Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opowiadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2018

Marek i Jarek spełniają życzenia

Jak każdego dnia, mama Marka i Jarka odprowadzała swoich synów do przedszkola. Chłopcy bardzo chętnie chodzą do przedszkola. A tego dnia szczególnie szli ochoczo. Bo też i ten dzień był szczególny.
Jaki piękny poranek, prawda mamusiu?! — spytał uradowany Marek.
No… piękny, że ho, ho! — potwierdził Jarek.
Bo dzisiaj jest pierwszy dzień wiosny — z uśmiechem powiedziała mama.
Marek i Jarek uradowani mamy odpowiedzią zaśmiali się w głos. Po czym zawadiacko przekrzywili swoje bereciki na bakier, jeszcze mocniej chwycili mamę za ręce i raźnym krokiem pomaszerowali do przedszkola. Chłopcom przypomniało się, że w przedszkolu czeka ich miły dzień. Będą sadzić z panią kwiatuszki na klombie w ogródku. Kiedy tylko weszli do przedszkola, zauważyli, że pani Krysia w pięknej, kwiecistej sukience, z czerwonymi koralami na szyi, stoi przed drzwiami i wita każde dziecko z szerokim uśmiechem:
Witam was kochane dzieci, witam cię Marek, witam cię Jarek! Jak pięknie dziś wyglądacie.
Nie, to pani dziś pięknie wygląda! — zawołał Jarek. — Wygląda pani jak prawdziwa wiosna, odziana w zieloną łąkę, przetkaną pięknym kwieciem i ozdobiona dojrzałymi wisienkami.
Jarek chciał jeszcze coś powiedzieć na temat pani wiosennego wyglądu, ale niestety nie mógł, bo nagle Marek zaśmiał mu się prosto do ucha i chichocząc powiedział:
Jarek, skończ, przecież te korale na szyi pani Krysi, to nie wisienki, a jarzębina.
Marek, nie dokuczaj Jarkowi… On tak pięknie mówi — powiedziała rozmarzona pani Krysia. Po czym, śmiejąc się jak mała dziewczynka, złapała chłopców za ręce i zaprowadziła ich wraz z innymi dziećmi do drugiej sali, gdzie pani od muzyki grała na pianinie.
Wszystkie dzieci ustawiły się obok pianina, a Jarek, słysząc tak piękną muzykę, poczuł nagle wielką ochotę, by w jej takt wyrazić swe myśli. Wskoczył więc na mały taborecik i zaczął śpiewać:

Ja jestem Jarek, a to mój brat Marek.

Tra-lalala…! Tra-lalala…! 
Obaj kochamy nasze przedszkole. 
Tra-lalala…! Tra-lalala…! 
Wy też je kochajcie… Ja wam pozwolę!

Pani od muzyki przestała grać i zaczęła bić brawo. A wszystkie dzieci, śmiejąc się, rozbawione wymyśloną przez Jarka piosenką wesoło dośpiewały:

My też kochamy nasze przedszkole.
Tra-lalala…! Tra-lalala…!
I kochać będziemy nawet i w szkole.
Tra-lalala…! Tra-lalala…!

A Marek zakończył głośnym okrzykiem: — Olé! Olé! Olé!

Po obiedzie wszystkie dzieci wyszły do ogródka sadzić kwiatki na klombie. Pani Krysia przyniosła dwie duże skrzynie sadzonek. W jednej były różnokolorowe bratki, a w drugiej pomarańczowe pelargonie. Dzieci z łopatkami w rękach podbiegły do kolorowych skrzynek i każde wzięło po jednej sadzonce.
Hurrra! Ozdabiamy wiosnę! — krzyknął Marek i wyciągnął ze skrzynek jedną sadzonkę granatowych bratków i jedną pomarańczowych pelargonii.
Pani Krysia upomniała Marka:
Każde dziecko bierze tylko po jednej sadzonce.
Słyszysz Marek, co pani mówi? — upewniał się Jarek. — Wiesz co, to daj mi tę pomarańczową pelargonię, bo ten granatowy bratek lepiej tobie pasuje… No wiesz… pod kolor twoich włosów.
Po chwili wszystkie dzieci ze śpiewem na ustach, zajęły się kopaniem dołków na zasadzenie kwiatuszków.
Marek, wprawny ogrodnik, łopatą umiał się posługiwać i kopał zawzięcie. I gdy tak kopał, na dnie dziury coś mu zamigotało. Zaczął kopać jeszcze mocniej. Kopał i kopał, aż wreszcie dokopał się do małego metalowego puzderka.
Hej, Jarek, popatrz co znalazłem! — zawołał, wpatrując się z wielkim zainteresowaniem w dno dziury.
Coś ty… Znalazłeś coś? Co?! — głośno spytał Jarek i natychmiast się odwrócił. A że kopał swój dołek tuż obok Marka, odwracając się raptownie, potrącił go niechcący… i Marek z otwartą buzią ze zdziwienia, wpadł głową prosto do dziury.
Jarek wystraszył się. Szybko chwycił Marka za nogi i wyciągnął z dziury.
O rety, Marek, co ty masz w buzi? — spytał wylękniony.
Sam nie wiem co — odpowiedział Marek po chwili, kiedy już wyciągnął z buzi srebrzyste puzderko.
Otwieraj wreszcie... Może tam w środku jest skarb! — zawołał Jarek. A że aż gorąco mu się zrobiło z wrażenia, zdjął z głowy swój berecik i położył go na ziemi.
Marek otworzył puzderko, i wykrzywiając buzię z niezadowolenia, powiedział:
Błee… żaden skarb, tylko dwa guziki.
Wszystkie dzieci obstąpiły Marka i Jarka i ciekawe zaglądały do środka trzymanego przez Marka puzderka. Pani Krysia też podeszła.
O, widzę Marek, że zamiast być ogrodnikiem, stałeś się archeologiem. No pokaż, co wykopałeś. — Pani Krysia wzięła do ręki dwa guziki. Przypatrzyła im się dokładnie i stwierdziła, że są to guziki z mundurka harcerskiego. A po namyśle powiedziała: — Takie guziki to prawdziwy skarb.
Ja i Marek marzymy o tym, by zostać w przyszłości harcerzami — powiedział Jarek zachwycony skarbem brata.
Wiesz co, Jarek, poprosimy mamusię, aby nam je przyszyła na nasze bereciki — powiedział Marek.
Dobry pomysł… Ojej, a gdzie jest mój berecik?! — wystraszył się Jarek.
Wszystkie dzieci zaczęły się rozglądać za berecikiem Jarka.
O, tam… idzie sobie! — zawołała nagle piegowata Zuzia.
Jak to, idzie? — nie dowierzały dzieci.
Okazało się, że Zuzia miała rację. I kiedy dzieci na własne oczy zobaczyły, że berecik Jarka znika w trawie za klombem, zaczęły piszczeć z wrażenia. Pisk dzieci usłyszał pan woźny i natychmiast przybiegł na ratunek.
Co się stało dzieci? — spytał, kiedy znalazł się już przy nich.
Mój berecik sobie poszedł — ze smutkiem w głosie odpowiedział Jarek.
Po chwili pan woźny przyniósł berecik Jarka z powrotem, i śmiejąc się głośno, powiedział:
Bereciki same nie potrafią chodzić. To myszka polna upodobała sobie Jarka berecik i zmierzała z nim do swojej norki.
Dzieci ubawione przygodą berecika Jarka, w wyśmienitych humorach posadziły wszystkie kwiatuszki i wróciły do sali pobawić się zabawkami.
Marek i Jarek nie chcieli się bawić. Siedzieli wraz z Mariankiem pod szafką z zabawkami i z każdej strony oglądali wykopany przez Marka skarb.
A wy co, chłopcy, nie chcecie się bawić? — spytała pani Krysia.
Teraz podziwiamy wykopalisko Marka… Później będziemy się bawić —grzecznie odpowiedział Jarek.
A ja, proszę pani, jestem nie tylko dobrym archeologiem. Jestem też dobrym ogrodnikiem — odezwał się nagle Marek. — Tak mówi mój tatuś.
Kiedy Marek i Jarek wrócili z przedszkola do domu, usiedli sobie na ganku przed domem, a mama przyniosła im na podwieczorek pyszne ciasteczka i dwa kubeczki ciepłego mleka. Chłopcy z wielkim apetytem zajadali ciasteczka i popijali mlekiem. I wtedy Markowi przyszedł do głowy pewien pomysł.
Wiesz, Jarek, chciałbym aby pani Krysia i dzieci zobaczyły nasz ogródek, bo może oni nie wierzą, że ja jestem dobrym ogrodnikiem.
Znów masz dobry pomysł — zgodził się z bratem Jarek.
Po kolacji Marek opowiedział rodzicom o wszystkim, co im się przytrafiło w przedszkolu i poprosił ich, aby się zgodzili zaprosić wszystkie dzieci z przedszkola wraz z panią Krysią do ich ogródka.
Oczywiście, zaprosimy ich jutro — powiedziała mama Marka i Jarka. A tato dodał: — To bardzo dobry pomysł. Niech zobaczą jacy z was ogrodnicy.
Dziękujemy wam bardzo. Jesteście kochani! — zawołali jednocześnie Marek i Jarek. A Marek spytał jeszcze: — A możemy ze swojej skarbonki wyciągnąć parę pieniążków i kupić dzieciom lizaki?
Ma się rozumieć, że tak — odpowiedzieli rodzice.
Po kolacji chłopcy ciągle siedzieli przy stole kuchennym i nie mogli się od niego oderwać. Rozmyślali o jutrzejszym dniu, kiedy to wszystkie dzieci wraz z panią Krysią przyjdą z wizytą. I wtedy dopiero mama zauważyła, że Jarek ma na głowie beret.
Jarek, powiedz mi, dlaczego ty ciągle siedzisz w bereciku? — spytała wielce zdziwiona.
No bo się boi, że jego berecik znów sobie pójdzie — odpowiedział Marek za Jarka.
No właśnie! — potwierdził Jarek.
Marek oderwał się wreszcie od stołu i gdzieś zniknął. Jarek zamyślony siedział dalej. Po chwili Marek zjawił się z powrotem z jakimś słoiczkiem w ręce i stanął Jarkowi za plecami. Zauważył to tato i spytał się:
Marek, a cóż ty tam masz w tym słoiczku?
Jak to co? Klej. Przykleję Jarkowi berecik na stałe i już się nie będzie musiał martwić, że znów go ktoś od niego bez pytania pożyczy.
Oj, Marek, Marek, tym razem twój pomysł nie jest zbyt dobry — zaśmiał się tato. Po czym zdjął Jarkowi berecik z głowy i obu synów jednocześnie pogłaskał po głowie.
Następnego dnia, skoro świt, Marek zerwał się z łóżka i pobiegł do ogrodu. Chciał sprawdzić, czy zeszły już rzodkiewki i szczypiorek, które wraz z Jarkiem posiał kilka dni wcześniej. I kiedy zobaczył, że nie wszystkie jeszcze ziarenka wykiełkowały i przebiły się przez ziemię, zmartwił się bardzo. No bo jak to tak? Jak pani i dzieciom teraz udowodni, że jest dobrym ogrodnikiem? Niewiele się namyślając, pobiegł po łopatę do szopy. Z łopatą w ręce stanął na grządce, wziął głęboki oddech, i już miał zaczął kopać, kiedy przez otwarte okno dziecięcego pokoju usłyszał zaspany głos Jarka.
Braciszkuuuu, a gdzie ty jesteś? Jesz już śniadanie?
Nie, mój drogi braciszku, nie miałem czasu na śniadanie. Muszę ciężko pracować w ogrodzie — odpowiedział Marek.
A co ty tam robisz? — dociekał Jarek.
Przyjdź i sam zobacz.
Jarek w mig stanął w drzwiach domu, a za nim mama i tato.
Marek, co ty chcesz zrobić? — spytała zaskoczona mama.
No jak to co? Muszę pomóc ziarenkom w kiełkowaniu. Ułatwię im wydostanie się na powierzchnię ziemi — odpowiedział Marek poważnym głosem.
Posłuchaj Marek, to nie jest dobry pomysł — zaśmiał się tato. — Zasianym ziarenkom w ogóle nie trzeba pomagać. One same wykiełkuję, kiedy przyjdzie ich czas.
No to kiedy ten ich czas przyjdzie? — zasmucił się Marek. — Jak ja mam teraz pani i dzieciom udowodnić, że jestem dobrym ogrodnikiem, skoro widać tylko gołą ziemię i nic więcej…? Ojejej! I co teraz?! Żadnych roślinek nie widać.
Marek, ty niczego nie musisz udowadniać — wtrąciła się mama. — Przecież pani ci wierzy i wie, że umiesz dobrze pracować w ogródku. Dzieci też uwierzą, bo pani na pewno im wytłumaczy, że zanim z zasianych ziarenek coś urośnie na grządce, trzeba cierpliwie czekać.
Po śniadaniu mama zatelefonowała do pani Krysi i zaprosiła ją wraz z dziećmi do ich ogródka. Pani Krysia bardzo się ucieszyła i przyjęła zaproszenie. Marek i Jarek promienieli ze szczęścia. Razem z mamą przygotowali cztery dzbanki soku pomarańczowego dla swoich gości. Napełnili kilka miseczek różnymi ciasteczkami i orzeszkami, a potem razem z tatą pobiegli do pobliskiego sklepiku kupić lizaki. Kiedy wrócili do domu, zobaczyli, że mama zdążyła poustawiać w ogrodzie kilka małych stoliczków i krzesełek.
Dziękujemy ci mamusiu! — zawołał Jarek ze szczęśliwą miną.
Och, bardzo ci dziękujemy, kochana mamusiu! — dodał Marek, pokazując wszystkie ząbki w uśmiechu.
Marek tak bardzo był przejęty tym, że za niedługo dzieci wejdą do ich ogródka, że nie mógł spokojnie usiedzieć na miejscu. Co chwilę biegał do furtki i zaglądał, czy dzieci już nie nadchodzą. Gdy zobaczył, że jeszcze nie, biegł na grządki i wpatrywał się w ziemię. Po chwili znów biegł do furtki i znów na grządki. I tak wkoło.
Jarek siedział na schodku przed gankiem domu i przypatrywał się biegającemu tam i z powrotem bratu. Wreszcie nie wytrzymał i zawołał:
Ty, Marek, usiądź ty w końcu koło mnie, bo cię nogi zabolą od tego biegania i potem nie będziesz miał siły dzieci oprowadzić po naszym ogródku.
Marek posłuchał Jarka i przestał biegać. Podszedł do niego. Chciał usiąść na schodku obok. Niestety, źle usiadł i spadł ze schodka.
Auuu… boli! — zawył głośno z bólu.
To siadaj, a nie spadaj — poradził Jarek.
Dobrze ci mówić, skoro nic nie robisz, tylko siedzisz sobie spokojnie — odparł Marek, rozcierając obolały krzyż.
To ty też wreszcie usiądź i razem będziemy spokojnie siedzieć — zachichotał Jarek. — Dzieci na pewno zaraz przyjdą.
I pani Krysia też? — upewniał się Marek.
Też! Bo dzieci z pewnością same nie przyjdą — rzeczowo odpowiedział Jarek.
Marek zadowolony z takiej odpowiedzi usiadł wreszcie obok Jarka. Tym razem mu się udało, i to bez żadnych dodatkowych problemów. Marek uspokajał się już powoli, ale co jakiś czas zaglądał niecierpliwie w stronę płotu. Widząc to Jarek, podsunął mu pod nos talerzyk z biszkoptami i zawołał:
Hej, Marek, spróbuj jakie pyszności!
Lepiej nie, bo chrupiąc biszkopty, mogę nie usłyszeć jak dzieci będą nadchodzić.
Ooo… słyszysz?! Już nadchodzą, i to ze śpiewem na ustach! — Jarek zawołał radośnie i zaczął śpiewać razem z dziećmi.
A była to nowa piosenka, którą pani od muzyki nauczyła dzieci na przywitanie wiosny.

Tak piękna i radosna,
Może być tylko wiosna!

W promieniach słońca do nas przychodzi.
Soczysta zieleń wokół się rodzi,
Serca raduje obrazek taki...
Zielona trawa, bławatki, maki.

Tak piękna i radosna,
Może być tylko wiosna!

Wiosna niczym prawdziwa dama
W kwiecistą suknię jest ubrana.
Rozpyla wokół zapachów moc
Przez cały dzień i całą noc.

Tak piękna i radosna,
Może być tylko wiosna!

Wiosna to też przepiękna muzyka...
Tu ptaszki śpiewają, tam chrząszcz zabzyka.
A lasy z poszumem zielonych drzew
Niosą tę muzykę i wiosenny zew.

Tak piękna i radosna,
Może być tylko — nasza kochana — WIOSNA!

Wszystkie dzieci z przedszkola wbiegły roześmiane do ogrodu Marka i Jarka. Za nimi weszła uśmiechnięta pani Krysia. Bracia przywitali wszystkich serdecznie i przedstawili swoim rodzicom. Potem zaprosili swoich gości do ustawionych przez mamę stolików i poczęstowali ciasteczkami i orzeszkami. A mama nalała każdemu dziecku soku pomarańczowego do szklaneczki. Dzieci wesoło zabrały się za pałaszowanie pyszności. Każde też wypiło sok, a niektóre nawet poprosiło o repetę. Marek i Jarek byli zachwyceni swoimi gośćmi i wesołą atmosferą panującą w ich ogródku. Było gwarno i radośnie. Kiedy wszystkie miseczki i szklaneczki były już puste, obaj bracia poprowadzili dzieci ścieżynkami między grządkami i tłumaczyli dzieciom, gdzie i co posiali. Dzieci wpatrywały się w grządki, no i niestety nic nie widziały. Wtedy pani Krysia wyjaśniła dzieciom, jak przebiega wegetacja roślin, a mama Marka i Jarka, widząc, że niektóre dzieci kręcą główkami z niedowierzaniem, powiedziała:
A za parę tygodni, kiedy wyrosną już dorodne, czerwone rzodkiewki i soczysto-zielony szczypiorek, Marek i Jarek znów was zaproszą do siebie, na śniadanie. Specjalnie dla was przygotujemy przepyszny twarożek z rzodkiewką i ze szczypiorkiem.
Huurrraaa! — rozległo się w ogródku.
Hura! — Marek krzyknął jeszcze raz. — Dziękuję ci mamusiu!
Widzicie, dzieci? Marek i Jarek to prawdziwi ogrodnicy — powiedziała poważnym głosem pani Krysia. — Sieją, pielęgnują… i na zbiory zapraszają gości.
Na pożegnanie dzieci Marek i Jarek przynieśli z ganku koszyczek pełen lizaków. Każde dziecko dostało od nich po dwa lizaczki i dzieci radośnie pomaszerowały z powrotem do przedszkola. Marek i Jarek pomaszerowali z nimi również.
Po powrocie z przedszkola chłopcy długo siedzieli na schodkach ganku i opowiadali sobie o swoich wrażeniach z rannej wizyty dzieci i ich pani.
No widzisz, Marek, wszystkim dzieciom się bardzo u nas podobało. Pani też. — Jarek przekonywał brata. — A tak się denerwowałeś. I po co?
Bo myślałem, że dzieci nie będą chciały uwierzyć, że ja jestem dobrym ogrodnikiem… Wprawdzie ty też trochę siałeś… ale ja więcej. I to ja jestem pierwszym ogrodnikiem w naszym ogródku, no nie?
A bądź sobie! — Jarek zgodził się po namyśle.
A będę! — ucieszył się Marek. — Jutro jest sobota. Ty możesz sobie dłużej pospać, a ja wstanę z samego rana i będę podlewał wszystkie grządki. Bo wiesz, ogrodnik musi dbać o swoje roślinki.
Wiem — odrzekł Jarek z miną znawcy. — To ty wstań raniutko, skoro świt… i dbaj… i podlewaj. A ja, jak się obudzę, to przyjdę zobaczyć, czy dobrze dbałeś i dobrze podlewałeś. Bo ja jestem drugim ogrodnikiem, tym od kontroli.
Marek jak powiedział, tak zrobił. Następnego dnia wczesnym rankiem wyskoczył z łóżka, ubrał się szybciutko, i już chciał wyjść z pokoju, gdy zauważył nagle, że Jarka łóżko jest puste. Wybiegł natychmiast z pokoju. Zaglądnął do kuchni. Zaglądnął do łazienki. Nigdzie Jarka nie było. Zdziwiony wyszedł na ganek i aż krzyknął z wrażenia:
Jarek, a ty co tu robisz?! Przecież się zgodziłeś, żebym to ja był pierwszym ogrodnikiem.
I dalej się zgadzam — z uśmiechem odpowiedział Jarek.
To co tu robisz tak wcześnie? Przecież miałeś spać — dociekał zawiedziony nieco Marek.
Rozmyślam.
O tej porze?
Na rozmyślania każda pora dobra.
Jarek, gadaj mi tu zaraz nad czym tak rozmyślasz, i to jeszcze z takim uśmiechem — niecierpliwił się Marek. — Zobaczyłeś coś wesołego?
Nic nie zobaczyłem. Uśmiecham się do swoich myśli.
Ojej, to co to za wesołe myśli masz? — Marek chciał natychmiast wiedzieć. — No, mów wreszcie!
Miałem bardzo ładny sen i teraz rozmyślam o nim.
Aaaa…! To melduj zaraz… jaki sen?
Poczekaj no! Muszę sam najpierw pozbierać myśli i dokładnie sobie przypomnieć — odpowiedział Jarek i błędnym wzrokiem popatrzył na brata, ale ciągle się uśmiechając. — Opowiem ci po śniadaniu. A ty, pierwszy ogrodniku, zajmij się teraz ogrodem. Pielęgnacją, podlewaniem i… czym tam jeszcze chcesz. A ja wracam do łóżka, by sobie dobrze cały sen przypomnieć.
Co było robić? Marek powędrował do szopy po konewki, a Jarek poszedł do swojego pokoju.
Kiedy siedzieli już po śniadaniu na schodkach ganku, Jarek zaczął opowiadać:
Śniła mi się piękna zabawa…
No, domyślam się… Skoro sen był piękny, to i zabawa musi być piękna… Ale jak piękna? Z wyglądu? Czy może… ze smaku? — przerwał zniecierpliwiony Marek.
Piękna… w ogóle… i koniec! A ty mi nie przerywaj, bo nigdy ci nie opowiem — Jarek naskoczył na brata, ale widząc jego proszące spojrzenie, postanowił kontynuować opowiadanie snu. — Do zabawy potrzeba dużo dzieci. To jest zabawa w guziczki…
Ojej, co to jest z tymi guziczkami?! — Marek aż krzyknął. — Ja przedwczoraj w klombie wykopałem guziczki z mundurka harcerskiego, a ty śnisz o guziczkach. Może te guziczki są zaraźliwe?
Ooo… dziękuję ci Marek! — Jarek aż podskoczył z wrażenia i łupnął brata po ramieniu.
Rety! Co tu się w ogóle dzieje? — Marek był oszołomiony. — Za co ty mi dziękujesz?
Za to, że akurat przypomniałeś mi kim te wszystkie dzieci z mojego snu były. Cały czas próbowałem sobie przypomnieć i jakoś nie mogłem. Dobrze, że powiedziałeś o tych twoich guzikach z mundurka harcerskiego. Teraz już wiem! Tak, przypominam sobie dokładnie… to nie byli harcerze, to były zuchy. Tak, to była drużyna zuchów, która nazywała się Drużyną Chochliczków.
No, no, no… Coś takiego? — nie dowierzał Marek. — Zuchowa Drużyna Chochliczków, powiadasz?
Właśnie! My też najpierw będziemy zuchami, a dopiero jak będziemy duzi, zostaniemy harcerzami… Ale słuchaj dalej! — Jarek powrócił do zabawy ze snu. — Wszystkie zuchy ustawiają się w kole z wyciągniętą do tyłu lewą ręką. I ja, we śnie… zuch Jarek Chochliczek, podchodzę do każdego i wkładam mu do ręki jeden guziczek. Nikt nie może podglądać, jakiego koloru jest ten guzik. A będą one różnego koloru. Tylko jeden będzie czerwony, który wygrywa, i czarny, który przegrywa. Potem dzieci głośno wypowiadają formułkę gry i guziki krążą w obrębie koła, ale tylko za plecami dzieci. Każde dziecko otrzymany ode mnie guziczek podaje dziecku stojącemu po jego lewej stronie. Dostaje natomiast guziczek do prawej ręki od innego dziecka stojącego po jego prawej stronie. Przekłada ten guziczek (za plecami oczywiście), do lewej ręki i znów podaje… i tak wkoło. A przy tym, dzieci ciągle recytują wyuczoną formułkę i jednocześnie przytupują nogami w miejscu, albo przestępują z nogi na nogę w kierunku ruchu wskazówek zegara, lub na odwrót. Mogą też wykonywać dowolne ruchy. Ważne, by przy tej zabawie trochę się pogimnastykować. Następnie, kiedy dzieci zgodnie z treścią formułki krzykną: „stop”, wszystkie zatrzymują się i wyciągają prawą rękę przed siebie i pokazują w jakim kolorze mają guziczki. Ten, kto ma czerwony, wygrywa i ma prawo wypowiedzieć jedno życzenie. Ten, kto ma czarny, przegrywa i musi to życzenie spełnić. A potem spisuje się na kartce papieru imię tego co wygrał i jego życzenie oraz imię tego co przegrał, bo ten co przegrał, życzenie to musi spełnić. Dziecko, które wygrało, rozpoczyna kolejną zabawę. Zbiera od wszystkich dzieci guziczki, wrzuca do kubeczka i dokładnie je miesza. Potem rozdaje guziczki znów ustawionym w kole dzieciom, wkładając każdemu jeden guziczek do lewej ręki. Samo nie bierze tym razem udziału w grze. Pilnuje tylko, aby gra przebiegała prawidłowo, i na koniec gry, spisuje na tej samej kartce, tak samo, imię wygrywającego, jego życzenie oraz imię przegrywającego. I włącza się już do następnego obiegu guziczków, czyli do następnej gry… No i co Marek, fajna zabawa? — Jarek zakończył pytaniem swoje opowiadanie.
Hmmm… Czy ja wiem? — zastanawiał się Marek. — Ale jedno co wiem, to to, że gdy tak ciebie słuchałem, wydawało mi się, że to panią Krysię słyszę.
A wiesz, Marek, że mnie się chwilami też tak wydawało? — Jarek podrapał się po głowie i zadumał się na chwilę zaskoczony tym odkryciem. Wreszcie dodał: — Może dlatego nam się tak wydawało, bo ja opowiadałem o tym, co mi się śniło… A na to, co nam się śni, to my nie mamy wpływu… Zuchami jeszcze nie jesteśmy i pisać też nie umiemy, ale tak mi się śniło… i już! Opowiem pani Krysi o moim śnie, a ona na pewno pomoże nam się zabawić w chochliczkowe guziczki… Tak, tak właśnie zrobię… A teraz, mów mi lepiej, czy ta wyśniona przeze mnie zabawa jest fajna?
Całkiem głupia to ona nie jest — ocenił w końcu Marek. — Ale powiedz mi jeszcze, jakie życzenia dzieci mogą wypowiadać?
No takie… do spełnienia. A nie jakieś tam wydumane — odpowiedział Jarek po chwili namysłu i aż oczy mu się zaokrągliły ze zdziwienia, bo znów mu się wydawało, że słyszy panią Krysię.
Dobra! Niech będzie! Można się nawet w te chochliczkowe guziczki zabawić…Ty, Jarek, zaraz… a guziczki skąd? — zastanowił się nagle Marek, hamując przypływ entuzjazmu. — Mamy tylko dwa guziki z mundurka harcerskiego. Mam nadzieję, że mamusia jeszcze je nie przyszyła na nasze berety.
Nie martw się. Jeszcze przed śniadaniem, kiedy ty zajmowałeś się pielęgnacją ogrodu, poprosiłam o nie mamusię i mamusia mi je dała. I oprócz nich, dała mi też pełny kubeczek różnokolorowych guziczków.
To fajowo! — zawołał Marek, ale zaraz zaczął się głośno zastanawiać: — No tak, ale dzisiaj jest sobota, to z kim mamy się bawić? Mówiłeś, że do tej zabawy potrzeba dużo dzieci. No i trzeba też kogoś, kto umie pisać, żeby zapisywać nasze życzenia.
Właśnie. Nie ma wyjścia, musimy poczekać do poniedziałku. A w poniedziałek będzie i dużo dzieci, i pani Krysia, która umie pisać.
A nie zapomnisz do poniedziałku tej całej formułki zabawy? — upewniał się Marek.
Nie. Zapamiętałem ją dobrze.
Przez cały weekend chłopcy mieli dużo różnych zajęć w domu, ale i przyjemności również. Byli nawet na wycieczce rowerowej z rodzicami, i na basenie, ale myśli o poniedziałkowej zabawie w przedszkolu ciągle do nich powracały. I raz się cieszyli, że taka świetna zabawa ich czeka, a raz się smucili, że do poniedziałku jeszcze tak daleko.
Marek co jakiś czas dopytywał się Jarka, czy jeszcze pamięta formułkę zabawy. Jarek wciąż powtarzał, że ma się nie martwić, bo on, Jarek, ma bardzo dobrą pamięć. W końcu Jarkowi znudziło się ciągłe powtarzanie Markowi tego samego, poprosił więc mamę w niedzielę po obiedzie, aby zapisała na kartce to, co on jej podyktuje. Wcześniej jednak uzgodnił z Markiem, że nic na razie mamie nie powiedzą o jego śnie. Że powiedzą dopiero w poniedziałek po przedszkolu, kiedy już będą pewni, że jego sen się spełnił.
Mama była bardzo zdziwiona, ale chętnie spełniła prośbę Jarka i pod jego dyktando, przepięknym pismem, wykaligrafowała treść formułki na ozdobnym, czerwonym papierze. Potem papier ten zwinęła w równiutki rulonik i przewiązała go biało-czerwoną wstążeczką.
Chłopcy byli zachwyceni. Jarek z szerokim uśmiechem wziął od ciągle zdziwionej mamy rulonik — z tak pięknie przez nią zapisanym jego snem, i zaniósł go do swojego i Marka pokoju.
Marek dreptał za nim. A minę miał przy tym taką uroczystą, jakby szedł za kimś ważnym i w bardzo ważnej misji.
Jarek wszedł do pokoju i położył rulonik obok kubeczka z guziczkami, który już wcześniej na parapecie okna postawił. Chwilę postał przy oknie, wpatrując się z zadowoleniem, to w rulonik, to w kubeczek, wreszcie zawołał:
Marzenie senne spełń się!
No, niech się spełni, bo jest całkiem, całkiem… — dodał Marek i aż się zająknął z wrażenia, bo chwila była poważna.
W końcu przyszedł upragniony poniedziałek. Marek i Jarek zerwali się z łóżek wcześniej niż zwykle. Wykonali szybko poranną toaletę w łazience, zjedli z rodzicami śniadanie w kuchni, i wyszli na ganek. Czekali niecierpliwie na mamę.
Ty, Jarek… — Marek aż przebierał nogami ze zniecierpliwienia, bo czekanie było dla niego męką. — A sprawdź jeszcze raz, czy włożyłeś do plecaka kubeczek z guziczkami i ten rulon z twoim snem… no wiesz, z tą spisaną przez mamę formułką zabawy.
Nie denerwuj się, wszystko mam — uspakajającym tonem powiedział Jarek.
Po chwili Marek i Jarek maszerowali już wraz z mamą do przedszkola. Tą samą jak zwykle drogą. Ale tym razem, droga im się bardzo dłużyła. Pragnęli jak najszybciej znaleźć się w przedszkolu. I kiedy wreszcie dotarli na miejsce, wycałowali mamę w pośpiechu i pobiegli do pani Krysi.
Mama, śmiejąc się, pokiwała swoim synom na do widzenia, i zawołała:
Życzę wam miłej zabawy, chłopcy!
Dziękujemy! — odpowiedzieli jednocześnie jej synowie, biegnąc coraz szybciej.
Pani Krysia, widząc biegnących braci, zdziwiła się i wyszła im naprzeciw.
Chłopcy, co się stało? Dlaczego tak biegniecie? — spytała, kiedy zziajani bracia do niej dobiegali.
Proszę pani… proszę pani… a Jarek przyniósł dzisiaj swój sen do przedszkola — wołał Marek w odpowiedzi.
Co przyniósł? Mówisz… sen? — nie dowierzała pani Krysia, myśląc, że się przesłyszała.
Tak, proszę pani… sen! — potwierdził Marek co nieco za głośno.
Poczekaj, Marek. Pomału. I nie krzycz tak. Opowiedzcie mi dokładnie i powoli o co tu chodzi z tym snem… Jarek, ty opowiadaj, proszę — pani Krysia poczuła nagle wielkie zaciekawienie. — Ale poczekaj jeszcze chwileczkę, zawołam tylko wszystkie dzieci… Dzieci, dzieci, chodźcie tu wszystkie! Jarek ma nam coś bardzo ciekawego do opowiedzenia!
Dzieci przybiegły ze wszystkich stron sali i usiadły na podłodze. Bardzo zaciekawione (czemu wyraz dawały ich rozdziawione buzie i zaokrąglone oczy), zaczęły się wpatrywać to w Jarka, to w Marka, stojących obok pani Krysi.
Marek, widząc tak wielkie zainteresowanie na twarzach dzieci, łupnął Jarka pod bok i huknął mu do ucha:
Hejże, Jarek, zaczynaj już!
I Jarek zaczął opowiadać o swoim śnie. Głośno i wyraźnie.
Wszystkie dzieci siedziały cichutko jak myszki pod miotłą i słuchały Jarka z zapartym tchem. Bardzo im się podobał jego sen, i to, że one brały w nim udział. I to w dodatku jako zuchy Chochliczki.
Pani Krysia również słuchała Jarka z wielkim zainteresowaniem. I kiedy Jarek skończył, zawołała rozpromieniona:
No, Jarek, zazdroszczę ci takiego snu. Sama bym chciała mieć takie sny, by móc wam o nich opowiadać i bawić się z wami w wyśnione przeze mnie zabawy… Jarek, jesteś wspaniały!
To nie ja, to mój sen — odrzekł skromnie Jarek. — Samo mi się to jakoś wyśniło.
To życzę ci częściej takich snów! — zawołała radośnie pani Krysia. — Będziemy mieli z nich wielki pożytek… Prawda dzieci?!
Praaawdaaaa!!! — chórem zawołały wszystkie dzieci.
Jarek, widząc że swoim opowiadaniem zrobił pani i dzieciom przyjemność, promieniał ze szczęścia. I to promieniał tak bardzo, że aż Markowi udzieliło się to miłe uczucie. Ba, Marek promieniał nawet jeszcze bardziej niż Jarek. I to tak dużo bardziej, że już nie mógł dłużej spokojnie ustać w miejscu. Chwycił więc za Jarka plecak, i ściągając mu go z pleców, głośno zawołał:
A tu, w Jarka plecaku, są rzeczy z jego snu! Jarek, demonstruj!
Jarek wyciągnął z plecaka kubeczek z guzikami i postawił go na podłogę. Wszystkie dzieci zerwały się z siedzenia i z ogromnym zaciekawieniem zaglądały do środka. Wtedy Jarek wyciągnął czerwony rulonik z pięknie przewiązaną biało-czerwoną wstążeczką.
Patrzcie dzieci, patrzcie… ! — zawołał Marianek. — Jarek ma jeszcze coś bardzo ładnego ze snu.
Dzieci natychmiast oderwały wzrok od kubeczka i popatrzyły na trzymany przez Jarka rulonik.
Oooo… jaka piękna senna rzecz! — zawołała piegowata Zuzia.
No nie, Zuźka?! — Marek aż pokraśniał z radości. — Ha, senna rzecz jak się patrzy!
Jarek z szerokim uśmiechem na twarzy podał pani Krysi rulonik i poprosił ją, aby nauczyła wszystkie dzieci tego, co tam napisane.
Pani Krysia odwiązała kokardkę i zaczęła głośno czytać:

Zuchy Chochliczki grają w guziczki

Jesteśmy Chochliczki
I gramy w guziczki.
Guziczków mamy wiele…
Więc grajmy  przyjaciele!

W lewej ręce guzik masz,
Do prawej ręki mi dasz.
Z prawej do lewej przekładamy
I następnemu zuchowi damy.

Gra szesnaścioro Chochliczków,
Tyle więc guziczków
Krąży z nami w koło,
A my liczymy wesoło:
Jeden, dwa, trzy, cztery… itd. (w zależności od ilości dzieci. Dzieci mogą liczyć od 1 — … —                                                                     dowolną ilość razy).

Guziczki różne podajemy.
W jakim kolorze — nie wiemy.
Lecz teraz wołamy: STOP!
Prawa ręka — przed siebie — HOP! (Obieg guziczków się zatrzymuje. Dzieci wyciągają prawe                                                                    rączki do przodu, nie pokazując jednak jeszcze swoich guziczków).
Czerwony wygrywa,
Czarny przegrywa.
Czerwony — ma życzenie,
Czarny — jego spełnienie.

Prawe dłonie otwieramy…
Jakiego koloru guziczki mamy? (Dzieci pokazują w jakim kolorze mają guziczki).

Przecież to jest wspaniała zabawa! — zawołała pani Krysia, kiedy skończyła czytać.
No jasne, że wspaniała — potwierdził Marek.
Marek, a skąd ty wiesz? Tobie się też ta zabawa przyśniła? — spytała pani Krysia, zastanawiając się na moment, czy to może Marek coś nie wymyślił z tym snem Jarka i z tą zabawą.
Nie, proszę pani. To jest wyłącznie sen Jarka — poważnym głosem, lecz z lekko łobuzerską miną odpowiedział Marek. — Ale ja go znam, bo cały weekend go wałkowaliśmy… to znaczy, o nim mówiliśmy. Bo wie pani, Jarkowi to ten sen sam się przyśnił już w piątkową noc.
Ahaaa! A też sam się tak pięknie wykaligrafował na tym wspaniałym papierze? — dopytywała się pani Krysia. Ale widząc, że Marek robi jeszcze bardziej łobuzerską minę, przeniosła wzrok na Jarka.
Nie, sam nie. To nasza mamusia umie tak pięknie pisać. I to ona zapisała mój sen. — Jarek odpowiedział zgodnie z prawdą.
Wspaniale, a więc dzieci, to nic nam innego nie pozostało, tylko koniecznie nauczyć się słów tej wyśnionej i wesołej Jarka zabawy na pamięć — zawołała głośno pani Krysia.
Taaak, taaak! — chórem odpowiedziały dzieci.
Kiedy pani Krysia uczyła dzieci słów zabawy, Jarek w tym czasie wysypał z kubeczka wszystkie guziczki na podłogę i razem z Markiem zabrał się do ich liczenia. Jarek pamiętał, że wszystkich dzieci w ich grupie jest razem trzynaścioro. Guziczków w kubeczku było szesnaście. Przeliczył dokładnie. I choć go Marek dwa razy pomylił swoim głośnym liczeniem, to za trzecim razem wyszło mu tak samo jak Markowi: szesnaście guzików. Jarek był zadowolony, że wszystko pasuje. Z guziczków przeniósł wzrok na Panią Krysię, która wraz z dziećmi głośno powtarzała tak dobrze znane mu słowa.
Jarek, a powiedz mi, dlaczego w twojej zabawie gra szesnaścioro Chochliczków? — spytała nagle pani Krysia. — Ze mną jest nas czternaścioro.
Bo mi się śniło, że z nami bawi się też pani od muzyki i pan woźny — grzecznie odpowiedział Jarek.
No, no, no… jaka wspaniała zabawa! — zaśmiała się pani Krysia i przystąpiła do dalszej nauki słów.
Po pół godzinie pani Krysia stwierdziła, że wszystkie dzieci nauczyły się już słów zabawy ze snu Jarka i zapamiętały na tyle, że mogła już je poustawiać w kole i rozpocząć zabawę Chochliczków w guziczki. Zaprowadziła wtedy dzieci do drugiej sali, gdzie pani od muzyki grała na pianinie jakąś skoczną melodię.
Prosimy panią do nas! — zawołała, stając obok pianina. — Będziemy się bawić w taką wesołą zabawę ze snu Jarka. I zgodnie z jego snem, pani też powinna się z nami bawić.
Z miłą chęcią — odpowiedziała pani od muzyki, przestając grać.
Brakuje jeszcze pana woźnego — przypomniało się pani Krysi. — Marek, biegnij proszę do warsztatu do pana woźnego i poproś go do nas.
Po chwili Marek wraz z panem woźnym również stali razem z dziećmi i obiema paniami w kole. Wszystko było już należycie przygotowane do zabawy.
Wtedy Jarek podszedł do wszystkich stojących w kole i rozdał im guziczki ze swojego kubeczka (od tyłu oczywiście), i już zabawa miała ruszyć, gdy nagle Marek opuścił koło i doskoczył do Jarka.
A ty co? Wymyślił… albo wyśnił… wszystko jedno… i nie gra? — zapytał brata niepewnym głosem.
Gra, gra! Tylko zanim zabawa się rozkręci i dzieci pokapują o co w niej dokładnie chodzi, muszę tego przypilnować. Nie? — Jarek odpowiedział z lekka nastroszony niestosownym pytaniem brata. — Kto zna najlepiej zasady gry, jak nie ja?
Aaa… a to niezaprzeczalne, że ty. Masz rację — ze skwaszoną miną odrzekł Marek i poczłapał z powrotem do koła.
Jarek podszedł wtedy do pani Krysi i powiedział głośno, tak, żeby wszyscy słyszeli:
To tak jak mi się wyśniło, w tej pierwszej grze ja nie biorę udziału. Będę patrzył, czy wszystko jest tak, jak powinno. I jeszcze jedno! W tej grze, czerwony guziczek nie będzie krążył, gdyż ja go mam. Myślę, że się ze mną zgodzicie, że ja, jako pierwszy, powinienem go mieć. Nie dlatego, że myślę o sobie (tu: wymownie popatrzył na brata), tylko dlatego, że… że tak mi się śniło… i tyle. Nic więcej nie mam do powiedzenia. — Jarek zawstydził się trochę swoją odwagą.
E tam… a niech ci Jarek będzie! — zawołały dzieci prawie jednocześnie. — Grajmy już! Grajmy!
Otóż to, grajmy już! — zawołała również pani Krysia.
A pan woźny i pani od muzyki, choć nie wiedzieli w ogóle o co w tej grze z guziczkami chodzi, to jednak bardzo chętnie chcieli się bawić, i śmiejąc się, wołali równie głośno:
Grajmy dzieci, grajmy!
I zabawa ruszyła. Wszystkie Chochliczki, i te małe, i te duże, były bardzo rozbawione. Głośno wypowiadały wyuczoną formułkę zabawy, podając sobie guziczki za plecami, skacząc przy tym i śmiejąc się radośnie. Ale na hasło: - „Prawe dłonie otwieramy…” wszystkie posłusznie otworzyły swoje dłonie i zaczęły ciekawie spoglądać po sobie… Kto też ma czarny guziczek? Kto będzie musiał spełnić Jarka życzenie?
Pierwszy obieg guziczków zakończył się. Zabawa Chochliczków przebiegała prawidłowo. Jarek nie krył zadowolenia.
No i jak dzieci, było wspaniale, prawda? — spytał, a widząc radosne miny Chochliczków, zaraz dodał drugie pytanie. — Proszę teraz powiedzieć, kto z was ma czarny guziczek?
No kto…? Ja… Przegrany-Marek-Pechowiec! — z niezbyt zadowoloną miną zakomunikował Marek. — Nic tu Jarek nie pokombinowałeś?
No wiesz! Jak możesz?! — obruszył się Jarek. — Jakim sposobem? Przecież to jest niemożliwe. To czysty przypadek. Prawda, proszę pani?
Oczywiście, że tak — potwierdziła rozbawiona pani Krysia.
Już dobra! Wypowiadaj to swoje życzenie — odparł udobruchany już Marek.
Moim życzeniem jest… abyś dzisiaj przez godzinę robił to samo co ja — jednym tchem wypowiedział Jarek swoje życzenie i popatrzył niepewnie na brata.
Ale wymyślił! Ale co mam robić? — Marek zapytał z lekka zaniepokojony.
Och, Marek, po prostu… to samo co ja, nic więcej — szybko odpowiedział Jarek.
W porządku już. Godzinę wytrzymam — zgodził się w końcu Marek. — Proszę pani, proszę zapisać na tej kartce co trzeba.
Pani Krysia też była zdziwiona takim niezwykłym życzeniem Jarka, ale zapisała je dokładnie tak, jak on powiedział.
Po chwili wszystkie Chochliczki, i te małe, i te duże, znów ustawiły się w kole do następnego obiegu guziczków. Tym razem Jarek puścił już w obieg czerwony guziczek, na co dzieci zareagowały bardzo radośnie i z jeszcze większą ochotą przystąpiły do dalszej zabawy. Po każdym zakończonym obiegu guziczków Chochliczki z czerwonymi guziczkami w rękach wypowiadały swoje życzenia, a pani Krysia wszystkie je skrupulatnie zapisywała na karteczce. Zapisywała oczywiście także, czyje to są życzenia i kto je ma spełnić, czyli imię tego, kto trzyma akurat w ręce guziczek czarnego koloru.
A życzenia Chochliczków były przeróżne. Jedne życzyły sobie, aby im zaśpiewać jakąś piosenkę, albo powiedzieć wierszyk. Inne życzyły sobie dostać jakieś słodycze, albo żeby ich ponosić na baranach. A jeszcze inne, żeby w ich imieniu pokazać język, albo zagrać na nosie nieznośnemu koledze. Wprawdzie te akurat życzenie nie podobały się pani Krysi, ale w końcu uznała, że to tylko zabawa i zapisywała je również. Zapisała również życzenie pana woźnego, który życzył sobie od pani od muzyki, aby zatańczyła z nim walca. Pani od muzyki, śmiejąc się głośno, zapewniła pana woźnego, że życzenie jego będzie spełnione. I zasapana od śmiechu i od tej niezwykłej dla niej gimnastyki, odeszła z koła i podeszła do pianina. Usiadła na swoim małych krzesełku i znów zaczęła grać tę samą skoczną muzykę. A w rytm tej muzyki dzieciom bawiło się jeszcze przyjemniej. Wreszcie zaczęły wyśpiewywać wyuczone słowa na melodię graną przez panią od muzyki. Wtedy to już była naprawdę wyborna zabawa.
Chochliczkom tak bardzo podobała się ta wyśniona przez Jarka zabawa, a zwłaszcza wypowiadanie życzeń, że nie chciały zabawy przerwać. Ale kiedy pani Krysia stwierdziła, że już wszystkim Chochliczkom, i tym małym, i tym dużym, udało się otrzymać czerwony guziczek i wypowiedzieć swoje życzenie, zdecydowała zakończyć zabawę.
Słuchajcie, dzieci, na dzisiaj wystarczy! — ogłosiła. — Widzę, że kartka życzeń już cała zapisana — A i wy jesteście już mocno zasapane tą gimnastyką i tańcem. Przechodzimy teraz do realizacji życzeń.
Huraaa! Zaczynamy! — wrzasnęły uradowane Chochliczki.
Tak, zaczynamy spełnianie życzeń! — zawołał Jarek i szybko dodał: — Ale po kolei… ma się rozumieć. Tak, jak w moim śnie.
Jarek, musi tak być? — wyrwało się Markowi.
Tak, Marek, tak musi być — pani Krysia odpowiedziała za Jarka. — Skoro tyle wspaniałej zabawy mieliśmy dzięki Jarkowi, to też wszystko musimy zrobić właśnie tak, jak Jarkowi się przyśniło… A więc, dzieci, zaczynamy od pierwszego życzenia spisanego na kartce, a potem będą następne i następne, aż wszystkie zostaną spełnione. Ale zanim jednak zaczniemy od pierwszego życzenia, czyli od życzenia Jarka, to najpierw proponowałabym, aby duże Chochliczki, czyli pan woźny i pani od muzyki, spełnili swoje życzenia, bo niestety muszą wracać do swoich obowiązków. Zgadzacie się Chochliczki?
Taaak! — odpowiedziały chórem małe Chochliczki.
Ileż śmiechu i radości było na sali, kiedy pan woźny ukłonił się w pas przed panią od muzyki i zaczął z nią pląsać po całej sali. Rozbawione dzieci śpiewały i klaskały do rytmu. I gdy pana woźnego życzenie zostało spełnione, pani od muzyki ukłoniła się zgrabnie przed panem woźnym i znów razem ruszyli w tan. Bo się okazało, że pani od muzyki miała takie samo życzenie do pana woźnego. Dzieci były zachwycone.
Kiedy dorosłe Chochliczki zakończyły spełnianie swoich życzeń, pani Krysia zaczęła wyprowadzać rozbawione małe Chochliczki do drugiej sali. A wyprowadzała je w rytm marszu, bo pani od muzyki nagle zaczęła zapamiętale grać marsza i śpiewać: — „Jesteśmy Chochliczki i gramy w guziczki…” Tak bardzo pani od muzyki przypadła do gustu zabawa Jarka.
Dzieci aż piszczały z radości. A pani Krysia z wdzięcznością popatrzyła na Jarka i powiedziała:
No, Jarek, dziękujemy ci za tak wspaniały i radosny poranek. I z wielką przyjemnością przystępujemy do spełnienia twojego życzenia. Zaraz, muszę przeczytać, co to za życzenie było… A więc: Jarek życzy sobie, aby Marek przez godzinę robił to samo co on… Muszę przyznać, że to bardzo dziwne życzenie, ale że życzenia muszą być spełnione, więc, proszę Jarek, mów, co Marek ma robić.
Proszę pani, ale Marek musi to samo co ja robić gdzie indziej. Musi pójść ze mną tam… za przedszkole… tam pod las — powiedział Jarek i od razu spiekł raka, bo zobaczył, że Marek puka się w głowę.
Ho, ho, ho, widzę, że twoje życzenie jest naprawdę dziwne, ale przez to wprawia nas w tym większe zaciekawienie — powiedziała pani Krysia.
Bo… bo mnie się tak śniło — zająknął się Jarek, ciągle zawstydzony.
Już dobrze, już dobrze. Skoro tak ci się przyśniło, to tak być musi — pani Krysia pogłaskała Jarka po głowie. — No to jak dzieci, macie ochotę na wycieczkę?
Taaak! — zgodnie odpowiedziały ucieszone dzieci.
Tylko Marianek był niezbyt zadowolony i kręcił nosem. Wreszcie cichutko spytał:
A nasze życzenia?
Nie martw się Marianku, wszystkie życzenia będą spełnione jak wrócimy — pani Krysia uspokoiła Marianka, który miał życzenie, aby go Stasio ponosił na baranach. — A może już nawet w drodze powrotnej będziemy mogli spełnić kilka życzeń. Patrzcie dzieci, kartkę z życzeniami biorę ze sobą… No, to wychodzimy… Ale, ale, poczekajcie jeszcze na chwilę. Powieszę tylko ten wspaniały sen Jarka na wystawie między waszymi obrazami. Jest tak pięknie wykaligrafowany przez mamę Jarka i Marka, że powinien wisieć w tak zaszczytnym miejscu. Prawda, dzieci?
Praaawdaaa! — odpowiedziały dzieci chórem i zaczęły się ustawiać dwójkami do wyjścia.
Po chwili wszystkie dzieci maszerowały już raźnym krokiem w stronę lasu, gdzie Marek miał spełniać życzenie Jarka. Zaszły całą gromadą pod las, tam gdzie stał mały domek starszej pani Kwiatkowskiej. Domek był podobny do domu Marka i Jarka, tylko że był dużo, dużo starszy. Starsza pani mieszkała w tym domku sama, od zawsze. Wśród wielu dzieci budziła lęk, bo niektóre mówiły, że ona zajmuje się czarami. Kiedy więc Jarek powiedział, że to tu Marek będzie spełniał jego życzenie, dzieci wystraszyły się nie na żarty.
Marek też poczuł się nieswojo, ale nie chciał pokazać, że się boi. Ani przed Jarkiem, ani tym bardziej przed panią i dziećmi. Poczłapał więc posłusznie za Jarkiem do wnętrza domu.
Pani Krysia nie zabraniała, bo od dziecka znała starszą panią i bardzo ją lubiła. Uspokoiła wszystkie dzieci i kazała im grzecznie czekać przed domem starszej pani.
Wszystkie dzieci zbiły się do kupy i wystraszone, ale też i bardzo zaciekawione, zaglądały na domek starszej pani. Bardzo, ale to bardzo chciały wiedzieć, co będzie dalej.
Dzieci stały już tak dobrą chwilę i pomału zaczynały się niecierpliwić, kiedy uszu ich dobiegł głośny śmiech Marka i Jarka. Ciekawość wzięła górę nad strachem, podeszły bliżej i przez okno zaglądnęły do środka i… oniemiały z wrażenia. Zobaczyły jak Marek dużą miotłą zamiata podłogę, a Jarek ją myje. Starsza pani natomiast siedzi w fotelu i coś im opowiada, a Marek i Jarek co rusz buchają gromkim śmiechem. Albo wołają: „ach!”, to znów: „och!”. I „ojejej!” — też się im parę razy wykrzyczeć zdarzyło. Co to ma znaczyć? Dzieci pod oknem coraz bardziej zaciekawione, zaczęły się przepychać jedno przez drugie, aby jak najwięcej zobaczyć, co też tam w środku się dzieje.
Pani Krysia milczała. Stała z boku z uśmiechem na twarzy i tylko bacznie obserwowała dzieci.
Po jakiejś chwili dzieci zobaczyły jak Marek i Jarek siedzą przy dużym stole w kuchni, a do ich wrażliwych nozdrzy doleciał bajeczny zapach smażonych racuszków. Tego było już za wiele. Wszystkie nagle wparowały do środka i stanęły jak wryte przestraszone swoją odwagą. Jednak kiedy zobaczyły uśmiechniętą twarz starszej pani, strach je opuścił. Z zaciekawieniem zaczęły się rozglądać po wnętrzu schludnego domu.
A Marek i Jarek, widząc miny dzieci, zaczęli robić do siebie małpie miny i chichotać w kułak.
Pani Krysia weszła za dziećmi do środka. Milcząco, ale z uśmiechem ukłoniła się starszej pani i przyłożyła palec do ust na znak milczenia.
Starsza pani odpowiedziała uśmiechem i zaprosiła wszystkie dzieci do stołu. Poprosiła, aby częstowały się racuszkami. Tego tylko dzieciom trzeba było. Uszczęśliwione zasiadły natychmiast do okrągłego stołu i zabrały się ochoczo za pałaszowanie pyszności. A kiedy już wszystko zjadły, wtedy starsza pani zaczęła im opowiadać przepiękne stare bajki. Opowiedziała im nawet parę śmiesznych dowcipów.
Dzieci były przeszczęśliwe, że ktoś obcy znalazł dla nich czas i im tak pięknie opowiada. A na koniec, trzymając się za obolałe brzuchy, zastanawiały się głośno, czy brzuchy bolą ich z powodu łapczywego jedzenia, czy może ze śmiechu. A przy tym głośnym zastanawianiu śmiały się jeszcze głośniej.
Marek śmiał się najgłośniej. I tak śmiejąc się, kopnął pod stołem Jarka w kostkę i pokazał mu podniesiony do góry kciuk na znak „dobrej roboty”.
Kiedy po wspaniałej uczcie pani Krysia wyprowadziła wszystkie dzieci z domu starszej pani, i kiedy dzieci wesoło maszerowały już w stronę przedszkola, wtedy jedno przez drugie, zaczęły głośno wyrażać swój zachwyt nad wszystkim, co w domku starszej pani zobaczyły i usłyszały.
Widzicie, dzieci, jaka ta starsza pani jest fajowa! — zawołał Marianek, przekrzykując wszystkich. — Co za brzydkie rzeczy niektórzy o niej opowiadają? A to taka dobra pani… Dla starszej pani rezygnuję ze swojego życzenia! Proszę pani, proszę mnie skreślić z kartki życzeń.
Mnie też! Mnie też! — głośno domagały się inne dzieci.
Nasze życzenia są niewiele warte — oznajmił wtedy Marek. — Jesteśmy zuchami ze snu Jarka, i tak jak w jego śnie, naszym życzeniem powinno być pomaganie starszym.
Brawo! Brawooo! Mądrze gada! — wołały uradowane zuchy Chochliczki.
No, Marek, jestem dumna z ciebie — powiedziała pani Krysia i zaraz dodała: — Z was wszystkich jestem dumna. Obiecuję wam, że często będziemy odwiedzać starszą panią, aby jej pomagać.
A w naszą nową zabawę dalej będziemy się bawić, tyle, że będziemy wypowiadać mądrzejsze życzenia — dodał wesoło Jarek.
Zuch, Jarek! — zawołał Marek i puścił do brata podwójne oczko.
Jarek był zdumiony, ale przede wszystkim bardzo szczęśliwy, że jego sen się spełnił, i to aż tak. — „Co za sen? Co za piękny sen? A jawa? Jawa jeszcze piękniejsza”. — pomyślał, i widząc jak pani Krysia drze kartkę z życzeniami na drobniutkie kawałeczki, z głośnym śmiechem pomaszerował za dziećmi.
Całą drogę do przedszkola, i już w przedszkolu, dzieci opowiadały sobie o swoich wrażeniach z wizyty u starszej pani. Nawet przy obiedzie pani Krysia trudno było dzieci uspokoić, tak wiele miały sobie do powiedzenia.
Kiedy przyszedł już czas powrotu dzieci do domu, i kiedy ich rodzice, czy też dziadkowie, zaczęli się schodzić po swoje pociechy, nagle wśród nich, dzieci zauważyły starszą panią. Ile było radości! Wszystkie dzieci specjalnie dla starszej pani zaśpiewały swoją nową piosenkę na przywitanie wiosny, a potem z uśmiechem pożegnały się z nią, i szczęśliwe, zaczęły rozchodzić się do swoich domów.
Wtedy dopiero przyszła mama Marka i Jarka. Wchodząc na przedszkolne podwórko, zauważyła, że wychodzące dzieci są nad wyraz wesołe. Nie mogła się nadziwić. Zastanawiała się, co też może być tego powodem. A kiedy weszła już na plac zabaw i zobaczyła wystające zza piaskownicy głowy swoich synów, przelękła się, bo zaraz po głowie przeleciała jej nieznośna myśl, że to jej synowie znów coś zmalowali. Szybkim krokiem podeszła do pani Krysi i spytała:
Cóż tym razem narozrabiali?
Nic. Kompletnie nic... Pani synowie są zuchami! — z szerokim uśmiechem zawołała pani Krysia w odpowiedzi.
Oj, wiem!
Chochliczkami! — rozległo się zza piaskownicy.
Mama Marka i Jarka ciągle czuła niepokój. Ale kiedy jej synowie stanęli już przed nią i zobaczyła ich uśmiechnięte miny, zaczęła się uspokajać. Całkowicie uspokoiła się jednak dopiero po drodze do domu, kiedy wysłuchała od nich całej opowieści o śnie Jarka i jego następstwach. A wtedy? Wtedy to już była dumna ze swoich synów. Bardzo dumna...
Ilustracja mojej 8-mio letniej Wnuczki.
 

* Fragment opowiadania.
 

Marek i Jarek spełniają życzenia — to  kolejne opowiadanie z cyklu „Przygody Marka i Jarka”, mówiące o wesołych perypetiach dwóch braci. Nie wydane jeszcze.
 

sobota, 21 lipca 2018

Urodziny Jacusia

Obudziłem się dzisiaj rano w bardzo miłym nastroju. Otworzyłem najpierw jedno oko, ale zaraz drugie… gdyż zobaczyłem, że słoneczko świeci już mocno i rzuca swymi cieplutkimi promieniami na moje łóżeczko. Od razu sobie przypomniałem jaki ważny dzień jest dzisiaj. Dzień moich urodzin. Ja, Jacuś, skończę właśnie w tym tak pięknym, słonecznym dniu — sześć latek. Przypomniałem sobie też, że miałem cudowny sen. Otóż śniło mi się, że jeździłem ślicznym rowerkiem, który dostałem od mamy i tata na moje urodziny. Cieszyłem się bardzo z tego snu, bo o takim rowerku marzę już od dawna.
Wesolutki wyskoczyłem z łóżeczka i pobiegłem najpierw do kuchni, bo stamtąd rozchodził się niebiański zapach migdałów. To moja mamusia piekła migdałowy torcik, specjalnie na moje urodzinki.
Dzień dobry, mamusiu! — zawołałem już w drzwiach radośnie. — Czuję, że będę miał migdałowe urodzinki, bo pachnie migdałami w całym domu.
Tak, Jacusiu! — rzekła mamusia z uśmiechem, i tuląc mnie do siebie, złożyła mi życzenia. Potem cmoknęła mnie w buzię, i dodała: — A teraz biegnij do łazienki i zadbaj o swój wygląd. Twoi urodzinowi goście zaczną się już schodzić w południe. Musisz więc mi pomóc udekorować jeszcze taras i stół. Więc nie siedź tam zbyt długo, rozmyślając o niebieskich migdałach, tylko się pośpiesz.
Pobiegłem szybciutko. Zrobiłem staranną toaletę. I po chwili, dekorowałem już z mamusią taras. Porozwieszaliśmy dużo kolorowych baloników, które tatuś nadmuchiwał taką małą śmieszną pompką. Rosły więc one na naszych oczach i przybierały różne kształty. Były wspaniałe. Potem jeszcze powiesiliśmy śliczne, różnokolorowe wstążeczki, nakryliśmy do stołu, przyozdabiając każde nakrycie zielonymi serwetkami, no i… czekaliśmy na pierwszych gości.
Pierwszy przyszedł dziadziuś z babcią, a zaraz za nimi, wujek z ciocią. Dostałem od nich pięknie zapakowane prezenty, i każdy życzył mi dużo zdrówka i spełnienia marzeń. Cieszyłem się bardzo, bo marzenie, to ja miałem — i to jakie! Goście rozgościli się przy stole, a ja zaglądałem za moimi koleżankami i kolegami z przedszkola, których też zaprosiłem razem z mamusią na moje przyjęcie urodzinowe. Ale jakoś nie było ich widać. — „Może nie będą mogli przyjść?” — myślałem zasmucony. A jeszcze smutniej mi się zrobiło, gdy mamusia wniosła mój urodzinowy torcik z sześcioma zapalonymi świeczkami i postawiła go na stole. Pomyślałem wtedy, że to oznacza, iż nikt więcej nie przyjdzie do mnie. Musiałem chyba nawet zrobić nieco smutną minę, bo podszedł do mnie dziadziuś i mnie przytulił. A potem zmierzwił mi włosy, i
uśmiechając się jakoś tak dziwnie, powiedział:
No, Jacusiu, wnuczku mój kochany, dmuchaj z całych sił… Ale najpierw pomyśl o swoim marzeniu… i jak ci się uda wszystkie sześć świeczek zdmuchnąć naraz, to będzie znaczyło, że marzenie twoje się spełni…
Wątpię, dziadziu! — powiedziałem głośno i spojrzałem na wszystkich. I gdy zobaczyłem, że mamusia miała niezadowoloną minę, zrobiło mi się wstyd, i chyba nawet poczerwieniałem, bo jakoś gorąco mi się zrobiło na twarzy. A może to od tych świeczek? Tak czy owak, zaraz przeprosiłem wszystkich gości i pomyślałem jednak o moim wymarzonym rowerku. Bo przypomniałem sobie, co mi kiedyś mamusia mówiła. Otóż mówiła, że każdy powinien mieć marzenia, gdyż marzenia są po to, żeby się spełniały. Jak nie dziś, to jutro, ale kiedyś spełnią się na pewno. Uspokoiłem się więc i szeroko się do wszystkich uśmiechnąłem… nabrałem dużo powietrza… i już chciałem zdmuchnąć wszystkie sześć świeczek naraz, gdy na podwórku rozległ się głośny śpiew: — „Sto lat, sto lat…!!!” — to dzieci wjeżdżały na swoich rowerkach i każde z nich miało na szyi zawieszoną malutką paczuszkę z prezencikiem urodzinowym dla mnie.
Hura! Hurra! Hurrrrra!!! — wołałem szczęśliwy z nad tortu z twarzą spoconą od ognia i zaglądałem na dzieci.
Wszystkie dzieci podjechały rowerkami pod sam taras i zaczęły wołać: —„Dmuchaj! Dmuchaj!” — Nabrałem więc ponownie powietrza i… zdmuchnąłem wszystkie sześć świeczek za jednym dmuchnięciem. Wszyscy goście zaczęli bić mi brawo. A ja byłem bardzo szczęśliwy! Poprosiłem wszystkie dzieci, aby zajęły miejsca przy stole. Dzieci ochoczo spełniły moją prośbę, ale wcześniej oczywiście wręczyły mi prezenty od siebie.
Gwarno zrobiło się przy stole, bo wszystkie dzieci naraz chciały opowiedzieć, jaką to ja miałem zaskoczoną minę na ich widok, wjeżdżających na podwórko. Wszyscy uśmialiśmy się serdecznie. Miło i wesoło było przy moim urodzinowym stole. Tak miło, i tak wesoło, że nawet nie spostrzegłem, iż od jakiegoś już czasu nie ma wśród nas tatusia.
Po chwili, kiedy nastał ważny moment i mamusia rozpoczęła kroić mój urodzinowy torcik, usłyszałem znów jakieś odgłosy na podwórku. Odwróciłem się natychmiast i popatrzyłem w tamtym kierunku i… nie mogłem uwierzyć! Przez podwórko, z głośnym śmiechem, na małym rowerku — jechał tatuś. Śmieszny był to widok, bo tatuś pedałując, dotykał prawie brody kolanami. No bo albo tatuś był za duży, albo rower za mały. Jedno z dwóch. Nie inaczej. Chciało mi się śmiać, bo przeleciała mi wtedy taka myśl po głowie, że tatuś wygląda jak słoń na mrówce, gdyż akurat wtedy przypomniał mi się taki dowcip o słoniu, jaki opowiadał mi mój kolega z przedszkola.
Pobiegłem szybko naprzeciw tatusia. A tatuś zrobił jeszcze piękny manewr rowerkiem i wyhamował pod tarasem… To ja za nim…
Tatusiu, proszę…! Co to…? Czyj to…? — nieskładnie próbowałem tatusiowi zadać pytanie, promieniejąc ze szczęścia…

Rysunek mojej 6-letniej Wnuczki. :)

* Fragment opowiadania.

czwartek, 19 lipca 2018

Przyjaciółki to my


Książka ta została wydana przez Wydawnictwo E-bookowo. 
Niezwykłe przygody przedszkolaków  to zbiór krótkich opowiadań dla dzieci i rodziców, składający się z trzech odrębnych historii dzieci z różnych przedszkoli. Historii z życia, chwilami wesołych, chwilami smutnych. Wszystkie na szczęście kończą się radośnie. Uczą dzieci przyjaźni, miłości do zwierząt, cierpliwości w dążeniu, i wiary w spełnianie marzeń.


Przyjaciółki to my

Popatrz, popatrz mamusiu, karetka pogotowia wjeżdża na naszą ulicę! — głośno zawołała przejęta i nieco przerażona mała Fela, łapiąc swą mamę za rękę i kurczowo się jej trzymając.
Widzę, Felusiu. Ktoś ma dzisiaj smutny dzień, pewnie się rozchorował— powiedziała mama Feli.
Fela wybrała się z mamą odwiedzić swoją koleżankę Patrycję, która mieszkała dwie ulice dalej. Taki miały zwyczaj, że w każdą sobotę, albo Fela odwiedzała Patrycję, albo Patrycja Felę. I chociaż przez cały tydzień były razem w przedszkolu i nieraz nawet po przedszkolu, to nigdy nie miały siebie dosyć. Obydwie bardzo lubiły soboty, bo mogły się dłużej razem pobawić. A nieraz zdarzało się nawet tak, że w sobotę razem z rodzicami wyjeżdżały gdzieś za miasto. Ich mamy też lubiły soboty, i w tych dniach, też bardzo chętnie się spotykały, bo one również były przyjaciółkami od przedszkola. I zawsze też razem się trzymały — przez wszystkie lata. Razem chodziły do szkoły. Razem studiowały. I razem też pracowały jako nauczycielki w tej samej szkole.
Fela dochodziła z mamą do domu Patrycji. I nagle obie naraz z trwogą stwierdziły, że karetka pogotowia stoi właśnie pod Patrycji domem. Zaczęły biec. I kiedy dobiegały już do furtki przy ogrodzeniu, zauważyły, że dwaj sanitariusze wynoszą kogoś z domu. Obydwie wystraszyły się okropnie i wbiegły momentalnie przez furtkę do ogrodu. I wtedy zobaczyły, że na noszach leży Patrycja i płacze. Fela puściła mamy rękę i szybko doskoczyła do przyjaciółki.
Pati kochana, co ci się stało? — spytała się wystraszona i również się rozpłakała.
Upadłam ze schodów w piwnicy i chyba się połamałam — odpowiedziała Patrycja, łkając aż z płaczu.
Cichutko kochana, zaraz przestanie ciebie boleć — uspakajającym tonem powiedziała Patrycji mama, która nagle razem z mężem wybiegła zza drzwi wyjściowych domu. — Widzicie, co się stało? Biedna Pati. Wracajcie do domu, bo my jedziemy razem z Pati do szpitala. Jak tylko coś będziemy wiedzieli, to zaraz zadzwonimy i damy wam znać.
Nie płacz Pati! Zaraz pan doktor ci pomoże i będziesz zdrowa. I jak wrócisz ze szpitala, to ja zaraz do ciebie przyjdę i… będziemy się bawić — płaczliwym głosem wołała Fela za oddalającą się na noszach Pati.
Kiedy Fela z mamą wróciła już do domu, to cały czas siedziała przy oknie i wyglądała na ulicę, albo odwracała główkę i wpatrywała się w aparat telefoniczny. Była bardzo smutna, bo żal jej było Pati. Mama próbowała Felę pocieszyć i mówiła jej, że wszystko z Pati będzie dobrze, że tylko pan doktor zbada ją w szpitalu i na pewno pozwoli jej wrócić do domu. Obiecała jej nawet, że zaraz jak tylko Pati wróci, to pójdą do niej, i to bez względu na porę.
Było już pod wieczór, kiedy mama Pati zadzwoniła i powiedziała, że niestety Pati musi zostać przez cały weekend w szpitalu na obserwacji. Chociaż pan doktor na szczęście stwierdził tylko złamanie nogi, ale że Pati uderzyła się również w główkę, dlatego obserwacja jest niezbędna. Ale jak się okaże, że wszystko jest w porządku, to Pati z nogą w gipsie wróci do domu w poniedziałek.
Mamusiu, idziemy! — zawołała Fela, gdy tylko jej mama odłożyła słuchawkę telefonu.
Ależ Felusiu, Pati musiała zostać w szpitalu. I już jest bardzo późno — powiedziała mama.
Mamusiu, to nic, że późno. Obiecałaś! Ja muszę do Pati. Ona na pewno tam płacze. Ja muszę do Pati… — wołała Fela, coraz bardziej zalewając się łzami.
Co było robić? Mama Feli w końcu się zgodziła. Ale zaznaczyła, że tylko na chwilkę. Zadzwoniła do mamy Pati i przedstawiła jej jak sprawa wygląda. Wyszło więc na to, że wszyscy razem pojechali do szpitala. Bo rodzice Pati i tak tam się wybierali, musieli tylko spakować jeszcze parę rzeczy dla Pati.
Po godzinie wszyscy razem wysiadali już z samochodu pod szpitalem. Fela bardzo bała się szpitala. Dlatego mocno złapała mamę za rękę, a potem drugą rączką jeszcze i mamę Pati chwyciła za rękę. I tak udały się na oddział Ortopedii Dziecięcej, gdzie w jednej z sal leżała Patrycja.
Fela była coraz bardziej zdenerwowana. I kiedy stanęli już wszyscy razem pod drzwiami sali 106, Fela poczuła, że nawet kolanka jej drżą. Obydwie mamy jednocześnie mocno ścisnęły ją za rączki i kazały jej się nie bać. Tato Pati otworzył drzwi do sali. No i weszli.
Jak się cieszę, że jesteście! Że wszyscy jesteście! — zawołała uśmiechnięta Pati na widok wchodzących.
A co, ciebie już nie boli? — spytała od razu Fela, widząc uśmiechniętą koleżankę leżącą na wysokim łóżku szpitalnym.
Tylko troszeczkę boli. Ale na wasz widok przestało boleć — odpowiedziała Pati, wyciągając rączki, by wszystkich przywitać.
Dzielna jesteś córeczko — stwierdził tato Patrycji.
Widzisz Felciu, jaki ładny mam bucik? Dotknij, jaki twardy — zawołała uradowana Pati. — A kolor sama sobie taki wybrałam. Pan doktor założył mi biały gips i potem się mnie spytał jaki kolor bandażu mi się bardziej podoba, bo wiesz, on miał dwa kolory do wyboru: różowy i niebieski. Więc ja wybrałam różowy. No i pani pielęgniarka założyła mi taki właśnie… Co, podoba ci się?
Fajny! — stwierdziła Fela i delikatnie popukała paluszkiem po Pati gipsowym buciku. — A nie boli już? No powiedz mi, moja kochana Patusiu.
Już nie, bo pan doktor zrobił mi dwa zastrzyki. A wiesz, jak pan doktor mi robił te zastrzyki, to ja wcale nie płakałam, bo pan doktor powiedział, że za małą chwileczkę zastrzyki zaczną działać i nie będę już czuła bólu. To ja bardzo się ucieszyłam i dzielnie czekałam, aż ból minie. Bo wiesz Felciu, ta nóżka bardzo mnie bolała przedtem. Ale już nie boli. A pani pielęgniarka, jak mnie tu do sali przywiozła, na takim fajnym wózeczku, to powiedziała, że jak będę czegoś potrzebowała, albo gdy będzie mnie coś bolało, to mam tutaj... o, widzisz, na ten guziczek przycisnąć, to ona usłyszy taki sygnał i zaraz do mnie przyjdzie, i zaraz mi pomoże. No to ja przestałam się już bać, bo przedtem, to ja się bardzo bałam. A najbardziej tej maszyny, co to robiła zdjęcie mojej nogi. Bo w tym pokoju, gdzie była ta maszyna, to było całkiem ciemno i sama musiałam tam zostać. Bez mamusi i bez tatusia. Bo pan doktor powiedział, że tak musi być, bo ta maszyna wysyła takie promienie, które tak jakoś śmiesznie się nazywają…
Rentgenowskie… te promienie nazywają się promieniami rentgenowskimi. — Tato Patrycji wszedł jej w słowo i zabrał się za tłumaczenie Feli działania promieni. — Bo wiesz Felu, w tym pokoju był taki specjalny aparat, który wytwarza właśnie te promienie rentgenowskie, a one prześwietlają dokładnie ciało i pozwalają zrobić zdjęcie złamanej kości. Gdyż lekarz musi dokładnie wiedzieć, w którym miejscu ona jest złamana, żeby móc odpowiednio założyć gips, aby złamana kość szybko się z powrotem zrosła…
No właśnie…! Żebym znów mogła biegać i chodzić do przedszkola. — Tym razem Patrycja przerwała tatusiowi i zaczęła dalej z przejęciem opowiadać:— Bo pan doktor powiedział, że moja nóżka musi być usztywniona gipsem, bo inaczej, to by się krzywo zrosła i zawsze już bym krzywo biegała. A ja nie chcę krzywo biegać, więc muszę tak długo nosić gips, dopóki pan doktor nie powie, że już wystarczy. Ale to trochę potrwa…ale ja wytrzymam! Muszę! Prawda, mamusiu, że wytrzymam?
Ależ oczywiście córeczko, że wytrzymasz — zapewniła mama Pati. — Ty jesteś dzielną dziewczynką. Jestem dumna z ciebie.
Ja też cię podziwiam Pati — powiedziała mama Feli.
Ojej, Pati, jaka ty jesteś odważna! — zawołała Fela i zadumała się. Po chwili odezwała się znów: — Ja to bym się chyba bała tej maszyny, czy jakiegoś tam… tego, no, aparatu. Bo jak to tak? Być z nim w ciemnym pokoju, i to jeszcze bez mamusi i tatusia? Dlaczego? Ja chyba bym strasznie beczała.
Pan doktor mi mówił dlaczego — powiedziała Pati w zadumie. — I potem pani pielęgniarka też mi mówiła, ale ja zapomniałam dlaczego. Tatuś ty wiesz? Tak? To powiedz Feli.
No bo ten aparat rentgenowski jest bardzo czuły, a wytworzone przez niego promienie nie mogą być rozproszone przez inne światło. Promienie te muszą dokładnie dochodzić do chorego miejsca na ciele pacjenta, które w specjalny sposób wcześniej zaznacza i zabezpiecza pan doktor, albo pani pielęgniarka. Dlatego w tym pomieszczeniu musi być ciemno. Od tego też zależy wynik prześwietlenia i dokładność zrobionego przez aparat rentgenowski zdjęcia chorego miejsca… No więc, kiedy pani pielęgniarka już wszystko przygotowała, kazała się Pati położyć na takiej specjalnej leżance, a nam kazała wyjść z tego pomieszczenia. Sama też wyszła. Pati musiała zostać sama. Ale tak musiało być. A wiecie dlaczego? Nie wiecie, bo i skąd macie wiedzieć. No bo te promienie rentgenowskie, choć są niezbędne, by zrobić zdjęcie chorego miejsca, to też są szkodliwe. Dlatego dla własnego zdrowia, trzeba unikać zbędnego naświetlania się tymi promieniami. Pamiętasz Pati? Pani pielęgniarka przykryła twój brzuszek takim grubym… no, powiedzmy fartuchem, bo sam nie wiem jak się fachowo nazywa taki ochraniacz przed promieniowaniem. A to wszystko po to, by te promienie ci nie zaszkodziły, a tylko by prześwietliły twoją nóżkę i utrwaliły na kliszy, w którym miejscu jest ona złamana.
Właśnie, właśnie… tak mi mówiła pani pielęgniarka — zawołała uradowana Pati, że sobie przypomniała, ale zaraz jej mina nieco zrzedła, bo w drzwiach stanęła pani pielęgniarka ze strzykawką i igłą w ręce.
Dobry wieczór dziewczynki! Dobry wieczór państwu! — z uśmiechem zawołała pani pielęgniarka i podeszła do łóżka Patrycji. — No, moja dzielna pacjentko, czas na zastrzyk. Po nim nic cię nie będzie bolało i będziesz spała całą nockę spokojnie. No co, chyba się nie boisz?
Nie, nie… no, chyba troszeczkę — odpowiedziała lekko wystraszona Pati. — Ale ja wytrzymam! Prawda, mamusiu?
A pewnie, że wytrzymasz. Jesteś przecież zuch-dziewczynka! — zapewniła Pati mama. — Pokaż Feli jak to się robi.
A właśnie, pokaż twojej siostrzyczce jaka potrafisz być dzielna — miłym głosem powiedziała pani pielęgniarka.
To nie jest moja siostrzyczka, to jest moja przyjaciółka. Najlepsza przyjaciółka, proszę pani — wyjaśniła Pati drżącym głosem.
Aha! To niech więc twoja najlepsza przyjaciółka widzi, że ty, jej najlepsza przyjaciółka, nic a nic się nie boisz jakiś tam zastrzyków — powiedziała wesoło pani pielęgniarka. — Malutkie „pik” i po wszystkim… No widzisz, i już jest po wszystkim. Brawo Pati!
Już?! Ojej, jak to dobrze! — zawołała uradowana Pati, że ma już za sobą to „pik”. — Nic nie bolało, tylko troszeczkę zapiekło. Ale wytrzymałam dzielnie. Prawda, mamusiu?
Prawda, córeczko — przyznała mama Pati z szerokim uśmiechem i pocałowała ją w policzek. — Widzisz Felu, jaką masz odważną przyjaciółkę?
Patuńka, ty to jesteś „superowa” przyjaciółka! — oznajmiła Fela i wdrapała się na Pati łóżko, by ją też pocałować.
Miłe dziewczynki — stwierdziła pani pielęgniarka, głaszcząc obydwie po główkach. Po czym zwróciła się do rodziców Pati. — A państwa proszę ze mną. Pan Ordynator ma życzenie z państwem porozmawiać.
Kiedy rodzice Pati razem z pielęgniarką wyszli z sali, mama Feli postanowiła na chwileczką dziewczynki zostawić same, aby sobie porozmawiały po swojemu, i też wyszła.
Pati i Fela zostały więc same. Fela jak wdrapała się na łóżko Pati, tak tam została, więc teraz mogła zadać parę pytań koleżance wprost do jej ucha, żeby
nikt więcej nie słyszał.
Patka, te dziewczynki co tam leżą pod oknem, to one nie mają ani mamusi ani tatusia, że tak same leżą i nikogo u nich nie ma?
Mają, Felciu — wyszeptała konspiracyjnie Pati. — Cały czas tu byli, ale zanim wy żeście przyszli, to oni poszli już do domu, bo powiedzieli dobranoc.
W sali Patrycji leżały jeszcze inne dwie dziewczynki. Leżały na takich dziwnych łóżkach, które wyglądały na o wiele większe niż łóżeczko Pati. Łóżka ich miały metalowe ramy, z których zwisały na linach dwa dziwne uchwyty podobne do trapezów w cyrku. A na jednym z nich, wisiały nóżki dziewczynek. Z tym, że jednej dziewczynki była to nóżka prawa, a drugiej lewa. Obydwie dziewczynki cały czas spoglądały z wielkim zainteresowaniem na przybyłych gości i uśmiechały się nieśmiało. A teraz, kiedy Patrycja i Fela zostały same, to nawet podniosły się na łóżkach, trzymając się za te drugie trapeziki. Ale wcześniej nacisnęły jakiś przycisk, każda przy swoim trapeziku, i ich zagłówki razem z poduszkami podniosły się do góry. Dziewczynki z pozycji leżącej, przeszły do pozycji siedzącej. I z takiej pozycji jeszcze bardziej zaglądały na to co się dzieje na jedynym łóżku pod ścianą.
Ja się nazywam Romka, a ona Dzidka — odezwała się wreszcie dziewczynka, której łóżko znajdowało się bliżej łóżka Pati. — A jak wy się nazywacie?
Ja się nazywam Patrycja, a to moja najlepsza przyjaciółka Felicja — odpowiedziała Pati i z zadowoleniem popatrzyła na obydwie dziewczynki. — Powiedzcie dziewczynki, a dlaczego wasze złamane nóżki wiszą? Mają zbyt ciężkie buciki z gipsu, czy was… ojej… czy was tak specjalnie przywiązali, żebyście nie uciekły ze szpitala?
Nie, my nie jesteśmy przywiązane — odpowiedziała Dzidka z szerokim uśmiechem. — Nasze nogi nie są też złamane, ale muszą tak wisieć na wyciągu, bo my miałyśmy operację bioder. Pan doktor mówił, że tak szybciej nasze bioderka się ustawią w należytym miejscu i się wyleczą.
Ojojoj, a to was nie boli tak wisieć cały czas za jedną nogę? — spytała Fela, przejęta losem dziewczynek.
Na początku bardzo bolało — odpowiedziała tym razem Romka i postukała rączką po twardej, wiszącej nodze. — Ale też dostawałyśmy zastrzyki, jak Pati, to nas przestawało boleć. A my jesteśmy już w szpitalu dużo dni. I w tym samym dniu miałyśmy operacje, to od tej pory zdążyłyśmy się już przyzwyczaić. Najgorzej jest w nocy, czasami budzimy się i wzywamy panią pielęgniarkę, to ona wtedy przychodzi i nam pomaga chociaż troszeczkę się obrócić i zostaje z nami aż uśniemy.
A długo musicie jeszcze być w szpitalu? — dopytywała się dalej Fela.
Ja odpowiem Romciu, dobrze? — Dzidka uprzedziła swoją szpitalną koleżankę i gdy ta skinęła głową na znak zgody, powiedziała: — Pan doktor mówił, że na przyszły tydzień zrobi nam prześwietlenie tym aparatem rent… oj, zapomniałam jak on się nazywa… no tym, co ten pan… aha, twój tatuś Pati mówił. I jak na zdjęciu wyjdzie, że nasze bioderka są już zdrowe, to będziemy mogły wrócić do domu. A my bardzo chcemy już wracać do domku. Prawda, Romciu? Dlatego nie marudzimy, że nas boli, tylko leżymy cierpliwie, aby nasze kosteczki ułożyły się jak najszybciej na odpowiednim miejscu. No a wtedy, pożegnamy się z panami doktorami i z jedną panią doktor, no i też z wieloma paniami pielęgniarkami, które nazywamy siostrami.
Mamusiu, tatusiu, ciociu, to jest Romka i Dzidka! — zawołała Pati na widok wchodzących do sali rodziców i mamy Feli. — One miały operacje i też są dzielne, i wcale nie płaczą.
No wiemy, wiemy — powiedziała mama Pati. — Rozmawialiśmy z ich rodzicami zanim pojechaliśmy do domu po twoje rzeczy, córeczko. Cieszę się, że się już poznałyście. Razem będzie wam raźniej i milej tutaj w szpitalu z dala od domu. No co, Romciu i Dzidziu, cieszycie się, że macie nową koleżankę? Bo Pati cieszy się bardzo. Widzę to po jej minie.
Cieszymy się! — równocześnie odpowiedziały Romka i Dzidka.
Ale wam zazdroszczę, że możecie być tutaj razem! — zawołała Fela. — Ja też chciałabym z wami zostać.
Felu, kochanie, zazdrościć nie masz czego, bo chyba nie chciałabyś być chora? — wtrąciła się mama Feli. — Lepiej być zdrowym i być w domu. A jak się już tak przydarzy, że trzeba być w szpitalu, podobnie jak to się dziewczynkom przydarzyło, to trzeba wszystko robić co pan doktor każe i być dobrej myśli, że choroba szybko minie, no i wracać do domu. Bo wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Masz rację mamusiu — zgodziła się Fela. — Ale obiecaj mi, że jutro znów tu przyjdziemy.
Felciu, musisz przyjść, bo bez ciebie będzie mi smutno — oznajmiła Pati i pocałowała przyjaciółkę w policzek.
Nie martw się Patusiu, Fela przyjdzie na pewno — uspokoiła Pati mama Feli.
Ale teraz, musimy niestety wracać do domu — łagodnym głosem powiedział tato Pati. — Za niedługo będzie cisza nocna, więc nie możemy nikomu przeszkadzać. No to teraz, dziewczynki, możecie sobie jeszcze trochę porozmawiać, by bliżej się poznać, a potem postarajcie się usnąć. Noc minie szybciutko i rano, my, wasi rodzice, znów przyjdziemy.
I ja też przyjdę — dodała Fela i zaczęła coś wyciągać ze swojego plecaka przedszkolnego, bez którego nigdzie się nie ruszała. — Popatrz Patuśka, co dla ciebie przyniosłam. Mój piękny kalejdoskop, który tak bardzo lubisz. Będziesz mogła sobie pooglądać piękne i kolorowe mozaiki. Romka i Dzidka też. A jutro przyniosę ci… przyniosę wam, moje najlepsze książeczki do oglądania. Chcesz Pati? Chcecie dziewczynki?
Tak, Felu! — zawołały jednocześnie wszystkie trzy dziewczynki.
Po kwadransie, po pożegnaniu się z Pati i jej szpitalnymi koleżankami, rodzice Pati i Fela ze swoją mamą, siedzieli już w samochodzie i jechali do domu. Po drodze ustalali jak będzie wyglądał ich następny dzień, czyli niedziela. Ustalili więc, że mama Feli zostanie w domu i będzie wraz z jej tatą gotować dla wszystkich obiad, a Fela z rodzicami Pati pojedzie już z samego rana do szpitala.
Kiedy Fela leżała już w swoim łóżeczku, długo nie mogła usnąć...

Rysunek mojej 5-cio letniej Wnuczki.

* Fragment opowiadania.