niedziela, 30 września 2018

Kobiety, nie dajmy się rakowi

Jutro Pałac Kultury w Warszawie znów zabłyśnie różową iluminacją. To wyjątkowe oświetlenie ma zwrócić uwagę na znaczenie zdrowia kobiet, a także być znakiem solidarności z kobietami, które toczą już jakże trudną walkę z rakiem piersi. To czas, aby — znów — przypomnieć kobietom (także mężczyznom, przynajmniej tym, którzy dbają o swoje kobiety), aby zadbały o siebie, o swoje zdrowie. Nie chodzi tu tylko o raka piersi. Chodzi tu także o raka szyjki macicy.


Statystyki medyczne są nieubłagane. W Polsce, w porównaniu do innych krajów europejskich, zbyt duża ilość kobiet umiera na raka szyjki macicy i raka piersi. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna: Polki, z różnych swoich powodów, odwlekają wizytę u ginekologa. I cóż zrobić? Statystyki swoje, Polki swoje. Statystyki niemalże „krzyczą” o ilości zachorowań i umieralności wśród kobiet na raka piersi i raka szyjki macicy. A do Polek ten ”krzyk” — najwyraźniej nie dociera. Przynajmniej do dużej ich części. I to jest najbardziej przerażające. Bo jeśli się słyszy, że na raka szyjki macicy co roku w Polsce zapada ca. 4,5 tys. kobiet, a z tego 2,5 tys. umiera, a z kolei na raka piersi zapada ca. 11 tys. kobiet, z czego umiera ponad 4 tys., a Polki mimo to, zwlekają z badaniami ginekologicznymi, to słowo: „przerażające” przesadne nie jest. Jest adekwatne do tego stanu rzeczy w Polsce.

Rak szyjki macicy wśród Polek jest najczęstszym nowotworem narządu rodnego. A przecież tak łatwo go wykryć poprzez proste badania cytologiczne. Są to badania zupełnie nieinwazyjne, bezbolesne, polegają na pobraniu komórki nabłonka pokrywającego szyjkę macicy. W wielu zachodnich krajach, gdzie kobiety systematycznie poddają się temu badaniu, udało się niemalże całkowicie wyeliminować umieralność na tego typu raka, w innych o wiele zmniejszyć. W Polsce zaś, jak podają statystyki, na raka szyjki macicy codziennie umiera aż 5 Polek. Zatrważające, prawda? Tyle kobiet umiera tylko dlatego, że zbyt późno zgłosiły się do lekarza. W zaawansowanym stadium choroby nowotworowej nie udaje się je już uratować.

Jeszcze bardziej zatrważająco wygląda sytuacja z zachorowalnością i śmiertelnością na raka piersi wśród Polek. Z powodu tego raka codziennie umiera 13 kobiet. I pomyśleć tylko ile z nich mogłoby uniknąć śmierci, gdyby regularnie zgłaszały się na badania kontrolne piersi. Rak piersi to najczęstszy nowotwór złośliwy u kobiet. Stanowi 1/5 wszystkich zachorowań na nowotwory złośliwe u Polek. Co gorsza, wg statystyk medycznych liczba nowych zachorowań na tego raka ciągle rośnie. Około połowa kobiet z rakiem piersi umiera, i najczęściej są to kobiety w pełni sił, które mogłyby mieć przed sobą jeszcze wiele lat życia.

Choć edukacja zdrowotna społeczeństwa w Polsce jest na coraz to wyższym poziomie, umieralność wśród kobiet niestety z roku na rok wzrasta. Dlaczego tak się dzieje? Pewnie dlatego że Polki, jak już wspominałam wyżej, z różnych powodów ciągle zbyt rzadko badają się ginekologicznie. Dla nich ważniejsza jest rodzina, prace domowe, kariera zawodowa, a zdrowie gdzieś tam na końcu. Na dbanie o zdrowie szkoda im czasu. Nie myślą, nie chcą wiedzieć, że nie robiąc badań ginekologicznych wiele tracą. Innym czynnikiem hamującym niektóre kobiety przed wizytą u ginekologa jest lęk przed chorobą nowotworową i kojarzenie jej tylko z jednym — z „wyrokiem śmierci”. Z drugiej zaś strony, jest także duży odsetek kobiet, które mają zbyt niską wiedzę na temat profilaktyki i możliwości skutecznego leczenia raka. Są też niestety i takie kobiety, które po prostu całkowicie lekceważą swoje zdrowie i nie mają dobrych nawyków zdrowotnych.

Jakkolwiek nie patrząc na podejście Polek do badań ginekologicznych, jedno jest pewne, odwlekając wizytę u ginekologa, odbierają sobie szansę na pełne wyleczenie nowotworu. Zgłaszanie się u ginekologa dopiero wtedy, kiedy odczuwają już jakieś objawy choroby, okazuje się być najczęściej już zbyt późne. W wielu przypadkach choroba nowotworowa jest już niestety na tyle zaawansowana, że mimo dużej wiedzy lekarzy i kosztownych procedur medycznych nie udaje się już chorej uratować. Skazana jest na śmierć.

W krajach zachodnich, jeśli kobieta trzykrotnie nie stawi się na badanie cytologiczne, musi płacić za leczenie raka szyjki macicy — jeśli na niego zachoruje. Podobnie jest z mammografią. Co dwa lata kobiety dostają zaproszenie na badania piersi i muszą się na nie zgłosić. Widać, że taka forma „zdyscyplinowania” działa, bo gabinety ginekologiczne stale są „oblegane” przez kobiety, a śmiertelność na raka piersi i szyjki macicy — w stosunku do zachorowań — jest z roku na rok coraz mniejsza.
Medycyna na świecie w ostatnich latach zrobiła ogromne postępy. Onkologia także. Obecnie wielu chorych na raka można wyleczyć. Pod jednym wszak warunkiem: że zostanie on wcześnie wykryty i od początku będzie właściwie leczony.

Kobiety, ruszmy więc swoje pupy… i jazda do ginekologa! Ginekolog nie gryzie. Spokojnie można usiąść naprzeciw niego i swobodnie porozmawiać, a potem poddać się badaniu, które jest przecież bezbolesne. Wstydzić się nie ma czego. Jeśli się pozytywnie nastawimy do wizyty u ginekologa, to wstyd będzie nam obcy.


Kobiety, zapamiętajmy dwa ważne dla naszego życia słowa: cytologia i mammografia. I to, że jeśli w swoim `centrum dowodzenia` odpowiednio poukładamy wszystkie myśli związane z badaniami ginekologicznym, to i czas się znajdzie na wizytę u ginekologa, i możliwości.

sobota, 29 września 2018

Nie tak łatwo kochać księży

Z powodu moich przeżyć z dzieciństwa, a i późniejszych również, zwłaszcza z okresu dzieciństwa moich dzieci, do dziś dnia nie pałam szczególną miłością do księży. Mogłabym mnożyć swoje przeżycia z księżmi w tle. Nie będę ich jednak opisywać, gdyż są bardzo nieprzyjemne, nadmienię tylko, że po pewnej lekcji religii, moja córeczka wylądowała na kilka dni w szpitalu — z powodu księdza-katechety. To, co przeżyłam za przyczyną księży (i nie tylko ja), utwierdziło mnie w przekonaniu, iż księża na żadną szczególną miłość nie zasługują, tylko dlatego, że sutannę noszą. Są takimi samymi ludźmi jak każdy z nas. Są i dobrzy, są i źli. Niektórzy nawet bardzo źli. Wielu z nich ma skłonności do megalomanii, egoizmu, krzykliwej wręcz próżności, pieniactwa, chamstwa... Ech, chyba lepiej zaprzestanę tej wyliczanki do czego jeszcze ci „wielebni” skłonności mają, bo są to niemiłe słowa. Dodam tylko, że oni sami — przy tych wszystkich swoich człowieczych ułomnościach — czują się nad wyraz nietykalni. Zwłaszcza ci wyżej postawieni w hierarchii. Do tego pławią się w przepychu i bogactwie i nie bardzo ich interesuje bieda ich owieczek. Owieczkom swoim wciskają kit o życiu w skromności, umartwianiu się, i tak je sobie "urobili", że te, choć czasami i na chleb nie mają — na tacę rzucają.

Nie kocham księży miłością szczególną pewnie też i dlatego, że generalnie nie lubię pośredników między mną a kimś tam, albo czymś... Bo jak już gdzieś coś, to ja sama. Sama bezpośrednio uczestniczę... albo wcale. Nie potrzeba mi w osobach księży — żadnych pośredników. Bo i po co, skoro ogólnie nie mam o nich dobrego zdania. Tym bardziej ostatnio, od kiedy media (niemalże codziennie) coraz dobitniej odsłaniają ich marność, podłość, nikczemność, obłudę, i co gorsza — zboczenie. Historia zresztą też nie najlepiej — w wielu przypadkach — o nich mówi. Drażnią mnie wręcz ci tzw. (przez samych siebie) „pasterze”, napuszeni i wyfioczeni w drogich szatach... A ja nie jestem potulną owieczką, i owczego pędu nie lubię... i to w żadnym wydaniu. Mam szacunek do tych księży tylko, którzy żyjąc skromnie, pomagają biednym i schorowanym ludziom. Tacy księża rzeczywiście tworzą wymierne dobro.

W dzisiejszym świecie, niestety, to i nawet wśród najwyższych hierarchów kościoła, niewielu zasługuje na uznanie i miano autorytetu. Dla mnie, z tego „klanu duszpasterzy” — we współczesnych nam czasach — niezaprzeczalnym autorytetem, człowiekiem przez duże „C”, był Karol Wojtyła, i to wcale nie dlatego, że był Papieżem, a dlatego, że był po prostu Dobrym Człowiekiem.
Teraz się niestety okazuje, że coraz częściej zarzuca Mu się, że mimo swojego najwyższego urzędu w kościele katolickim i wiedzy o ogromnej skali pedofilii wśród księży, nie zrobił nic, aby tę patologię napiętnować. Że krył ją wręcz. A już przede wszystkim, że nie zrobił nic, aby pomóc ofiarom księży-pedofilów.


piątek, 28 września 2018

Mrówka Charlota wybiera się nad morze

Małej mrówce imieniem Charlota,
Zobaczyć morze przyszła ochota.
Cały już tydzień kufer pakuje,
Okazji na podróż wypatruje.

— Może by tak… samolotem?
Nie. Ten pomysł przemyślę potem.
Wiem! Lepszy będzie autostop.
Auto staje… A ja — hop!
Dobry pomysł, lecz ma wady.
Z ciężkim kufrem wsiąść nie dam rady.
— Och Charlotko! — gniewa się jej mama.
— Takich pomysłów nie miewa dama.

Lecz ta Charlota jest bardzo uparta,
W swoim pomyśle stanowcza i zwarta.
— Ja tylko chcę zobaczyć morze,
Czy nikt zrozumieć tego nie może?!

Wiele pomysłów na podróż już miała,
Żaden nie wypalił, czegoś się bała.
Nikomu się przyznać jednak nie chciała.
— Jestem odważna! — wciąż powtarzała.
I w końcu powzięła postanowienie:
— Wyjeżdżam jutro. Zdania nie zmienię.

I choć wciąż tylko na etapie myślenia,
Ale już widzi jak na do widzenia
Wszystkim chusteczką białą macha
I do pojazdu już wsiąść się nie waha.

Myśli te robią ogromne wrażenie…
— Nie zwlekam dłużej. Spełniam marzenie!
Lecz jaki pojazd? Chyba nie… pociąg?
I znów strach się w nią wwierca niczym korkociąg.

— Och Charlotko! — wzdycha jej mama.
— Co tak obmyślasz tutaj sama?

A Charlota?... Ciągle duma.
Mętlik ma w głowie. Nic nie kuma.
— Wszystkie pomysły są do bani.
— Samą już siebie za nie gani.

Myśli dalej: — Trudna rada…
Dłużej tak myśleć nie wypada.
Stalowe pojazdy zapomnieć muszę,
Inaczej w podróż nigdy nie ruszę.
Bo takie pojazdy to istne potwory,
Lękam się ich jak sennej zmory.
Do kitu te wszystkie moje pomysły…
Zaraz… już wiem! Skoczę do Wisły!

— Tak, to jest pomysł — z radością pomyślała
I sama do siebie się w głos zaśmiała.
— Wisła do morza wpada niezbicie…
Fujara ze mnie, żadne to wszak odkrycie.

— Patyczków parę, źdźbeł trawy kilka,
Zbudować tratwę to tylko chwilka.
Na ster użyję rybiej łuski,
A potem już w rejs, choćby do… Ustki.
Ach, jeszcze żagiel… zrobię go z liścia…
Oj, chyba popłynę. Nie mam już wyjścia!

— Och Charlotko! — martwi się mama.
— Uważaj na siebie, będziesz tam sama.
Na podróż upiekłam ci pyszną szarlotkę...
— I bliska już płaczu, przytuliła Charlotkę.

— No to w drogę! Wypływać już czas…
Do zobaczenia! Żegnam was!

Ostatnie spojrzenie w stronę mrowiska.
Żal się rozstawać. Płaczu jest bliska.
Na tratwę jednak wsiąść się nie waha.
Wszystkim znajomym chusteczką macha.

— Zobaczę morze i... jadę z powrotem.
O mojej podróży opowiem wam potem!


środa, 26 września 2018

Zachcianki i kaprysy

Nie wiem dlaczego tak się utarło, że zachcianki i kaprysy to domena kobiet w ciąży, ewentualnie różnych gwiazd i gwiazdeczek. To znaczy co, zwykłym śmiertelnikom mieć ich nie uchodzi? W przypadku zwykłego śmiertelnika przybierają one wydźwięk pejoratywny? Oczywiście, że nie. Każdy z nas ma czasem nieodpartą ochotę np. na zjedzenie czegoś konkretnego. Jakichś słodyczy: czekoladkę, lub porcyjkę lodów. Albo czegoś kwaśnego: ogórka kiszonego, czy też kiszoną kapustę. I nie ma zmiłuj! Ochota działa jak mus. I tak długo nas męczy, że wreszcie szukamy możliwości jej zaspokojenia. I bardzo dobrze! Niezdrowo jest ją tłumić, bo to źle działa na psychikę.

Gdzieś kiedyś czytałam, że naukowcy (bodajże australijscy) uważają, iż tłumienie zachcianek może mieć tragiczne konsekwencje. Począwszy od krótkotrwałych zaników pamięci, po wypadki samochodowe. Niepohamowany apetyt na pewne artykuły żywnościowe sprawia, że w naszym mózgu pojawia się obraz konkretnego dania. Myśl o nim powraca niczym bumerang, powodując brak koncentracji na wykonywanych zadaniach. I choć uleganie zachciankom nie jest dobre dla naszej talii, to zdecydowanie poprawia pracę mózgu, który po zaspokojeniu głodu, może skupić się na innych czynnościach. Tym pulchnym, albo przewrażliwionym na punkcie swojej talii, niektórzy lekarze zalecają metodę oszukiwania mózgu, polegającą na „wypełnieniu” mózgu konkurencyjnym obrazem, na przykład pięknym krajobrazem. Może to i dobry pomysł, ale jego realizacja jednak zbyt trudna. Zachcianki, to nie kaprysy, to wielki głód. Głód na coś konkretnego do jedzenia, nie oglądania. I jak tu do diabła, będąc głodnym, zmusić swoją wyobraźnię do wizualizacji widoczków? Łatwe to z pewnością nie jest.

Ja miewam zachcianki, konkretnie „głoda” — na coś słodkiego, kiedy piszę, i kiedy nagle, ni stąd, ni zowąd, wena uleci ze mnie jak powietrze z balonu i za czorta kudłatego nic mądrego napisać nie mogę. Sięgam wtedy po chałwę, albo ptasie mleczko. I ani mi w głowie jakieś tam wyrzuty sumienia mieć. Bo też szkoda mi mojej wyobraźni. Nie chcę jej wykorzystywać do wizualizowania jakichś widoczków celem stłumienia mojego „głoda”, chcę by moja wyobraźnia pracowała na rzecz pisania, nie wizualizowania. Tak mam i całkiem mi z tym dobrze. Tym bardziej, że nigdy nie miałam problemu z nadwagą. Zbyt ruchliwa jestem.

Kiedyś, zwłaszcza za komuny, zachcianki i kaprysy zwykłego śmiertelnika nie były dobrze widziane. Może nie trzeba było się z nimi aż kryć, ale afiszować się nimi nie wypadało z pewnością. Były rzeczą wstydliwą. Nie na darmo też nazywało się je pogardliwie: „zachciewajkami” (od pryszcza). Dzisiaj jest inaczej. Dzisiaj można wszystko chcieć i wszystko mieć. Dzisiaj każdą niemalże „zachciewajkę” można zaspokoić. Bo przecież zachcianki i kaprysy dotyczą nie tylko jedzenia. Dotyczą także wielu innych rzeczy, np. zakupu jakiegoś ciucha. Bez względu na to, czy jest nam potrzebny, czy nie. Abo zrobienia czegoś na już, co w danej chwili wydaje nam z jakichś tam względów konieczne... E tam, będę wymyślać. Już każdy z nas dobrze wie, o co biega z tymi zachciankami.

O zachciankach i kaprysach kobiet w ciąży krąży masa dowcipów i anegdot. Zaś o kaprysach i zachciankach gwiazd — rozpisują się tabloidy. A te to dopiero potrafią nas zwykłych śmiertelników zadziwić. Czasami są tak udziwnione, że aż śmieszą. Bardzo śmieszą.

Nie będę przytaczać przykładów o zachciankach kobiet w ciąży, bo z pewnością są nam znane, jak nie z własnego doświadczenia, to z opowiadań innych kobiet, ale o kaprysach gwiazd, to aż mnie korci, aby kilka przykładów podać. O, chociażby Madonna, ta znana na całym świecie królowa popu ma bzika na punkcie desek klozetowych. W hotelach, w których się zatrzymuje, muszą być zmieniane kilka razy dziennie, bo ona za nic w świecie na tej samej dwa razy nie usiądzie.
Z kolei Mariah Carey nie potrafi się obejść bez polskiej wody. Pije herbatę robioną tylko na polskiej wodzie źródlanej. W jej garderobie obok wody z Polski musi znaleźć się także pudło słomy. Po co? Kto chce, niech wnika.
Natomiast Marilyn Manson, jak przystało na prawdziwego dziwaka, ma bardzo specyficzne i oryginalne zachcianki. Raz zażyczył sobie, aby w jego garderobie znalazły się: butelki absyntu, żelki i łysa, bezzębna pani do towarzystwa. No, to są prawdziwe zachcianki... Mają moc rażenia.

I tym zabawnym, acz pouczającym akcentem, kończę swoje wywody na temat zachcianek i kaprysów. Pozostało mi jeszcze życzyć wszystkim, i sobie przy okazji, wielu zachcianek i kaprysów... skoro tak dobrze działają na psychikę. W końcu my też żyjemy tu i teraz... I też tylko raz.


Jeśli nie chcesz mojej zguby...
Posąg Shivy kup mi luby. ;)

poniedziałek, 24 września 2018

Pożegnanie lata

Ech, ty lato ukochane,
Już pożegnać ciebie czas...
Trudno jest mi w to uwierzyć,
Wszak zielony jest wciąż las.

Kwiatki kwitną wciąż na łąkach,
Ptaszków śpiewy słychać jeszcze,
Słonko grzeje wciąż przyjemnie...
Wieczorami grają świerszcze.

Lato, lato, jesteś jeszcze?!...

Wiem, że płonna to nadzieja,
Bo ty w świat już wyruszyłeś...
Hen swoje piękno poniosłeś,
Miejsca jesieni ustąpiłeś.

Lecz pożegnałeś nas pięknie,
Barwnie, pachnąco, słonecznie.
I my cię żegnamy, kochane.
Żal, że nie możesz trwać wiecznie.

Lato, lato, jesteś jeszcze?!...

Cisza... brak twej odpowiedzi.
Znaczy, nadziei już żadnej!
Odszedłeś stąd na rok cały...
Lecz wrócisz — w szacie paradnej.
 

***
Fragment "Paradnej szaty lata"


W aromatów pełen las — można iść na grzyby...
a jak ktoś woli akweny, może iść na ryby.


Gdy męczą kogoś napady uporczywej czkawki,
może się jej pozbyć — depcząc dorodne purchawki.


Należy się nawdychać zapachu krokusów...
by potem być kontent z miłosnych zakusów.  


Na zapas się pasą krówki na polanie...
bo wiedzą że zapach lata w mleku pozostanie.

środa, 19 września 2018

Syndrom Otella — chorobliwa zazdrość

Wszyscy wiemy, że nie ma miłości bez zazdrości. Zazdrość nierozerwalnie wiąże się z miłością, upewnia, że komuś naprawę na nas zależy. Jednak jak to w życiu bywa, wszystko ma swoje granice, również i zazdrość. Jeśli zazdrość występuje w związku w stopniu umiarkowanym, scala go, jeśli jednak rozrasta się, przyjmuje formę obsesyjnego, stałego zaabsorbowania myśleniem o zdradzie, może to oznaczać, że nasz partner cierpi na syndrom Otella, który w psychologii definiowany jest właśnie jako chorobliwa podejrzliwość i zazdrość. Nazwa tego syndromu pochodzi od imienia tytułowego bohatera dramatu Szekspira „Otello” (z 1603 r.).

Potworne życie ma kobieta, której przyszło żyć z partnerem dotkniętym syndromem Otella. Jej codzienne życie usłane jest pasmem nieustannych ataków obłędnej zazdrości, ciągłych podejrzeń o zdradę. I może być nawet osobą o anielskiej wręcz osobowości to to i tak niewiele zmieni w oczach jej chorego zazdrośnika. A co znamienne, taki „Otello” wobec obcych zachowuje się zupełnie normalnie, tylko w domu staje się demonem i stwarza piekło swojej partnerce, zniewalając ją psychicznie i fizycznie.


Mówi się, że syndrom Otella to psychoza, która jest przejawem przewlekłego alkoholizmu i występuje w typowej formie u alkoholików lub też w stanie upojenia alkoholowego. Z pewnością wiele w tym prawdy, ale nie do końca. Ponieważ są alkoholicy, których syndrom Otella nigdy nie dotyka. Są też mężczyźni, którzy przejawiają chorobliwą zazdrość, a którzy sięgają po alkohol dopiero później, by sobie ulżyć, kiedy już nie potrafią poradzić sobie z męczącym ich nieustannie uczuciem zazdrości, podejrzeniami o niewierność, wreszcie, wstydem przed otoczeniem za swoją postawę — chorobliwego zazdrośnika.

Syndrom Otella to choroba psychiczna, której początek jest na ogół powolny, a rozwój dalszy wolno postępujący. Partner dotknięty tą chorobą urządza nieustanne scysje, zadręcza pytaniami, co do wierności seksualnej, żąda wyjaśnień, śledzi każdy krok partnerki, sprawdza bieliznę osobistą, pościel, szuka "znaczących" śladów na ciele partnerki. Zmieniony wyraz twarzy, czy też gest, odczytuje jako bardzo "znamienny". Najbardziej przypadkowe i niewinne sytuacje, zdarzenia, wypowiedzi partnerki i innych osób, stają się w jego przekonaniu dowodami na zdradę.

Mężczyzna z syndromem Otella potrafi bardzo mocno partnerkę z sobą związać. Potrafi do perfekcji grać na jej uczuciach. Mamić miłością. A jest wiele kobiet, które jak gąbki wciągają w siebie każde miłe słówko, każdy czuły gest, i kiedy kochają, nie zastanawiają się nad tym, czy słowa te i gesty są prawdziwe. I już tak mają, że lubią otaczać opieką swojego partnera. Ot, takie to zacięcie „samarytańskie”. Wrodzony odruch. Może potrzeba? Chorobliwą zaś zazdrość swojego partnera biorą za wielką miłość... a właściwie mylą z wielką miłością. Natomiast mężczyźni z syndromem Otella tylko takie właśnie wrażliwe kobiety wybierają na swoje partnerki życiowe.

Kobiety powinny się bardzo głęboko zastanowić, zanim zdecydują się związać z mężczyzną przejawiającym chorobliwą zazdrość. Powinny rozważyć, czy będą w stanie, czy będą miały siłę stawić czoła życiu z takim człowiekiem. Bo z tej choroby nie można się wyleczyć, można co najwyżej złagodzić jej przebieg, ale pod warunkiem, że partner sam będzie chciał podjąć leczenie. A to niestety zdarza się rzadko. Mężczyźni z tą chorobą, wstydzą się jej. Nawet przed samym sobą. Kryją się z nią przed otoczeniem. Trudno im jest poddać się stałemu leczeniu psychiatrycznemu. Wybierają łatwiejszy „środek farmakologiczny”, bardziej akceptowany w społeczeństwie — alkohol (sic!). A niestety, syndrom Otella plus alkohol, nierzadko równa się — śmierć.

Znam historię kobiety, która przez lata przeżywała gehennę ze swoim mężem dotkniętym syndromem Otella. Jej życie było piekłem na ziemi. Mąż jej coraz częściej sięgał po alkohol. Nie pozwalał jej pracować, zamykał ją w domu, nie pozwalał chodzić samej na zakupy, nawet do jego rodziców nie mogła iść sama. Wszędzie przecież czyhała na nią chmara mężczyzn, potencjalnych kochanków. W atakach zazdrości wielokrotnie była przez niego pobita. Kilka razy po pobiciu lądowała w szpitalu.

Mimo to bardzo kochała męża. Przez wszystkie lata wierzyła, że swoją dobrocią, wiernością, uczciwością, potrafi wyleczyć męża z zazdrości, zmienić jego stosunek do siebie, do życia. Starała się też nakłaniać go do leczenia. I owszem, leczył się, parokrotnie. Dwa razy nawet w szpitalu psychiatrycznym. Niestety, po krótkim czasie wszystko wracało do poprzedniego stanu. Raz, kiedy w ataku szału przystawił jej naładowany pistolet do skroni, zwątpiła we wszystko.

Nie zabił jej. Dzwonek listonosza do drzwi — mu przeszkodził. Na drugi dzień, kiedy wytrzeźwiał, płakał jak dziecko, bo sam zdał sobie sprawę, że mógł ją rzeczywiście zabić. Mówił, że to jego miłość do niej — na szczęście — nie pozwoliła mu tego uczynić. Błagał o wybaczenie. Przysięgał poprawę. Obiecywał poddać się ponownemu leczeniu. W kobiecie jednak coś pękło. Postanowiła uciec od męża. Pomogły jej dzieci. Uciekli do innego miasta.

Po paru latach separacji udało jej się uzyskać rozwód ze swoim mężem-„Otellem”. A udało się tylko dlatego, że jej mąż związał się już z inną kobietą, o 20 lat młodszą. Było to 10 lat temu.

Przed paroma miesięcami kobieta dostała tragiczną wiadomość. W Boże Narodzenie jej były mąż bestialsko zamordował swoją konkubinę na oczach ich malutkich dzieci oraz swojej matki.

Niestety, za tę makabryczną zbrodnię nie został ukarany. Uznano go za niepoczytalnego. Jest leczony w szpitalu psychiatrycznym.

No cóż, pewnie za jakiś czas, podleczony, wyjdzie ze szpitala, i to jako człowiek z czystą kartą, w świetle prawa niekarany... i znów poszuka sobie jakieś ofiary swojej chorobliwej zazdrości.

HKCz 26.11.2010


niedziela, 16 września 2018

Radość Biedroneczki Kropeczki


Biedroneczka Kropeczka fruwa po łące,

Trzyma liczydło w swej prawej rączce.

Fruwa i fruwa i nie znajduje

Tego akurat, co potrzebuje.


Cóż jej potrzeba, czy wiecie dzieci?

Słoneczko już wie — i mocno świeci.

Po całej łączce strzela promykami

I się zabawia rosy kropelkami.


Pewne już zgadłyście, drogie dzieci,

Że nie na darmo słońce tak świeci…

Chce pomóc jej znaleźć to, czego szuka,

Bo też dla niego to żadna sztuka.


Czego więc szuka ta nasza Kropeczka?

Kropelki rosy wielkiej jak beczka,

By niczym zwierciadło jej posłużyła,

Gdy ona swe kropki będzie liczyła.


Dzięki słoneczku, gdy taką ujrzała,

Aż się w głos kontent radośnie zaśmiała.

Przejrzała się w niej jak w zwierciadełku,

Licząc głośno kropki na liczydełku:


Jedna, dwie, trzy… po stronie prawej.

Jedna, dwie, trzy… po stronie lewej.

A to na liczydle daje wszak sześć...

Dorosłe życie mogę już wieść!!!—

Krzyknęła głośno i frruu! poleciała

Prosto do nieba, bo tam lecieć chciała.


***

Słoneczko Biedronkę wciąż obserwowało,

Widząc ją całą happy, w głos się zaśmiało.

I choć wie, że jej kropki nie świadczą o wieku,

Nic nie powiedziało, gdyż świat zna od wieków.

Wie, że wszyscy na Ziemi swe radości mają,

Lubi na nie patrzeć, bo mu sił dodają.


Rysunek mojej 7-letniej Wnuczki  Indii.