środa, 3 czerwca 2026

Świadomość końca jest początkiem wyboru...

 Jeśli masz ochotę przeczytać wiersz, kliknij w obraz, by go powiększyć...


Refleksje nad życiem i zarazem próba generalna istnienia. Człowiek jest tym, co odważy się uznać za sens. Wiersz w obrazie. 


O kwiatach, które żyją obok nas

Kwiaty mają w sobie coś, co trudno opisać. Są piękne, żywe, a jednocześnie potrafią wprowadzić spokój tam, gdzie pojawia się codzienny pośpiech. Wystarczy spojrzeć na nie przez chwilę, żeby trochę zwolnić.

Są wszędzie — w parkach, ogrodach, na skwerach, ale też w naszych domach. Jedni mają ich pełno, inni tylko kilka doniczek na parapecie. A są też tacy, którzy nie mają ich wcale — choć mam wrażenie, że to jednak rzadkość.

Ja sama kwiaty bardzo lubię, ale nie mam ich w domu zbyt wiele. Właściwie tylko na oknach. Mówiąc szczerze — nie mam do nich ręki.

Nie odziedziczyłam tego daru po mojej mamie. W moim rodzinnym domu kwiatów zawsze było mnóstwo. Mama dbała o nie z ogromną troską, a czasem miałam wrażenie, że nawet z nimi rozmawia.

Za to moja najstarsza wnuczka zdecydowanie poszła w jej ślady — a może nawet jeszcze dalej. W swoim pokoju ma aż dwadzieścia cztery doniczki z różnymi roślinami. Wiem, bo liczyłam je podczas podlewania, gdy wyjeżdża na urlop z rodziną.

Muszę przyznać, że trochę mnie to niepokoi. Nie wszystkie rośliny nadają się do sypialni, a ona upiera się, że skoro je kocha, to na pewno jej nie szkodzą. Prosiłam ją nieraz, żeby sprawdziła to choćby w internecie, ale pozostaje nieugięta.

U mnie na szczęście panuje spokojniejszy zielony świat. Na parapetach rosną begonie, pelargonie, orchidee i kilka roślin zielonych, które po prostu cieszą oko każdego dnia.



Jest też pewna mała historia — awokado. Pewnej wiosny włożyłam jego pestkę do szklanki z wodą, bardziej z ciekawości niż z planu. Po kilku tygodniach wypuściła kiełki, więc trafiła do doniczki. I tak z małej pestki wyrósł zielony, delikatny okaz, który rośnie do dziś.



Poza kwiatami lubię też zioła. Bazylia, mięta, natka pietruszki, a szczególnie rukola i rzeżucha zawsze są pod ręką. Lubię mieć je blisko — trochę zieleni, która nie tylko cieszy oczy, ale też trafia na talerz.

A w sypialni mam sansewierię (wężownicę) — to najlepsza roślina do spania, ponieważ w nocy absorbuje toksyny z pomieszczenia i produkuje dużo tlenu.



Jako ciekawostkę dodam, że jej właściwości były już pod koniec lat 80. XX wieku — kluczowym obiektem badań NASA w kosmosie i okazało się, że znalazła się ona w ścisłej czołówce roślin o niezwykłych właściwościach.


wtorek, 2 czerwca 2026

Rok 2027 — albo demokracja, albo jej atrapa

Nie oszukujmy się: to nie jest już zwykły spór polityczny. To jest walka o to, czy Polska pozostanie państwem demokratycznym, czy stanie się jego karykaturą.

Polacy formalnie mają wybór. W praktyce od lat muszą patrzeć, jak Jarosław Kaczyński i jego obóz traktują państwo jak prywatny folwark, a obywateli — jak statystów w spektaklu władzy. Prawo? Instytucje? Standardy? Wszystko podporządkowane jednemu celowi: kontroli.

I nie, to nie dzieje się „przy okazji”. To jest plan. Realizowany metodycznie, bez skrupułów, przy użyciu propagandowych narzędzi takich jak Telewizja Republika czy wPolsce24 — mediów, które nie informują, lecz tresują odbiorców, karmiąc ich strachem, wrogiem i prostymi hasłami zamiast rzeczywistości.

Na tym jednak nie koniec. Na scenę wchodzi Konfederacja — ugrupowanie, które próbuje sprzedawać się jako antysystemowe, a w rzeczywistości coraz częściej brzmi jak polityczny eksperyment na granicy odpowiedzialności. Mentzen, dryfujący między populizmem a chaosem, i Braun, który przekracza kolejne granice retoryki, tworzą duet, którego przekaz momentami bardziej przypomina geopolityczne echo Moskwy niż głos polskiej polityki. To już nie są „kontrowersje”. To są sygnały ostrzegawcze.

Jeśli ktoś uważa, że „jakoś to będzie”, niech spojrzy na Węgry. Tam też wszystko zaczynało się niewinnie — od słów, od przesuwania granic, od przekonywania, że demokrację można „trochę poprawić”. Dziś to państwo jest przykładem tego, jak skutecznie można wydrążyć system od środka, zostawiając tylko jego fasadę. Polska stoi dokładnie na tej samej krawędzi.

Rok 2027 nie będzie kolejną datą w kalendarzu wyborczym. To będzie test: czy społeczeństwo jeszcze reaguje, czy już tylko obserwuje. Czy rozumie stawkę, czy daje się zagłuszyć kolejnym sloganom.

Jeśli coś ma się zmienić, potrzebna jest brutalna szczerość. Rządzący muszą w końcu przestać mówić do swoich i zacząć mówić do wszystkich — jasno, konkretnie, bez politycznego bełkotu. Inaczej przegrają nie tylko wybory, ale i narrację.

A media? Czas skończyć z wygodną rolą komentatora. W sytuacji, gdy zagrożone są fundamenty państwa, neutralność przestaje być cnotą — staje się ucieczką od odpowiedzialności.

Nie ma już komfortu „środka”. Nie ma czasu na udawanie, że wszystko mieści się w normie.

W 2027 roku Polacy nie wybiorą między partiami. Wybiorą między demokracją a jej atrapą.



Refleksje nad życiem...

 


Refleksje nad życiem i zarazem próba generalna istnienia... Człowiek jest tym, co odważy się uznać za sens — tekst w obrazie.


poniedziałek, 1 czerwca 2026

Dzień Dziecka — życzenia dla Dzieci żyjących w pokoju

Kochane Dzieci, które macie szczęście żyć w pokoju, z okazji Dnia Dziecka życzę Wam, aby Wasze dzieciństwo było naprawdę dzieciństwem — pełnym śmiechu, zabawy, ciekawości i bezpieczeństwa.

Niech zawsze będzie przy Was ktoś, kto Was kocha, chroni i rozumie. Niech świat, który poznajecie, będzie dobrym miejscem. Niech każda łza pojawia się tylko ze wzruszenia albo śmiechu, a każdy dzień przynosi coś pięknego: radość, przyjaźń, marzenie, które się spełniło.

I nie zapominajcie: Wasz głos, Wasze pytania i Wasze serca mają moc zmieniać Świat. Niech dorastanie nie odbiera Wam wiary, że dobro ma sens. Bo ma. Zwłaszcza gdy zaczyna się od Was.



Międzynarodowy Dzień Dziecka... Międzynarodowy?! To jakie życzenia złożyć dzieciom w krajach ogarniętych wojną?

Jakie życzenia można złożyć dzieciom, które codziennie patrzą śmierci w oczy? Które nie mają dzieciństwa, tylko strach, głód, rany, popiół i wrzask? Które zasypiają wtulone w matki — jeśli jeszcze je mają — i nie wiedzą, czy się obudzą?

Nie ma takich słów w żadnym ludzkim języku. A w boskim...? Akurat! „Dobry Bóg” — naprawdę? Ten, do którego modlą się dzieci i ich matki? Błagają, płaczą, kulą się w ruinach… i nic. Zero. Cisza. Już kolejny rok. Więc może Go nie obchodzi ich los. Może nie istnieje. A jeśli istnieje, i patrzy — i NIC NIE ROBI — to… nie jest dobry.

Bo jak można patrzeć, jak dzieci płoną, jak są rozrywane bombami, jak giną w ramionach matek albo same, pośród gruzów?

Jakie życzenia można im złożyć?!

Żeby wojna się skończyła?

Za późno. One już widziały piekło.

Żeby przetrwały?

Niektóre nie dożyją jutra.

Żeby mniej bolało?

Boli ciągle. Ciało, dusza, serce, wszystko.



KOCHANE DZIECI Z KRAJÓW OGARNIĘTYCH WOJNĄ...

Przepraszam, że nie potrafię znaleźć słów, które cokolwiek Wam dadzą.

Przepraszam, że dorośli zgotowali Wam ten los.

Przepraszam, że Bóg milczy.

I życzę Wam tylko jednego — choć to brzmi jak rozpaczliwy szept w ciemności:


PRZETRWAJCIE. Z MATKAMI, BEZ MATKI, JAKKOLWIEK. PRZETRWAJCIE I NIE DAJCIE SIĘ ZGASIĆ.
A jeśli się nie da… niech chociaż Świat wreszcie się zawstydzi...


Dzień Dziecka — Święto wszystkich Dzieci...

 


Z okazji Waszego radosnego święta życzę Wam kochane Dzieci, niech każdy dorosły o Was pamięta i niech Wam słoneczko nieustannie świeci. Niech Wasze dzieciństwo szczęśliwe będzie w przedszkolu, w szkole, w domu… Niech radość podąża za Wami wszędzie i niech miłości nie zabraknie nikomu.


niedziela, 31 maja 2026

Wobec cierpienia, którego nie sposób usprawiedliwić

Czy można odwracać wzrok od tragedii, która każdego dnia pojawia się na ekranach naszych urządzeń? Od obrazów, które przestają już być wyjątkowe, a stają się codziennością?

Czy można pozostawać obojętnym wobec cierpienia, które rozgrywa się w różnych częściach świata — często tuż obok, w zasięgu kilku kliknięć?

Wojna nie jest pojęciem abstrakcyjnym. To konkret: zniszczone miasta, spalone domy, rozdzielone rodziny. To śmierć cywilów — ludzi zabitych w bombardowaniach, zasypanych gruzami, umierających z głodu i braku dostępu do podstawowej pomocy. Wśród nich są dzieci — te, które w najmniejszym stopniu nie odpowiadają za konflikty dorosłych.

Trudno nie zadać pytania: jak to możliwe, że w świecie deklarującym przywiązanie do wartości humanistycznych i religijnych nadal dochodzi do takiego poziomu przemocy? I gdzie w tym wszystkim jest Bóg, o którym mówi się jako o dobru, miłości i sprawiedliwości?

Największe religie świata — w tym chrześcijaństwo — w swoich podstawowych naukach odwołują się do idei pokoju, miłości i miłosierdzia. Jednocześnie historia pokazuje, że religia bywała również wykorzystywana jako uzasadnienie konfliktów, przemocy i dominacji. Ten paradoks pozostaje jednym z najtrudniejszych pytań współczesnej refleksji nad wiarą i etyką.

Nie sposób też nie zauważyć, że w historii ludzkości to często człowiek był źródłem największego cierpienia dla drugiego człowieka — niezależnie od deklarowanych wartości, przekonań czy systemów ideowych.

Wobec współczesnych konfliktów wielu ludzi reaguje podobnie: początkowo towarzyszy im poruszenie, później bezsilność, a w końcu emocjonalne odrętwienie.

Nadmiar obrazów cierpienia sprawia, że część osób zaczyna się od nich odcinać — dla ochrony własnej psychiki.

Jednocześnie nie znika potrzeba reakcji. Pomoc, nawet w najmniejszej skali, pozostaje formą sprzeciwu wobec obojętności. Nie rozwiązuje globalnych konfliktów, ale jest wyrazem niezgody na całkowite zobojętnienie wobec ludzkiego cierpienia.

Najbardziej poruszający pozostaje jednak obraz ludzi modlących się w ruinach — w miejscach, gdzie zawiodły polityka, dyplomacja i systemy bezpieczeństwa. 

   W tych scenach wyraźnie ujawnia się napięcie między nadzieją a milczeniem świata... i Boga.



Energia i pamięć drzew są wieczne

Drzewa są strażnikami pradawnej wiedzy, żywymi bytami pulsującymi energią Ziemi i kosmosu. Ich korzenie splatają się z sercem ziemi, chłonąc jej pamięć, a gałęzie wznoszą się ku niebu, łapiąc światło gwiazd i szept Wszechświata. W ich soku płynie magia życia, a w liściach drzemie pamięć przodków.

Drzewa rozmawiają w ciszy, przesyłając myśli i ostrzeżenia przez niewidzialne sieci energii. Ich duchy widzą każdy czyn człowieka: kto bezmyślnie je niszczy lub ścina dla własnej chciwości, burzy sakralną harmonię świata.

Te, które zostały zranione, wołają w eter, a Wszechświat odpowiada — w wietrze, w deszczu, w cieniu nocy.

Liczne opowieści, także w Polsce, świadczą o sile, która powraca do tych, którzy lekceważą życie drzew. Strażnicy lasu nigdy nie śpią, a ich cicha moc przypomina: życie, energia i pamięć drzew są wieczne.



sobota, 30 maja 2026

List otwarty do Premiera Donalda Tuska — „Robimy, nie gadamy”? To za mało

Panie Premierze, mam do Pana wielki szacunek. Uważam, że jest Pan jednym z najsprawniejszych polityków, jakich miała Polska. Doceniam to, co zrobił Pan dla kraju — i co robi Pan dziś.

Ale właśnie dlatego piszę wprost: Pańskie hasło „robimy, nie gadamy” — w obecnych realiach — po prostu nie działa.

Nie działa, bo trafia tylko do części społeczeństwa. Do tych, którzy i tak rozumieją więcej, śledzą politykę, potrafią łączyć fakty. Ale Polska to nie tylko oni. To także miliony ludzi, którzy nie analizują, nie śledzą, nie wnikają — tylko patrzą i słuchają. A oni nie widzą. Bo im się tego nie pokazuje.

Ci ludzie potrzebują konkretu. Obrazu. Powtarzanego przekazu. Codziennie. Bez wstydu i bez udawania, że „wyniki obronią się same”. Nie obronią się.

Polityka to nie tylko działanie. To także opowieść o działaniu. I dziś tę opowieść przegrywacie.

Pańscy przeciwnicy to rozumieli doskonale. Mówili — nieustannie, agresywnie, często bezczelnie. Nierzadko mijali się z prawdą, ale robili jedno skutecznie: docierali. Budowali emocję. Utrwalali przekaz. I dlatego wygrywali.

Dziś widzimy skutki: radykalizację, agresję, pogardę w przestrzeni publicznej. Media takie jak Telewizja Republika napędzają spiralę chaosu. Ludzie pokroju Bąkiewicza rosną w siłę, bo ktoś zostawił pole komunikacyjne puste.

A w polityce próżnia nie istnieje — zawsze ktoś ją wypełni. Dlatego apeluję jasno: Zacznijcie mówić. Dużo. Codziennie. Konsekwentnie.

Pokazujcie, co robicie. Tłumaczcie, co robicie. Powtarzajcie to, aż stanie się oczywiste. Bo jeśli tego nie zrobicie, przegracie — i to nie dlatego, że nic nie zrobiliście. Przegracie, bo nikt tego nie usłyszy.

W 2027 roku to może nie wystarczyć. I wtedy będzie już za późno na refleksję.

A wyborcy — ci, którzy dziś jeszcze dają Wam kredyt zaufania — mogą tego nie wybaczyć.



Między chwilą a jutrem...

 


Refleksyjna podróż przez wspomnienia, myśli i wdzięczność za to, co było i co jeszcze przed nami. Wiersz w obrazie. 


piątek, 29 maja 2026

Między pożegnaniem a początkiem. Łzy, lufy i Wojtuś

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część XII — Tym razem będzie o… pożegnaniu z dziadziem, które przyszło za szybko, i o smutku, który trudno było pomieścić w dziecięcej głowie. O pierwszych „lufach” w szkole i wstydzie, który potrafi zaboleć bardziej niż jedynka. Ale będzie też o czymś zupełnie odwrotnym — o wielkiej radości, bo na świecie pojawia się Wojtuś i nagle wszystko zaczyna wyglądać inaczej. Między łzami a śmiechem, między trumną a kołyską, uczę się, że życie nie stoi w miejscu — nawet wtedy, gdy bardzo by się chciało. A przy okazji… zjadam za dużo andrutów, włażę na drzewa i odkrywam, że nawet chrabąszcze mogą mieć coś wspólnego z koglem-moglem.


Po powrocie do Polski od razu pobiegliśmy do dziadzia. Zdążyliśmy się z nim pożegnać — mówił, że specjalnie na nas czekał. Następnego dnia już nie żył. Smutno mi. Przez wiele godzin stałam przy jego trumnie i w myślach z nim rozmawiałam.



Szkoda mi bardzo dziadzia. Był taki dobry i wesoły. Zawsze, kiedy w niedzielę wracał z sumy z kościoła, wstępował do nas i — czekając, aż mamusia poda obiad — leżał sobie na kanapie i opowiadał mi różne fajne rzeczy. Hihi!… I gryzł mnie delikatnie po palcach, kiedy ciągnęłam go za wąsy.

Po pogrzebie dziadzia nie wiodło mi się dobrze także w szkole. Rok szkolny trwał już ponad trzy tygodnie. Nie miałam kłopotów z nadrobieniem materiału — wszak głupia nie jestem. Jedynie z geografią, która zaczyna się właśnie w IV klasie, miałam problemy.

A właściwie z nową panią od geografii — panią Ditchen, bo ona za nic nie chciała dać mi taryfy ulgowej za moją nieobecność, tylko gnębiła mnie przez cały czas jakimiś długościami i szerokościami geograficznymi, których za czorta kudłatego pojąć nie mogłam.

Uczyłam się dużo, ale nic z tego nie rozumiałam. Nawet mojego kolegę z sąsiedztwa, Kazika, poprosiłam, żeby mi wytłumaczył — bo on był już w siódmej klasie. No i wydawało mi się, że dobrze mi to wytłumaczył. Byłam pewna, że poprawię te dwie lufy, jakie mi „niesprawiedliwa” pani Ditchen do dziennika wrąbała.

Mnie — która do tej pory miała same piątki na świadectwach! Jaka byłam zrozpaczona, kiedy się okazało, że pani Ditchen zweryfikowała moją wiedzę na temat szerokości i długości geograficznych i… postawiła jeszcze jedną lufę — i to na okres.

Mnie — jednej z czwórki najlepszych uczniów w klasie. Ta porażka tak bardzo dała mi się we znaki, że od tamtej pory już nigdy nie pozwoliłam na to, żeby mnie tak potraktowano. Uczyłam się jak wściekła — byle tylko nie musieć tego jeszcze raz przeżywać.

Opłaciło się. Na koniec IV klasy wprawdzie nie dostałam świadectwa z paskiem (jak do tej pory), bo miałam jedną czwórkę — oczywiście z geografii — ale pani Ditchen w końcu bardzo mnie polubiła.

Mówiła, że na moim przykładzie przekonała się, iż ocena niedostateczna może zmotywować ucznia do nauki i przynieść pozytywny skutek.

Chyba przyznam jej rację. Motywacja była ogromna. A zwłaszcza wstyd… A ja bardzo, ale to bardzo nie lubię się wstydzić.

Czas leciał. Zbliżał się luty i mamusia przygotowywała się do porodu, bo właśnie na ten miesiąc lekarz wyznaczył termin.

Czasem z boku obserwowałam tatusia i zastanawiałam się, czy jest szczęśliwy, że zostanie po raz czwarty ojcem. Nie dowiedziałam się jednak, bo ze mną na ten temat nie chciał rozmawiać.

Może na wszelki wypadek woli nabrać wody w usta, bo boi się, że zapeszy całą sprawę i czwarty „dziurawiec” głośnym wrzaskiem obwieści swoje przybycie.

Całkiem możliwe, bo nieraz narzeka na to swoje „dziurawe wojsko”. Na pewno marzy mu się mieć wreszcie w rodzinie jakiegoś „niedziurawego żołnierza” — a zarazem przedłużacza rodu.

Bo my, „dziurawce”, jak tatuś mówi, to nawet jego wspaniałego nazwiska nie ponosimy zbyt długo… A niechby już miał tego swojego syneczka.

Kiedy nadszedł dzień 1 lutego, nasze życie rodzinne bardzo się zmieniło. Przywitaliśmy na świecie nowego członka rodziny…

Hurra! Mamusia urodziła chłopczyka! Posłuchała mojej prośby i się postarała. Jednym słowem — moje marzenie zostało spełnione!

Dumna jak paw osobiście odbierałam mojego braciszka ze szpitala. Pojechałam tam z tatusiem samochodem.

Kiedy go zobaczyłam, nie mogłam uwierzyć, że jest taki malutki. Dotknęłam jego rączki, a on mocno chwycił mnie za palec. Cóż to za cudowne uczucie…

Mój kochany braciszek dostał na imię Wojtuś — na cześć zmarłego pół roku wcześniej dziadzia Wojtka.

Wreszcie mamusia i tatuś mają swojego chłopczyka. Ja też się bardzo cieszę, bo odkąd Wojtuś jest z nami, to jakoś wszyscy zapomnieli, że jestem „trzeci dziurawiec”.

Pokochałam bardzo mojego braciszka. Takie to malutkie i pachnące mleczkiem. Lubię go nosić na rękach i chodzić z nim na spacerki.

A jak wyrośnie, będę z nim łazić po drzewach i dachach. Wreszcie będę miała kumpla do chłopięcych zabaw… Ojej — a może będę już za duża? Eee tam. Do tego nigdy nie będę za duża. Tak myślę.

Mamusia karmiła Wojtusia piersią, ale po jakimś czasie odechciało mu się ssać. Nie wiem czemu. I wtedy mamusia dostała zapalenia piersi.

Bardzo cierpiała, bo w piersiach zostawało dużo mleka i się psuło. W końcu prawa pierś zrobiła się aż granatowa.

Musiała ściągać mleko specjalnym gumowym ściągaczem, ale to okropnie bolało.

Tatuś nie mógł już patrzeć na jej cierpienie i pojechał po położną. A ona powiedziała, że skoro „leniwiec” Wojtuś nie chce ssać, to najlepiej będzie, jeśli ja z Terenią będziemy to robić…

O rany — byłyśmy bardzo przestraszone. Ale trzeba było mamusi pomóc. Terenia spróbowała raz i uciekła. No to ja zaczęłam — podwójnie wystraszona. Zamknęłam oczy i zabrałam się za ssanie.

Łoo matko! Myślałam, że zwymiotuję, ale pani położna za każdym moim pociągnięciem podstawiała mi szklankę pod buzię, żebym mogła to mleko wypluwać.

Jakoś to przeżyłam. Na szczęście po paru dniach zapalenie minęło. Byłam szczęśliwa, że miałam w tym swój mały… „ssący” udział.

Minęły cztery miesiące i mamy kolejną komunistkę w rodzinie — tym razem Cesia, moja młodsza o rok kuzynka, miała swoją komunię.

Oczywiście cała rodzina się zjechała. Ale było nas o jednego członka rodziny więcej, bo doszedł Wojtuś. Chociaż nie — tyle samo, bo przecież dziadzio Wojtek zmarł pół roku temu, a na jego miejsce 1 lutego urodził się Wojtuś.

Ciągle mi bardzo szkoda dziadzia Wojtka. Nawet swojego wnuka Wojtusia nie zdążył zobaczyć. Biedny. Dobrze, że chociaż w Zbarażu dziadzio Jan nadal żyje.

Ale mamusia mówi, że mam się nie martwić o dziadzia Wojtka, bo on nas widzi z nieba i cieszy się razem z nami, że Wojtuś się urodził i że wszyscy jesteśmy razem na komunii Cesi.


To zdjęcie i pozostałe — to oczywiście dzieła tatusia... Widać, że ciągle lichy z niego fotograf. 

Nie mogę się już doczekać, kiedy da mi wreszcie ten zakupiony 
w Zbarażu Фэд-2 w moje wyłączne władanie. 


Przyjęcie komunijne było wspaniałe. Było gdzie polatać i poszaleć, bo wujostwo ma duże gospodarstwo.

Nie wiem, co jest, ale zawsze ciągnie mnie na drzewo. Czy to coś znaczy? Bo reszta dziecięcej ferajny jest raczej przyziemna, tylko mnie nosi po gałęziach. Nawet pies Rex chyba dziwi się moim ciągotkom i co rusz wyłupia na mnie swoje pomarańczowe ślepia. Cóż począć? Już tak mam.



Mamusia co jakiś czas sprawdzała, czy zbytnio nie szalejemy. Przynosiła mi też resztki krupczatki na mleku i koperkowej herbaty Wojtusia, bo wie, że bardzo je lubię.

Nawet zeszłam z drzewa, żeby tym razem napić się herbatki — skoro Wojtusiowi pomaga na wzdęty brzuszek, to może i mnie pomoże… Bo coś mi się wydaje, że brzuch zaczyna mi pęcznieć po tych andrutach roboty wujenki Maryni, na które natknęłam się w spiżarni i których zjadłam po kryjomu ponad miarę.

Zresztą skąd mam wiedzieć, jaka ta miara powinna być, skoro jem i jem, i ciągle nie mam dość? Dopiero opustoszała patera przemówiła mi do rozsądku — kiedy zobaczyłam jej kolorowe dno, wtedy, chcąc nie chcąc, przestałam pochłaniać te pyszności… Ale tylko na chwilę, bo zaraz wpadła mi w oko druga patera, stojąca na kredensie, jak na pokuszenie, z pięknie ułożonymi w piramidkę andrutami.

Z niej jednak zjadłam już tylko dwa, żeby nie wyjść na zachłannego łasucha. A muszę przyznać, że chałwa, kogel-mogel i andruty to moje największe przysmaki. Ciągnie mnie do nich jak magnes.



Potem, po wypiciu herbatki, kiedy zaczęła już działać na mój wzdęty brzuch, pobiegliśmy z Cesią i Józiem nad rzeczkę, bo tam na drzewach siedzi dużo chrabąszczy. Chcieliśmy nazbierać ich dla kur.

Podsłuchałam, jak wujek Staszek mówił, że kury po chrabąszczach znoszą lepsze jajka — żółtka są bardziej żółte. Nie rozumiem czemu, i tak po prawdzie trochę było mi tych chrabąszczy żal…

Ale skoro wujek tak mówi, a ja uwielbiam kogel-mogel, przestałam się zastanawiać, bo nowa myśl zaświtała mi w głowie: może za duży zbiór chrabąszczy dostanę od wujenki w nagrodę kilka takich jaj?

Musiałam tylko przekonać Rexa, żeby się łaskawie odsunął i nie podkradał nam tych strząśniętych z drzew, bo myśl o kolejnym przysmaku pachniała mi już coraz bardziej.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”

11. Na Wschód — z duszą naramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.


Koty w kadrze, chaos w sercu psiary

Jestem psiarą — z krwi, kości i przekonania. Do kotów podchodzę z rezerwą, żeby nie powiedzieć: z lekkim dystansem emocjonalnym. Przyznaję to bez bicia. Toleruję je jednak, a gdy sytuacja tego wymaga — niosę pomoc, niczym nieetatowa straż pożarna od spraw futrzastych.

Bo ile ja już kotów, wrzeszczących wniebogłosy niczym operowe divy w kryzysie egzystencjalnym, pozdejmowałam z drzew — tego nie zliczy nikt. Nawet ja. A próbowałam.



Nie mam pojęcia, co mnie dziś na koty naszło. Kalendarz milczy — Dzień Kota minął już dawno, bez echa i bez mojego udziału. A jednak los postanowił zadrwić.

Spotkałam go na polanie. W samym środku lasu, tam, gdzie nawet rozsądek mówi „zawróć”.

Z daleka wyglądał jak lis — zresztą całkiem niedawno widziałam tam jednego. Już prawie cieszyłam się na powtórkę z leśnej egzotyki, już ustawiałam kadr, już w myślach podpisywałam zdjęcie… a tu proszę. Kot.



Kot, który najwyraźniej miał własne plany, własne ścieżki i zupełnie inne pojęcie o tym, gdzie powinien być.

Co robił tak daleko od domu? Tego nie wie nikt. I być może lepiej nie wiedzieć. W końcu mówimy o kotach — istotach, które od wieków robią rzeczy bez powodu, bez planu i bez potrzeby tłumaczenia się komukolwiek.

I chyba właśnie za to… trochę je szanuję.




czwartek, 28 maja 2026

Dmuchawce czekają na wiatr

Gdy patrzymy na dmuchawce — te delikatne, puchowe kule z nasionami, które pojawiają się po przekwitnięciu mniszka czy podbiału — trudno nie zachwycić się mądrością natury. W ich pozornej kruchości kryje się niezwykła precyzja i doskonała organizacja.

Wystarczy chwila uważności, spacer po łące czy parku, by dostrzec, jak wiele takich małych cudów dzieje się wokół nas każdego dnia. Dmuchawce są jednym z najpiękniejszych przykładów tej harmonii.

Każde nasionko, lekkie jak piórko, cierpliwie czeka na swój moment. Wystarczy podmuch wiatru, by uniosło się w powietrze i wyruszyło w podróż — często daleką i nieprzewidywalną. To właśnie dzięki temu prostemu mechanizmowi roślina może dać początek nowemu życiu gdzieś indziej.

Może warto czasem zatrzymać się na chwilę i spojrzeć na dmuchawce nie tylko jak na wspomnienie dzieciństwa, ale jak na małe przypomnienie o sile natury, cierpliwości i zaufaniu do tego, co przynosi wiatr.



Królewicz zaklęty w tulipanie?

Mój piękny panie, a któż cię uwięził w tulipanie?… Czy to czarownica, zazdrosna o twoje oczy, o twoją ciszę i łagodność, zamknęła cię wśród aksamitnych płatków, byś należał tylko do niej — i może… trochę także do mnie?

Od dziecka pochylałam się nad kwiatami z bijącym sercem, jakbym miała za chwilę odkryć czyjąś tajemnicę. W każdym tulipanie widziałam ciebie — zamyślonego, kruchego, pięknego jak sen, który łatwo spłoszyć. Byłeś tam, blisko, a jednak nieosiągalny, jakby oddzielony ode mnie cienką, niewidzialną granicą.

Czasem miałam wrażenie, że gdybym tylko wyszeptała twoje imię — to jedno, jedyne — drgnąłbyś lekko, otworzył oczy i spojrzał na mnie tak, jak czekałam od zawsze. Że wystarczyłby moment odwagi, by cię ocalić… albo może, by samą siebie oddać tej chwili na zawsze.

Dziś uśmiecham się do tamtych wyobrażeń, lecz nie potrafię się ich wyrzec. Bo kiedy znów nachylam się nad tulipanem i zaglądam w jego ciche wnętrze, wciąż odnajduję twój ślad — delikatny, ukryty, jakbyś nadal tam był, czekając.

I może właśnie dlatego wciąż wierzę, że niektóre zaklęcia nie chcą zostać złamane… bo są zbyt piękne, by mogły się skończyć.




środa, 27 maja 2026

Czy dobre życie na tej Ziemi istnieje… czy tylko je śnimy?

 


Czy to tylko sen o Ziemi, czy dobre życie na tej Ziemi istnieje? Wiersz w obrazie.


Nie jesteśmy tu sami... O uważności wobec świata, który żyje obok nas

Wystarczy chwila ciszy w słoneczny dzień, żeby usłyszeć, że świat nigdy nie milknie. W powietrzu drży brzęczenie — niejedno, niejednolite, jakby sama wiosna oddychała skrzydłami. Pszczoły, osy, trzmiele… małe istoty, które zwykle zauważamy dopiero wtedy, gdy zbliżą się zbyt blisko.

I właśnie wtedy w nas samych coś się zmienia. Spokój ustępuje miejsca napięciu, a odruchowy ruch dłoni ma nas ochronić przed czymś, co wydaje się zagrożeniem. Choć w większości przypadków nim nie jest.

A jednak mamy wrażenie, że jesteśmy atakowani. Jakby ta drobna obecność w powietrzu była skierowana przeciwko nam. Wtedy reagujemy szybko — machnięciem ręki, gwałtownym gestem, próbą odsunięcia od siebie tego, co nieproszone.

I to właśnie w tym momencie popełniamy błąd. Dla nich ruch oznacza coś zupełnie innego niż dla nas. To sygnał zagrożenia, alarm, który uruchamia instynkt obrony. Wtedy napięcie rośnie, a to, co mogło pozostać spokojne, zaczyna się bronić.

Pszczoły — skupione, łagodne, zanurzone w swojej pracy.

Osy — czujne, szybkie w reakcji, bardziej impulsywne.

Trzmiele — nieśmiałe, jakby zawsze gotowe do wycofania się w cień.

Każde z nich ma swój rytm, swoją rolę, swój sposób bycia w świecie, który dzielą z nami od zawsze.

Trzeba nauczyć się tej obecności. Nie przez lęk, ale przez uważność. Nie przez odruch obrony, ale przez spokój. Bo obok nas żyją istoty, bez których wiele w przyrodzie po prostu by się nie wydarzyło.

I może właśnie w tym tkwi prosta lekcja — że nie wszystko, co się do nas zbliża, robi to, by nas skrzywdzić.



wtorek, 26 maja 2026

Dzień Matki – w moich wspomnieniach

Mama to najpiękniejsze słowo na świecie. Brzmi wyjątkowo w każdym języku. To dźwięk, który kojarzy się z miłością, bezpieczeństwem i domem. Mama jest najważniejszą osobą w życiu. Pierwszą, którą kochasz czystą, niczym niezmąconą miłością. A kiedy boli — zawsze pierwsza przybiegnie...


Dzień Matki to dla mnie najtkliwsze święto w roku. To niezapomniany dzień mojego dzieciństwa i niezapomniany dzień mojego dorosłego życia.

Z dzieciństwa pamiętam, że w tym dniu z moimi dwiema siostrzyczkami zawsze kupowałyśmy naszej Mamusi pięknie przystrojone doniczki z fiołkami alpejskimi oraz drobne prezenciki — po uprzednim rozbiciu naszych skarbonek.

Pamiętam jak dziś, jak ogromną radość sprawiłyśmy Mamusi, gdy wręczyłyśmy Jej wraz z kwiatami pierwszą płytę z dedykacją. Była to piosenka Violetty Villas pt. „List do mamy”. Na tamte czasy było to naprawdę coś wyjątkowego. Nasz adapter „Bambino” przez długi czas odtwarzał tę płytę — po wiele razy dziennie.

Nigdy nie zapomnę Jej ciepłych dłoni, Jej miłości ani mojego wspaniałego dzieciństwa. Nigdy też nie zapomnę Jej własnego dzieciństwa — znam je wyjątkowo dobrze, ponieważ miałam szczególną okazję je poznać. Redagowałam Jej autobiografię oraz wspomnienia z Podola.



Kiedy ja zostałam matką, moje dzieci również nigdy nie zapominały o tym dniu. Jak dziś pamiętam ich przepiękne laurki z takim oto tekstem:

Mamo, mamo, co ci dam,
tylko jedno serce mam,
dam ci za to kwiatek róży,
żyj nam, mamo, jak najdłużej!

Laurki były zawsze pięknie malowane przez moją córkę — już od dziecka przejawiała talent malarski. Natomiast mój syn — choć był malarskim antytalentem — miał złote ręce do wszystkiego i wykonywał z drewienek oraz kory piękne ozdoby.

W późniejszych latach, kiedy los rzucił nas do Niemiec, dzieci nadal pamiętają o dacie 26 maja, mimo że tutaj Dzień Matki obchodzony jest w innym terminie — w drugą niedzielę maja. Dzięki temu świętujemy podwójnie.

A to moje z tamtych lat wierszyki o Mamie — nieustająco prawdziwe:


Mama to najpiękniejsze słowo świata,
cała gama uczuć się w nim splata.
To pierwsze słowo wypowiedziane
i przez całe życie wciąż powtarzane.

***

Matka — ma serce na dłoni,
Matka — pomoże, utuli, osłoni,
za dzieckiem stanie niczym mur,
udźwignie wszystko — bo silna... jak tur.

***

Gdy Matkę mamy blisko siebie,
żyje nam się pięknie — jakoby w niebie,
pamiętać jednak też bądźmy skłonni,
że Matka ma serce — nie tylko na dłoni.

Mama — jedno słowo, które trwa, jak światło, które nigdy nie gaśnie...

Wszystkiego najlepszego, kochane Mamy! Dedykuję Wam wszystkim wzruszającą piosenkę: proszę kliknąć w ten > link.




poniedziałek, 25 maja 2026

Historia jednej krowy i dzieciństwa, którego się nie zapomina

Mam szczególny sentyment do krów. Skąd się wziął? Pewnie z dzieciństwa — bo właśnie wtedy w naszej rodzinie pojawiła się… własna krowa. Tak, w mieście.

Nasza mama była niesamowita. Choć nie mieliśmy żadnych warunków do hodowli, potrafiła je stworzyć — tylko po to, żeby jej córeczki mogły pić świeże, zdrowe mleko.

Dziś brzmi to niemal nieprawdopodobnie, ale wtedy było po prostu częścią naszej codzienności.

Do dziś pamiętam moment, kiedy trzeba było się z nią rozstać. Była już starowinką. Wszyscy płakaliśmy, gdy rodzice oddawali ją na spęd. To jedno z tych wspomnień, które zostają w sercu na zawsze.



Później, przez wiele lat, wracałam do krów podczas wakacji u wujostwa na wsi. Lubiłam do nich mówić — trochę żartem, trochę serio. A one patrzyły na mnie swoimi wielkimi, spokojnymi oczami, jakby naprawdę słuchały.

Czułam, że mnie rozpoznają. Każdego ranka szły ze mną na pastwisko, niemal krok w krok. A wieczorem wracały razem ze mną do obory. Było w tym coś niezwykle kojącego, jakbyśmy miały swój mały, wspólny rytuał.

Krowy od wieków zajmują szczególne miejsce w kulturze — są symbolem płodności, spokoju, a w niektórych krajach, jak Indie, nawet świętości.

I trudno się temu dziwić. To zwierzęta inteligentne, wrażliwe, zdolne do odczuwania emocji — smutku, strachu, ale też przywiązania.



A przecież dają nam tak wiele. Ich mleko towarzyszy człowiekowi od pokoleń. Niektóre krowy potrafią dawać nawet pięćdziesiąt litrów mleka dziennie. To ogromny dar — i powód, by patrzeć na nie z szacunkiem, a może nawet… wdzięcznością.

Bo czasem to właśnie te najprostsze, najcichsze relacje zostają z nami najdłużej.



Świat widziany z uśmiechem...

 


Poczucie humoru to nie tylko śmiech — to światło, które pada na rzeczy zwyczajne i wydobywa z nich ich ukryte znaczenia. A bez tego światła wszystko staje się jakby bardziej szare. Tekst w obrazie.


niedziela, 24 maja 2026

Wszyscy widzą problem rządu, nikt nie wymusza zmiany

O złej komunikacji rządu mówi się od miesięcy, jakby była to oczywistość, nad którą nie trzeba się już pochylać. Wszyscy ją widzą, wszyscy ją komentują — i na tym się kończy. A przecież to nie jest tylko problem „przekazu”, ale realna polityczna słabość, która wpływa na nastroje społeczne i decyzje wyborcze. Najbardziej uderza jednak coś innego: że ci, którzy tę słabość najgłośniej opisują, nie robią nic, by ją zatrzymać. I udają, że to nie ich gra.



Nie rozumiem jednej rzeczy, która wraca w dyskusjach jak bumerang. Wszyscy „świadomi” dziennikarze mówią o fatalnej komunikacji rządu, o nieumiejętności przedstawiania własnych działań i o tym, że społeczeństwo — rzekomo mało uważne i nastawione wyłącznie na konsumpcję — nie dostrzega sukcesów władzy.

I wszystko byłoby w porządku, gdyby na diagnozie się nie kończyło. Bo na tym właśnie się kończy.

Dużo słów, komentarzy, analiz, a w praktyce brak jakiejkolwiek realnej presji czy zorganizowanego działania, które mogłoby wymusić zmianę tej komunikacyjnej nieporadności. Jakby temat był jedynie intelektualnym ćwiczeniem, a nie kwestią, która realnie wpływa na przyszłość całego kraju.

A przecież ta przyszłość dotyczy również środowisk medialnych. To nie jest obserwacja z zewnątrz, tylko gra, w której stawką jest także ich własna pozycja i bezpieczeństwo. 

Udawanie, że wynik wyborów ich nie dotyczy, jest albo naiwnością, albo wygodnym dystansem, który łatwo utrzymać, dopóki nie przyjdą konsekwencje.

Nie chciałabym być w ich sytuacji, jeśli PiS ponownie wróci do władzy. Bo wtedy refleksje — jeśli w ogóle się pojawią — będą już spóźnione.

Dlatego to moment, który wymaga czegoś więcej niż komentarzy. Jeśli ta bierność się utrzyma, skutki nie będą abstrakcyjne. Będą bardzo konkretne.


Wyrok bez winy — w imieniu tych, którzy nie mówią...

 


Tam, gdzie kończy się wolność — zwierzęta milkną. Bo życie w klatce to powolne znikanie — pamiętajmy te słowa: to nie jest życie, to tylko trwanie. Wolność nie ma gatunku. Wierszyk w obrazie.


sobota, 23 maja 2026

Na Wschód — z duszą na ramieniu. Szerokie tory i wąskie nerwy

Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka — część X I — Tym razem będzie o podróży, która miała być tylko wyjazdem do rodziny, a okazała się wyprawą pełną nerwów, strachu i dziwnych przygód. O mamusi, która sama poprawia zdjęcia w paszporcie — i prawie zostaje szpiegiem. O tatusiu, który znika w kluczowym momencie i wraca… jakby trochę innym językiem mówił. O szerokich torach, złotych zębach i cerkwi, w której trudno powstrzymać śmiech. I o tym, że nie wszystkie depesze mówią prawdę — ale niektóre niestety tak. Bo życie — jak zwykle — toczy się dalej swoim trybem.


No i stało się — jedziemy z ciężarną mamusią za granicę, do „Wielkiego Brata”, jak mówił tatuś, czyli do ZSRR, a dokładniej na Ukrainę. Ha! Bardzo się cieszę, bo to moja pierwsza tak daleka podróż.

Jedziemy w czwórkę, czyli mamusia, tatuś, Terenia, no i ja. Nie licząc oczywiście (mam wielką nadzieję) braciszka w maminym brzuszku. Lodzia tym razem nie jedzie, bo ona już była z tatusiem dwa lata wcześniej.

Rodzice bardzo długo starali się o paszporty na wyjazd. Koniecznie chcieli nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój majątek, jaki tam zostawili… Eee tam, „zostawili” — Sowieci im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie Odzyskane.

W końcu udało się — ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę o treści:
— „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie natychmiast”.

Depeszę tę przysłała tatusia starsza siostra, która jako jedyna z jego rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza pomogła. Dostaliśmy w końcu te upragnione paszporty… no i ruszyliśmy w podróż.

Jest koniec sierpnia. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy. Raz — że czeka mnie tak daleka i długa podróż, a dwa — co było jeszcze większym powodem do radości — że we wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie trochę na mnie poczeka… Hurra!

Przez całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas nie mógł wiedzieć, ile jest prawdy w tej depeszy. Natomiast na granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty.

Służba graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano dlatego, że mamusia sama sobie wymieniła zdjęcie w paszporcie (poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe — ładniejsze według niej — przyklejając.

Przetrzymywano nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin. Sowieccy żołnierze brali już mamusię za szpiega.

Nerwów zjedliśmy co niemiara. Mamusię aż brzuch straszliwie rozbolał. A tam — no, w tym jej brzuchu — wiadomo, był przecież dzidziuś.

Tatuś wnerwił się wtedy jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć, czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną.

Fakt faktem — wnerwił się okrutnie i, zostawiając nas same, zniknął na dłuższą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w naszym wspólnym paszporcie.

O, właśnie to, na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a bezprawną zamianę zdjęcia w dokumencie wielkiej wagi, jakim jest jej osobisty paszport, wybaczono.



No i dzięki Bogu — a właściwie tatusiowi, który, jak później wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce) — przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej.

Mamusia odetchnęła z ulgą — aż ją dzidziuś przestał boleć… to znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też.

Dziwiła mnie tylko jedna rzecz — dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną tak go zmęczyły?

Ale to, oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było tylko to, że mogliśmy jechać dalej.

Jednak zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali, stukali, walili.

Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi. Tatuś nie od razu mi odpowiedział — najwyraźniej już usypiał, umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie prosto do jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać szerokimi torami i że kolejarze dopasowują rozstaw osi pociągu do rozmiarów torów.

No coś takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył, pobiegłam do ostatniego wagonu, by przez oszklone drzwi lepiej widzieć te dziwacznie szerokie tory… no i zagraniczne krajobrazy oczywiście.

Na szerokich torach dojechaliśmy do Lwowa. We Lwowie mieliśmy przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu — do Zbaraża.

Mimo że podróż trwała grubo ponad dobę i usłana była wieloma trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie czułam żadnego zmęczenia.

Na dworcu w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do domu dziadzia. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo opowiadał po drodze, jak niektórzy jego rodacy podszywają się za taksówkarzy i polują na gości z Polski. Potem wywożą ich do lasu, gdzie czekają już pomagierzy — i tam mordują. Po czym zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze wszystkimi bagażami.

O rany, ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że nie musieliśmy zbyt długo jechać taksówką i przez żaden las, bo nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły.

Na szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.

Dziwnie było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas — inne domy, inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną złota… to jest — złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali jak jakieś cyborgi. Nie podobali mi się.

Codziennie chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas przyjmowano. Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy nas na niego nie wypuścili.

Dlatego staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny.

Byliśmy też na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele, tylko w cerkwi. Z polskiego kościoła po wojnie Sowieci zrobili jakiś magazyn.

Śmiesznie było w tej cerkwi. Wszyscy żegnali się jakoś tak dziwnie — po trzy razy. A ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj — tyle że czarną.

I zanim się pojawił przy czymś podobnym do ołtarza, najpierw kilka bram mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń.

Śmiać mi się chciało okropnie, ale że mamusia co chwilę piorunowała mnie wzrokiem, to jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to wcale nie było — tak się hamować.

Parę razy chodziłam też z dziadziem Janem na cmentarz w innym celu. Otóż zbieraliśmy czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego. Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze robi mu na zdrowie.

Z chęcią więc z nim chodziłam i w pośpiechu zbierałam to czerwone paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył i nas w Polsce odwiedził.

Bo — jak się okazało, na szczęście — ta depesza z umierającym dziadziem była tylko ściemą dla urzędu paszportowego.

Byliśmy też na zamku w Zbarażu. Chcieliśmy zobaczyć, gdzie przebywali niektórzy bohaterowie z „Trylogii” Henryka Sienkiewicza. Ja szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc.

Zamek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo zniszczony. No ale cóż — Polaków w Zbarażu bardzo mało po wojnie zostało i nie ma komu się tym zająć.

Ale słyszałam, jak ciocia mówiła tatusiowi, że kiedyś mają jednak zacząć remont. Fajnie by było. Zbaraż to w sumie piękne miasto. Szkoda, że nie należy już do Polski.

W oddalonych o jakieś dziesięć kilometrów od Zbaraża Dobrywodach, w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie.

Kiedy tam przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała, bo od wojny była tam po raz pierwszy.

Bała się zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych lat — Marusią. Bo, jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako rodowita Ukrainka, należała do banderowców i po wojnie zesłano ją za to na Sybir.

Mamusia miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała, skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrywód do Zbaraża.

No i kiedy szliśmy przez wieś, cały czas nerwowo nas upominała, żebyśmy mówili szeptem, bo gdy ktoś usłyszy, że mówimy po polsku, może nam zrobić krzywdę.

Tatuś śmiał się z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Po chwili i tak okazało się, że to, czy mówimy głośno, czy nie — nie ma już znaczenia, ponieważ cała chmara dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to tylko po ubiorze.

Tak że kiedy doszliśmy do ulicy mamusi i jej dawnego domu, z gromadą rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się zupełnie zbyteczny — Marusia czekała już na nas przed domem. Widać, że na wsi wieści szybko się rozchodzą.

Spotkanie dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko.

A potem było już tylko miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze później zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze (należące już do jej znajomych Ukraińców z tamtych lat), a nawet ogromne kamieniołomy, z których — jak mówiła Marusia — po wojnie wybudowano połowę Tarnopola.

Bardzo spodobały mi się te kamieniołomy. Byłoby gdzie poszaleć. Oj, byłoby! No ale że zostały skradzione rodzicom mamusi i należały już do Sojuza — lepiej było nie ryzykować, bo a nuż wywiozą mnie na Sybir…

Czas szybko zleciał, jak z bicza strzelił, i trzeba nam było wracać do domu. Było już po połowie września. Rok szkolny dawno się zaczął.

Do domu wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł telegram, że tym razem dziadzio Wojtek jest bardzo chory. Ten telegram akurat — niestety — okazał się prawdziwy.

Kiedy wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary. Miał dopiero 74 lata.

No ale cóż było robić… Wojna i tęsknota za domem rodzinnym — skradzionym przez Sowietów — zrobiły swoje.


Cykl: „Trzeci dziurawiec. Opowieści Mintka”


Poprzednie odcinki:

Prolog: Gdzie diabeł nie może, tam Mintek, czyli o odwadze, która prowadzi przez życie

To cykl wspomnień z mojego dzieciństwa — trochę prawdziwych historii, trochę rodzinnych anegdot i trochę psot pewnej dziewczynki zwanej Mintkiem.

Każda opowieść będzie miała swój własny tytuł i będzie osobnym fragmentem tej historii, ale wszystkie razem stworzą jedną opowieść o dorastaniu w powojennej Polsce.

1. Narodziny na przekór, dzieciństwo z pazurem

2. Mintek, pieprz w pupie i fotograf

3. Gdy mamusia skończy — pierwsze drzewo moje

4. Błysk, dym i rak z charakterem

5. Flesz, bunt i dziwne pytania... A może czegoś nie zrozumiałam?

6. Kurdupel, czerwonoskóre i skok w skarpetkach

7. Świętość, powaga, warkocz i tajemnica, która poszła z dymem

8. Komunia, kot i brak świętej Haliny

9. Kubek mleka i rozkrochmalona zemsta

10. Muńka telewizor i sprawa „dziurawca”


Ciąg dalszy opowieści Mintka nastąpi.
W kolejnej historii Mintek znów narobi trochę zamieszania.