INNE MOJE BLOGI TO: 1. "Szczęśliwa Kobieta" - Blog na tematy z życia wzięte; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
środa, 7 lutego 2024
poniedziałek, 5 lutego 2024
World Cancer Day. Światowy Dzień Raka
Co roku 4 lutego na Świecie obchodzony jest ten dzień, który w Polsce, nie wiedzieć czemu tłumaczony jest na Światowy Dzień Walki z Rakiem. No nic, jak zwał tak zwał, ważne by dzień ten wpłynął na nasze postrzeganie tej choroby i na odpowiednie zachowania w profilaktyce i jej leczeniu.
Jako że jestem kobietą, zajmę się sprawami najczęstszej zachorowalności na raka właśnie u kobiet.
W Polsce edukacja zdrowotna społeczeństwa wprawdzie jest na coraz to wyższym poziomie, to jednak umieralność wśród kobiet z roku na rok niestety wzrasta. Dlaczego tak się dzieje? Pewnie dlatego że Polki z różnych powodów ciągle zbyt rzadko badają się ginekologicznie.
Dla nich ważniejsza jest rodzina, prace domowe, kariera zawodowa, a zdrowie gdzieś tam na końcu. Na dbanie o zdrowie szkoda im czasu. Nie myślą, nie chcą wiedzieć, że nie robiąc badań ginekologicznych, wiele tracą. Innym czynnikiem hamującym niektóre kobiety przed wizytą u ginekologa jest lęk przed chorobą nowotworową i kojarzenie jej tylko z jednym — z wyrokiem śmierci.
Z drugiej zaś strony, jest także duży odsetek kobiet, które mają zbyt niską wiedzę na temat profilaktyki i możliwości skutecznego leczenia raka. Są też niestety i takie kobiety, które po prostu całkowicie lekceważą swoje zdrowie i nie mają dobrych nawyków zdrowotnych.
Jakkolwiek nie patrząc na podejście Polek do badań ginekologicznych, jedno jest pewne, odwlekając wizytę u ginekologa, odbierają sobie szansę na pełne wyleczenie nowotworu. Zgłaszanie się u ginekologa dopiero wtedy, kiedy odczuwają już jakieś objawy choroby, okazuje się być najczęściej już zbyt późne.
W wielu przypadkach choroba nowotworowa jest już niestety na tyle zaawansowana, że mimo dużej wiedzy lekarzy i kosztownych procedur medycznych nie udaje się już chorej uratować. Skazana jest na śmierć.
W krajach zachodnich, jeśli kobieta trzykrotnie nie stawi się na badanie cytologiczne, musi płacić za leczenie raka szyjki macicy — jeśli na niego zachoruje. Podobnie jest z mammografią. Co dwa lata kobiety dostają zaproszenie na badania piersi i muszą się na nie zgłosić. Widać, że taka forma zdyscyplinowania działa, bo gabinety ginekologiczne są stale oblegane przez kobiety, a śmiertelność na raka piersi i szyjki macicy — w stosunku do zachorowań — jest z roku na rok coraz mniejsza.
Medycyna na świecie w ostatnich latach zrobiła ogromne postępy. Onkologia także. Obecnie wielu chorych na raka można wyleczyć. Pod jednym wszak warunkiem: że zostanie on wcześnie wykryty i od początku będzie właściwie leczony.
Kobiety, ruszmy więc swoje pupy… i jazda do ginekologa! Ginekolog nie gryzie. Spokojnie można usiąść naprzeciw niego i swobodnie porozmawiać, a potem poddać się badaniu, które jest przecież bezbolesne. Wstydzić się nie ma czego. Jeśli się pozytywnie nastawimy do wizyty u ginekologa, to wstyd będzie nam obcy.
Zapamiętajmy dwa ważne dla naszego życia słowa: cytologia i mammografia. I to, że jeśli w swoim "centrum dowodzenia" odpowiednio poukładamy wszystkie myśli związane z badaniami ginekologicznym, to i czas się znajdzie na wizytę u ginekologa, i możliwości.
Temat bardzo poważny i aby go nieco rozluźnić, dodam jeszcze moje wcześniejsze opowiadanie w tym wątku — pół żartem, pół serio. Opublikowałam je m.in. na pewnym portalu literackim i tam — u normalnych kobiet (pozwolę sobie użyć takiego określenia) wywołało zrozumiałe rozbawienie, natomiast — u pisowskich kobiet święte oburzenie. Za co oczywiście damy te nie omieszkały mnie zmieszać z błotem... :D
Wizyta u ginekologa może być zabawna
Wczoraj byłam na badaniach u ginekologa. Mój obecny ginekolog pochodzi z Czech. Jestem pod jego opieką od kilku lat. Mój poprzedni ginekolog był Niemcem. Pod jego opieką byłam aż piętnaście lat. Przeszedł jednak na emeryturę i jego praktykę przejął właśnie ten Czech. Na początku bardzo żałowałam, gdyż lubiłam swojego starego lekarza. Nadawaliśmy na podobnych falach. Zawsze mieliśmy o czym pogadać i pożartować. Pod jego opiekę oddałam także moją córkę. Na szczęście okazało się, że z nowym lekarzem nie jest źle. Polubiliśmy się także. I to od samego początku. Tym bardziej że zawsze możemy sobie pogadać po swojemu i pożartować ile wlezie, on zna bowiem polski, a ja czeski.
Nic w tym dziwnego, oboje w swoich Ojczyznach mieszkaliśmy na terenie przygranicznym. Kiedy się spotykamy, przy wszystkich mówimy po niemiecku, ale kiedy tylko drzwi jego gabinetu ginekologicznego za nami się zatrzasną, „zasuwamy”, każdy w swoim języku. Najpierw pogadamy sobie i pośmiejemy się, a potem pan doktor przystępuje do badania.
Wczoraj było tak samo i kiedy leżałam już „dyspozycyjnie rozwalona” na leżance ginekologicznej, czekając na to niezbyt miłe badanie (chyba żadna kobieta badań tych nie lubi), pan doktor zamilkł, po czym z powagą zabrał się za mnie.
Uważnie badał — co trzeba i jak trzeba, czyli wziernikiem, i po chwili... brrr! palcem. Nie wiem, czy wskazującym, czy którymś innym, ale wiem, że był to jego paluch.
Ależ byłam spięta. Za każdym razem jestem. Tym razem pewnie stres był silniejszy albo ja słabsza w tym dniu, bo nagle nie wytrzymałam tej ciszy gabinetowej... i tego tam... i dla rozładowania swojego nieprzyjemnego uczucia, odezwałam się:
— No, panie doktorze, chyba pan nie zaprzeczy, że „dobra by była dla ginekologa wygoda, gdyby oko w palcu dała mu przyroda”? — powiedziałam, i wystraszona, natychmiast się zamknęłam.
A wystraszyłam się reakcji doktora, bo on buchnął nagle tak głośnym śmiechem, że na początku to nawet nie rozpoznałam śmiechu w tym jego „buchnięciu”. Doktor wyciągnął tego, no... brrr... palucha, i przestał mnie badać. Klapnął na swój fotelik i rechotał dalej w najlepsze. Gdy byłam już pewna, że to tylko jego śmiech, odezwałam się ponownie, pytając:
— A co pana tak rozbawiło? Czyżby pan tego dowcipu nie znał?
— Ne, nikdy jsem neslyšel* — wydukał doktor, i dalej rechotał.
— Nigdy pan nie słyszał? A przecież to stary dowcip... z brodą, nawet już z bardzo długą brodą — powiedziałam, śmiejąc się już także. Gdy złapałam oddech, dodałam: — No tak, to jest możliwe, że pan nie słyszał, bo pan jest młodym ginekologiem, z epoki ultrasonografii... i w razie jakby co, może pan użyć USG.
Gdy zadowolona z dobrych wyników badań ginekologicznych wróciłam do domu, co rusz parskałam śmiechem. Nie, nie z tego starego dowcipu, ale z miny doktora, i jego pociesznego rechotu.
--------------------------------------------------------------------------
* Ne, nikdy jsem neslyšel - (czeski) Nie, nigdy nie słyszałem.
niedziela, 4 lutego 2024
Wakacyjne wspomnienia z dziwnymi zawodami sportowymi w tle
Wreszcie wakacje. Można w końcu, choć na krótko zapomnieć o szkole, o tym niezbyt przyjaznym klasztorze. Nie bez kozery nasza szkoła była nazywana klasztorem. I to nie tylko ze względu na dyscyplinę, ale i na historię budynku, w którym się mieściła. Był adoptowany po przedwojennym klasztorze.
No ale nastał czas wakacji, nareszcie mogłam spotkać się ze swoimi kolegami z podstawówki, z którymi od najmłodszych lat się bawiłam, a którzy rozjechali się po Polsce do swoich nowych szkół. Lubiłam słuchać ich opowieści z ich nowego szkolnego życia.
Martin, jeden z moich najlepszych kolegów miał zawsze wiele do opowiadania. Najbardziej zaciekawiła mnie jego relacja z mistrzostw szkół wrocławskich w strzelaniu z KBKS-u, w których zajął pierwsze miejsce i o tym wszystkim, co się potem działo. Sama radość i świętowanie.
To ja rozumiem, docenionym i wyróżnionym chce się chodzić do szkoły. W mojej szkole, a dokładniej — w klasie trudno było się czymś wyróżnić albo coś osiągnąć, bo często już na przedbiegach zostawało się storpedowanym. Dlaczego? Tak działa babiniec.
Z Jasiem też bardzo chętnie się spotykałam, bo to nie tylko wspaniały kolega z podstawówki, ale również syn przyjaciół moich rodziców. Bardzo go lubię, bo jest taki miły i romantyczny. A przede wszystkim oczytany i dobrze ułożony.
Właściwie to spotykaliśmy się najczęściej we trójkę, bo też i ze Staszkiem ciągle trzymamy się razem. Wprawdzie mniej już szalejemy na dwuśladach mechanicznych, bo nasze stare komarki poszły na złom, a innych nie mamy. Niekiedy udaje nam się jednak od kogoś łaskawego pożyczyć. Oczywiście nie za darmo. Ale to już nie to, co wcześniej. Teraz więcej zajmujemy się muzyką. Staszek fajnie gra na gitarze, a Jasiu ładnie śpiewa.
Za każdym razem rozpływałam się w marzeniach, kiedy śpiewał mi piosenkę Jacka Lecha pt. „Bądź dziewczyną z moich marzeń”.
Bądź
dziewczyną z moich marzeń, moich wspomnień,
bądź pamięcią,
której nie da się zapomnieć,
bądź piosenką, którą rzucam
wiatru śladom,
bądź mą myślą, moim światem!
Bądź
dziewczyną z moich marzeń, moich wspomnień,
dniom wczorajszym,
który dzisiaj wraca do mnie,
moją troską i radością, i
tęsknotą,
gwiazdą, która świeci pustą nocą!
Bądź
nadzieją, bądź mą wiosną i jesienią,
krzykiem ptaków
gdzieś wysoko ponad ziemią,
bądź uśmiechem wśród tysiąca
drobnych zdarzeń,
bądź dziewczyną z moich marzeń!
Czas wakacji jak zwykle niemiłosiernie szybko leciał. Połowa wakacji za mną. Robiłam jednak wszystko, aby nie myśleć o szkole. Zgodziłam się nawet, na prośbę tatusia, wziąć udział w Zakładowych Zawodach Sportowych w Chybiu. Wszak jestem dobrą sprinterką już od podstawówki.
Z pełnym zaangażowaniem i oddaniem starowałam na wielu zawodach LA. Z tak pełnym, że po jednych z nich aż w szpitalu wylądowałam. Dlaczego? Ano dlatego, że po falstarcie w biegu na 100 m, o którym nas zawodniczki poinformowano łaskawie dopiero na mecie, kazano nam biec od razu po raz drugi. Wprawdzie i za drugim razem zajęłam pierwsze miejsce, ale niestety po tym jakże ogromnym wysiłku uwięzła mi przepuklina i wylądowałam w szpitalu na operacji. A operację tę, notabene, zrobiono mi na żywca... Kurka wodna! Lekarze stwierdzili, że mam powiększone serce i nie chcą ryzykować. A ja takie duże serce mam od urodzenia... i wcale nie jest to jego wada.
Na rzeczonych zawodach w Chybiu, ku mojemu zadowoleniu i dumie tatusia, zajmuję również pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak niedane nam było się z tego faktu cieszyć, gdyż po paru minutach powiadomiono mnie, że zostałam zdyskwalifikowana. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach, a nie na bosaka, jak reszta zawodniczek.
Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. A wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach. A tak w ogóle, to co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku... się pytam?
Na drugi start, na bosaka, nie dałam się namówić. Raz, że duma mi nie pozwalała, a dwa, że miałam złe doświadczenie. Wszystkie biegi pozostałych bosonogich zawodniczek przesiedziałam w tych moich nieszczęsnych kolcach z siostrą na murawie boiska, psiocząc na zacofane układy wśród tutejszych działaczy sportowych. No bo co miałam zrobić? Na układy nie ma rady!
Zaczęłam żałować, że tak jak moja siostrzyczka Teresa, nie przyjechałam do Chybia, aby sobie tylko poparadować wystrojonej... Że też mi się zachciało startować! Na szczęścia humor mi się nieco poprawił, bo po godzinie udaje mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. No, niech se nie myślą! Cholewcia! Starą, doświadczoną sportowczynię tak potraktować?!
Tatuś znów był dumny. Ja nie, ale przynajmniej nie byłam już taka wściekła. Bo cóż to za wielkie zawody sportowe były? Nie dość, że bosonogie, to jeszcze nieuczciwe. Gdybym nie zajęła pierwszego miejsca, to z pewnością nikt z organizatorów nawet by nie zauważył, że mam kolce na nogach.
Martin też miał biec w kolcach, ale że mężczyźni startowali dopiero po kobietach, to do nich już dotarło, że kolce są be. Po całej tej niby sportowej imprezie mieliśmy czas na odpoczynek i refleksje. No i dwóch zawodników, czyli Martin i ja, trzymając w rękach zakazany detal sportowy, czyli swoje kolce, popsioczyliśmy sobie, ile wlezie na tę dziwolongowatość sędziów sportowych i całe te w rezultacie komiczne zawody.
Dwóch "niezawodników", czyli moja siostra Teresa i kolega Rysiek ochoczo nas wspomagali w psioczeniu. Nie powiem, trochę nam to pomagało. A potem, widząc tatusia zadowoloną minę, to już się nawet cieszyłam, bo też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tak zwanych sportowych zawodach.
* Wspomnienie to dedykuję mojej wnuczce Indii, którą bardzo interesuje życie niegdysiejszej i dzisiejszej młodzieży w Polsce.










