się po ziemi jakieś paprochy. Aż podskoczył z wrażenia, tak go to rozeźliło.
Gaga! Gagaaa! — zakrzyczał tubalnym głosem. — Pędem do mnie, i to już! Zbiórka przy mostku!
O rety! Co się stało?! — Bliźniacy wyrośli jak spod ziemi i jednocześnie wykrzyczeli pytanie. — Papciu, a ty czemu tak wrzeszczysz? — dołożył jeszcze jedno pytanie Gagat.
Niewiele mieliście pracy zadanej na dzień dzisiejszy… I co ja widzę? Wszędzie paprochy — grzmiał papcio jeszcze głośniej. — Zabierajcie się natychmiast do zamiatania. Za dwie godziny gołębie z Gołębich Linii Lotniczych wylądują z Poważalskimi na lądowisku. A wy, co? Jeszcze nie gotowi? Jazda po miotłę!
Ależ papciu, my przecież już zamiataliśmy, i to solidnie — odezwał się pierwszy Gabro.
To wiatr, jak by się wściekł, dmuchał tak mocno i roznosił nam to co wyzamiataliśmy. To nie nasza wina. My naszą robotę wykonaliśmy — doinformował papcia Gagat.
Wy mi tu nie opowiadajcie farmazonów. Do zamiatania… i to już! — głosem nieznoszącym sprzeciwu zakończył rozmowę papcio Chwat, i kręcąc głową, udał się do jaskiniowego pałacu.
Co było robić? Bliźniacy, poszturchując się, pomaszerowali do komórki po narzędzia pracy. A kiedy zamiatanie — z grubsza — było prawie zakończone, Gagat z uciechy zaczął z miotłą tańczyć walca. Tak nią wywijał zapamiętale, że nie zwracał uwagi na brata. Gabro akurat chciał się schylić, aby pozbierać ostatnią kupkę śmieci, gdy nagle pociemniało mu w oczach i padł jak ścięty twarzą prosto w pełen śmieci liść babki lancetowatej służący mu za szufelkę.
Och, mamciu moja kochana! Gagat, aż ty gagatku, co żeś znów narobił?! — krzyczała Śmieszka, biegnąc w stronę leżącego bez ruchu Gabro.
Śmieszka akurat trzepała z Chwatkiem chodnik z korytarza, i kiedy zauważyła jak Gagat wywija miotłą, chciała zawołać by uważał na brata. Nie zdążyła. Gabro w sekundzie leżał na ziemi. Jak długi.
Co to było…? Co się stało? — Gabcio z obolałą miną i błędnym wzrokiem starał się wykonać dwie próby naraz: zadać pytanie i podźwignąć się z ziemi.
Cha, cha, cha! Gabro, jak ty wyglądasz?! Jak jednorożec… jak… jak jednorogi diabeł… z oczeretu! — pękał ze śmiechu Gagat.
Gagatku, jak ci nie wstyd, przecież on cierpi — zgromił młodszego brata Chwatko, który szybciej od Śmieszki dobiegł do braci.
Ojej, boli cię? Naprawdę? — Gagat spamiętał się i w mig doskoczył do brata. Urwał kawałek liścia babki lancetowatej, którego Gabro używał jako szufelki, i już chciał mu przyłożyć do wielkiego guza, jaki narósł mu równo na środku czoła, ale nie udało mu się.
A tyś już chyba oszalał z kretesem! — krzyknęła Śmieszka, odpychając Gagatka coraz dalej od Gabcia i strzepując jednocześnie paprochy poprzyklejane do Gabciowej twarzy. — Zabieraj się z tym liściem, i to już!
No coś ty… przecież babcia Miła mówi, że to najlepsze lekarstwo… a babcia chyba wie… — obruszył się Gagat.
Tak, babcia na pewno wie, ale to musi być czysty liść… i nie na guza, tylko na krwawiącą ranę — na szybko doinformowała brata Śmieszka. — Chwatko, bierz Gabcia na ręce i nieś go do kuchni. Trzeba mu przyłożyć zimną metalową łyżkę, najlepiej maczaną w źródle, ale nieś go tak, aby starszyzna nie widziała.
Dzieci w te pędy pognały do drugiej kuchni, z nadzieją, że nikogo w niej nie będzie. Nie było. Na szczęście. Śmieszka i Chwatko z wielkim namaszczeniem zajęli się na w pół przytomnym ciągle Gabciem, pomagając mu dojść do siebie i próbując zminimalizować rozmiary rosnącego guza. Gagatek zaś, przyglądając się zabiegom starszego rodzeństwa, miotał się jak oszalały ze strachu o kochanego (jakby nie było) braciszka, no i ze strachu o siebie.
Gabciu mój kochany… tylko nie umieraj, proszę cię, błagam, tylko nie umieraj, bo co ja zrobię bez ciebie? Mamciu moja kochana… Śmieszka… Chwatko… ratujcie! — rozpaczał coraz przeraźliwiej, wznosząc przestraszony wzrok ku sklepieniu jaskini.
Uspokój się głupolu! — nakrzyczał na brata Chwatko. — Pomyśl wprzódy co robisz, zamiast później panikować.
Co tu się dzieje? — Rodzeństwo usłyszało nagle głos babci Miłej, która stanęła w drzwiach kuchni i przyglądała się swoim wnukom. — Wesoła Dwója znów coś zmalowała?
Nie, nic nie zmalowała, babciu — szybko odpowiedział Gabcio, wyprzedzając rodzeństwo i mierzwiąc jednocześnie grzywkę, by przysłoniła mu czoło. — Poślizgnąłem się tylko i upadłem, ale nic mi nie jest.
Gabcio kłamał jak z nut, chociaż kłamać nie lubił. W tym przypadku czuł się jednak usprawiedliwiony, bo kochał brata i nie chciał, aby ten oberwał od papcia. A i sam czuł się trochę winny, bo też mógł bardziej uważać i nie przesadzać później ze swoimi dolegliwościami. Ale tak mu było dobrze, widząc troskę w oczach rodzeństwa, iż specjalnie ździebko dłużej posymulował cierpiącego niżby wypadało. Oprócz guza oczywiście, bo ten był prawdziwy.
No i jak, dziatki moje, wszystko gotowe? — zapytała mamcia Radosna, wchodząc do kuchni i podejrzliwie przyglądając się dzieciom. — Coś nie tak z Gabciem?
Wszystko tak, mamciu… oprócz guza — ze śmiechem odpowiedziała Śmieszka i puściła do niej oczko.
No, tym razem muszę się zadowolić taką odpowiedzią, bo czas nagli… Szybko przebierajcie się w świąteczne ubrania i za godzinę wychodzimy na lądowisko witać Poważalskich — zakomunikowała mamcia, ciągle testując swoje dzieci spojrzeniem.
Po niespełna godzinie wszyscy członkowie rodzinki Śmieszalskich stali już jak jeden leśny ludek na lądowisku i zaglądali ciekawie na niebo, wypatrując gołębi z Gołębich Linii Lotniczych z Poważalskimi na pokładzie. Atmosfera była podniosła i uroczysta. Każdy był więc z lekka podenerwowany. Czy aby wszystko gra? Spoglądali co chwilę po sobie, sprawdzając swój wygląd. A już najbardziej mamcia Radosna kontrolowała każdego z osobna i wszystkich naraz, biegając oczami to po niebie, to po rodzince. Wszyscy chcieli jak najlepiej wypaść w oczach gości, dlatego też ubrali się na tę okoliczność bardzo starannie i ładnie. Kobiety już o to zadbały.
Mamcia Radosna specjalnie na cześć gości założyła na siebie własnoręcznie uszytą suknię z białego jedwabiu, długą aż do ziemi, lekko marszczoną od pasa w dół, z długimi rękawami i okrągłym, podwójnym kołnierzykiem. Suknia ta była przepięknie haftowana w pomarańczowe kwiatuszki. Na szyi mamci pyszniły się trzy sznury korali, a na nogach zgrabne buciki obciągnięte jedwabiem w takim samym koralowym kolorze. Swoje długie, złociste jak promienie słoneczne włosy upięła w fantazyjny koczek, wypuszczając na czoło kilka krótszych kręconych kosmyków. Wyglądała prześlicznie. Papcio Chwat z dumą zerkał na swoją zgrabną i uroczą żonę.
Babcia Miła miała na sobie również piękną, własnoręcznie uszytą suknię z jedwabiu, tyle że w zielonym kolorze, w białe haftowane kwiatuszki. Szyję przyozdobiła białym tiulowym szalem, a swoje czarne gęste włosy uplotła w warkocz, owijając nim dwa razy głowę i upinając go w coś w rodzaju koszyczka. Na nogach nie miała bucików. Babcia uwielbiała chodzić na bosaka, bo uważała, iż bezpośredni kontakt z ziemią daje jej dużo zdrowia i energii. Wszyscy ją znali z tego i byli już przyzwyczajeni do takiego jej stylu bycia. Suknia babci była zresztą tak bardzo suto marszczona i długa, że i tak nikt by nie zauważył jej bosych stóp. A poza tym, babcia wyglądała naprawdę dostojnie i elegancko.
Papcio Chwat i dziadek Hardy ubrani byli tak samo. W ciemnozielone spodnie z szerokimi nogawkami, brązowe kamaszki i białe bawełniane koszule. Z tym, że papcio miał koszulę z kołnierzem włożoną do spodni, a dziadek ze stójką wyłożoną na spodnie — ze względu na swoje „świadectwo dobrobytu”, jak w żartach nazywał swój dość pokaźny brzuch. Siwe, długie do ramion włosy, dziadek zaczesał staranniej niż zwykle gładko do tyłu. Wąsy i długą do piersi brodę wyszczotkował dokładnie, powiększając tym samym objętość i tak już pokaźnego zarostu. Wyglądał poważnie, ale i bardzo dobrodusznie. Papcio Chwat miał zaś czarne włosy, i jeszcze dłuższe. Związał je sobie w koński ogon luźno opadający na plecy. Papcio nie przepadał za brodą, ale żeby podkreślić swoją męskość nosił wąsy. A były one gęste i czarne jak smoła. I chociaż nigdy zbytnio nie przywiązywał wagi do ich wyglądu, to tym razem, jak gdyby nabrały kształtu, a ich końcówki nad kącikami ust podkręcone były lekko ku górze. Zapewne kobieca ręka musiała nad nimi popracować. Papcio wyglądał bardzo męsko i schludnie. Mamcia Radosna też miała wiele powodów, aby być dumną ze swojego przystojnego i dobrego męża.
Natomiast Śmieszka, najmłodsza przedstawicielka płci pięknej rodzinki Śmieszalskich, wyglądała wręcz bajecznie. Śmieszka założyła na siebie piękny strój, który był wspólnym dziełem trzech kobiet. Wprawdzie najważniejsze prace związane z wykrojem i szyciem wykonała mamcia i babcia, to jednak Śmieszka miała też swój duży udział, chociażby przy haftowaniu i wykańczaniu stroju. A ten jej wspaniały strój składał się z trzech części: z bufiastych spodni uszytych z mocno błyszczącego zielonego jedwabiu, z krótkiej gęsto udrapowanej spódniczki z cieniutkiej białej bawełny oraz z obcisłej bluzeczki z długimi rękawami i okrągłym dekoltem uszytej również z zielonego jedwabiu, ale w jaśniejszym o parę tonów odcieniu. Bluzeczkę tę Śmieszka sama wyhaftowała według starego babcinego wzoru przedstawiającego czterolistne koniczynki, w trzech rzędach wokół dekoltu i po jednym wzdłuż rękawów. Udało jej się nawet dopasować nici do haftu w takim samym ciemnozielonym kolorze w jakim były jej spodnie. Dało to wspaniały efekt. Tym wspanialszy, że pomiędzy koniczynki naszyła (już sama od siebie) białe świecące perełki. W tym stroju, w białych pantofelkach na nóżkach i z burzą złotych loków skręconych w spirale i opadających luźno do połowy jej pleców wyglądała zjawiskowo. Pięknie. A co najważniejsze, sama czuła się pięknie.
Chwatko zaś, jak to chłopcy w jego wieku, czuł się najlepiej w ubraniu wygodnym i niekrępującym ruchów. Dlatego też nie dał się mamci namówić na żadną jedwabną koszulę z żabotem. Ubrał się w swoje nie całkiem już wprawdzie nowe, ale świeżo wyprane szerokie spodnie z białej bawełny, i też z bawełny, tyle że cieńszej, obcisłą zieloną bluzę uwydatniającą jego coraz to bardziej nabrzmiałe muskuły. Bluza miała długie rękawy lecz Chwatko zakasał je powyżej łokci, co nie bardzo spodobało się mamci, ale udało mu się jej przetłumaczyć. A tłumaczenie miał proste. Mówił, że po kilkudniowej harówie w pałacu tak mu żyły nad nadgarstkami nabrzmiały, że rękawy go cisną i pękają w szwach, nie miał więc innego wyjścia jak je zakasać. Na takie tłumaczenie mamci nie pozostało nic innego jak tylko machnąć ręką. Buty, owszem, Chwatko założył, nawet nowe, podobne do papciowych kamaszków, ale z zamiarem zdjęcia ich tak szybko, jak to będzie tylko możliwe, aby za przykładem babci Miłej być w bezpośrednim kontakcie z ziemią. Swoje czarne falujące i długie do ramion włosy zmoczył w źródle i uczesał gładko nad czołem a z tyłu pozwolił im luźno opadać na ramiona. W efekcie końcowym ten młody mężczyzna, przyszły następca rodu Śmieszalskich, wyglądał bardzo interesująco.
Co się tyczy zaś bliźniaków, to trzeba przyznać, że nie wymagali dużo zabiegów z garderobą. Może tylko z toaletą było trochę gorzej. Ale kiedy już byli czyści jak dwa aniołki, mamcia podała im do ubrania takie same krótkie do kolan czerwone spodenki i błękitne, luźne koszulki z krótkimi rękawkami oraz czerwononiebieskie półbuciki. Z uczesaniem ich jasnych, kędzierzawych czupryn było trochę problemów, bo Gabcio na siłę chciał ukryć swojego guza. Kombinowali we dwóch tak długo, aż w końcu im się udało. Mamcia dwa razy uczesała Gagatka, a Gabcio nieuczesany w ogóle, szybko założył na głowę swój słomkowy kapelusik, i sprawa była załatwiona.
Stała więc tak pięknie przyodziana rodzinka Śmieszalskich na lądowisku i z przyklejonymi uśmiechami na twarzach spoglądała to na siebie, to na niebo. Tylko Gabcio niezbyt się uśmiechał. Był zajęty ciągłym poprawianiem kapelusika na głowie. Raz naciągał go na czoło, to znów podnosił wyżej, kiedy go za bardzo uwierał w siniejącego już pomału guza. Po chwili znów go naciągał na czoło, i znów podnosił wyżej. I tak wkoło. Gabcio usilnie się jednak starał, aby te kapelusikowe zabiegi wykonywać między jednym spojrzeniem mamci, a drugim. Mamcia Radosna miała jednak wprawne oko i już się zorientowała, że coś jest nie tak, tylko nie za bardzo jeszcze wiedziała co. Domyślała się tylko, że to na pewno ma związek z bliźniakami. Wreszcie ją olśniło.
Hejże, Gaga, o co tu właściwie chodzi? — niepewnie spytała, lustrując dokładniej synów. — Jeden z was, a myślę, że to chyba Gabcio, ma kapelusik na głowie, tylko nie wiem po co, a drugi nie ma, i też nie wiem dlaczego. Meldować mi tu zaraz, co to ma znaczyć!
Tak, to ja, Gabcio, i to ja mam kapelusik. A mam go po to, ażeby Gryzio i Nosolek nas nie mylili — poinformował mamcię Gabcio, na szybko wymyślonym meldunkiem i szeroko się uśmiechnął, gdyż wszyscy z rodzeństwa, jak na komendę, wyszczerzyli do niego zęby.
Lecą gołębie! — głośno zakomunikował papcio Chwat i ze zgorszeniem popatrzył na żonę i bliźniaków. — A wy, już cicho tam! Ma kapelusik, czy go nie ma? Co za różnica?... Komitet Powitalny! Baczność! Doooo… śpiewu!
I cała rodzinka Śmieszalskich, jak jeden leśny ludek, zaczęła głośno i pięknie śpiewać:
Na powitanie wszyscy razem:
Hip, hip, hura!

Hip, hip, hura!
Hip, hip, hura!

Z całego serca, pełnym gazem:
Hip, hip, hura!
Hip, hip, hura!
Hip, hip, hura!
Hura! Hura! Huraaa!

Spooocznij! Machamy chusteczkami! — rzucił komendę papcio Chwat.
Rozentuzjazmowany Komitet Powitalny ochoczo przystąpił do machania białymi chusteczkami, ślicznie wyhaftowanymi przez Śmieszkę specjalnie na tę okazję.
Cztery gołębie z Gołębich Linii Lotniczych wylądowały w międzyczasie na lądowisku. A lądowały przepięknie, tak jakby w zwolnionym tempie, dostojnie i z gracją.
Rodzinka Poważalskich z wielką gracją zeskoczyła na ziemię. Wszyscy rzucili się sobie w ramiona. Uściskom i całusom nie było końca. Jeden przez drugiego przekrzykiwał się w pozdrowieniach i powitaniach.
No to proszę wszystkich do domu! Na ciepłą strawę! — Papcio Chwat pierwszy odzyskał zmysł organizacyjny i zaczął wszystkich przekrzykiwać, przywołując obydwie rodzinki do porządku. — Po tak długiej podróży na pewno jesteście bardzo głodni.
Masz rację, Chwatko — powiedziała siostra Pogodna. — Tylko najpierw musimy się wykąpać. Kurzyło dzisiaj niemiłosiernie przy tym upale.
Do domu, marsz! — zakomenderował ze śmiechem papcio Chwat i głośno cmoknął siostrę w policzek. — A ja tymczasem, zaprowadzę gołębie do wodopoju i poczęstuję je ziarnami pszenicy. No i przygotuję im miejsce do odpoczynku.
Po godzinie obie rodzinki siedziały już w salonie przy olbrzymim, owalnym stole. Oprócz kobiet. Wszystkie trzy kobiety rodziny gospodarzy zajęte były ciągłym donoszeniem do stołu pachnących przysmaków. A jedyna kobieta rodzinki Poważalskich rozwieszała jeszcze na podwórku wyprane ze wszystkich podróżne kombinezony.
Pogodna również była wielką pedantką i przywiązywała wiele wagi do swojego wyglądu i wyglądu swoich mężczyzn. Sama ubrała się w długą, czerwoną suknię z białym kołnierzykiem i białymi mankietami. Na nogi założyła czerwone pantofelki na dość wysokim obcasie. A swoje bardzo gęste i czarne włosy, długie do ramion, rozpuściła i wpięła w nie piękną, czerwoną różę.
Mąż jej, Dumek Poważalski, ubrany był w czarne spodnie i czerwoną koszulę ze stójką oraz czarną kamizelkę. Na nogach miał czarne kamaszki, ale też na dość wysokim obcasie. Dumko był niewysokiego wzrostu, i co tu dużo ukrywać, miał na tym punkcie kompleksy. Dlatego też, będąc z wizytą u rodziny żony, zawsze zakładał takie buty. Chciał w ten sposób choć trochę dorównać wzrostem męskiej części jej rodu. Włosy miał jasne i krótkie, na czubku głowy wysoko stojące.
Natomiast ich najstarszy syn, Gryzio, jak zwykle ubrany był na czarno. Koszula, spodnie, buty — wszystko czarne. Nie znosił na sobie ubrań w innym kolorze. Uważał, że tacy chłopcy jak on, rzucają się innym w oczy już poprzez swoją niespożytą energię, nie muszą więc ubierać się w kolory, aby być zauważalnym. Wręcz przeciwnie. Czasami lepiej być w ogóle mało widocznym. Gryzio lubił niekiedy (choć bardzo rzadko) tylko kolorowe dodatki. I na tę okazję właśnie założył na szyję czerwoną apaszkę. A swoje czarne, długie włosy uplótł w gruby warkocz i związał go czerwonoczarną gumką. Tak ubrany, wyglądał uroczo i męsko, chociaż rysy twarzy miał jeszcze chłopięce. Tatko Dumko zerkał na niego dumnie, gdyż zapowiadał się na przystojnego, a przede wszystkim wysokiego mężczyznę. Już był wyższy o pół głowy od niego. Gryzio telepatycznie wyczuwał zadowolenie ojca i co rusz szeroko się do niego uśmiechał. A uśmiech jego był przepiękny. Miał zdrowe, bardzo duże i niesamowicie białe zęby. Jakimś dziwnym trafem urodził się już z zębami.
Co się zaś tyczy Nosola, młodszego syna Poważalskich, był on zupełną odwrotnością swojego starszego brata. Widząc go, każdy na pierwszy rzut oka zrazu miarkował, że to bardzo cichy i spokojny chłopak. Nosolek też, jakby na odwyrtkę, uwielbiał biały kolor i zawsze życzył sobie ubioru w tym kolorze. Tak więc, ubrany był oczywiście cały na biało. Prawie na biało, bo z okazji odświętnego spotkania z kuzynostwem narzucił na siebie dodatki trochę w innym kolorze. Miał na sobie białe, obcisłe spodnie włożone do błękitnych kamaszków z długą cholewką, białą bluzę z długimi rękawami, również obcisłą, a na niej, krótką, błękitną kamizelkę. Na swoje jasne, kręcone włosy, długie do ramion, założył czapeczkę z daszkiem, też błękitną. Daszek tej czapeczki nieco zakrywał Nosolkowy niczego sobie pokaźny nos, ale Nosolek na pewno nie założył tej czapeczki z takim zamiarem, bo bardzo lubił swój kinolek (jak go nazywał) i wiele mu zawdzięczał. I chociaż był on dużych rozmiarów, to jednak nie zakrywał jego miłego uśmiechu. Nosol mało mówił, ale zawsze się uśmiechał. I to co było jeszcze znamienne w jego przypadku, to to, że miał też zawsze takie rozmarzone spojrzenie. Czasami potrafił się całkowicie wyłączyć i być tak jakby nieobecnym. Podciągał tylko cichutko nosem i tymi swoimi rozmarzonymi oczami patrzył gdzieś w dal, dodając jeszcze wyraz rozmarzenia do swojego miłego uśmiechu.
Tak, Nosol i Gryzio byli rodzonymi braćmi, a różnili się diametralnie. Jak głośny, ognisty piorun na niebie i bezgłośna, niebiańsko kolorowa tęcza… Jak czerń i biel.
Rodzice chłopców często się zastanawiali, jak to możliwe, ażeby byli aż tak inni. Pomimo jednak zupełnie różnego usposobienia, bracia przepadali za sobą. A każdy z osobna miał wiele zalet. Dlatego rodzice kochali ich takimi, jakimi są.
Członkowie rodzinki Śmieszalskich i Poważalskich, już w komplecie, ze wszystkimi kobietami, ucztowali uroczyście i miło. I kiedy najedli się już do syta, zrobiło się bardzo wesoło, bo każdy opowiadał jakieś zabawne historyjki, jakie mu się przytrafiły od ostatniego rodzinnego spotkania. A było co opowiadać.
No, moje dziadki! — zawołał radośnie dziadek Hardy. — Jak już posililiście się jak trzeba, to przejdźmy do drugiego salonu i zasiądźmy przy kominku. Czas już, abym wam poopowiadał o naszych jutrzejszych gościach, o Księżycowych Pobratymcach.
Oj, dziaduniu Harduniu! — zaświergotała milutko Śmieszka. — Jesteś kochany. Tacy już jesteśmy niecierpliwi. A przylecą do nas też dzieci księżycowe?
No właśnie?! Opowiadaj… opowiadaj dziadku! — wyrwało się z młodych, chłopięcych gardeł niemal jednocześnie.
Po chwili wszyscy już siedzieli przy kominku. Starsi zajęli miejsca na sofach, a dzieci u ich stóp, na podłodze, na miękkich pufach. Każdy trzymał w ręce szklaneczkę pysznego babcinego kompotu malinowo-waniliowego i wyczekująco wpatrywał się w dziadka Hardego.
Na braterską krew Pobratymca! Dziadku, nie każ dłużej czekać i startuj z opowieścią! — zawołał głośno Gryzio, dodając szeroki, biały uśmiech. — Zamieniamy się w słuch.
No dobrze, już dobrze! Słowo obiecane musi być dotrzymane — rzekł dziadek i podniósł prawą rękę do góry na znak zgody, a lewą z wyciągniętym palcem wskazującym przyłożył do ust, aby uciszyć rozhukaną gromadkę, bo znów zrobił się rwetes wśród najmłodszych.
No, już cicho sza! Opowiem wam wszystko, co wiem. A wiem na pewno, że przybędzie do nas sześciu Księżycowych Pobratymców, w tym dwoje dzieci, chłopczyk i dziewczynka. Osobiście znam tylko najstarszego członka tej małej, księżycowej społeczności. A poznałem go bardzo dawno temu, wraz z trzema innymi jego towarzyszami, w tragicznej dla nich sytuacji. To bardzo długa historia, ale postaram się ją opowiedzieć wam w skrócie. Otóż, byłem wtedy sam w lesie z zamiarem nazbierania dużej ilości chrustu na uroczyste ognisko, które miałem zamiar urządzić za dwa dni, z okazji urodzin Miłej, waszej matki i babci. Jeszcze nie zdążyłem nic nazbierać, bo chciałem pierw porozkoszować się cudownym, wczesnoporannym zapachem wiosennego lasu, gdy nagle usłyszałem dziwne odgłosy. Tak jakbym słyszał stojącą na stacji lokomotywę parową. Zdziwiłem się bardzo. Bo skąd lokomotywa w lesie? Ale zaraz zobaczyłem pod wielką, rozłożystą sosną, jak coś połyskuje metalicznie. Odchyliłem gałęzie… i… wystraszyłem się nie na żarty. Pod drzewem stały cztery dziwne postacie w srebrnych kombinezonach, i tak samo jak ja, wystraszone. Patrzyliśmy na siebie bez ruchu jakąś chwilę, przerażeni, odgadując swe zamiary. Według mnie, wtedy, były to niesamowite istoty. Chociaż właściwie aż tak bardzo nie różniły się od nas ludków, tyle że miały po sześć palców u każdej ręki, a ich kciuki były wygięte haczykowato na zewnątrz. Wzrostu prawie mojego, tyle że o głowę wyżsi… o drugą głowę. Mieli po dwie głowy i po dwie twarze…
Na kły dzika! Toż to, wypisz wymaluj, istne monstra! — wrzasnął przerażony Gryzio i popatrzył na strwożone również twarze pozostałych dzieci.
Cicho bądź! — nieco za głośno krzyknął tatko Dumko i zmiażdżył Gryzia spojrzeniem. Po czym przeleciał wzrokiem po twarzach dorosłych, i gdy stwierdził, że są spokojne, ba, nawet uśmiechnięte, już łagodniej dodał, próbując się nawet uśmiechnąć: — Nikt cię nie prosił o zabieranie głosu. Daj dziadkowi mówić.
No właśnie! A jutro się sami przekonacie, jakie to miłe istoty — z uśmiechem rzekł dziadek Hardy i przystąpił do kontynuowania opowieści: — Nie wiem, jak długo byśmy jeszcze tak stali i patrzyli po sobie, wyczekując pierwszej reakcji któregoś z nas, gdyby nie nagły potężny wybuch, który doleciał do nas od strony Łysej Polany. Ja się wystraszyłem jeszcze bardziej, a oni zrobili tylko bardzo smutne miny na wszystkich twarzach. A po chwili… po chwili odgłos głośnej eksplozji ucichł i zaległa nagła przerażająca cisza. I wtedy, ten najstarszy, który do nas przybędzie wraz z rodziną, powiedział coś w ich języku. Był to bardzo dziwny język. Brzmiał, jak coś w rodzaju zgrzytu ocierających się o siebie zardzewiałych kół zębatych. Śmieszne, ale wtedy dźwięk jego mowy od razu skojarzył mi się z dźwiękiem wydawanym przez wysłużoną piłę tarczową naszego gajowego… A na koniec, on powiedział jeszcze coś, co zrozumiałem, tak jakby: „To już po nas”. Może to zabrzmi teraz niesmacznie, ale wtedy, to mnie bardzo ucieszyło, bo zrozumiałem jego słowa. Powiedziałem im zrazu, że nie wiem kim są, skąd przybywają, i jakie mają zamiary, ale postaram się im pomóc we wszystkim, cokolwiek by to nie było. Wszyscy popatrzyli na mnie z wielką nadzieją w swych dwóch parach oczu, ogromnych i czarnych jak cztery węgliki. Zdziwiłem się. Czyżby mnie zrozumieli? Wyglądało na to, że tak, bo nagle dwóch z nich chwyciło mnie jakoś tak dziwnie swoimi haczykowatymi kciukami za ręce i pociągnęło w stronę polany. Tam oczom moim ukazał się nieziemski widok. Na trawie leżał jakiś dziwny, duży pojazd, buchający czerwoną parą. Wyglądał jak gigantyczne cygaro, tyle że z obu stron dymiące. I wtedy znów ten sam osobnik powiedział do mnie w naszym języku, ale już wyraźniej, bez tego piłującego w uszach zgrzytu, że przybyli z Księżyca i że odwiedzają naszą planetę dość często, ale pierwszy raz mają awarię pojazdu kosmicznego. Doszło do zatarcia się podzespołów systemu chłodzenia i w konsekwencji do przegrzania obudowy zbiorników paliwa kosmicznego. Musieli ratować się awaryjnym lądowaniem i ucieczką z pojazdu. W każdej chwili mogło dojść do wybuchu paliwa. I doszło. Co było słychać. Ale szczęściem w nieszczęściu, eksplodował na razie tylko zapasowy zbiornik. Jeżeli nie uda im się szybko, jakimś sposobem ochłodzić pojazdu, to nie będą mieli żadnych szans wrócić at home*. Jak to dobrze, że opodal Łysej Polany płynie nasz potok. Odwiązałem szybko grubą linę, którą miałem na plecach… I patrzcie, jaki przypadek! Tę linę wziąłem z komórki tylko dlatego, że nie mogłem znaleźć normalnego sznura na chrust. Dnia poprzedniego, mój kochany synek Chwat zabawiał się nim i nie położył go na miejsce, chociaż tego od niego wymagałem. Śmieszne, ale pierwszy raz w życiu byłem zadowolony, że mój syn czasami był nieposłuszny, ba, byłem mu nawet za to wdzięczny…
----------------------------
* at home do domu (ang.)

Hej, ojcze! Nigdy mi o tym nie wspominałeś — zawołał wesoło papcio Chwat. — To się porobiło, no no… No ale opowiadaj, opowiadaj dalej.
Bo wtedy, byłoby to niepedagogiczne. A potem zapomniałem… Ale słuchajcie dalej. Przywiązałem tę „zbawienną” linę do wystającego spod tego pojazdu zaczepu, i chociaż poparzyłem sobie przy tym ręce okrutnie, nie czułem w ogóle bólu. Zacząłem ciągnąć to olbrzymie cygaro jak oszalały. Czułem w sobie jakąś dziwną, potężną moc. A oni? Oni tylko na mnie patrzyli, kręcąc obydwiema głowami ze zdumienia. Zacząłem krzyczeć: „razem!”, i pokazywać jak to się robi. Wtedy dopiero zrozumieli, i ze zgrzytającym okrzykiem na wszystkich ustach: „rrrrr-aaazeemrrrrr-azemrrrrr…”, złapali za linę i… pojazd ruszył gładko w kierunku potoku. Nie mogłem się nadziwić, skąd oni mają tyle siły. Żaden tur nie powstydziłby się takiej krzepy. A że szczęśliwym trafem działo się to wczesnym rankiem i trawa była jeszcze zroszona, pojazd ślizgał się po mokrej polanie jak po maśle. W mgnieniu oka wciągnęliśmy ich środek lokomocji do potoku. Zadudniło. Zaskwierczało. Zasyczało. I z głośnym sykiem spod pojazdu buchnęły ogromne kłęby pary, tym razem białej. Po chwili wszystkie odgłosy ucichły i… pojazd był uratowany. No, na tyle, że nie spłonął z kretesem. „I co dalej?”, spytałem tego mówiącego naszym językiem i wyglądającego na dowódcę tej nieszczęsnej załogi kosmicznej. Ale on mi nie odpowiedział. Kosmici bez słowa wpatrywali się w siebie, o mnie zapominając. I ni stąd, ni zowąd, zaczęli się głośno śmiać. Co dopiero później zrozumiałem, że to był ich śmiech. Takie zgrzytające: „rrra-rrra-rrra-rrra...”. I co było dziwne, śmiali się tylko dolnymi twarzami. Górna wyrażała powagę. No, może i… zdumienie. Potem z radości zaczęli padać na ziemię… i momentalnie się podnosić, i to na sztywnych nogach. Znów padać, i znów się podnosić… i tak wiele razy. Podobnie jak stara zabawka Śmieszki, wańka wstańka. Bardzo zabawnie to wyglądało. Sam zacząłem się śmiać, ale po naszemu, ma się rozumieć. Na dźwięk mojego śmiechu oni momentalnie zaprzestali tej swoistej „gimnastyki” i spoważnieli. Aż niezręcznie się poczułem. Ale gdy stwierdziłem, że oni nie zwracają na mnie uwagi, też spoważniałem, i dalej im się przyglądałem. Kosmici chwycili się tymi swoimi haczykowatymi kciukami, i nagle, coś skwiercząc, zaiskrzyło między nimi. Dosłownie: zaiskrzyło. Wyraźnie było widać przelatujące złocisto-niebieskie iskry pomiędzy ich górnymi głowami. Przeleciała mi wtedy taka myśl po mojej pojedynczej głowie, że te ich kciuki, służą im chyba też do doładowywania się jakąś potężną energią. Bo skąd u mnie się wzięła aż tak nieziemska siła, kiedy ciągnąłem ich pojazd? Przecież dwóch z nich trzymało mnie wcześniej za ręce. Popatrzyłem wtedy na swoje ręce, aby sprawdzić, czy coś jeszcze z tej mocy czuję… i oniemiałem z przerażenia. Moje ręce były poparzone aż do kości. Nie czułem jednak żadnego bólu. I to mnie chyba jeszcze bardziej przeraziło. Gdy tak stałem strwożony, wpatrując się w swoje ręce, podszedł do mnie ten „dowódca” i wyciągnął zza pazuchy jakiś kamień i przytknął go, raz do mojej jednej ręki, raz do drugiej. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, że poparzenie zniknęło zupełnie. Nie mogłem oderwać oczu od moich rąk. On wtedy powiedział: „Pytałeś mnie: I co dalej? To ja ci odpowiadam”, i znów sięgnął za pazuchę i wyciągnął jakieś dwa małe metalowe przedmioty. Nie za bardzo rozumiałem o co mu chodzi, ale domyślałem się, że one muszą być niezmiernie ważne. Nacisnął jeden z nich… i z cichym szelestem otworzyły się drzwi pojazdu, których wcześniej nie było w ogóle widać. Po chwili na całej długości pojazdu rozbłysnęły setki różnokolorowych, pulsujących światełek. To był przepiękny widok. A za moment, uszu moich dobiegł cichutki dźwięk, tak jakby cymbałków. Każde światełko, oprócz refleksów świetlnych, wygrywało przepiękną muzykę. Czułem się jak w bajce, zaczarowany. I nagle, w rytm tej niebiańskiej muzyki, pojazd bezdźwięcznie zaczął się podnosić w górę, po czym zawisł w powietrzu, ponad naszymi głowami. Dowódca pokazał mi wtedy ten drugi przedmiot i powiedział, że jest to zapasowa część do podzespołów systemu chłodzenia, które uległy zatarciu i spowodowały awarię. Mówił, że z wymianą jej nie będzie jednak kłopotu, ale z naprawieniem skutków awarii będzie gorzej. I pokazał mi szczeliny jakie powstały po eksplozji zapasowego zbiornika paliwa kosmicznego. Wszystkie księżycowe istoty wpatrywały się w te pęknięcia na obudowie pojazdu i kręciły ze zmartwienia głowami, podwójnymi głowami. Wtedy ja wpadłem na pomysł, że może tu pomóc żywica, która uszczelni dokładnie wszystko. Powiedziałem o tym dowódcy i on znów nacisnął ten pierwszy przedmiot metalowy. Oczom naszym (a moim bardzo zdziwionym), ukazał się duży ekran, który wyświetlił się na tle pojazdu, a na nim opis właściwości żywicy, i to w naszym języku. Po odczytaniu tego, co było napisane, dowódca zgodził się ze mną i zapytał tylko: „Skąd to wziąć?”. Wiedziałem dobrze, skąd. Ale potrzebowałem na to czasu. Zaproponowałem więc mu, aby ukryć należycie pojazd przed ewentualnymi wścibskimi i udać się do mojego domu. Że u mnie będą mogli odpocząć i posilić się, a ja za ten czas nazbieram żywicy z leśnych drzew. Ochoczo przystali na moją propozycję i uśmiechali się przy tym szeroko, pokazując swoje duże, srebrne zęby. Uśmiechała się naturalnie tylko dolna twarz. Górna zachowywała powagę. Przykryliśmy więc pojazd gałęziami i pomaszerowaliśmy w stronę naszej jaskini. Moi księżycowi goście maszerowali niezwykle rześko, zamaszyście i... dziwnie. Tak, znów po raz któryś muszę użyć tego słowa: „dziwnie”. Bo oni, moi drodzy, maszerowali parę centymetrów nad ziemią, nie dotykając stopami podłoża. Kiedy dotarliśmy już do jaskini, poprosiłem moich gości, aby chwileczkę poczekali na zewnątrz. Musiałem przecież Miłą i Chwata jakoś przygotować na tak niezwykłych gości, aby się zbytnio nie wystraszyli na ich widok. Ale nie chcieli poczekać. Wparowali za mną do środka, i…


cdn.

Link do powieści: "K-X ląduje" (w sukcesywnie zamieszczanych — odcinkach).