Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niechęć do małżeństwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niechęć do małżeństwa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 listopada 2018

Niechęć do małżeństwa i posiadania dzieci

W ostatnich latach w krajach europejskich zauważa się wyraźny spadek liczby zawieranych małżeństw. Ta tendencja dotarła także do Polski — w latach transformacji ustrojowej — i nabiera na sile. Młodym nie spieszno już do stawania na ślubnym kobiercu, do zakładania rodziny. Czy to dobrze? Pewnie z niektórych względów tak, ale tylko dla samych młodych... póki młodzi jeszcze. Zaś dla społeczeństwa, państwa, tendencja ta na dłuższą metę jest szkodliwa. Bardzo szkodliwa.

Taki przysłowiowy "luz-blues" w związkach partnerskich, jaki się coraz bardziej ostatnio uwidacznia, nie nastraja optymistycznie. Bo też przyszłość młodych nie rysuje się optymistycznie. Właśnie ze względu na ich wolne związki. Młodzi dziś jeszcze o tym nie wiedzą. Wiedzą o tym ich rodzice, i truchleją, kiedy myślą o ich przyszłości. Rodzice wiedzą, jak ważne w podeszłym wieku jest poczucie bezpieczeństwa, pomoc najbliższych, rodzina. A co czeka ich dorosłe dzieci, kiedy one, zamiast budować zawczasu swoją przyszłość — na starsze lata, pędzą za karierą, za dobrobytem, za łatwym życiem — na dziś? Młodzi rzadko zwracają uwagę na to, że lata szybko lecą. Takie to już młodości prawo. A w życiu niestety tak już jest, że i oni, ani się obejrzą, a starość i ich dopadnie. I co wtedy? Jak będą żyć bez rodziny? A przecież to właśnie rodzina jest i powinna być — największą wartością w życiu człowieka.

To rzecz oczywista, że świat poszedł do przodu, że się zmienił. Że w ostatnich dziesięcioleciach nastąpił ogromny postęp cywilizacyjny. A co za tym idzie, zmieniły się też potrzeby człowieka, priorytety. Myślę jednak, że jakkolwiek świat by się jeszcze nie zmienił, to wartość rodziny nie zmieni się nigdy. Zawsze pozostanie wartością nadrzędną. Człowiek bez rodziny nie może być w pełni szczęśliwy. Człowiek bez rodziny, prędzej czy później, skazany jest na cierpienie... Najpóźniej na starość.

Skąd się wzięły te moje dzisiejsze refleksje? Ano stąd, że przyszło mi dzisiaj wysłuchiwać lamentowania pewnej znajomej Niemki, którą przypadkowo spotkałam w mieście. Kobieta żaliła się, jak to ciężko jest jej żyć na starość w samotności, w chorobie, bez rodziny, bez dzieci. Szlochała mi w mankiet, że gdyby mogła cofnąć czas, na pewno miałaby, jak nie męża, to przynajmniej dzieci. Smutna jest jej starość rzeczywiście. Wiem, bo często ją spotykam i wysłuchuję jej skarg. A takich jak ona, jest tutaj niestety bardzo dużo. I kobiet, i mężczyzn.

Kiedy przed laty przyjechałam do Niemiec, nie mogłam się wręcz nadziwić, że tu tyle starszych osób żyje w pojedynkę. Także i młodych. Młodzi ludzie, jak już żyją w parach, to zwłaszcza w wolnych związkach, na tzw. „kocią łapę”. Na 10 par, tylko 3 pary są małżeństwem, a tylko 1 z nich ma dzieci, i to najczęściej tylko jedno. Statystyka jest zatrważająca. A teraz podobnie dzieje się w Polsce.

Jak będzie wyglądać przyszłość naszych narodów, jak tak dalej pójdzie? Może w końcu dojść do tego, że nasze europejskie nacje w niedalekiej przyszłości zostaną wyparte przez nacje arabskie. To całkiem realna perspektywa. Wszak to przede wszystkim narody arabskie żyją w formalnych związkach... i płodzą dzieci na potęgę.

***

Napisałam kiedyś niby-bajkę, której motywem jest właśnie niechęć do małżeństwa. Zatytułowałam ją: „O Gretel, co zamążpójścia się bała”. Jeśliby ktoś miał ochotę niby-bajkę tę przeczytać, proszę kliknąć w jej zalinkowany tytuł. 


sobota, 21 lipca 2018

O pięknej Gretel, co zamążpójścia się bała

W dalekiej krainie, w pięknej górzystej Bawarii, żyła sobie młoda dzieweczka imieniem Gretel. Gretel była bardzo ładną i radosną panienką. Wszyscy ją bardzo lubili. I dorośli, i dzieci. Dla każdego Gretel miała zawsze dobre słowo. Każdemu potrzebującemu niosła pomoc. Dzieci z okolicy ją wręcz uwielbiały, bo też ona się z nimi zawsze bawiła i uczyła ich różnych piosenek. Zaś kawalerowie, jeden po drugim, przybywali do jej domu i prosili o rękę. Nawet z dalekich okolic. Jednak Gretel nie chciała nawet słyszeć o zamążpójściu. Każdego kawalera odsyłała z kwitkiem, mówiąc, że jest jeszcze za młoda by zostać czyjąkolwiek żoną.
Matka Gretel natomiast, coraz bardziej się martwiła o swoją ukochaną jedyną córeczkę. Pragnęła jej szczęścia, ale też bardzo chciała zostać już babcią i niańczyć wnuczęta. Dlatego na wszystkie sposoby próbowała Gretel przekonać, że już czas, aby znalazła sobie jakiegoś porządnego kandydata na męża.
Popatrz dookoła, córeczko! Już wszystkie twoje koleżanki za mąż powychodziły — mówiła niemalże każdego ranka przy śniadaniu. — Niektóre nawet już dzieci mają. Czy ty byś nie chciała już takie słodziutkie dzieciątko w ramionach tulić? Przecież bardzo kochasz dzieci.
Tak, matko, kocham dzieci, ale dla mnie to jeszcze za wcześnie, bym własne miała — za każdym razem odpowiadała Gretel i natychmiast zrywała się od stołu, nie chcąc dać matce możliwości gderania na nielubiany przez nią temat.


I tak mijał dzień po dniu, a Gretel dalej o zamążpójściu nie myślała. Wreszcie doszło do tego, że kawalerowie przestali do niej przychodzić. Pewnie już wszyscy znaleźli sobie żony. Kiedy do Gretel to wreszcie dotarło, zrobiło jej się trochę smutno. No bo jakże to tak? Przecież ostatnio zaczynała już czasami o zamążpójściu nawet myśleć. A za kogo miałaby teraz wyjść, skoro żaden kawaler nie puka już do jej drzwi? Chociaż nie, czasami jednak jakiś jeszcze zapuka, ale albo za stary, albo za brzydki.
Gretel jednak nigdy długo nie trwała w smutku z tego powodu. Bo tak po prawdzie, to Gretel zamążpójścia bardzo się bała i odsuwała tę ewentualność na jak najdalszą przyszłość. A że była bardzo radosną dziewczyną, i nigdy się nie nudziła, toteż szybko zapominała, że jakiś tam chwilowy smutek ją nawiedzał.
Matka Gretel natomiast była zrozpaczona taką sytuacją. W końcu postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce i samej poszukać męża dla swojej ukochanej córeczki. Jak postanowiła, tak zaczęła robić... Wymyśliła, aby w najbliższą sobotę wybrać się do miasta na jarmark. Na jarmarku jest zawsze dużo ludzi. Tam może się rozpytać, czy ktoś nie zna jakiegoś dobrego kawaleria, co by żony szukał. Zanim jednak wyszła z domu, zawołała do Gretel:
Słuchaj, córeczko, wychodzę na cały dzień, chcę odwiedzić w lesie babkę Hildę i pomóc jej przy zbieraniu ziół. Ty za ten czas posprzątaj kuchnię i upiecz gęś na kolację. Czeka już na ciebie w gretel*, oskubana z piór.
A tak, tak, matko! Idź spokojnie. Wszystko zrobię! — śpiewnym głosem odrzekła Gretel, i zaraz dodała ze śmiechem: — Tylko nie przynoś mi znów lubczyku od babki Hildy... On mi na nic.
Och, ty niesforna dzieweczko! — huknęła matka Gretel nieco za głośno, ale po chwili się zreflektowała i już spokojnym tonem dodała: — Nic od babki Hildy przynosić nie będę, bo też ją samą na kolację do nas przyprowadzę.
To dlatego ta gęś? Idź matko spokojnie — powtórzyła raz jeszcze Gretel, po czym objęła matkę w pół i zabawnym głosem szepnęła jej do ucha: — Specjalnie dla babki Hildy pieczoną gęś polewać będę czerwonym winkiem... mniam, mniam... paluszki lizać, taka będzie pyszna.
Matka zbierała się do wyjścia. Kiedy stała już przy drzwiach z ręką na klamce, odwróciła się nagle i wzrokiem zmierzyła Gretel od stóp do głów. Po czym, tak jakby od niechcenia, zawołała:
A ty się pod wieczór wykąp w kozim mleku. Specjalnie dla ciebie zostawiłam w dzbanie. Także w gretel! — i natychmiast wyszła z izby, nie chcąc dać Gretel czasu do namysłu.
Matka Gretel nie czuła się dobrze z tym, że musiała okłamać swoją ukochaną córeczkę, ale tłumaczyła to sobie, że to przecież dla jej dobra. Bała się też, że po wsi będą w końcu Gretel palcami wytykać i starą panną nazywać. A tego by nie zniosła. Jej piękna córeczka starą panną? O nie! Te myśli spowodowały, że szła na jarmark coraz bardziej ochoczo. Z każdym też krokiem nabierała coraz większego przekonania, że robi dobrze, że to jedyne wyjście, aby jej córka stanęła wreszcie na ślubnym kobiercu. A kiedy dotarła na jarmark, to już wręcz całkowicie przekonana była, iż znalazła się tu z bardzo ważną misją, od spełnienia której, zależy szczęście jej dziecka, i jej także.
Na jarmarku w tym dniu ludzi było bardzo dużo. Matkę Gretel ucieszyło to ogromnie. Nie zwlekając, zaczęła wypytywać ludzi. A wypytywała zwłaszcza starsze kobiety. Wydawało jej się, że w tej delikatnej materii starsze kobiety lepiej wiedzą, co i jak. Na szczęście nie musiała długo wypytywać, gdyż kobieta, która sprzedawała precle na straganie, wyznała jej, że zna kawalera do ożenku gotowego. Przekonywała, że to dobry człowiek, a i bogaty. Że może się ożenić choćby i dziś. Że ona wie o tym doskonale, bo jest jego swatką, a do tego kuzynką.
Matkę Gretel ta wiadomość bardzo uradowała. Pomogła kobiecie przy sprzedawaniu precli, a gdy sprzedały już wszystkie, podała jej swój adres i umówiły się, że jeszcze tego samego dnia, wieczorem, kawaler przyjedzie do nich z wizytą.
Kiedy matka Gretel spełniała swoją misję na jarmarku, Gretel zajmowała się wypełnianiem matczynych poleceń. Wcześniej jednak pobawiła się trochę z dziećmi z sąsiedniej zagrody. Dzieci te przebywały przez całe lato u swojego wujostwa na wakacjach. Przyszły się z nią pożegnać, ponieważ wracały już do domu, do miasta. Na pożegnanie przyniosły jej z lasu piękną roślinkę z korzonkami, żeby zasadziła ją sobie w doniczce, i by o nich pamiętała do następnego lata. Dopiero kiedy dzieci odeszły, Gretel, chcąc spełnić prośbę dzieci, stwierdziła, że to lubczyk. Uśmiała się z tego podarunku, ale roślinkę zasadziła i postawiła na stole przy oknie. 

.
Chwilę się lubczykowi przypatrywała, po czym, ze śpiewem na ustach, zabrała się do pracy. Kuchnię szybciutko posprzątała. Rozpaliła ogień w piecu. Przyprawiła gęś ziołami, nadziała ją na rożen i zawiesiła nad ogniem. Zadowolona z siebie, że jej tak sprawnie wszystko poszło, pobiegła do gretel po dzban z kozim mlekiem. Wlała je do balii, rozebrała się, i wskoczyła do mlecznej kąpieli.
Wieczorem, kiedy matka wróciła do domu, Gretel znów krzątała się po kuchni. Dookoła rozchodził się wspaniały zapach pieczonej gęsi. Gretel co chwilę polewała ją czerwonym winem. 


Na widok matki, Gretel spytała:
A gdzie babka Hilda? Nie chciała przyjść? I kto teraz zje tę ogromną gęś?
Nie obawiaj się córeczko, nie zmarnuje się — odpowiedziała matka, lustrując znów córkę od stóp do głów. — Pięknie wyglądasz, moja kochana — dodała po chwili, zadowolona z córki schludnego wyglądu.
Ale gdzie jest babka Hilda? — dopytywała się Gretel.
Babka nie przyjdzie, ale za to przyjdzie ktoś inny — tajemniczym głosem odrzekła matka. — Tylko patrzeć gościa.
Gretel nieco zaniepokoił ten tajemniczy ton w głosie matki, ale pomyślała, że to pewnie ktoś ze wsi zamiast babki przyjdzie, jakaś matki znajoma, która także pomagała babce Hildzie przy zbieraniu ziół.
Nie minęło trzy kwadranse, a w kuchni rozległo się głośne pukanie. Gretel pobiegła do drzwi, otworzyła je... i oniemiała z wrażenia. W drzwiach stał jakiś starszy jegomość. 


Gretel była tak bardzo zaskoczona widokiem nieznajomego przybysza, że nie umiała wydusić z siebie żadnego słowa. Z wrodzonej jednak grzeczności, gestem ręki, poprosiła go do środka.
Matka Gretel widokiem gościa nie mniej była zaskoczona. Przez moment była nawet zła na siebie i na tę swatkę z jarmarku. Szybko się jednak uspokoiła, bo po głowie przeleciała jej zaraz myśl, że lepiej taki, jak żaden. A ten przynajmniej na bogacza wygląda. A kiedy przez okno zobaczyła jeszcze, że i pięknym Kutsche* ze stangretem zajechał, to już poczuła się wręcz szczęśliwa. Podała gościowi dłoń na przywitanie i zaprowadziła do stołu. A kiedy zaś na stole zobaczyła doniczkę z lubczykiem, była niemalże pewna, że jej misja się powiedzie.
Gretel natomiast nadal stała przy drzwiach i z rozdziawianą buzią biła się z myślami, próbując odgadnąć, co to za jegomość i co tu robi. Z zamyślenia wyrwał ją stanowczy głos matki, nakazujący jej zajęcie miejsca przy stole. Gretel natychmiast oderwała się od drzwi i posłusznie podeszła do stołu. Usiadła naprzeciw gościa i wlepiła w niego świdrujące spojrzenie. I nagle doznała olśnienia. Już wiedziała, w jakim celu ów jegomość przekroczył próg jej domu. Przerażona, szybko przeniosła wzrok z jegomościa na matkę. Po minie matki poznała, że ta doskonale wie, kto to jest i po co do nich przybył. Zerwała się od stołu i stanęła przy oknie. Przerażenie, jakie ogarnęło ją przed chwilą, szybko ustąpiło miejsca złości.
W izbie panowała cisza. Nikt nie śmiał się odezwać. A Gretel stała przy oknie i patrzyła niewidzącym wzrokiem w przestrzeń podwórza. Wreszcie się ocknęła. Dopiero wtedy zobaczyła stangreta stojącego przy powozie. Ten widok ją oczarował. Stangret był pięknym młodzieńcem. Nic więc dziwnego, że się Gretel od razu spodobał. Dziewczyna otworzyła okno i śpiewnym głosikiem zawołała do niego, aby wszedł do środka.
Starszy jegomość wnet się zorientował w czym rzecz, że dziewczyna nie jest nim w ogóle zainteresowana. Bo jakżeby inaczej mógł myśleć, skoro ta woła kogoś do izby, kiedy on jeszcze nie zdążył nawet ust otworzyć w sprawie oferty małżeńskiej. Wtedy i on się zdenerwował. Zerwał się od stołu i wybiegł za drzwi. Coś mu kazało sprawdzić jeszcze, tak na wszelki wypadek, kogóż to dziewczyna zaprasza do domu w tak ważnym momencie. 


Będąc już na podwórzu, stwierdził naocznie, że Gretel zaprasza do domu nikogo innego, jak tylko jego własnego stangreta, i to do niego tak zalotnie się uśmiecha. Zdenerwował się wtedy okropnie i z furią przepędził swojego stangreta na cztery wiatry. Po chwili, straszliwie zziajany, wskoczył do swojego powozu, i strzelając z bata raz po raz, jak niepyszny opuścił niegościnną dla niego zagrodę.


Matka Gretel poczuła się zdruzgotana takim obrotem sprawy. Gretel zaś, nie wiele myśląc, podbiegła do pieca i zerwała z rożna gęś, i w te pędy pognała z nią do gretel. Tam chwilę z nią postała i zastanawiała się co ma z tym fantem, którego ma na myśli, zrobić. 


Wreszcie odwróciła się na pięcie i pobiegła z gęsią na powrót do kuchni. W kuchni usiadła przy stole, ciężką gęś podniosła do ust, i ugryzła ogromny kęs.


Gretel była tak wściekła, że nawet nie przeżuła dobrze tego dużego kawałka mięsa i nieprzeżute połknęła. Mało się nie zadławiła. Jednak swoje ładne ząbki znów wbiła w gęś. Gryzła łapczywie kęs po kęsie i głośno połykała. Jadła bez opamiętania. Nagle poczuła na sobie wzrok matki. Matka przygląda jej się ze zniesmaczoną miną i z politowaniem jednocześnie. Gretel, widząc jej wymowną minę, nie wytrzymała już napięcia i z pełnymi ustami wybełkotała:
Nie ma babki Hildy, nie ma młodego kawalera, to i pieczonej gęsi nie będzie!


-------------------------------------------------------------------------
*gretel — nazwa spiżarni — matka Gretel nazwała spiżarnię
             jej imieniem, ponieważ od dzieciństwa była jej
             ulubionym miejscem, w którym często
             przesiadywała i podjadała różne smakołyki.
*Kutsche — powóz.

***
Wszystkie ilustracje w mojej niby-bajce są autorstwa mojej Córki. Wykonała je jeszcze jako nastolatka. Z tym, że wykonała je do swojej bajki, którą w Grafik College napisała po niemiecku — specjalnie na egzamin. Ja natomiast jej te ilustracje cichcem „podprowadziłam”, i specjalnie do nich, napisałam własny tekst, zupełnie w innym temacie.
Prawda, że pomysłowy Dobromir ze mnie? Przecież nie mogłam pozwolić, aby takie fajne malunki „marnowały się” w niemieckiej bajce! ;)